Jaworzyna Krynicka – raj nie tylko dla narciarzy

Pierwsze zimowe skojarzenie z Jaworzyną Krynicką? Oczywiście narty, ale jej okolice to nie tylko trasy dla miłośników białego sportu, to także atrakcyjne szlaki piesze. Wędrowcy o tej porze roku mogą delektować się śnieżnymi krajobrazami w ciszy i spokoju.

Krynica-Zdrój to idealny sposób na aktywne ferie. Będą tu zadowoleni miłośnicy białego szaleństwa. W mieście funkcjonuje kilka stacji narciarskich. Oprócz najpopularniejszej Jaworzyny działa także Centrum Narciarskie Azoty, a tuż obok Ośrodek Narciarski Słotwiny, z kolei w samym centrum Stacja Narciarska Henryk. Również w najbliższej okolicy jest spory wybór wyciągów w Muszynie, Tyliczu czy Wierchomli. Na dzieci czekają tory saneczkowe i ślizgawki, zarówno te pod gołym niebem, jak i w pełnowymiarowej hali lodowiskowej. Kolejką linowo-terenową można wjechać na Górę Parkową, a gondolą na Jaworzynę.


Nawet zimą można przeżyć przygodę w Krynickim Parku Linowym. Na biegaczy czekają z kolei trasy festiwalu biegowego, a zapewniam, że na górkach Parku Zdrojowego można się nieźle zmęczyć. Natomiast całym rodzinom polecam questing, czyli kilkukilometrową wyprawę odkrywców. Idąc za wierszowanymi wskazówkami, poznamy miasto i jego historię. Jak widać, w Krynicy jest co robić, a jeśli dodamy do tego górzyste szlaki Beskidu Sądeckiego, które zimą także dostępne są dla turystów, to mamy już spokojnie zaplanowany tydzień ferii. Czytelników „n.p.m.” zapraszam na jednodniową wycieczkę wokół Jaworzyny Krynickiej.

Wokół tylko nicość

Zaczynamy od wjazdu kolejką gondolową. Dzięki temu zaoszczędzimy sobie żmudnego podchodzenia z dziećmi, co przy szybko zapadającym zimą zmroku nie jest bez znaczenia. W dolnej stacji przepychamy się do kas, by kupić bilet. Jesteśmy nietypowymi klientami wśród całej rzeczy narciarzy. Nie prosimy bowiem o kilkugodzinny czy całodzienny skipass, a jedynie o bilety jednorazowe na wjazd. Ale przynajmniej czujemy się uprzywilejowani, bo nie musimy stać w kolejce do gondolowych wagoników. Turyści, w przeciwieństwie do narciarzy, wchodzą osobnym wejściem.

Nastawiamy się na piękne widoki. Niestety za oknem wagonika nic nie widać. Szyby są zaparowane, a pogoda niesprzyjająca. Już od kilku dni nie widzieliśmy słońca, a teraz wraz ze wzrostem wysokości wkraczamy w oblepiające wszystko królestwo chmur i wilgoci. Szarpnięcie wagonikiem, związane z wjazdem na górną stację kolejki, jest dla nas zupełnym zaskoczeniem, bo nie zauważamy jej w mgielnej nicości przed nami. Szkoda, że tego dnia nic nie widać, bo ze szczytu Jaworzyny Krynickiej przy pięknej pogodzie można dostrzec Pieniny, Gorce z Turbaczem, zalesiony Beskid Niski, a nawet Tatry i... najwyższy szczyt Bieszczadów – Tarnicę. Trzeba tylko patrzeć w odpowiednim kierunku świata...

Gdy na szczycie wychodzimy przed budynek, przeżywamy chwilę dezorientacji. W którą stronę się udać? Wszystko otulone jest mgłą, ledwie majaczą w niej tylko niewyraźne sylwetki ludzi. W tej scenerii przypominają one zjawy z innego świata. Nie widać dalej niż na odległość dwóch metrów.

 



Najpierw chcemy dotrzeć do popularnego schroniska na Jaworzynie. Widzimy dwa sprzeczne drogowskazy. Jeden wskazuje w prawą stronę, choć wydaje się, że prowadzi donikąd, ponieważ nie lokalizujemy w pobliżu ścieżki. Drugi zaś w lewo, i ten wydaje się nam właściwy, bo mamy w pamięci naszą wizytę latem. Jak się jednak okazuje do schroniska można dotrzeć na dwa sposoby: szlakiem zielonym, który my wybieramy, lub wprost ze szczytu „stromą ścieżką zbiegającą przez borówczyska”. Między innymi o niej pisze Paweł Klimek w swoim przewodniku „Beskidy”.

Schronisko znajduje się o kwadrans od górnej stacji kolejki. Nasz zielony szlak na początku biegnie razem z Głównym Szlakiem Beskidzkim. Po kilku minutach natrafiamy na rozwidlenie. Czerwone znaki prowadzą dalej na Runek i Halę Łabowską, a zielone odbijają w prawo – do naszego pierwszego celu.

Idąc teraz przez las, cieszymy się urokami prawdziwej zimy. Otaczają nas drzewa oblepione śniegiem, z gałęziami zwisającymi tuż nad ścieżką. Dzięki temu możemy dostrzec, jakie fantazyjne kształty mogą być dziełem mrozu, wiatru i lodu. Hałasujących narciarzy i rzeczywisty świat zostawiamy za sobą, a wśród wszechogarniającej ciszy docieramy do schroniska.

Burzliwa historia schroniska

Ktoś powie, że nie ma sensu robić przerwy zaraz na początku wędrówki. Ale my po prostu bardzo lubimy schroniska, a najbardziej kochamy usiąść w ich kamiennym lub drewnianym wnętrzu i sączyć przy stole ciepłą herbatę. Poza tym dzieci muszą przecież przybić kolejną pieczątkę w swoich książeczkach, co przybliży ich do zdobycia odznaki GOT. Tak, tak - są jeszcze ludzie na świecie, którzy kultywują tę tradycję.

Schronisko na Jaworzynie Krynickiej ma burzliwą historię. Pierwszy obiekt wybudowano tu w latach 30. XX wieku. Gościł w nim między innymi Jan Kiepura, a także księżniczka Juliana, która po drugiej wojnie światowej została królową Holandii. Wtedy jego gospodarzem był Jan Kamyk, którego Niemcy w 1942 roku wywieźli do obozu Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Głośno było również o akcji z 1944 roku, kiedy to polscy partyzanci z oddziału „Świerk” rozbroili ucztujących na zabawie Niemców. Hitlerowcy w odwecie przeprowadzili obławę, a schronisko spalili. Kolejny budynek stanął tu po drugiej wojnie światowej, ale w latach 90. był już w tak opłakanym stanie, że go zburzono. Zostały tylko fundamenty i to na nich postawiono kolejny obiekt, do którego właśnie zawitaliśmy. Otwarto go w czerwcu 1997 roku.

Odpoczynek w jadalni to także dobra okazja na podjęcie decyzji o dalszej wędrówce. Nasz plan na dziś zakłada dotarcie czerwonym szlakiem do szczytu o nazwie Runek (1080 m n.p.m.), a potem chcemy cofnąć się za niebieskimi i żółtymi znakami do Przełęczy Krzyżowej (770 m n.p.m.), skąd już blisko do cywilizacji. Całość trasy szacujemy na około trzy godziny, choć - jak wiadomo - warunki zimą mogą być różne. Szczególnie, jeśli pogoda jest raczej depresyjna, widoczność minimalna, pora dość późna, a do tego na wycieczkę zabiera się dzieci, z których jedno ma lat dziewięć, a drugie niecałe siedem.

 



Wspomnienie „Ani”

Idzie się nadspodziewanie dobrze. Droga na Runek nie ma zbyt dużego przewyższenia, więc mamy wrażenie, jakbyśmy szli po płaskim. Do tego śnieg jest ubity i jeśli tylko trzymać się środka ścieżki, to w zasadzie nie widzimy różnicy pomiędzy naszą wędrówką a spacerem po ulicy w mieście. Ale dzieci są w swoim żywiole. Najbardziej kręci je wskakiwanie w zaspy, zagarnianie śniegu, rzucanie śnieżkami, rysowanie wzorów i budowanie śnieżnych budowli. Ta aktywność tak naładowuje ich energetycznie, że w trakcie całej wycieczki ani razu nie słyszymy marudzenia, że są zmęczeni. Opóźnienia spowodowane zabawą nadrabiają, biegnąc niczym niezmordowani górscy maratończycy, i do tego zimowi. Jeśli zatem wasze dzieci nie lubią chodzenia po górach, najlepiej zabierzcie je na wyjazd właśnie o tej porze roku – szczególnie, jeśli na nizinach śniegu ze świecą szukać. Będą uszczęśliwione!

W połowie trasy na Runek, mniej więcej w miejscu, gdzie na mapie widzimy zaznaczony wierzchołek Bukowej (1077 m n.p.m.), drogowskaz przypomina nam, że do szczytu zostały jedynie dwa kilometry, a dojście zajmie najwyżej 35 minut.

Kolejny przystanek wypada w komfortowych okolicznościach, bo do dyspozycji mamy ławkę. Stoi tu, gdzie łączą się ścieżki szlaków czerwonego i niebieskiego.
Przeżywamy déjà vu. Rozpoznajemy tablicę edukacyjną, z której dowiadujemy się o zwyczajach objętych ochroną głuszczów. Dzieci przypominają sobie, że właśnie tutaj miały robione zdjęcie podczas wycieczki „Weekend z maluchem”, organizowanej kiedyś przez Studenckie Koło Przewodników Górskich z Krakowa. Wtedy wędrowaliśmy z Krynicy do Bacówki nad Wierchomlą, gdzie odbyły się podchody zakończone odnalezieniem skarbu w postaci tuby pełnej cukierków. Ale prawdziwe atrakcje były dopiero wieczorem, kiedy wszystkich czekało oglądanie bajek, puszczanych ze starego PRL-owskiego projektora „Ania”. Ile było frajdy, gdy starsze dzieciaki musiały młodszym odczytywać treść z napisów na kliszach. Bardzo żałujemy, że tych odbywających się kiedyś regularnie wycieczek zaniechano.

 



Dwa różne światy

Kiedy zdobywamy Runek, jest około godziny 13. Mamy więc pewność, że zrealizujemy założony plan. Oczywiście żałujemy, że nie dotrzemy dziś do Hali Łabowskiej, ale zima i dzieci żądzą się swoimi prawami. My musimy wracać w stronę Krynicy.

Miło idzie się znajomym terenem, szczególnie że w partiach szczytowych jest mniej drzew i pewnie w pogodne dni można się zachwycać widokami. Rozpoznajemy bez trudu zauważone wcześniej charakterystyczne punkty orientacyjne: przewrócone drzewo wyrwane z korzeniami, stertę gałęzi tuż przy drodze, nawis śnieżny z iglaka... i już jesteśmy przy ścieżce z niebieskim szlakiem (Pod Runkiem, 1071 m n.p.m.), który musimy wybrać, jeśli chcemy wytyczyć pętlę. To chyba najszybszy odcinek na naszej trasie.Teren w tym miejscu obniża się, a naprzód wiodą nas promienie słońca, które wreszcie przedarły się przez chmury. Widać nawet zarys gór na horyzoncie.

Końcowy odcinek do rozwidlenia wymaga podejścia pod górę, jedną z niewielu w trakcie całej wycieczki. Trzeba uważać, bo prosta i szeroka droga wiedzie dalej na wprost, my jednak musimy odbić w prawo w las. Krótko po tym dostrzegamy kolejne zejście się szlaków. Do niebieskiego dołącza żółty – to Drabiakówka (894 m n.p.m.). Dzieci dla pewności sprawdzają trasę na mapie i już wiemy, że większość trudu mamy za sobą. Natomiast nie spodziewaliśmy się, że najpiękniejszy odcinek dopiero przed nami. Idziemy zalesionym grzbietem, którego stoki harmonijnie opadają po obu stronach w dół. Chciałoby się zboczyć nieco, by zobaczyć więcej widoków, ale zalegający śnieg skutecznie nas powstrzymuje. Natomiast optymizmem napawa słońce, które wreszcie na dobre zagościło na niebie.

Niespodziewanie po kolejnych kilkudziesięciu minutach na skraju lasu wita nas... bałwan, a przed nami ogromne przestrzenie i teraz wreszcie możemy podziwiać piękno gór w całej okazałości. Znajdujemy się na górze stoku Słotwiny. Jeszcze piękniej jest przy górnej stacji kolejki kanapowej Centrum Narciarskiego Azoty. Stoi tam mała budka barowa oraz kilka ławek i stołów – wszystko wprost na śniegu. Raczej z przeznaczeniem dla narciarzy, ale uznajemy, że to dobry moment na małe co nieco przed dalszą wędrówką. A odbywa się ona dalej po trasach narciarskich, po których jeszcze kilka dni temu zjeżdżaliśmy z dziećmi na nartach. Szlak nie tak powinien być poprowadzony, ale zapewne uznano, że zimą zbłąkani wędrowcy raczej tu nie trafią albo przynajmniej ich liczba nie będzie przeszkadzać narciarzom. Co mają jednak powiedzieć piesi? Staramy się uniknąć zderzenia z pędzącymi narciarzami. Na szczęście tego dnia nie zjeżdża ich zbyt wielu.

Odbijamy w las i już po kilkunastu minutach jesteśmy na Przełęczy Krzyżowej. Mamy wrażenie, jakbyśmy zmienili nagle porę roku. Pola śnieżne zanikają, a coraz więcej brązowych połaci wyziera spod bieli. Im niżej, tym brąz staje się większą dominantą. Gdy docieramy do samochodu obok kolejki gondolowej, tylko zaspy na skrajach parkingów przypominają, że mamy zimę. Tak jest na dole, bo w górze śnieg nadal króluje i minie jeszcze wiele tygodni, zanim stopnieje. Na Jaworzynie Krynickiej narciarze szusują w najlepsze.


Mamy wrażenie, jakbyśmy tego dnia odwiedzili zupełnie inny świat. Napełnieni mocą gór na kolejne ponure dni, wracamy do domu...

 

Pełna wersja artykułu wraz z informacjami praktycznymi w: npm, nr 3 (204), marzec 2018 r.


 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Cierpieliśmy mocno, dopóki nie odkryliśmy, że firmy outdoorowe mają w ofercie walizki na kółkach, wyglądem przypominające jednak fajne torby podróżne...

W produktach GSI proste rozwiązania łączą się z pięknym designem. Podobnie jest w przypadku Glacier Stainless Microlite.

W stronę Hengam płyniemy motorówką. To maleńka wyspa oddalona zaledwie o 2 km od znacznie większej wyspy Qeshm. Zapewne nie byłaby tak znana, gdyby nie... delfiny

Krótka charakterystyka wysp i informacje praktyczne, które udało nam się zebrać podczas dwóch wyjazdów do Iranu w pierwszej połowie 2017 r.

Wydawało nam się, że Niepołomice i Puszczę Niepołomicką znamy na wylot. Jej dukty przemierzaliśmy pieszo, biegowo, na nartach i – oczywiście – na rowerach! Poszukiwanie geokeszy uświadomiło nam jednak, jak wiele miejsc zostało jeszcze do odkrycia.

...
...
...
...