Bezdroża Azji - wywiad Agnieszki Flagi

Najbardziej urzekły mnie Mongolia i Tybet. Przestrzeń, niesamowite widoki, mnóstwo kolorów i przyjaźni ludzie. Nie zapomnę też smaku herbaty podawanej z solą i masłem jaka, tradycyjnej herbaty, którą pije się w tych rejonach. Była doskonała - aromatyczna, rozgrzewająca, sycąca i dodająca energii - chociaż nie sądzę, żeby gdzie indziej smakowała równie dobrze. – opowiada Kamila Balbus, która przez trzy miesiące wędrowała po bezdrożach Azji.

Agnieszka Flaga: Twoja podróż po Azji trwała 3 miesiące...

Kamila Balbus: Tak. W tym czasie wraz z koleżanką odwiedziłam Mongolię, Chiny, Tybet, Nepal, Indie. Niektóre kraje były tylko przystankiem na trasie, w innych (Mongolia i Tybet) zatrzymałyśmy się na dłużej. Podróż zaczęła się właściwie w Moskwie, skąd wyrusza kolej transsyberyjska. Po czterech dniach jazdy pociągiem dotarłyśmy do Irkucka. Już w pociągu doświadczyłyśmy tego innego świata, który chciałyśmy zobaczyć, który był celem naszej wędrówki. Poczułyśmy wschodnie klimaty układając się do snu na specjalnych półkach w przedziałach bez drzwi (pociąg tzw. płackartny), gdzie każdy korzystający z przejścia zahaczał o wystające nogi śpiących towarzyszy; kupując praktycznie całe, ciepłe jeszcze obiady na stacjach od tłumnie przybywających, miejscowych babuszek; przygotowując sobie herbatę z gorącej wody z samowaru opalanego węglem; czy po prostu wyglądając za okno.

Podróż nie odbyła się oczywiście bez jakichś niespodzianek. Już na granicy rosyjsko – mongolskiej okazało się, że z Rosji nie można wywozić dolarów, na które nie ma się potwierdzenia z granicy białoruskiej. Oczywiście nie miałyśmy takiego; coś tam się wypełniało na granicy, ale wszystkie papiery oddałyśmy (celnicy twierdzą, że nie będą potrzebne, jak potem sprawdziłam). Zapanowała więc konsternacja, co tu robić? Wymieniać na ruble, a po wyjeździe z Rosji znowu na inne pieniądze? Przewieźć nic nie zgłaszając? Zdecydowałyśmy się na to drugie wyjście. Dolary zwinęłyśmy w ruloniki, zabezpieczyłyśmy je folią i ukryłyśmy w nieprzezroczystych pojemnikach z szamponem, ketchupem i musztardą. Udało się przejechać przez granicę bez problemów, ale emocji było sporo.

A.F.: Z tego co wiem, najdłużej byłaś w Tybecie. Opowiedz coś o nim, o ludziach tam mieszkających, o życiu...

K.B.: Zgadza się. Byłam w Tybecie najdłużej, chociaż właściwie nie planowałam tego. Nie lubię zwiedzać tego, co polecają przewodniki, czym się wszyscy zachwycają. Ja bardzo chciałam zobaczyć Himalaje, to był jakby główny cel mojej podróży do Azji. Na Tybet namówiła mnie koleżanka, z którą podróżowałam. Nie żałuję. Zresztą od strony Tybetu miałam na Himalaje niesamowity widok.

Na Tybet byłam zupełnie nieprzygotowana. Myślałam, że takiej krainy jak na filmach (np. „7 lat w Tybecie”) już nie ma, że kilkadziesiąt lat okupacji chińskiej zrobiło swoje. Faktycznie, kultura została w dużej mierze zniszczona, ale to co zostało i tak mnie zafascynowało. Jest ona odmienna od jakiejkolwiek innej, znanej kultury, niesamowita. Duża zasługa w tym ludzi, którzy tam żyją. Są otwarci na drugiego człowieka, łatwo wchodzą w relacje, chętnie nawiązują kontakt, są ciekawscy, lubią przysiąść się do kogoś i obserwować, wypytywać. Zachwycające było to, że mimo iż nie znałyśmy tybetańskiego, a Tybetańczycy żadnego cywilizowanego języka, mogliśmy się z nimi porozumieć czy to na migi, czy pokazując zdjęcia w książkach, czy w końcu pytając o nazwy interesujących nas miejscowości. Dzięki temu udało mi się głęboko wejść w ich kulturę.

Zrozumiałam, jak ważna jest dla Tybetańczyków religia. Jest ona podstawą wszystkiego, odskocznią od codziennych zmartwień. Chyba właśnie dzięki takiemu podejściu do spraw duchowych Tybetańczycy są tak niesamowici. Religia pozwala zachować im wewnętrzną równowagę i pogodę ducha. Praktyki religijne przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Dla każdego Tybetańczyka modlitwa (polegająca na powtarzaniu mantry lub obracaniu specjalnych młynków z modlitwą w środku) staje się naturalną czynnością. Przywiązuje się do niej ogromną wagę do tego stopnia, że w niektórych miejscach bardziej leniwi czy pomysłowi Tybetańczycy konstruują młynki modlitewne obracane przez wodę, by zwielokrotniona obrotami młynka modlitwa-mantra nieustająco ulatywała do nieba i zapewniała im zbawienie.

Dla Tybetu charakterystyczne jest też to, że można tam spotkać jakby dwa światy. Świat zwykłych, świeckich ludzi, najczęściej nomadów i świat klasztorów, mnichów. Ten pierwszy świat to przede wszystkim małe wioski w górach, w których żyją rodziny nomadów, utrzymujące się głównie z hodowli jaków. W wioskach tych przebywają najczęściej tylko kobiety i dzieci, gdyż mężczyźni wypasają bydło, wciąż wędrując w poszukiwaniu nowych pastwisk. Ludzie ci są bardzo biedni, widać to na każdym kroku. W domach z kamieni (spajanych i ocieplanych wysuszonymi odchodami jaka) są tylko podstawowe sprzęty. Ich pożywienie składa się głównie z mleka, masła i mięsa, których dostarcza jak oraz mąki i herbaty. To praktycznie wszystko, czym dysponują.

Klasztory natomiast to osobne miasta, które wcale nie musiałyby się kontaktować ze światem zwykłych ludzi. Żyją swoim rytmem i są samowystarczalne. Jest to zupełnie inaczej zorganizowane niż u nas w zakonach. Sam Dalajlama ubolewa nad tym, że mnisi buddyjscy żyją i działają praktycznie tylko dla siebie, podczas gdy polscy zakonnicy są otwarci na ludzi i organizują pomoc biednym i potrzebującym, służą innym.

Do klasztoru oddawane jest zazwyczaj jedno dziecko z każdej rodziny. W wieku 4-5 lat oddzielane jest od rodziny i rozpoczyna naukę w klasztorze. Mnisi są zazwyczaj bardziej wykształceni, oni studiują księgi. Łatwo ich rozpoznać, gdyż wyróżniają się ubiorem (bordowe szaty) i fryzurą (ogolone głowy).

W dzisiejszym Tybecie nie ma właściwie tybetańskich miast. Są tylko tybetańskie dzielnice, zepchnięte na obrzeża miejscowości, w których rozpanoszyła się chińska kultura. Dzielnice te są niesamowicie kolorowe, począwszy od domów, aż po ubiory Tybetańczyków. Ta kultura aż „bije po oczach”, wzbudza radość, napełnia energią. Widać, że pomimo chińskiej okupacji Tybetańczycy nie są smutnym, szarym narodem.


Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Agnieszka Flaga


Zapis rozmowy został opublikowany w czasopismie "Droga", tygodniku młodzieży katolickiej, nr 2 (410), 11 stycznia 2004 r.



 

 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

Z trzech najbardziej znanych irańskich wysp: Keszm, Hengam, Hormoz, najbardziej zachwyca mnie ta ostatnia. Od samego początku.

Niektórzy nazywają ją czerwoną wyspą, ja wolę określenie „kolorowa”. Według naukowców można wyróżnić na Hormoz kilkadziesiąt kolorów skał. Ich zabarwienie zależy od zawartości określonych minerałów i soli.

W Zatoce Perskiej żyją delfiny, kolorowe rybki, a na brzeg wychodzą żółwie.

Keszm to największa irańska wyspa w Zatoce Perskiej. Z jednego końca wyspy na drugi pokonuje się 130 kilometrów.

...
...
...
...