DOLOMITY: Ściany, które porażają

Dolomity zachwycą każdego. Porażą ogromem skalnych ścian, zakręcą w głowie wysokością, zainspirują do wyzwań, a jednocześnie zaskoczą dostępnością, mnogością schronisk i możliwościami dotarcia w wysokie partie gór samochodem lub kolejką.

Jako miejsce wypadowe podczas naszej włoskiej, rodzinnej wyprawy wraz z innymi familiami, wybraliśmy niezwykle popularną miejscowość Cortina d'Ampezzo, leżącą w samym sercu Dolomitów. W sezonie nieco snobistyczna i zatłoczona, odwiedzana zimą i w pełni lata przez włoskich celebrytów i zamożnych zagranicznych turystów, wiosną i jesienią zyskuje zupełnie inne oblicze. Jeśli kiedykolwiek trafiliście do małego prowincjonalnego miasteczka we Włoszech, na pewno wiecie, co mam na myśli. Senna atmosfera, mieszkańcy pijący poranną kawę przy kawiarnianych stolikach, a wszystko w otoczeniu pięknej architektury z wysokimi szczytami w tle. Atutem Cortiny jest bogata infrastruktura noclegowa, zaplecze turystyczne oraz duże możliwości zorganizowania różnorodnych wycieczek w okolicy.

Na kemping Rocchetta w Cortinie docieramy po 12 godzinach jazdy. Jeśli ktoś lubi podróżować w nocy, wyjazd wieczorem jest idealnym rozwiązaniem. Rano możemy już cieszyć się widokiem Dolomitów – oczywiście pod warunkiem, że mieszka się na południu Polski.

Na miejscu wybieramy kemping, bo to zdecydowanie najtańsza opcja noclegu. Poza tym na polu namiotowym dzieciaki mają przestrzeń, by się wyszaleć. Uwierzycie, że po powrocie z wycieczek miały jeszcze siłę grać w piłkę albo badmintona aż do chwili, gdy zrobiło się zupełnie ciemno? Fakt, że nie męczyliśmy ich bardzo długimi trasami, raczej wybieraliśmy takie dla każdego, możliwe do przejścia nawet dla bardzo małych dzieci (no, może poza jedną). I właśnie takie propozycje wycieczek chcielibyśmy Wam przedstawić.

Najpiękniejsze ściany Dolomitów

Nasza pierwsza trasa ma mało wspólnego z lekką aklimatyzacją. Rzucamy się od razu na njbardziej zatłoczony i najpopularniejszy szlak. Dlaczego się na niego decydujemy? Bo jednocześnie jest najpiękniejszy! Obejście „trzech szczytów z Lavaredo”, jak się tłumaczy nazwę Tre Cime di Lavaredo, najlepiej rozpocząć od południa. Około 10-kilometrowa, okrężna ścieżka pozwala na delektowanie się widokiem wysokich turni z wszystkich stron. Trudno stwierdzić, z której są najpiękniejsze. Trzy są najwyższe: Cima Ovest (2973 m n.p.m.), Cima Grande (3003 m n.p.m.) i Cima Piccola (2857 m n.p.m.), ale w skład Tre Cime wchodzą jeszcze dwie mniejsze turnie: Piccolissima i Punta di Frida.

Pierwszy etap wędrówki wiedzie od schroniska Rifugio Auronzo do kolejnego, położonego niecałe dwa kilometry dalej Rifugio Lavaredo. Do Auronzo można dojść szlakiem z Misuriny, przepięknie położonej miejscowości z niezwykle  malowniczym jeziorem, będącym jej wizytówką, albo dojechać samochodem do parkingu położonego na wysokości 2330 m n.p.m. W sezonie bywa on mocno zatłoczony i by nieco zniechęcić korzystających z samochodów turystów, już na wyjeździe z Misuriny pobiera się opłatę w wysokości aż 25 euro. W przypadku jednak wędrówek z dziećmi, akceptujemy tę kwotę, bo dzięki temu możemy się skupić wyłącznie na najpiękniejszej części szlaku, unikając uciążliwego podejścia przez las.

Od parkingu do Rifugio Lavaredo doprowadzi nas szeroka ścieżka, przejezdna nawet dla wózków. Dolomity są wręcz stworzone do wycieczek z dziećmi, nawet bardzo małymi. Ale nie tylko rodziny mijamy, wędrujemy na tym odcinku w licznym towarzystwie turystów z całego świata. Aby uniknąć tłumów, warto się wybrać na szlak bardzo wcześnie rano. Podobno wschody słońca w okolicy Tre Cime są bardzo malownicze – sprawdzimy to następnym razem. Na szczęście na podejściu pod przełęcz Forcella Lavaredo (2454 m n.p.m.) tłum się wykrusza. Nie każdy daje radę, choć według nas nie jest to bardzo wymagający odcinek. Za przełęczą, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszyscy gdzieś znikają. Zapewne przyczyniają się do tego liczne warianty dalszej drogi.

Zalecany i najczęściej wybierany szlak prowadzi do Rifugio Locatelli alle Tre Cime di Lavaredo – cały czas szeroką i łatwą ścieżką. Omija ona jednak szerokim łukiem masyw Tre Cime (aczkolwiek cały czas zapewnia widoki na nie), dlatego wiele osób decyduje się na wydeptane wąskie i kamieniste ścieżynki u podnóża kolosów. Są one może bardziej wymagające, ale i urokliwe. Nie do końca jednak wiemy, jak wygląda kwestia zbaczania ze szlaków w Dolomitach. Zdaje się, że jest to dopuszczalne, bo co i rusz widzimy osoby, które decydują się na ten wariant. Z czasem zaczynamy zauważać jeszcze więcej różnic pomiędzy naszymi rodzimymi górami a włoskimi Dolomitami. Przede wszystkim musimy się przestawić na inny system znakowania niż PTTK-owski. Tutaj wszystkie szlaki są czerwone, a rozróżnia się je po numerach. Na mapie trudność przejścia ocenia się grubością kreski. Via ferraty zaznaczone są krzyżykami.

 



Nasze dzieci nie tylko nie mają ochoty na wybranie szerokiej i wygodnej ścieżki, one pogardziły nawet wąskimi kamienistymi ścieżynkami. Decydują się na najbardziej ekstremalny wariant – tuż pod ścianami Tre Cime, po piarżystym podłożu. To stanie się już tradycją. Im trudniej, tym ciekawiej. Witaj, przygodo! Zapewne w wejściu na szczyty Tre Cime przeszkodził im wyłącznie brak odpowiedniego sprzętu wspinaczkowego...

W każdym razie wszystkie te ścieżki: od schroniska Locatelli, wąskie pod ścianą i piarżysta spotykają się w okolicy schronu Langalm, skąd trzeba podejść na kolejną przełęcz – Forcella Col de Mezo (2315 m n.p.m.). Stamtąd czeka nas już tylko powrót na parking.

Labirynt Cinque Torri

Wizytówką Dolomitów jest także pięć wież – Cinque Torri. To kolejne miejsce w Dolomitach, do którego, pomimo wysokości, stosunkowo łatwo się dostać. Wystarczy podjechać pod restaurację Bai de Dones (na trasie Cortina – Passo Falzarego), następnie przesiąść się do kolejki, która dojeżdża pod schronisko Rifugio Scoiattoli (2280 m n.p.m.). Możliwe jest także podjechanie autem do Rifugio Cinque Torri (2137 m n.p.m.), schroniska położonego niemalże w bezpośrednim sąsiedztwie wież. My tym razem wybieramy znacznie ambitniejszy wariant wycieczki.

Wędrówkę rozpoczynamy od Passo Giau (2236 m n.p.m.), przeciętej asfaltową drogą przełęczy, dobrze znanej bywalcom Dolomitów. Druga niezwykle popularna to Passo Falzarego (2109 m n.p.m.). Zlokalizowane są przy nich bezpłatne parkingi i schroniska w bezpośrednim sąsiedztwie drogi. Już stąd roztaczają się zapierające dech w piersiach widoki i zapewne wiele osób swoje wycieczki kończy na tarasie rifugio, popijając najlepsze na świecie włoskie espresso. Nam spieszno do celu, choć chwilę poświęcamy na przyjrzenie się imponującej ośnieżonej górze, widocznej w oddali.
- To Marmolada. Królowa Dolomitów. Najwyższy szczyt o wysokości 3343 m n.p.m. – tłumaczymy dzieciom.
Jest tak zachwycająca, że trudno od niej oderwać wzrok. Zmuszamy się do tego, bo Cinque Torri są zlokalizowane z zupełnie innej strony. Ich z parkingu nie widać.

Przecinamy asfalt i mijając z prawej schronisko Albergo Passo Giau wkraczamy na szlak o numerze  452, trawersujący zbocze Ra Gusela. W pewnym momencie ścieżka się mocno zwęża, a my idziemy pośród ogromnych głazów. Wyobraźnia podsuwa mi obrazy spadających z góry kamieni, ale mam nadzieję, że te, co miały spaść, już to dawno zrobiły i dlatego możemy obserwować takie malownicze ich nagromadzenie na górskiej łące. To ponoć ulubiony plac zabaw zwierząt, dobrze nam znanych z polskich gór – świstaków. Próbujemy wychwycić uchem ich charakterystyczne gwizdy, ale tym razem śpią najedzone w swoich kryjówkach i nie mają ochoty się pokazywać.

Pierwszy około trzykilometrowy etap wędrówki prowadzi od Passo Giau do Rifugio Averau (2413 m n.p.m.). Ostatnie kilkaset metrów prowadzi ostro pod górę. Dzieciakom jak zwykle mało i znowu wybierają trudniejszy wariant, tuż pod skalną ścianą. Na szczęście po raz kolejny rozsądni tatusiowie dotrzymują im towarzystwa (albo właśnie lekkomyślni, że pozwolili im iść w mniej bezpieczny teren!), a mamusie przykładnie idą właściwym szlakiem, który odbija nieco w lewo, gdzie łączy się z szerokim, typowym dolomickim traktem, prowadzącym tu z Rifugio Fedare.

 



Czas na odpoczynek i drugie śniadanie, podczas którego z zazdrością spoglądamy na amatorów wspinaczek po via ferratach. My tym razem ze względu na dzieci postawiliśmy raczej na wędrówki piesze niż po żelaznych drogach, tak typowych dla Dolomitów, ale widząc całe rodziny ubrane w uprzęże i specjalistyczny sprzęt, przekonujemy się, że w Dolomitach znajdziemy via ferraty odpowiednie także dla najmłodszych. Kilka takich szlaków jest wytyczonych na Nuvolau. Schronisko o tej samej nazwie, położone jeszcze wyżej niż Averau, jest doskonale widoczne z miejsca, gdzie się posilamy i wydaje się być bardzo blisko. Ale ponieważ mamy ambitny plan tego dnia, rezygnujemy z dodatkowego podejścia. Tym bardziej, że nasz główny cel – labirynt wież Cinque Torri już tuż-tuż. Wystarczy przejść parę kroków, nieco wychylić głowę i już je widzimy: pięć wież Dolomitów. Szczytów jest tak naprawdę znacznie więcej i trudno się ich doliczyć. W każdym razie najwyższy to Torre Grande o wysokości 2361 metrów n.p.m. Tym razem patrzymy na nie z góry, a nie jak zazwyczaj – z dołu i nie możemy się nadziwić, że po zmianie perspektywy nie wydają się już takie imponujące.
- Jak karzełki – podsumowują dzieci.

Skały Cinque Torri mamy już na wyciągnięcie ręki, ale to nie znaczy, że zaraz ich dotkniemy. Na przeszkodzie staje... kolejne schronisko.
- No, nie! To już przesada! Niecały kilometr i znowu? – nie mogę się nadziwić, że w Dolomitach, schroniska są tak gęsto rozmieszczone. Ale to właśnie dlatego gorąco polecamy te góry na wycieczki z dziećmi. Zawsze znajdzie się pretekst i miejsce do odpoczynku.

Przy Rifugio Scoiattoli szukajmy znaków szlaku, poprowadzonego wokół labiryntu skał. Strzałki z napisem „Giro delle Torri” nie pozwolą nam zabłądzić. Aczkolwiek w jednym momencie odbicie jest wskazane... Rozglądamy się bacznie wokoło, bo teren ten był areną działań wojennych w czasach pierwszej wojny światowej. Znajdowała się tutaj siedziba dowództwa włoskiej armii, walczącej w górach z wojskiem austriackim. W Dolomitach wytyczono wiele szlaków upamiętniających te historyczne wydarzenia, a smaczku dodaje fakt, że schrony, okopy czy stanowiska strzelnicze zachowały się do dzisiaj. Nieraz na szlakach naszych wędrówek się na nie natknęliśmy, czasami zupełnie przypadkowo. By odkryć wszystkie pozostałości z czasów wojny przy Cinque Torri, trzeba by się wybrać na osobną całodniową wycieczkę. My robimy jedynie mały przerywnik, choć udaje się nam dojść do budynków sprytnie ukrytych między skałami, które z góry były zupełnie niewidoczne! Dzieci wracają z tej eksploracji zachwycone i są pod wielkim wrażeniem.

Cinque Torri to popularny cel wspinaczkowy, więc mamy możliwość podpatrzenia wspinaczy w akcji. Wiszą tuż nad naszymi głowami! Tak naprawdę skałki są niewysokie i nadają się na wspinaczkę nawet dla osób początkujących. Prawdziwe, wielkościanowe akcje rozgrywają się gdzie indziej.

Dookoła Cinque Torri można zatoczyć pętlę, ale nam zależało na tym, by nie wracać tą samą drogą, więc przy schronisku Rifugio Cinque Torri odbijamy na szlak 443. Pierwszy raz musimy przyznać w Dolomitach, że idzie się dość nieprzyjemnie, do tego pięknych widoków naokoło niewiele. Ścieżka na przemian wznosi się ostro lub schodzi. Na stromiznach zabezpieczona jest drewnianymi kłodami, które wcale nie są łatwe do pokonania. Jeśli więc planujecie wędrówkę z małymi dziećmi, zdecydowanie odradzamy ten szlak, choć długość tras pokonana przez nas tego dnia nie jest w sumie przerażająca – to jedynie 10 kilometrów łącznie, od Passo Giau i z powrotem.

Lagazuoi – kolejką łatwiej

Atutem Dolomitów są liczne kolejki górskie, które działają nie tylko w sezonie zimowym, gdy góry są opanowane przez narciarzy. Również latem mamy szansę w kilkanaście minut wywindować się na prawie trzy tysiące metrów! Z samej Cortiny startują dwie: jedna na Falorię w grupie Sorapiss (Tondi di Faloria), kolejna na Tofana di Mezzo. Jeśli planujemy taką wycieczkę, najlepiej wybrać dzień z idealną pogodą, by nic nie stracić z widoków! Zresztą, gdy panują bardzo złe warunki, ruch jest wstrzymywany. Wtedy w przypadku kolejek wieloetapowych, jak na Tofanę, warto zawczasu się dowiedzieć, czy na pewno dojedziemy na samą górę.

Nas skusiło Lagazuoi, które wznosi się ogromną ścianą niemal bezpośrednio ponad Passo Falzarego. Planujemy jedynie posiedzieć przy schronisku na górze i za chwilę zjechać. Dlatego wybieramy się tam po południu (ostatni wagonik zjeżdża o 17.00). Gdybyśmy przewidzieli wcześniej, jakie możliwości, czekają nas wyżej...

Kulminacja po lewej stronie kusi, by się na nią wspiąć, więc proponuję:
- Może przejdziemy się chociaż kawałek. Ta górka wygląda jak szczyt, więc wstyd byłoby nie zaliczyć, jak już jesteśmy tak blisko – motywuję resztę ekipy do działania po wyjściu z kolejki.
Mam nadzieję na ładne widoki, które mogą rozpościerać się z góry. Faktycznie, w tym względzie się nie zawodzę. Tylko że za górką okazuje się, że szlak prowadzi dalej, a na horyzoncie widać krzyż...

Tym razem słowa nie są potrzebne. Wszyscy wiemy, że to oczywista oczywistość, że musimy tam dojść. To naprawdę krótki, około dwudziestominutowy, niewymagający spacer, choć na wysokości prawie 2800 metrów n.p.m. i z wrażeniem, że wszystkie inne góry są pod nami. Ustawiona pod krzyżem ławeczka zaprasza do posiedzenia, podumania, daje możliwość wygodnego zachwycania się krajobrazami naokoło. Z żalem wracamy.

 



Na Lagazuoi okazaliśmy się całkowitymi ignorantami, nieprzygotowanymi do wycieczki. Przegapiliśmy jedną z większych atrakcji, czyli tunel, prowadzący od podnóży na górę. Gdybyśmy wiedzieli, że jest możliwy do przejścia także dla dzieci, nie panikowalibyśmy tak bardzo. Darek miał okazję go sprawdzić przy okazji innego wyjazdu, dwa miesiące później. Gorąco poleca!

Ta krótka wycieczka nauczyła nas, że gdziekolwiek trafimy w Dolomitach, nawet w nieznane nam wcześniej i niesprawdzone miejsca, to i tak jest pięknie. Lagazuoi na zawsze zostało w naszych sercach. Właśnie dlatego, że tak bardzo nas zaskoczyło.

Szpital polowy w górach

Jak pokazało nam tych kilka dni, historia i chodzenie po górach są w Dolomitach nierozerwalnie związane. Najwięcej pamiątek znajdziemy w okolicach Lagazuoi, Cinque Torri i Sasso di Stria. Ten rejon uważany jest za największe muzeum pierwszej wojny światowej pod gołym niebem. Oprócz bardzo spektakularnych miejsc, jak siedziba dowództwa koło Cinque Torri czy tunele na Lagazuoi, czasem można się natknąć na mniej znane pozostałości. Tak było w wypadku „ospedale”, czyli szpitala polowego, do którego można dojść ścieżką, pnącą się ostro w górę ze schroniska Col Gallina. Dokładniej umiejscawiając – przy schronisku zostawiamy samochód (tutejszy parking jest mniej zatłoczony niż na pobliskiej przełęczy Passo Falzarego), a następnie przechodzimy na drugą stronę drogi i ponad budynkiem Bar Ristorante da Strobel zaczynamy wspinaczkę. Podejście trochę daje nam w kość, ale to zaledwie kilometr do połączenia z wygodnym szlakiem, biegnącym z Passo Falzarego. Wybieramy kierunek na Col dei Bos (czyli w prawo) i po zaledwie kilku minutach jesteśmy zaskoczeni widokiem straszących pustymi oknami budynków. Schowanych za załomem góry ruin jest znacznie więcej, ale historia tego miejsca pozostaje dla nas nieznana. Czy szpital został zbombardowany, czy zwyczajnie nadszarpnięty zębem czasu? Jak przebiegała budowa? W jaki sposób transportowano tutaj budulec? Brak odpowiedzi na te pytania sprawia, że jeszcze bardziej jesteśmy zafascynowani.

 



Wrócić można tą samą drogą albo zrobić sobie spacer do Passo Falzarego już znacznie łatwiejszą ścieżką, ale minimalnie dłuższą. Stamtąd też oczywiście można dojść do szpitala w przypadku, gdy wolimy auto zostawić na parkingu przy Passo Falzarego.

Muzeum pierwszej wojny światowej

Jesteśmy już na tyle zaintrygowani wydarzeniami wojennymi, które rozgrywały się w okolicy, że postanawiamy poszukać pomocy w zrozumieniu trudnej historii tych gór. Najlepszym sposobem, aby poukładać sobie w głowie różne fakty, jest wizyta w muzeum, umiejscowionym w Forcie Tre Sassi przy Valparola Pass (2168 m n.p.m.), około dwóch kilometrów od Przełęczy Falzarego. Dojazd tutaj jest możliwy samochodem.
Fort wybudowali Austriacy w 1897 roku, w celu ochrony południowych rubieży Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Przed wojną teren należał do Austrii, a Cortina d’Ampezzo była spokojnym austriackim miasteczkiem zamieszkiwanym przez mniej więcej trzy tysiące mieszkańców. W górach nie mieli łatwego życia, podobnie jak ich sąsiedzi – Włosi, w południowej części Dolomitów. Żyli w zgodzie. Sytuacja ekonomiczna u obu krajach poprawiła się, gdy zaczęli czerpać dochody z turystyki. Mogli być zadowoleni z życia, ale... wybuchła wojna. Najpierw mężczyźni zostali powołani do wojska, a potem, w 1915 r., Włochy przyłączyły się do aliantów. Zaczęła się wojna pozycyjna w Dolomitach, której świadectwa do dzisiaj w górach pozostały.

W muzeum zgromadzono różne przedmioty używane przez żołnierzy. Ich liczba robi wrażenie! Mimo że ekspozycja nie ma nowoczesnego czy multimedialnego charakteru, pamiątki te działają na wyobraźnię, szczególnie, gdy ogląda się wyposażenie szpitala polowego z piłami, nożycami, kleszczami, protezami i różnymi narzędziami używanymi przez medyków i sanitariuszy. Nasze dzieci chłoną wszystko z tzw. opadem szczęki.

Wojna o Dolomity dla Austriaków okazała się przegraną, bo zajęli je Włosi. Mimo to, wielu Austriaków mieszka dalej po włoskiej stronie granicy.

 



Schrony, okopy i domy żołnierzy

Drogowskaz przy muzealnym parkingu zachęca do kolejnej górskiej wycieczki. Spacer do pozostałości schronów, okopów i budynków mieszkalnych, w których kiedyś stacjonowali austriaccy żołnierze, według znaku nie powinien zająć więcej niż 15 minut. I tak jest, tylko że potem roztaczają się przed nami prawie nieograniczone możliwości powłóczenia się po tym dość sporym obszarze dawnych pozycji wojskowych. Widać, że miejsce zostało zabezpieczone, a budowle, gdzie się dało, odnowione. Kamienne okopy jak węże wiją się długimi odcinkami. Gdzieś wyrasta ziemianka, którą można rozpoznać dopiero po wejściu – z drugiej strony wygląda jak zwykły pagórek. W innym miejscu zbudowano całkiem przyzwoite kamienne domy. Spacerujemy, ciągle zmieniając kierunek, bo co chwilę dostrzegamy coś ciekawego, co przyciąga nasz wzrok. Trzeba tylko uważać, by nie zapędzić się za daleko, bo z jednej strony mamy opadające urwisko. Myślimy o żołnierzach, którzy w takich warunkach musieli przetrwać wiele miesięcy. Być może było wśród nich sporo Polaków. W armii austriackiej służyli przecież zarówno Węgrzy, Słowacy, Czesi, jak i nasi rodacy – wszystkie nacje z ziem, które znajdowały się kiedyś pod panowaniem cesarstwa. Dla nas wojna zakończyła się szczęśliwie. Wywalczyliśmy sobie niepodległość.

Dolomity to wspaniałe góry. Chyba nie ma takiej osoby, na której nie zrobiłyby wrażenia. Mimo że monumentalne ściany porażają, okazuje się, że wiele wysokich szczytów jest łatwo dostępnych, a wycieczki nie są wcale męczące. Samochodem można dojechać na wysokie przełęcze i stamtąd zacząć wędrówkę, odpoczywając po drodze w gęsto rozsianych wzdłuż szlaków schroniskach. Dostęp ułatwiają kolejki. Natomiast pozostałości z czasów pierwszej wojny światowej ukryte w górach sprawiają, że nie sposób się nudzić. Każdy znajdzie tu coś dla siebie: kolarze szosowi, amatorzy MTB, biegacze, wspinacze skałkowi, wielkościanowi i alpiniści, narciarze. Kierowcy motocykli zachwycają się serpentynami dróg, wspinającymi się na wysokie przełęcze, i pięknymi widokami. To również idealne góry na wędrówkę z dziećmi, o czym – mam nadzieję – Was przekonałam.

 



DOLOMITY PRAKTYCZNIE

Dojazd
Optymalna trasa dojazdu samochodem z Krakowa lub Katowic prowadzi przez Czechy i Austrię (Ostrawa > Ołomuniec > Brno> Wiedeń > Graz > Villach > Lienz) - to ok. 1000 km, które można pokonać w 10-12 godzin. Najlepsze warunki na drodze panują w niedzielę. Ci, którzy wybierają się w Dolomity samolotem, połączeń powinni szukać do: Treviso (ok. 135 km), Wenecji (ok. 170 km) czy Werony (ok. 260 km).

Transport na miejscu
Samochód znacznie ułatwia poruszanie się na miejscu. Można dojechać w piękne widokowo miejsca, a już sam przejazd robi wrażenie. W przypadku wycieczek z dziećmi poruszanie się samochodem ogranicza odcinki piesze, co jest dużym odciążeniem dla małych nóg. Niektóre drogi są płatne, np. wjazd na parking pod Tre Cime - 25 euro. Dla niezmotoryzowanych dostępny jest Dolomiti Bus (http://dolomitibus.it/), który wjeżdża na najważniejsze przełęcze i miejsca startu szlaków.
W centrum Cortiny parkingi są płatne (duży parking przy dworcu), bezpłatne możliwości parkowania są ograniczone. Główna ulica Corso Italia jest deptakiem niedostępnym dla samochodów, a ruch odbywa się zawsze naokoło miasta w jedną stronę.

Noclegi
W Cortinie znajdziemy wiele hoteli i pensjonatów, jednak ceny są dość wysokie. Taniej wychodzi wynajem domu lub kwatery zlokalizowanych poza Cortiną. Polecamy Villa Argentina, Pocol (nocleg od 37 euro): www.hotelargentinacortina.it/index.php/en/.
Polecam też korzystanie z kempingu. W samej Cortinie mamy do wyboru między innymi: Rocchetta i Cortina. Tańszy, ale poza miastem jest Olympia. Polecamy Rocchetta (www.campingrocchetta.it), oddalony o 20 min od centrum Cortiny (dojście przez łąkę górską). Nocleg od 10 euro za 1 os.

Mapy i przewodniki
W informacji turystycznej zlokalizowanej na tyłach zabytkowego kościoła (charakterystyczna biała wieża) dostępne są mapy turystyczne okolic - wystarczające na mało ambitne wycieczki. Na mapach wprowadzone jest rozróżnienie ze względu na trudność tras, via ferraty zaznaczone są krzyżykami. Wszystkie szlaki w Dolomitach są oznaczane tak samo: czerwonym kolorem i numerowane! W informacji dostaniemy także opisy polecanych szlaków, można również zakupić profesjonalne mapy. Przed przyjazdem warto się zaopatrzyć w przewodniki po Dolomitach, wydane w języku polskim, np. przez Sklep Podróżnika

Jedzenie
Restauracje zlokalizowane przy deptaku Corso Italia mają wyższe ceny. Tańsze są np. w pobliżu dworca. Wydawanie posiłków rozpoczyna się od 18.30. W środku dnia obowiązuje sjesta, nawet sklep spożywczy jest zamknięty! Najtańsze zakupy zrobimy w Kanguro (na końcu deptaka w lewo pod wiadukt). Duży sklep spożywczy jest także przy deptaku, ale ceny są znacznie wyższe.

Koszt wyjazdu
Koszt tygodniowego pobytu w Dolomitach dla jednej osoby to około 1000-1500 zł z uwzględnieniem transportu kilku osób jednym samochodem i noclegami na kempingu lub w tanim pensjonacie.

 

 

Artykuł ukazał się w majowym numerze magazynu turystyki górskiej npm, 5 (206), maj 2018.


 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Cztery dni wolnego do wykorzystania trzeba dobrze zaplanować. Nie ma sensu jechać gdzieś daleko, ale można też pokusić się o wypad nieco dalej niż w polskie góry. Bo że mają być góry, tego byliśmy pewni.

Bugaboo Camper wydaje się być idealny dla naszej rodziny. Ma wszystko w ilości, wielkości, pojemności i jakości dostosowanej do czteroosobowej rodziny czy ekipy.

Jeśli jeszcze nie słyszeliście o odzieży z wełny merino, koniecznie musicie nadrobić zaległości. Na rynku outdoorowym jest kilka firm, które specjalizują się wyłącznie w produkcji odzieży z wełny merino, m.in.  Smartwool...

Każdy, kto szuka sandałów na lato, musi odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiego typu sandałów tak naprawdę potrzebuje. Mając to na uwadze, dopiero pod tym kątem należy przeglądać ofertę

Wydawałoby się, że temat przyczepek rowerowych już nas nie dotyczy. Byłoby tak, gdybyśmy nie stali się właścicielami szczeniaka rasy Border Collie...

...
...
...
...