Rugia - niemiecka wyspa na rowerze

Mimo że to nasi najbliżsi sąsiedzi, Niemcy nie są oczywistym celem wyjazdów wakacyjnych. Coraz częściej przekonujemy się jednak, że mają do zaoferowania wiele atrakcji. Słyną także ze świetnie przygotowanych tras rowerowych. Poszukując więc celu na niedługi wypad rowerowy z dziećmi, wybraliśmy wyspę Rugię na Morzu Bałtyckim.

Sieć rowerowych szlaków jak pajęczyna oplata wyspę. Niemców jeździ tam mnóstwo, ale turyści zagraniczni, w tym Polacy, częściej wybierają bardziej popularny Bornholm. Nas Rugia zdecydowanie zauroczyła. Wystarczy przejechać ok. 3-kilometrowy most, by znaleźć się pośród sielskiego rolniczego krajobrazu. Niezwykle urozmaicona linia brzegowa, zatoczki, kredowe klify, rybackie wioski, nadmorskie kurorty - długo by wymieniać, co tworzy klimat wyspy, bo jest bardzo różnorodna!

Ponieważ poszukując przed wyjazdem informacji o Rugii, najbardziej brakowało nam praktycznych wskazówek, postaramy się w naszej relacji podać także jak najwięcej takich konkretów.

Dzień pierwszy, 29 sierpnia 2016 roku, 50 km, Altefähr - Neuendorf k. Putbus

Dzień wcześniej docieramy późnym wieczorem z Polski na pole namiotowe Altefähr (zaledwie 2 godziny od granic Polski), częsty punkt startu wypraw rowerowych po Rugii (www.sund-camp.de). Jesteśmy po 18.00, na recepcji nikogo nie ma, więc sami musimy podnieść sobie szlaban i po wjeździe poszukać kwartału przeznaczonego na namioty (resztę zajmują przyczepy kempingowe). Dopiero rano przed wyjazdem regulujemy rachunek (24,50 euro za 4 osoby).
Altefähr znajduje się już na wyspie, kilka kilometrów od słynnego mostu o długości 2831 m, oddanego do użytku w 2007 roku. W zasadzie są dwa obok siebie – ten wcześniejszy i krótszy pochodzi z 1936 roku. Ponad cieśniną Strelasund łączą Rugię z miejscowością Stralsund, której zabytkowa zabudowa widoczna jest z wyspy. Cel warty wizyty, gdy mamy więcej czasu. Dzieci na pewno zachwyci oceanarium.

 


My woleliśmy skupić się na samej Rugii. Chcieliśmy objechać ją naokoło w maksymalnie 5 dni. Dzienne zakładane przez nas odcinki to ok. 50 kilometrów. Niby niedużo, ale dla 11-latki i 8-latka to poważne wyzwanie. Póki co zasypiamy przy dźwiękach piorunów i w ulewnym deszczu, mając nadzieję, że burza zwiastuje zmianę pogody jedynie na lepsze.

Poniedziałek, 29 sierpnia, to właściwy dzień rozpoczęcia naszego rowerowania. Dopakowujemy ostatnie sprzęty do sakw i ruszamy w drogę, samochód zostawiając na polu namiotowym Altefähr (O TYM JAK SPAKOWALIŚMY SIĘ NA WYPRAWĘ ROWEROWĄ CZYTAJ TUTAJ).

Interesujący nas szlak rowerowy Eurovelo 10, którym można objechać wyspę naokoło, przebiega tuż obok kempingu. Już wcześniej podjęliśmy decyzję, że pokonany go odwrotnie niż wskazówki zegara. Taki kierunek wydaje nam się logiczniejszy ze względu na nagromadzenie wielu atrakcji turystycznych po wschodniej stronie wyspy (do nich woleliśmy dotrzeć w pierwszej kolejności, gdyby sił nie starczyło na resztę).

 



Zanim zorientujemy się w systemie oznaczania szlaków i zakupimy mapę, pierwsze kilometry wcale nie są dla nas takie oczywiste. Teraz już wiemy, że jeśli chcemy być wierni trasie, bezwzględnie musimy trzymać się znaczków Rügen Rundweg, a przy skrzyżowaniach szlaków, gdzie ich nie znajdziemy (rzadkie mimo wszystko przypadki), musimy posiłkować się mapą Fahrradkarte Rügen&Hiddensee (naszą zakupiliśmy dopiero po 45 km w Putbus w informacji turystycznej, czynnej do 17.00). Mapa zdecydowanie ułatwiała orientację w terenie. Ci, którzy map papierowych nie uznają, mogą załadować sobie trak GPS z oficjalnej strony szlaku http://www.auf-nach-mv.de/radweg-ruegen-rundweg.

W każdym razie żeby rozpocząć naszą trasę, musieliśmy cofnąć się do punktu wyjścia, czyli mostu (kierunek Stralsund). Przejeżdżamy pod nim i tam dopiero mamy rowerowe rozwidlenie – w jedną stronę w kierunku stałego lądu, w drugą – na Altefähr Banhof. Po przejechaniu pod wiaduktem kolejowym wbijamy się wreszcie w szlak rowerowy z dala od dróg samochodowych, za to wzdłuż brzegu z widokiem na wodę.
To dla nas mimo wszystko zaskoczenie – spodziewaliśmy się wyasfaltowanej ścieżki, podobnej jak na naszej wycieczce rowerowej wzdłuż Dunaju, a na Rugii mamy nierzadko do czynienia z dróżkami polnymi, często na jedno koło (przyczepki rowerowe mogą mieć kłopot, żeby przejechać). Ale chyba w tym właśnie tkwi urok szlaku rowerowego dookoła Rugii – jest bardzo różnorodny, często pofałdowany, na pewno nie nudny. Może stać się wyzwaniem dla najmłodszych użytkowników rowerów, przejechaniu którego towarzyszy ogromna satysfakcja. Wbrew pozorom dominującym widokiem wcale nie jest woda, tylko pola uprawne w ciepłych kolorach.

 


Obserwując pracę maszyn rolniczych, jemy drugie śniadanie na ławce ustawionej specjalnie dla rowerzystów przy szlaku. Kilka kilometrów dalej jest też i przystań jachtowa - w Puddemin, z zacumowanymi luksusowymi jachtami w marinie. Przejeżdżając przez miasteczka nie możemy się nadziwić, że większość domów ma dachy kryte strzechą, nawet te nowe i całkiem współczesne. Odpoczynkiem od wysiłku dla nóg może być wspinaczka na przedziwny okaz drzewa – złożonego z kilku pni i niezwykle rozgałęzionego. Kilometry nie dłużą się nam wcale...


Największą atrakcją na trasie podczas pierwszego dnia wycieczki jest miasteczko Putbus - „białe miasto”, nazywane tak ze względu na niezwykłą zabudowę neoklasycystyczną w kolorze białym. Pomysłodawcą takiego założenia architektonicznego był książę Wilhelm Malte I Putbus. Budynki pochodzą z początku XIX wieku. Do dzisiaj można podziwiać okrągły rozległy plac Circus, rynek z ratuszem i teatrem (jedynym na Rugii), oranżerię oraz kościół pałacowy. Sam pałac niestety się nie zachował – jako niszczejący obiekt został rozebrany w latach 60. Jego wspaniałości możemy się domyślać po ogromnym parku. Na tyłach kościoła spotkamy ciekawe okazy leśnych zwierząt, które można obserwować zza ogrodzenia.

 


W Putbus znajdziemy kilka skromnych knajpek. Skorzystaliśmy z usług taniej pizzerii (14 euro za rodzinę) niedaleko punktu informacji turystycznej, gdzie zakupiliśmy wreszcie mapę. Ponieważ na liczniku mieliśmy już ponad 45 km, zdecydowaliśmy się zanocować w okolicy. Okazało się jednak że polecany przez panią z informacji kemping w miejscowości Lauterbach jest przeznaczony jedynie dla kamperów i właścicieli przyczep kempingowych. Mimo że pusty po sezonie, ze względu na nieustępliwość pani recepcjonistki pozostał dla nas niedostępny. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – dopytując o możliwość noclegów w okolicznych domach (z symbolem Zimmer frei), trafiamy w Neuendorf na niedrogi pokój (45 euro za 4 osoby) i w pierwszy dzień naszej podróży wysypiamy się na wygodnych łóżkach.

Dzień drugi, 30 sierpnia 2016 roku, 37 km, Neuendorf k. Putbus - Prora

Rozmieszczenie kempingów dość mocno determinuje nasze dzienne przebiegi. Trzeba zawczasu przemyśleć, gdzie będziemy spać. Jeśli nie chcemy nocować na dziko, nie możemy beztrosko pokonywać kilometrów i dopiero wieczorem zastanawiać się, które pole namiotowe wybrać. Na pewnych odcinkach nie ma ich wiele, a 10, 20, a czasami nawet 50 kilometrów, to spora różnica dla małolatów. Tym bardziej jeśli oprócz pokonywania kilometrów na rowerze, chce się także po drodze coś pozwiedzać.


Kolejny dzień mamy mieć szczególnie wypełniony atrakcjami: Sellin, Binz i Prora oferują aż zanadto możliwości. Decydujemy się więc na przejazd części trasy kolejką, która jest ciekawostką samą w sobie. „Szalony Roland” kursuje na trasie Lauterbach – Putbus – Binz - Jagdschlos – Sellin – Göhren (po drodze jeszcze kilka innych pomniejszych stacji).

 



Jest to wąskotorowa ciuchcia ciągnięta przez parowóz. Trochę przypomina naszą bieszczadzką kolejkę. Co dla rowerzystów najważniejsze – ma przystosowany do przewozu rowerów wagon na końcu składu (przewóz 1 roweru – 2 euro). Postanowiliśmy pokonać Szalonym Rolandem trasę od Putbus do Sellin (cena 18 euro za 4 osoby z rowerami). Z Lauterbach pierwszy kurs ruszał dopiero po 11.00, a z Putbus już o 8.00. Woleliśmy wyjechać wcześniej, dojeżdżamy więc te kilka kilometrów od miejsca noclegu rowerami na dworzec w Putbus. Jesteśmy już nieco po sezonie, więc możemy sobie wybrać dowolne miejsce w wagonach – razem z nami tylko kilka osób postanowiło tak wcześnie ruszyć w trasę. Najlepiej odnaleźć otwarty wagon, bo przebywając w nim, poczujemy klimat przejazdu parowozem. Słychać charakterystyczne pufanie, gwizdy i świsty. Tempo zawrotne – 25 kilometrów pokonujemy w godzinę.


Wysiadamy w Sellin Ost, ostatniej stacji tej miejscowości, skąd najbliżej nam do głównej atrakcji, dla której tu się znaleźliśmy – do najsłynniejszego widoku w Rugii: na molo w Sellin z charakterystyczną restauracją na palach.

 

 

Właśnie takim obrazkiem foldery turystyczne zachęcają do odwiedzin wyspy. Na dół prowadzi kilkadziesiąt schodków, a na końcu czeka kapsuła, w której odważni mogą zanurzyć się w głębiny morza, by obserwować życie morskie. Dookoła rozstawiono pomalowane na biało kosze wiklinowe, w których można rozkoszować się urokami plażowania.


W sąsiedniej miejscowości, Binz, kosze są żółte. Tam molo, mimo że ładne, jest mniej imponujące, więc turyści zachwycają się bardziej zabudową kurortową głównego deptaka. Nas zauroczyła atmosfera miejsca wypoczynku z ławeczkami, fontannami, placami zabaw i mostkami tam, gdzie szlak rowerowy w Binz spotykał się z jeziorem, na mapie oznaczonym jako Schmachter See. Odpoczynek był dzieciom potrzebny, bo trasa z Sellin do Binz wiodła wcale niełatwymi podjazdami przez leśne ścieżki. Tym bardziej deprymujące, że dzieciaki miały świadomość, że chwilę wcześniej pokonały tę trasę pociągiem – w odwrotnym kierunku. Posapywania Rolanda było zresztą słychać pośród drzew. Nie dały się niestety namówić na odbicie 1,5 km w jedną stronę do zamku myśliwskiego w Granitz, który stanowi jeden z najczęściej odwiedzanych na Rugii obiektów. Na wieży mieści się platforma widokowa, z której można podziwiać okoliczne krajobrazy.

 


Trzeba przyznać, że kurorty Rugii mają bardzo przyjazną atmosferę. Nie czuje się tłoku i jarmarku różności jak na polskim wybrzeżu. To też jedyne miejsca, gdzie spotykamy kilkoro polskich turystów.


Z Binz do Prory wiedzie bardzo przyjemna ścieżka rowerowa. Tam czekają na nas dwie niezwykłe atrakcje turystyczne. Jedna prowadzi nas poprzez korony drzew charakterystycznych dla wyspy lasów bukowych. Dość trudno tam trafić – trzeba odbić ze ścieżki rowerowej w lewo, kierując się za znakami „Naturerbe Zentrum Rügen” (wstęp: 21 euro bilet rodzinny, http://www.nezr.de/nezr/). Zostaniemy doprowadzeni przez las do nowoczesnego ośrodka przyrodniczego, otwartego dla zwiedzających w 2013 roku, skąd rusza powietrzna trasa systemem kładek. Niezapomniane wrażenie, szczególnie jeśli spróbuje się przejść tory przeszkód przygotowane dla tych, którym samo przebywanie tak wysoko nad ziemią nie wystarcza. Ostatecznie spiralną platformą widokową w kształcie gniazda orła osiągamy najwyższy punkt – ponad lasami widać morze i drzewa u naszych stóp.

 


Ale i tak najważniejszy w Prorze jest kompleks – widmo. Według nas najbardziej niezwykłe miejsce na całej wyspie. Nazistowski ośrodek wypoczynkowy, budowany w latach 30., który nigdy nie został ukończony. Aż do teraz. Schronisko młodzieżowe, muzea, luksusowe apartamenty - takie pomysły mają Niemcy na zagospodarowanie budynków sprzed kilkudziesięciu lat. Większość z nich jednak stoi pusta i ciągnie się na długości 4,5 km tuż przy plaży. Przy jednym z nich usytuowano kemping, dość jednak drogi i – mamy wrażenie – z dziwną energią roztaczającą się wkoło. Naprawdę czujemy się nieswojo i ostatecznie lądujemy na Camping Meier (www.camping-meier-ruegen.de, koszt: 30 euro / 4 osoby).

 


To był kilometrowo najkrótszy dzień w czasie naszej wycieczki, ale zdecydowanie obfitujący w najwięcej wrażeń.

Dzień trzeci, 31 sierpnia 2016 roku, 52 km, Prora – Drewoldke k. Altenkirchen

Wyjątkowo szybko nam kilometry umykają tego dnia, a to za sprawą po części planowanych, a po części nie, skrótów.
O ile przez Prorę i tuż za Prorą prowadzi bardzo przyjemna ścieżka rowerowa wśród lasów, to w okolicach Neu Mukran musimy się zderzyć z odgłosami i widokami przemysłowego miasta. Mimo to ten, a szczególnie dalszy odcinek nie jest najgorszy – wiedzie co prawda wzdłuż drogi, ale po asfaltowej ścieżce. W okolicach Sassnitz mamy nie do końca planowane zboczenie ze ścieżki, dzięki czemu udaje się zobaczyć starą część miasta i nowoczesny port, z którego odpływają statki m.in. do Szwecji (wydaje się, że właściwa ścieżka rowerowa omija centrum, ale nie jesteśmy do końca pewni).


Na właściwy szlak trafiamy z powrotem koło kościoła. Spieszno nam już do Jasmundzkiego Parku Narodowego z widokami na kredowe klify. Najpierw musimy się jednak zderzyć z brutalną rzeczywistością brukowanej leśnej ścieżki rowerowej wznoszącej się mocno pod górę. Z sakwami jechanie taką trasą jest mordęgą. Na obrzeżach Sassnitz podejmujemy więc bolesną, ale w pełni świadomą tym razem decyzję – omijamy najgorszy odcinek trasy i kierujemy się na Königsstuhl, najsłynniejszą skałę kredową parku o wysokości 118 m n.p.m., zwykłym asfaltem. Zamiast 13 km robimy 6. Co nie znaczy, że mamy dużo łatwiej. Przemierzamy bowiem najbardziej górzystą część wyspy. To właśnie w tej okolicy, po prawej stronie od drogi, wznosi się najwyższy punkt Rugii, góra Piekberg o wysokości 161 m n.p.m. Że niby niewiele i co to jest? Spróbujcie założyć sobie na rower dwie sakwy przednie, dwie tylne, dopiąć 4-osobowy namiot i wtedy porozmawiamy :)

 


Najsłynniejsze pasmo kredowego wybrzeża można zwiedzać na dwa sposoby: poprzez wejście do Zentrum Königsstuhl po wykupieniu biletu (17 euro bilet rodzinny, http://www.koenigsstuhl.com/), albo udając się ścieżką spacerową wzdłuż wybrzeża (można już od Sassnitz). W pierwszej opcji mamy możliwość podziwiania widoków morza z platformy widokowej, ale samej najsłynniejszej skały, czyli „królewskiego tronu”, z tej perspektywy nie zobaczymy. Natomiast ze ścieżki, przy której usytuowane są inne punkty widokowe – owszem. Na chwilę porzucamy nasze rowery (wstęp z rowerami na klify wzbroniony!) i udajemy się na krótki ok. 1,5-kilometrowy spacer do punktu Victoriasicht. Widoki przepiękne, ale jeszcze większe wrażenie robi na nas las bukowy porastający klify.

 


Z Jasmundu wreszcie zaliczamy zjazdy w dół, prosto do Ranzow, gdzie na terenach przyzamkowych mieści się pole golfowe. Przyjemna jazda dostępnymi dla ruchu samochodowego drogami, w opcji bez samochodów – tak spokojnie jest do czasu aż nie wjeżdżamy na główną drogę i zachłyśnięci pędem podczas zjazdów, przegapiamy odbicie z niej na ścieżkę rowerową – prawdopodobnie w Nimperow. Szkoda, bo wyjechaliśmy od razu w Glowe, jednej z większych miejscowości na trasie, omijając niestety zamek Spycker, który wydawał się sporą atrakcją. Cóż, musieliśmy się zadowolić pizzą. Popołudnia tradycyjnie wykorzystywaliśmy na większy posiłek. Podobnie jak o kempingach, tak samo o obiedzie musieliśmy myśleć zawczasu, bo miejscowości z restauracjami, a nawet z większymi sklepami, nie było na wyspie wcale tak wiele. Drugie śniadania lubiliśmy jeść przy supermarketach ze stolikami kawiarnianymi na zewnątrz i udało nam się to jedynie w Sellin, Sassnitz i Gingst. Obiady zjedliśmy w Putbus, Glowe i Wiek.


Wąskim pasem wybrzeża (sama przyjemność jazdy asfaltową ścieżką rowerową w lesie) wzdłuż wypoczynkowych miejscowości docieramy na nocleg na kempingu Drewoldke (www.camping-auf-ruegen.de, 21 euro za 4 osoby). Tym razem do wyboru mamy aż kilka kempingów położonych niedaleko siebie. Drewoldke wydaje się najprzyjemniejszy, położony jest tuż przy plaży.

Dzień czwarty, 1 września 2016 roku, 51 km, Drewoldke – Schaprode

Ledwo co ruszamy, a tu taka atrakcja! Jak gdyby nigdy nic przy szlaku stoją w kręgu kamienie – to groby z epoki brązu. Zapewne z czasów, gdy wyspa była pod władaniem słowiańskich Ranów. Dopiero książę duński w XII wieku ją sobie podporządkował, wprowadzając chrześcijaństwo.


Nasz cel na dzisiaj to Kap Arkona, czyli najdalej na północ wysunięty punkt wyspy. Dla Niemców Kap Arkona to jak Nordkapp dla Norwegii.

 


Gdy widzimy przy trasie osobliwą reklamę w kształcie roweru, wskazującą kierunek, gdzie można zobaczyć najpiękniejsze widoki na kredowe klify przylądka, dajemy się skusić. Tak mieszkańcy miejscowości Vitt zachęcają, by zajrzeć do ich wioski. Znajdziemy tam kamienistą plażę, port rybacki, domy kryte strzechą oraz bary, w których menu jest świeża ryba. Chyba najbardziej klimatyczna wioska wyspy! I to z jakimi tradycjami! Już w X w. n.e. istniał tu port, a przez wiele lat mieszkańcy trudnili się rybołóstwem. Łodzie z sieciami można zobaczyć wyciągnięte na brzeg, zapewne po porannym połowie. Zdecydowanie warto zboczyć ze szlaku rowerowego, by tutaj dotrzeć. Jeśli byśmy tego nie zrobili, z wioski Vitt zobaczylibyśmy jedynie kościół, biały oktagonalny budynek kryty strzechą z XIX wieku, usytuowany przy szlaku. Choć trzeba przyznać również warty odwiedzin.


Przy kościele szlak rowerowy dookoła Rugii chce nas poprowadzić na Arkonę przez miejscowość Putgarten, ale zdecydowanie bardziej warto obrać ścieżkę wzdłuż wybrzeża. Już z daleka widzimy wieże latarni, z których jedna - kwadratowa - pochodzi z XIX w., a nowsza - z 1905 roku (w jednej z nich urządzono pałac ślubów!). Niedaleko jest jeszcze trzecia – to wojskowa wieża nawigacyjna. Teren przylądka był w czasach pogańskich trudnym do zdobycia grodem, w nowszych - został przejęty przez wojsko i na jego terenie wybudowano system bunkrów (z lat 30. XX w. oraz czasów NRD). Obecnie mieszczą się w nich galerie sztuki.

 


To jeden z piękniejszych dni na szlaku z widokami na morze. Za Arkoną mamy punkt widokowy, gdzie morze możemy podziwiać z góry lub zejść schodkami na plażę. Kawałek dalej złocisty piasek jest tak kuszący, że postanawiamy porzucić nasze rowery wraz z sakwami i udać się na piknik na plaży z jedynie niezbędną porcją jedzenia. Zabawa w piasku to dla dzieci raj!


Niestety dłuższy postój spowodował, że musimy skorygować plany i odpuścić objazd kawałka półwyspu Wittow (z Gramtitz od razu kierujemy się do Kuhle, porzucając część trasy wiodącej do Dranske).
Obok budynku najstarszego pubu na wyspie wjeżdżamy w przepiękną ścieżkę wzdłuż zatoki. Ale co to? Nad wodą latają wielkie kolorowe motyle! To kitesurferzy uczący się pływać w szkółkach zlokalizowanych w okolicach miejscowości Wiek. Przez moment zastanawialiśmy się, czy nie zmienić formy aktywności. Zachodnie wybrzeże Rugii to raj dla kitesurferów. Szkółki dla rozpoczynających przygodę z kitem znajdują się nie tylko w Wiek, ale także w Schaprode i Suhrendorf. Kitesurferzy z Polski przyjeżdżają na Rugię specjalnie dla znakomitych miejscówek na uprawianie tego sportu.

 


Najważniejszą budowlą w Wiek jest ceglany kościół, a najbardziej urokliwym miejscem zaciszna marina z dwoma basenami portowymi. Jak wszędzie na Rugii, cumują tam jachty w dużej ilości. Z widokiem na nie zjedliśmy obiad, a potem desery (46 euro). Tego dnia mamy ochotę na trochę szaleństwa kulinarnego. Postój przedłuża się i w tym czasie wspaniała słoneczna i ciepła pogoda zmienia się nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki: przychodzi wiatr, zimno i deszcz. Szybko więc pokonujemy kolejne kilometry do przeprawy promowej Wittower Fähre (7,30 euro za 4 osoby i rowery, http://www.weisse-flotte.de/main/fahrplaene/wittower-faehre/). Zaledwie 10 minut na wodzie i już pedałujemy po drugiej stronie. Na szlaku rowerowym dookoła Rugii jest jeszcze druga przeprawa (k. Moritzdorf) – wiosłowa! Obsługują ją ponoć ojciec z synem od wielu lat. Ponieważ wybraliśmy w drugim dniu jazdy „Rolanda Szalonego” zamiast przeprawy, nas ta atrakcja niestety ominęła.


Bez zbędnych przystanków z towarzyszącą nam już do wieczora mżawką i ponurą aurą dojeżdżamy do pola namiotowego w Schaprode, https://www.camping-schaprode.de/ (21 euro).

 



Dzień piąty, 2 września 2016 roku, 52 km, Schaprode – Altefähr

Ostatni dzień pedałowania na wyspie. Myślami już jesteśmy na polu namiotowym, więc motywacja do szybkiej jazdy mocno wzrasta wśród uczestników wycieczki. Tym właśnie chyba muszę wytłumaczyć brak wspomnień co do charakteru trasy i atrakcji po drodze. Zostały w głowie tylko pojedyncze obrazy, jak ten z wioski, w której napotykamy samoobsługowy sklep z płodami rolnymi i jajkami wystawionymi na czymś w rodzaju kredensu. Zapłatę wrzuca się do puszki. W innym miejscu przed domem urządzono pchli targ. Wazoniki, książki, puzderka i inne drobiazgi można nabyć za grosze. Szkoda, że miejsca w sakwach mamy niewiele...

 


Najwięcej wrażeń tego dnia dostarcza jednak Rügen Park w Gingst (usytuowany przy trasie), czyli park miniatur i lunapark w jednym (http://www.ruegenpark.de/). Mamy zasadę w naszych podróżach, że na ich końcu czeka na dzieci jakaś atrakcja. Dzięki temu wzrasta im motywacja do wysiłku i znoszenia niewygód podczas spania pod namiotem. Rügen Park doskonale wpisywał się w tę naszą ideę (9,40 euro za dorosłego i 2 – 7,40 za dziecko – cena zależna od wzrostu!). Po terenie parku obwozi nas najpierw kolejka, a potem jeszcze raz już na nogach przemierzamy ścieżki, by przyjrzeć się z bliska wszystkim miniaturom: koloseum, krzywa wieża w Pizie, Biały Dom, Tadź Mahal... Jest ich wszystkich 100, a do tego 17 atrakcji typowych dla parku rozrywki: tyrolka, wielka gumowa piłka do skakania, zjeżdżanie na wycieraczkach na ogromnej zjeżdżalni czy wyciągarka do łodzi, które potem z impetem wpadają do wody.


Ze względu na ilość kilometrów oraz czas spędzony w Rügen Park świadomie odpuszczamy objeżdżanie półwyspu Ummanz i kierujemy się prosto na pole namiotowe. Jeszcze tylko ostatni odcinek wzdłuż morza i już wrzucamy sakwy do bagażnika samochodu, który zostawiliśmy na polu namiotowym. Do Polski ruszymy kolejnego dnia rano.

 

Podsumowanie

Przez 5 dni przejechaliśmy 240 km, codziennie ok. 50 km (jeden odcinek 25 km kolejką). Część trasy wiodącej dookoła Rugii pominęliśmy. Oficjalne strony podają całkowitą długość szlaku jako 275 km. Zazwyczaj dzieli się go na 5 etapów. Gdybyśmy jednak chcieli zwiedzić wszystkie atrakcje po drodze, musimy zarezerwować na wycieczkę zdecydowanie więcej czasu!

Szlak wcale nie jest łatwy: na trasie jest sporo górek i nie zawsze biegnie wygodną asfaltową ścieżką. To, co naszym zdaniem jest największą zaletą, to różnorodność krajobrazów i atrakcji po drodze, na stosunkowo niedużym kilometrażu. Wygodne jest to, że robimy pętlę wokół wyspy, dzięki czemu wracamy do auta i nie musimy kombinować, jak przewieźć rowery w miejsce, gdzie zostawiliśmy samochód.

 

Wyjazd miał miejsce w sierpniu 2016 roku.

Uczestnicy: mama Kamila, tata Darek, dzieci: Dominika, lat 11 i Jędrek, lat 8.



 



Nasze dzieci w odzież na wyjazd wyposażyła marka Regatta.



 
 Początek trasy
 Rugia to przeważnie krajobraz rolniczy
 Odpoczynek na ławce przy szlaku. Znajdziemy sporo takich udogodnień dla rowerzystów.
 Takie widoki na Rugii...
 Bagaż wieziony przez Dominikę.
 Bagaż mamy Kamili.
 
 Bagaż taty Darka (łącznie z namiotem).
 Bagaż naszego najmłodszego uczestnika wyjazdu.
 Po drodze mariny z jachtami to częsty widok.
 Taki szlak asfaltowy to bajka, ale nie zawsze było tak pięknie.
 Tak wyglądają rozwidlenia szlaków. Jest mnóstwo opcji do wyboru.
 Ekipa :)
 
 Wdrapywanie się na drzewo - przerywnik podczas jazdy.
 Tu było dość wąsko...
 Szalony Roland :)
 Ciuchcia ma wagon specjalnie dla rowerów.
 Najlepszy jest otwarty wagon
 Przy kościele w Putbus...
 
 Putbus nazywane jest ”białym miastem”.
 Słynny widok na molo w Sellin
 Wiklinowe kosze w Sellin.
 Przy szlaku w Binz
 Przy szlaku w Binz
 Plac zabaw przy trasie - wspaniała rozrywka! (Binz).
 
 Plac zabaw przy trasie - wspaniała rozrywka! (Binz).
 Miejsce odpoczynku dla rowerzystów, turystów i mieszkańców w Binz.
 Miejsce odpoczynku dla rowerzystów, turystów i mieszkańców w Binz.
 Po jednej stronie morze, po drugiej jeziorko - Binz.
 Molo w Binz
 Binz
 
 Wiklinowe kosze na plaży w Binz.
 Drugi plac zabaw przy szlaku w Binz.
 Naturerbe Zentrum Rügen, czyli tam, gdzie spaceruje się w koronach drzew.
 Spacer w koronach drzew.
 Spacer w koronach drzew.
 Na trasie spaceru w koronach drzew.
 
 Spacer w koronach drzew.
 Spacer w koronach drzew.
 Spacer w koronach drzew.
 Spacer w koronach drzew.
 Rowery zostawione bez opieki czekały...
 
 Prora - kompleks-widmo.
 Sposoby na zagospodarowanie Prory.
 Prora straszy...
 Plaża z pozostałościami wojskowymi.
 Plaża z pozostałościami wojskowymi.
 Plaża z pozostałościami wojskowymi.
 
 Port morski w Sassnitz.
 Lasy bukowe w Jasmundzkim Parku Narodowym.
 Lasy bukowe w Jasmundzkim Parku Narodowym.
 Wybrzeże kredowe w Jasmundzkim Parku Narodowym.
 Wybrzeże kredowe w Jasmundzkim Parku Narodowym.
 Punkt widokowy - Victoriasicht.
 
 Wybrzeże kredowe w Jasmundzkim Parku Narodowym.
 Wybrzeże kredowe w Jasmundzkim Parku Narodowym.
 Szlak w Jasmundzkim Parku Narodowym.
 W Jasmundzkim Parku Narodowym.
 Chaty kryte strzechą to częsty widok na Rugii.
 Krajobrazy Rugii.
 
 Krajobrazy Rugii.
 Krajobrazy Rugii.
 Krajobrazy Rugii.
 Krajobrazy Rugii.
 Na kempingu Drewoldke.
 W stronę Kap Arkona.
 
 Kamienne kurhany z czasów słowiańskich.
 Kamienne kurhany z czasów słowiańskich.
 Krajobraz w okolicy wioski Vitt.
 Widok na Kap Arkona z wioski Vitt.
 Rybacka wioska Vitt.
 Rybacka wioska Vitt.
 
 Rybacka wioska Vitt.
 Rybacka wioska Vitt.
 Rybacka wioska Vitt.
 Oktagonalna kaplica w Vitt.
 Najpiękniejszy widok na Kap Arkona jest... wiosce Vitt.
 Widok na latarnie Kap Arkona.
 
 Na Kap Arkona.
 Na Kap Arkona.
 Na Kap Arkona.
 Bunkry na Kap Arkona.
 Bunkry na Kap Arkona.
 Kap Arkona
 
 Najładniejszy nadmorski fragment trasy od Kap Arkona.
 Najładniejszy nadmorski fragment trasy od Kap Arkona.
 Skusiła nas plaża.
 Kitesurferska miejscówka w Wiek.
 Kitesurferska miejscówka w Wiek.
 Kitesurferska miejscówka w Wiek.
 
 Kościół w Wiek.
 Przystań jachtowa w Wiek.
 W Wiek...
 Przeprawa promowa Wittower Fähre.
 Przeprawa promowa Wittower Fähre.
 Przeprawa promowa Wittower Fähre.
 
 Plaża przy polu namiotowym w Schaprode.
 Plaża przy polu namiotowym w Schaprode.
 Plaża przy polu namiotowym w Schaprode.
 Śniadanie na polu namiotowym w Schaprode.
 Przy polu namiotowym w Schaprode były kozy i osły.
 
 To już ostatni dzień z tymi drogowskazami...
 Rügen Park w Gingst
 Rügen Park w Gingst.
 Rügen Park w Gingst
 Rügen Park w Gingst
 
 
Autor: Kamila Gruszka

Na co dzień dużo pisze: na tematy górskie, podróżnicze, biegowe, dotyczące sprzętu turystycznego, przeprowadza wywiady i publikuje recenzje książek. Jej relacje z podróży ukazują się w magazynach podróżniczych. Publikuje w serwisach internetowych www.goryonline.com, www.ceneria.pl oraz prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Jest pilotem wycieczek.
Zazwyczaj aktywnie spędza czas: biega (udział w maratonach i w biegach górskich), lubi turystykę rowerową, kajaki, chodzi po górach, wspina się i praktykuje jogę. Zimą preferuje biegówki. Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty "Wschód". Od kilkunastu lat wraca na Kaukaz.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Czy słyszeliście o Poleskim Parku Narodowym? My do tej pory niewiele. To jeden z młodszych polskich parków, bo utworzony w 1990 roku. Jego zadaniem jest ochrona tego, co zostało po opiewanych kiedyś przez poetów...

Dolomity to wspaniałe góry. Chyba nie ma takiej osoby, na której nie zrobiłyby wrażenia. Mimo że monumentalne ściany porażają, okazuje się, że wiele z wysokich szczytów jest łatwo dostępnych, a wycieczki nie są wcale męczące.

Podobnie jak zawsze przygotowujemy termos z herbatą, tak samo na wyjazdy nie zapominamy zapakować termosu na żywność – nierzadko od razu z zawartością.

Jaki zestaw skomponować na Hormoz? - zastanawiałam się rano w hotelu. Wiedziałam, że na wełnie merino mogę polegać niemal w każdych warunkach...

Mały ręcznik bardzo mi się przydaje w podróży - obojętnie czy lecę samolotem z międzylądowaniami...

...
...
...
...