Rugia - dzieciaki też dadzą radę!

Macie tylko tydzień wakacji i szukacie celu na rodzinny wypad rowerowy, który dostarczy wszystkim różnorodnych wrażeń, a trasa nie będzie monotonna? Jedźcie na Rugię. Tam krajobraz zmienia się niemal co kilometr. Oprócz bardzo dobrze rozwiniętej sieci szlaków rowerowych czekają na was rybackie wioski, nadmorskie kurorty, piękne plaże, kredowe klify, malownicze zatoki, a nawet spacer w koronach drzew i nazistowski ośrodek wypoczynkowy widmo.

Rugia jest szóstą co do wielkości wyspą na Morzu Bałtyckim i największą należącą do Niemiec (jej powierzchnia to 926 kilometrów kwadratowych). Choć wyspę oplata gęsta sieć szlaków, ma się wrażenie, że z uroków jazdy na rowerze korzystają tu przede wszystkim. Turystów zagranicznych spotkaliśmy niewielu, za to rowerzystów niemieckich w każdym wieku - całe mnóstwo!

Dziesiątką dookoła

Zaledwie 120 kilometrów dzieli Stralsund, ostatnią większą miejscowość na stałym lądzie, od Świnoujścia czy Szczecina. Z tego urokliwego hanzeatyckiego miasta prawie trzykilometrowym mostem przeprawiamy się na wyspę. Położone już na Rugii Altefähr wydaje się oczywistym punktem startowym naszej wycieczki. Tym bardziej, że oferuje nocleg na polu namiotowym i możliwość zostawienia samochodu, który planujemy odebrać po zamknięciu pętli. W trakcie pięciu dni to rower będzie naszym środkiem transportu. Tuż przy kempingu przebiega również trasa EuroVelo 10, którym zamierzamy objechać wyspę. To szlak okrążający Bałtyk, a jego długość naRugii to 275 kilometrów - zwyczajowo pokonuje się go w 5 dni. W ile my go przejedziemy, na razie to dla nas wielka niewiadoma, bo na Rugię wybraliśmy się z dziećmi: 8-letnim Jędrzejem i 11-letnią Dominiką. To ich druga sakwiarska wyprawa, ale dłuższa i z ambitniejszymi przebiegami dziennymi. Na szczęście możliwości wybierania innych wariantów szlaku niż ten dookoła wyspy jest wiele. Ci, którzy chcą ściśle trzymać się dziesiątki, powinni za każdym razem przy rozwidleniach kierować się niebieskimi okrągłymi znakami ze schematycznie wyrysowanym rowerem i napisem „Rügen Rundweg” oraz jak najszybciej zaopatrzyć się w mapę przygotowaną specjalnie dla rowerzystów Fahrradkarte Rügen&Hiddensee (dostępną w punktach informacji turystycznej, przy atrakcjach, na polach kempingowych), ewentualnie pobrać track GPS z internetu.

Zegarkom pod prąd

- Ruszajmy wreszcie - poganiają nas dzieci. Okej, ale przed startem musimy ustalić jeszcze jedno: w którą stronę objeżdżamy wyspę. Niby nie ma to znaczenia, bo wrócimy i tak do punktu wyjścia. Jednak w przypadku wyjazdu z dziećmi naszym zdaniem po Rugii lepiej poruszać się odwrotnie niż wskazówki zegara. Wtedy do najciekawszych miejsc dotrzemy w pierwszej kolejności i na pewno ich nie pominiemy, gdyby sił nie starczyło na całą pętlę.
Naszym sposobem na motywowanie dzieci w podróży jest ustalenie celu godnego wysiłku, który sprawi, że pedałowanie przestanie kojarzyć się z trudem i kilometry szybciej miną. Tym razem padło na Rügen Park w Gingst - park miniatur i rozrywki w jednym, do którego – jeśli wszystko poszłoby zgodnie z planem – powinniśmy dotrzeć w ostatnim dniu wycieczki.

Srodze się zawiedzie ten, kto przed wyjazdem myślał, że szlak dookoła wyspy przebiega cały czas blisko morza, z widokami na nie. Na początku uderzyło nas, że główną składową rugijskiego krajobrazu są malowniczo pofałdowane pola uprawne z niewielkimi miejscowościami, w których nawet nowe domy kryte są strzechą. Taka tutaj moda. Dużo również lasów, a to oznacza wcale niełatwe fragmenty ze sporą ilością nierówności, gałęzi, kamieni, dołków, niekiedy piachu lub błota. Szerokość niektórych odcinków jest na jedno koło – przyczepki rowerowe mogą więc mieć problem, by je pokonać. Poza tym zjazdy i podjazdy to chleb powszedni. I jeszcze coś: nie znajdziemy tu równych, wyasfaltowanych dróg rowerowych, odzielonych od ruchu samochodowego (choć oznaczenia są bez zarzutu!). Tylko na niektórych odcinkach będziemy mieć do czynienia z tak przygotowanym szlakiem. Ale właśnie na tym polega urok wyspy! Objeżdżając ją dookoła nie będziemy się nudzić.

Szalony Roland

Drugi dzień wycieczki, a my już ładujemy rowery do specjalnego wagonu przeznaczonego do ich przewozu i w dalszą drogę ruszamy ciuchcią wąskotorową Szalony Roland („Rasender Roland”). To nasza mała nagroda - poprzedniego dnia pokonaliśmy 50 kilometrów. Po dotarciu do Putbus, zwanego białym miastem (ze względu na dominujący w architekturze neoklasycyzm), okazało się, że na kempingu, na którym mieliśmy nadzieję przenocować, nie ma dla nas miejsca. Musieliśmy więc szukać dalej. A ponieważ tego dnia mamy w planach obfitujący w wiele atrakcji odcinek, postanawiamy fragment dzisiejszej trasy przejechać kolejką. Nie bez znaczenia jest także fakt, że przejażdżka Szalonym Rolandem stanowi jedną z oryginalniejszych atrakcji na wyspie, szczególnie dla dzieci. Kiedyś długość torów wynosiła około 100 kilometrów i podobnie jak nasza bieszczadzka ciuchcia także tutejsza służyła przewozom raczej towarowym niż pasażerskim. Obecnie wąskotorówka łączy najatrakcyjniejsze miejscowości wyspy.

Nadmorskie kurorty

24-kilometrowy odcinek z Putbus do Sellin pokonujemy w... godzinę.
Sellin Ost to ostatnia stacja. Dalej nie pojedziemy. Przynajmniej nie kolejką. Bo rowerem jak najbardziej warto – choćby na położony na południowym wschodzie wyspy cypel. Przez Göhren, Lobbe i Ostseebad Thiessow dotarlibyśmy do punktów widokowych, latarni i piaszczystych plaż. Z żalem jednak ten wariant pomijamy. Musielibyśmy bowiem wracać po własnych śladach – kilometraż byłby za duży i zbyt nużący dla dzieciaków. Ładujemy więc sakwy na rowery i uliczkami Sellin powolutku docieramy do miejsca, którym Rugia reklamuje się w folderach turystycznych. Ostatnie metry pod górę, stajemy na wysokim brzegu i wreszcie je widzimy – słynne półtorakilometrowe molo w Sellin. Robi wrażenie! By do niego dojść, trzeba pokonać 99 stopni w dół. Na jego końcu na śmiałków czeka kapsuła, która zabiera na dno morza. Atrakcja także dla cierpliwych, bo czas oczekiwania na kolejne zanurzenie to 40 minut, a kolejka chętnych spora.
Niecałe 10 km dzieli Sellin od innego nadmorskiego kurortu - Binz. Droga przez las nie należy do najłatwiejszych – przynajmniej zdaniem naszych dzieci. Wolimy ich nie uświadamiać, że chwilę wcześniej pokonaliśmy ten odcinek w odwrotnym kierunku kolejką. Chyba się jednak domyślają, bo w oddali słychać charakterystyczne sapanie Szalonego Rolanda. Na szczęście dwa place zabaw w Binz wynagradzają wysiłek. My też korzystamy z chwili wypoczynku przy stolikach i na ławkach wykonanych z palet. Co jakiś czas na szlaku znajdujemy miejsca, gdzie można przysiąść i odpocząć. Pod tym względem jest on przygotowany wzorowo!
Binz jest bardzo podobne do Sellin. Też ma molo, choć już nie tak okazałe. Innym charakterystycznym elementem rugijskich kurortów są wiklinowe kosze na piaszczystych plażach. Te w Sellin były białe, w Binz są żółte.

Spacer w koronach drzew

Znów zsiadamy z rowerów, tym razem po to, żeby zobaczyć najciekawszą według nas atrakcję Rugii. W Europie podobne znajdziemy też na przykład w Czechach i w Lesie Bawarskim. Ta na Rugii, w Prorze, została otwarta w 2013 roku.
Nasz rowerowy dobytek z sakwami i namiotem zostawiamy przed budynkiem Centrum Dziedzictwa Rugii. Ufamy, że po powrocie zastaniemy wszystko na swoim miejscu, ale nie mamy wyjścia. Wybieramy się bowiem, na spacer w koronach drzew. Wzniesie nas tam system pieszych kładek rozmieszczonych na wysokości od 4 do 17 metrów. Poszukiwacze mocnych wrażeń powinni wybrać raczej typowe parki linowe – idziemy bowiem wygodną ścieżką o szerokości prawie dwóch metrów. Nuda? Nie! To niesamowita frajda zobaczyć świat z góry, a najwyższe drzewa z tak bliska. Cieszymy się z torów przeszkód, które uatrakcyjniają spacer i miejsc, w których można samemu przeprowadzić jakieś przyrodnicze doświadczenie.
Na koniec wisienka na torcie. A raczej ogromna wiśnia. Spacer, który odbyliśmy, to było preludium. Najważniejsza część to 600-metrowa ścieżka, która zmienia kształt oraz kąt nachylenia i gwałtownie przyspiesza. Kręcimy się w kółko, by dotrzeć na top topów, czyli szczyt orlego gniazda, bo taka jest idea ostatniego odcinka. Korony drzew zostały nisko w dole, a my z wysokości ponad 40 metrów (82 m n.p.m.) możemy zachwycać się do woli krajobrazem Rugii.

III Rzesza w Prorze

Aby dotrzeć do Centrum Dziedzictwa Rugii w Prorze, odbiliśmy nieco z głównej trasy rowerowej, kierując się znakami Naturerbe Zentrum Rügen – miejsce wcale nie było takie łatwe do znalezienia. Natomiast znajdujący się w okolicy przedwojenny ośrodek wypoczynkowy trudno przeoczyć. Wzdłuż wybrzeża usytuowano osiem identycznych ogromnych sześciopiętrowych budynków, które ciągną się na długości czterech i pół kilometra! Docelowo wczasować tu miało 20 tysięcy osób! Dwuosobowe pokoje zaprojektowano tak, by urlopowicze cieszyli oczy widokiem na plażę i morze. Luksusy miały być dostępne dla każdego – tak chciała hitlerowska propaganda. Chichot historii sprawił, że budynków nie ukończono. Gdy wybuchła wojna, inne wydatki okazały się pilniejsze, a robotników powołano na front. Dopiero po 1945 roku zadomowili się tu żołnierze Armii Czerwonej, którzy w okolicy urządzili poligon. W latach 90. kilka zdewastowanych budynków znalazło inwestorów. Obecnie powstają w nich luksusowe apartamenty, wprowadzają się muzea i instytucje kulturalne. Ci, którzy chcieliby sprawdzić architekturę nazistowskich wnętrz, mogą skorzystać z noclegu w schronisku młodzieżowym usytuowanym w bloku nr 5, który pomieści aż 400 osób! Można także rozbić namiot na pobliskim kempingu. Musimy uczciwie przyznać, że nam wystarcza przejażdżka wzdłuż upiornych molochów i rzut oka na piaszczystą plażę - przepiękną, tyle że straszącą poligonowymi pozostałościami.

Park Narodowy Jasmund

Wczesna pobudka, bo trzeba nie tylko zjeść śniadanie, ale też zwinąć namiot i zapakować sakwy. Dzieci wożą jedynie swoje maty i kurtki. Te ostatnie z powodu często zmieniającej się pogody co rusz są wkładane i ściągane. Bardziej niż przed deszczem przydają się jednak do ochrony przed wiatrem. Całą resztę sprzętu pakujemy do ośmiu sakw: dwóch przednich i dwóch tylnych – taki komplet przypada na każdego z rodziców. Plus podręczne torby na kierownicę i jedna saszetka ze sprzętem naprawczym. Jędrek wiezie jeszcze piłkę – nie szmaciankę, nie małą piłeczkę do zabawy, tylko najprawdziwszą, pełnowymiarową futbolówkę! To niezbędne akcesorium młodego ośmioletniego piłkarza Puszczy Niepołomice, lokalnego klubu z rodzinnej miejscowości. Przecież nie odpuści treningów podczas wakacji! Cóż, pograł sobie w nią może dwa razy na całym wyjeździe...
Mimo nadprogramowej piłki, namiotu i sprzętu do gotowania trzeba przyznać, że nie jesteśmy zanadto obciążeni. Zaopatrzyliśmy się przed wyjazdem w odzież outdoorową również dla dzieci – lekką i oddychającą, która praktycznie nic nie waży i długo pozostaje świeża, więc nie trzeba zabierać zbyt dużo kompletów. Założyliśmy też, że jeśli tylko się uda, jedzenie kupujemy na trasie. Awaryjnie mamy w sakwach kilka liofilizatów, ale przeważnie stołujemy się w restauracjach, albo urządzamy pikniki przy supermarketach. Posiłkujemy się też przekąskami i kanapkami.
Tego dnia dłuższą przerwę na jedzenie robimy w Sassnitz. To większy port na Rugii, z którego promy odpływają do Szwecji i na Bornholm (informacja ważna dla tych, którzy chcieliby sobie wydłużyć wycieczkę rowerową o duńską wyspę). Niestety za miastem zaczynają się spore górki. Zbliżamy się do najwyższego punktu wyspy – wzniesienia Piekberg o wysokości 161 m n.p.m. Tak, wiemy, wysokość bezwzględna nie imponuje, ale musimy pamiętać, że liczona jest od poziomu morza, do którego mamy całkiem niedaleko. Dodatkowo szlak zamienia się w brukowaną kocimi łbami drogę w lesie, pełną gałęzi, liści i igliwia, która pnie się cały czas w górę. Tym razem nawet nasze obiektywnie niewiele ważące sakwy stają się ciężarem nie do zniesienia, a do przekleństw w naszych głowach dołącza się chórek głosów naszych dzieci, które mimo że są niesamowitymi twardzielami na tym wyjeździe, tym razem mają dość. Cóż, wycofujemy się pokonani. Ale przecież nie odpuścimy sobie widoku kredowych klifów w Parku Narodowym Jasmund! Do celu zmierzamy asfaltową drogą - zamiast 13-kilometrowym szlakiem rowerowym, pokonaliśmy 6 kilometrów drogą samochodową. Inną opcją jest wybranie szlaku turystycznego wzdłuż wybrzeża, ale nie jesteśmy pewni, czy w całości przejezdnego dla rowerów. Najbardziej na północ wysunięta jest Königsstuhl, najsłynniejsza w parku skała kredowa, o wysokości 118 m n.p.m. Aby wejść na nią, trzeba zakupić bilet. Natomiast całkiem bezpłatnie można podziwiać śnieżnobiałe klify z punktu Victoriasicht. Przez przepiękny bukowy las trzeba przejść pieszo (po raz kolejny zostawiamy rowery z całym sprzętem i po raz kolejny nic im się nie przydarza), a taki półtorakilometrowy spacer to miła odmiana po trudnym dniu.
 
Przylądek Arkona

Napis przyczepiony do roweru ustawionego w środku pola informuje jednoznacznie: „Do najpiękniejszych widoków na przylądek Arkona - tędy.” Szlak rowerowy prowadzi jednak prosto, do tego na horyzoncie widać jakąś ciekawą budowlę. Czy warto zbaczać? Jeśli w tym samym miejscu będziecie mieli podobne jak my dylematy, nie wahajcie się, tylko obierzcie kierunek na rybacką wioskę Vitt. Ostatecznie dojeżdżamy do kaplicy (oktagonalnego budynku, który widzieliśmy w oddali) i za nią dopiero zjeżdżamy do wioski wąską ścieżką prowadzącą ostro w dół. Mamy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w żywym skansenie! Droga prowadzi wśród starych domów krytych strzechą, ogrodzonych małymi płotkami, z jeszcze mniejszymi ogródkami, za to z mnóstwem zieleni i kwiatów w pobliżu. Kończy się w porcie. To właśnie stąd można podziwiać skalny klif przylądka Arkona, czyli najdalej na północ wysunięty punkt wschodnich Niemiec. Dla Niemców tak samo ważny jak dla Norwegów Nordkapp. Również dla nas istotny, bo zlokalizowany mniej więcej w połowie naszej zamierzonej trasy. Po dotarciu do niego zaczniemy już powrót po drugiej stronie wyspy.
Trzeba zatem kończyć wypoczynek w przyjaznym porcie, otoczonym barami serwującymi świeżą rybę, i ruszyć w kierunku charakterystycznych sylwetek latarni. Na przylądku Arkona są trzy, a nawet cztery, bo jedna, niewysoka, za to zabytkowa, przeniesiona została tu z innej części wyspy. Pozostałe też liczą sporo lat. Starsza, kwadratowa, pochodzi z XIX wieku, nowsza – z 1905 roku. Trzecia to wojskowa wieża nawigacyjna. W czasach NRD teren ten był strefą wojskową, nie dziwi więc system bunkrów (niektóre pochodzą z lat 30. XX wieku). Obecnie próbuje się je rewitalizować, urządzając we wnętrzach na przykład galerie wystawowe.
Tuż za turystycznym centrum, nieco oddalony od gwaru odwiedzających, znajdziemy punkt widokowy z drewnianym wizerunkiem słowiańskiego bożka Świętowita. Nieprzypadkowa to rzeźba, bo w dawnych czasach wyspa znajdowała się pod władaniem zachodniosłowiańskiego plemienia Ranów. Dopiero w XII wieku podporządkował ją sobie książę duński Waldemar I i wprowadził chrześcijaństwo. Wcześniej tuż przy szlaku widzieliśmy kamienne kręgi – prawdopodobnie groby i miejsca kultu dawnych mieszkańców.

Raj dla kitesurferów

Tuż za przylądkiem Arkona jedziemy jednym z piękniejszych odcinków szlaku dookoła Rugii. Widoczne z wysokości klifowego wybrzeża plaże kuszą na tyle, że postanawiamy dłużej im się nie opierać. Większą część trasy mamy za sobą, nie musimy się spieszyć, czas więc na przyjemności. A co jest dla dzieci największą atrakcją? Ogromna piaskownica!
Wschodnie wybrzeże ma nam do zaoferowania jeszcze więcej niespodzianek tego dnia. Po niebie krążą ogromne kolorowe motyle. Całe mnóstwo! Dopiero podjeżdżając bliżej, odkrywamy tajemnicę tego nietypowego zjawiska. W okolicach spotu Wiek zlokalizowane są szkółki dla kitesurferów, którzy uczą się poruszania po wodzie na desce uzbrojonej w olbrzymi latawiec. To właśnie na wybrzeżu Bałtyku panują bardzo dobre warunki do uprawiania tej dyscypliny sportu, a Rugia jest znaną wśród kitesurferów miejscówką. Moglibyśmy tak stać i patrzeć bez końca przed siebie, ale tego dnia musimy dotrzeć jeszcze do przeprawy promowej Wittower. Ułatwia ona bardzo okrążenie wyspy bez wracania się szlakiem. Rugia nie jest bowiem wyspą o idealnym kształcie. Jej wybrzeże tworzy mnóstwo zatoczek, cypli i przylądków.
Przeprawa zajmuje jedynie 10 minut. Tym razem pogoda postanawia nam sprawić psikusa i po trzech dniach słońca czwartego mamy deszcz, a temperatura znacząco się obniża. Jedziemy więc jak najszybciej na kolejne pole namiotowe, nie rozglądając się specjalnie na boki. Na szczęście, następny poranek udowadnia, że to jedynie chwilowe załamanie pogody.

Wisienka na torcie

Piąty dzień w drodze i ostatnie kilometry do pokonania. Codziennie nasze dzieci przejeżdżały średnio około 50 kilometrów. Na początku wycieczki zakładaliśmy, że po trzech dniach zrobimy sobie jeden dzień przerwy albo jak dzieciaki nie dadzą rady, skrócimy trasę, nie zamykając pętli. Pokłady energii u dzieci okazują się jednak niewyczerpane. Jędrek tylko raz rzucił rowerem na szczycie górki, pod którą zresztą samodzielnie dał radę wjechać. Chwila odpoczynku i już snuł plany na następny dzień: Tato, jak dzisiaj przejedziemy 50 kilometrów, to może jutro 60?
Na czekała na nich zapowiadana nagroda, ów cel, do którego pedałowali – nielimitowany czasowo pobyt w parku rozrywki w Gingst. I tak trudno byłoby go ominąć, bo zlokalizowany jest przy samym szlaku. Było warto! Naszą wycieczkę po Rugii możemy przeżyć jeszcze raz, bo w parku miniatur znajdziemy charakterystyczne dla wyspy obiekty. Plus całą masę atrakcji charakterystycznych dla parków rozrywki na solidnym poziomie.

Zaledwie pięciodniowy pobyt na Rugii okazał się jednym z bardziej udanych naszych wyjazdów z dziećmi. A mamy ich na koncie sporo. Co prawda był to dopiero drugi wyjazd typowo rowerowy, ale i tak będziemy się upierać, że akurat Rugię warto zwiedzać na dwóch kołach.

Informacje praktyczne

TRASA
1. dzień: Altefähr – Gustow – Venzvitz – Poseritz – Puddemin – Groß Schoritz – Garz – Putbus – Lauterbach - Neuendorf k. Putbus (50 km),
2. dzień: Neuendorf k. Putbus – Lauterbach - Putbus – Sellin (na trasie Putbus – Sellin przejazd kolejką, nie wliczone do przebiegu dziennego) – Binz - Prora (37 km),
3. dzień: Prora – Neu Mukran – Sassnitz – Jasmundzki Park Narodowy – Ranzow – Lohme – Nipmerow – Nardevitz – Glowe – Breege Juliusruh - Drewoldke k. Altenkirchen (52 km),
4. dzień: Drewoldke – Vitt – Putgarten – Kap Arkona – Schwarbe – Gramtitz – Kuhle – Wiek - Wittower Fähre – Vaschvitz – Poggenhof - Schaprode (51 km),
5. dzień: Schaprode – Granskevitz – Trent – Gingst - Groß Kubitz – Unrow – Landow – Rambin – Bressen – Bessin - Altefähr (52 km).

ŁĄCZNA DŁUGOŚĆ TRASY: 240 km (szlak dookoła Rugii liczy 275 km, my dokonaliśmy kilku skrótów).

ROWERY:
Trekkingowy lub MTB, dużo leśnych ścieżek, więc kolarzówka niewskazana; problematyczna jest też przyczepka, bo w kilku miejscach szlak jednego koła.

DLA KOGO:
Dla każdego, również rodzin z dziećmi (ze względu na liczne atrakcje po drodze), aczkolwiek ze względu na podjazdy trasa może być trudna dla młodszych samodzielnie jeżdżących rowerzystów.

DOJAZD
Dotarliśmy na Rugię samochodem z rowerami na bagażniku rowerowym. Na wyspę prowadzi bezpłatny most ze Stralsundu. Dojazd bardzo dobry z różnych części Polski przez Niemcy (bezpłatne autostrady i drogi szybkiego ruchu).

MAPY
„Fahrradkarte Rügen&Hiddensee”, wyd. Grünes Herz.

NOCLEGI
Pola namiotowe wcale nie są liczne na wyspie, lepiej więc z góry zaplanować dzienne dystanse. Rezerwacje z wyprzedzeniem nie są niezbędne. Inne opcje noclegowe to hotele i kwatery prywatne. Ceny pól namiotowych: 20-30 euro za 4-os. rodzinę

WYŻYWIENIE
Podobnie jak noclegi, obiady w restauracjach i zakupy lepiej planować z wyprzedzeniem – niewiele jest większych miejscowości i dłużej otwartych sklepów. Ceny podobne jak w Polsce.

 

Artykuł pochodzi z numeru sierpniowego „Rowertouru”, nr 8 (114) 2017.



 

 
Autor: Kamila Gruszka

Na co dzień dużo pisze: na tematy górskie, podróżnicze, biegowe, dotyczące sprzętu turystycznego, przeprowadza wywiady i publikuje recenzje książek. Jej relacje z podróży ukazują się w magazynach podróżniczych. Publikuje w serwisach internetowych www.goryonline.com, www.ceneria.pl oraz prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Jest pilotem wycieczek.
Zazwyczaj aktywnie spędza czas: biega (udział w maratonach i w biegach górskich), lubi turystykę rowerową, kajaki, chodzi po górach, wspina się i praktykuje jogę. Zimą preferuje biegówki. Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty "Wschód". Od kilkunastu lat wraca na Kaukaz.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Wyspa Rugia oddalona jest od granic Polski o zaledwie o 120 kilometrów, a ze stałym lądem łączy ją most. Co na niej zachwyca?

Zadanie szkolne Dominiki: napisać krótkie wspomnienie o wielkim Polaku. Kogo wybrała? Jurka Kukuczkę!

Wino zostało szybko wybite, a tęsknota za ciepłem Chorwacji została. I chęć na poznanie kolejnych miejsc – zdecydowanie poza szczytem sezonu turystycznego.

Jakie są najbardziej znane i najpiękniejsze miasta Chorwacji? Dubrownik, Split, Trogir, Zadar, Makarska... Ciekawe, czy ktoś pomyślałby w ogóle o Omišu?

Pogoda trochę niepewna, późna jesień, zasnute chmurami niebo, przenika nas zimno - kto się wybiera w takich warunkach na wycieczkę rowerową z dziećmi?

...
...
...
...