IZRAEL: Wywiezione – wrażenia i przemyślenia

Z Izraela wyjeżdżałam z głową pełną przemyśleń i poczuciem, że nic nie jest czarno-białe. Takiej różnorodności kultur, religii, krajobrazów i różnych poglądów się nie spodziewałam. Trudno mi to wszystko jednoznacznie ocenić i ubrać w jakieś ramy. Może nie warto?


Chciałabym jednak choć część moich doświadczeń przekazać dalej...

Kontrola graniczna
O osławionych izraelskich kontrolach granicznych słyszałam wcześniej wiele. Przerażenie, wściekłość, pogodzenie się z procedurami – rozpiętość reakcji znajomych, którzy to przeżyli, była ogromna. Z jednej strony rozumiałam, że pracownicy postępują według narzuconych z góry wytycznych i nie ma co się denerwować, tylko spokojnie odpowiadać na pytania, z drugiej czułam wewnętrzne napięcie ze względu na moje dwie irańskie wizy. Te państwa bardzo się nie lubią. Gdybym miała sytuację odwrotną, czyli wizę izraelską w paszporcie, to do Iranu na 100 % nie zostałabym wpuszczona. Na szczęście Izraelczycy zdają sobie z tego sprawę i pieczątek nie wbijają. Wizę dostaje się w formie osobnego wydruku na kartoniku. Trzeba go zachować do wyjazdu.
Lądowaliśmy w Ovda, lotnisku położonym na środku pustyni, z którego do Eilat można się dostać autobusami podstawianymi tak, by odebrać pasażerów z poszczególnych lotów. Bilet na autobus mieliśmy zarezerwowany wcześniej i zastanawialiśmy się, co będzie, jeśli nie zdążą nas wszystkich odprawić – czasu wydawało się bardzo mało. Okazało się, że w niecałą godzinę było już po sprawie. Wszystko odbyło się błyskawicznie. Pytanie o pobyt w Iranie oczywiście padło – wystarczyło wyjaśnienie, że pracuję jako „guide” i nie mam tam żadnych znajomych.

 


Co innego w drugą stronę, przy wyjeździe. Ostrzeżenia, by być 3 lub nawet 4 godziny przed odlotem na lotnisku, nie są bezpodstawne. Dokładnie tyle zajęła nam odprawa z wszystkimi formalnościami i odczekaniem swojego w kolejce. Pytań było znacznie więcej, kontroli bagażu też. Z Iranu musiałam się bardziej szczegółowo tłumaczyć, a także z tego, dlaczego nie przyjechałam z mężem. Mocno ich interesowało to, z kim podróżuję i jak długo znam moich znajomych.
Przesłuchiwała mnie młodziutka dziewczyna, która bardzo uprzejmie mnie najpierw ostrzegła, że pytania mogą być osobiste. Oglądając mój paszport na uboczu potrzebowała – mam wrażenie – chwili na przemyślenie strategii i ułożenie sobie szkieletu rozmowy w głowie. Nie czuła się pewnie w swej roli, więc trudno, żebym ja przed nią miała respekt...
Następnie część osób była kierowana do dodatkowego prześwietlenia, część musiała otwierać walizki i tłumaczyć się z zawartości. Mnie po przyklejeniu zielonej naklejki na okładce paszportu kazano odejść na bok. Spodziewałam się dodatkowej, skrupulatnej kontroli, a tu nic. Jakiś pan wziął naszą grupę poza kolejką do kolejnej odprawy i prześwietlenia, i już mogliśmy ze spokojem oczekiwać odlotu w hali.

 


Szczerze mówiąc, mam duże wątpliwości, czy w Ovda pracownicy działali według jakiegoś przemyślanego systemu. Wydawały mi się te kontrole jednak dość przypadkowe.
Najczęściej powtarzające się pytania, dotyczyły tego, czy sami pakowaliśmy walizkę, czy ją kupowaliśmy na miejscu, czy przywieźliśmy ze sobą, czy nikt nam nic nie podarował, czy cały czas bagaż mieliśmy pod kontrolą, czy nie został przypadkiem na chwilę bez naszej opieki. Gdy jednak okazało się, że mamy wspólny bagaż dzielony na 4 osoby i kolega nie wie, co inni do niego wpakowali, to też nie stanowiło problemu i nikt się nie czepiał.
Nie taka więc ta kontrola straszna, jak ją malują. Z pieczątkami z krajów arabskich w paszporcie także się przejdzie.

Nie tylko pielgrzymka
Do Izraela najczęściej trafia się na wyjazd pielgrzymkowy. Nawet jeśli grupa nie przyjeżdża do Ziemi Świętej pod auspicjami jakiejś parafii, to i tak program wyjazdu uwzględnia większość ważnych dla chrześcijaństwa miejsc.
Nam także udało się kilka z nich odwiedzić w Jerozolimie i Betlejem. No bo trudno byłoby wyjechać, nie wstępując do Bazyliki Grobu Świętego i Bazyliki Narodzenia w Betlejem. Przeszliśmy też całą drogę krzyżową – Via Dolorosa.

 

 

Co zapamiętałam stamtąd? Przede wszystkim tłumy! Przeogromne, nieprzebrane, stojące w kolejkach i oczekujące na wejście. I niepewność: kiedy zaczną nas wreszcie wpuszczać. Nawet miejscowi przewodnicy nie znali systemu i godzin. Gdy trafiało się na jakieś nieprzewidziane nabożeństwo lub procesję, normalne godziny otwarcia obiektów nie obowiązywały. Przyznam szczerze, że trudno mi uwierzyć, że osoby wierzące są w stanie w takich warunkach przeżyć jakieś duchowe uniesienie. „Szybciej, bo następna grupa czeka” - poganiano nas. Moje odczucia z tych miejsc były nieprzyjemne, by nie powiedzieć, jednoznacznie negatywne. Choć być może powinnam trafić tam o innej porze? Rano lub tuż przed zamknięciem? Ale to jest możliwe tylko w przypadku dłuższych indywidualnych wyjazdów. W grupie to raczej nierealne. Musimy sobie także zdawać sprawę, że w przypadku  większości tych „świętych” miejsc dodaje się zawsze zastrzeżenie „według tradycji”. Czyli nie wiadomo, czy Golgota była właśnie w tym miejscu, w którym obecnie się ją umiejscawia, a Jezus faktycznie przeszedł Drogę Krzyżową w obecnym jej kształcie. To dodatkowo zasiewa zwątpienie.

 

 


Nie dojechaliśmy na północ, gdzie znajduje się więcej miejsc związanych z działalnością Jezusa. Nie wiem, jaka tam panuje atmosfera. Skupiliśmy się na terenach na południe od Izraela i tam zaplanowaliśmy pobyt bynajmniej nie pielgrzymkowy.

Różnorodność krajobrazów
Nasz tygodniowy plan zakładał przemieszczenie się pomiędzy Ejlatem a Jerozolimą i z powrotem oraz zobaczenie, ile się da, po drodze. Odległość pomiędzy Ejlat na południu a Jerozolimą to zaledwie 300 km, ale 7 dni to niedużo - musieliśmy jeszcze w to wcisnąć bieganie na maratonie w Jerozolimie. Nasz główny cel wyjazdu szybko jednak zszedł na dalszy plan. Najważniejsze i najciekawsze okazały się wycieczki w plenerze i spacery. Różnorodność krajobrazów i miejsc, które zobaczyliśmy, była porażająca. Od Pustyni Negew i krateru Makhtesz Ramon po oazę i wodospady Ein Gedi. Żydowską twierdzę Masada o wschodzie słońca i arabską miejscowość Nabi Musa z grobowcem Mojżesza w skwarze upalnego dnia. Od starych murów Jerozolimy po nowoczesne wieżowce Tel Awiwu. Klimatyczną i zabytkową Jaffę i mocno przygnębiające Betlejem na terenie Autonomii Palestyńskiej. A przede wszystkim wspaniałe góry, skały i kaniony: Timna Park i Czerwony Kanion.

 

 

Jeśli chcecie wiedzieć, jak udało się te różnorodne atrakcje zobaczyć w ciągu tak krótkiego czasu, przeczytajcie opis na stronie Bar Świat z przykładowym planem dzień po dniu: KLIK.
To był bardzo intensywny, ale jakże satysfakcjonujący wyjazd!

Od morza do morza i jeszcze do trzeciej wody
Planując wyjazd wiedzieliśmy, że koniecznie chcemy trafić nad Morze Martwe i przekonać się, na czym polega jego fenomen. Zasolenie wody sprawia, że człowiek unosi się na jego powierzchni i nie tonie. Chyba że przypadkowo się zakrztusi, wtedy szpital murowany. To morze w depresji, największej na świecie (429 m p.p.m.). Piszę morze, bo tak powszechnie jest nazywane, ale naprawdę jest jeziorem. Nic to! Izrael ma jeszcze dwa morza najprawdziwsze: Czerwone koło Ejlat i Śródziemne przy Tel Awiwie. Jaka to byłaby frajda zobaczyć je wszystkie podczas jednego pobytu! Tak też zrobiliśmy.

 

 

Śródziemnomorską plażę z palmami znaleźliśmy koło Jaffy, dzielnicy obecnego Tel Awiwu (przy okazji powłóczyliśmy się po uliczkach zabytkowego i urokliwego miasteczka z portem, który znany był już w czasach starożytnych). Niewielki fragment wybrzeża nad Morzem Czerwonym trzeba szukać w Ejlat. Dla nurków atrakcją jest snorkeling w pobliżu rafy koralowej pełnej kolorowego życia podmorskiego. W każdym z trzech mórz zanurzyłam nogę, ale najcieplejszą wodę znalazłam jednak w Morzu Martwym. W Ejlat natomiast było wyjątkowo wietrznie, choć normalne temperatury panujące tam przez cały rok to ok. 30 st C.

Palestyna - tu nic nie jest proste i jednoznaczne
 – Nie wjeżdżajcie do Palestyny – ostrzegano nas. – Możecie zostać obrzuceni kamieniami.
Podróżowaliśmy samochodem z izraelskiej wypożyczalni. Umowa jest tak skonstruowana, że ubezpieczenie nie obejmuje terenu Autonomii Palestyńskiej. Przez Autonomię można się poruszać jedynie drogami tzw. eksterytorialnymi czyli de facto pod kontrolą izraelską: wzdłuż Morza Martwego (nr 90) oraz odchodzącą od niej na zachód drogą nr 1. Zrobiliśmy tylko jeden wyjątek. Zboczyliśmy do Nabi Musa, kompleksu sakralnego z grobem Mojżesza. To niesamowite, ale te kilka kilometrów sprawiło, że poczuliśmy się przeniesieni nie tylko do zupełnie innej przestrzeni, ale też w czasie. Widoczne z daleka mury przypominały typowe arabskie budowle. Naokoło pustka. Pustynia. Na wzgórzach jedynie muzułmański cmentarz, którego końca nie widać.

 


Nikt nas kamieniami nie obrzucił. Tutaj raczej czeka się na turystów i krzywdy im się nie robi. Bo na turyście można zarobić: zapłaci za przejażdżkę na wielbłądzie, kawę i sok wyciskany z pomarańczy. Dojeżdżając wkrótce potem do Jerozolimy znowu poczuliśmy się jak w Europie. To dwa różne światy.

 

 

 

By wjechać do Betlejem, samochody zostawiliśmy na parkingu i pieszo przeszliśmy przez mur odgradzający tereny kontrolowane przez Izrael od strefy palestyńskiej. - Zobacz, jak mamy ciężko – rzuciła w przelocie starsza kobieta, która przechodząc przez posterunek musiała okazać przepustkę, Nie każdy ma taki przywilej.
Oglądając wolnościowe graffiti na murach całym sercem byliśmy po stronie Palestyńczyków. Jak Izraelczycy mogli im to zrobić? Urządzić takie samo getto, jak naziści Żydom w czasie II wojny światowej?!
Nie mogłam się jednak pozbyć uczucia niepewności. Wyraźnie czuć było po tej stronie jakąś negatywną energię. Niestety, wrażenia nie poprawiała nachalność arabskich sprzedawców. Zhandlowanie czegoś z turystami to źródło ich zarobku, więc łatwo nie odpuszczą. Można zarobić nawet w ten sposób, że gdy większa grupa chce skorzystać z toalety, to pobiera się od nich opłatę, zasłaniając swoim ciałem kartkę z właściwą, oczywiście niższą, ceną za usługę oraz skarbonkę, do której tak naprawdę powinno się wrzucić szekle. Tym razem trafiły do kieszeni obrotnego biznesmena od WC.

 


Po drugiej stronie muru czekało na nas lokalne auto z przewodnikiem. Usługa bezpłatna, tylko mamy wstąpić do sklepu z pamiątkami fundatora transportu. Nie ma sprawy! – przecież planujemy pamiątki zakupić. Ktoś zapomniał wspomnieć, że „tip” za transport i przewodnictwo mile widziane, a ceny w sklepie wyjątkowo wysokie!
Czy te - jakby nie było - negatywne doświadczenia przekreślają mój stosunek do Palestyńczyków? Zdecydowanie nie. Odwiedziłam tylko kawałek Palestyny, ten najbardziej turystyczny, najbliższy Jerozolimie i zgorzkniały. Poza tym wcześniej nieco poznałam charakter Arabów, którzy każą sobie płacić za zapach jadła brzdękiem monety – jak mówi marokańska przypowieść. Próbuję ich zrozumieć, choć nam chyba jednak bliższa jest mimo wszystko mentalność izraelska. Przecież większość Żydów, którzy mieszkają obecnie w Izraelu, pochodzi z Europy. Po raz kolejny podczas wizyty w Betlejem przekonuję się, że trudno jednoznacznie oceniać ludzi, sytuacje, świat...

Różnorodność kultur i światopoglądów
Izrael jest podzielony. Pierwszy i podstawowy podział to: Żydzi i Arabowie. Ziemie izraelskie i Palestyna. Ale sami Żydzi też dzielą się na wiele odłamów: żydów ortodoksyjnych, tradycyjnych, nowoczesnych. Aszkenazyjczyków pochodzących z Europy Wschodniej i Ameryki oraz sefardyjczyków, żydów orientalnych. Są świeccy syjoniści i ci, co państwa Izrael nie uznają, mimo że tu mieszkają i pobierają zapomogi od instytucji państwowych.

 


Przyjazd do Izraela, a w szczególności odwiedziny w Jerozolimie, uświadamia również, ile istnieje odłamów chrześcijańskich, z których istnienia nie zdajemy sobie na co dzień sprawy. Bazylika Grobu Pańskiego i inne ważne dla chrześcijaństwa obiekty sakralne są zawiadywane wspólnie, z tym że każda część przez inne wyznanie. Na tym tle dochodzi do sporów. I to jest bardzo smutne i trudne do uwierzenia, że w ramach naszej wiary, która u podstaw głosi tolerancję i akceptację, istnieje taka niemożność dogadania się w kwestiach bardzo istotnych, jak np. remonty zabytkowych budowli. Śmieszy z kolei fakt, że te odłamy w różnych miejscach umiejscawiają te same wydarzenia - istnieją na przykład dwa groby Maryi i dwa miejsca ukrzyżowania Jezusa. Pokręcony świat!

 

 


Mam wrażenie, że duchowni przedstawiciele czują się w Jerozolimie bardzo pewnie i zachowują się niezwykle butnie. Do dzisiaj cały czas rozmyślam o procesji greckiego patriarchatu. Stukając głośno laskami z dumnie podniesionymi głowami przemaszerowali obok nas. Wcześniej służby porządkowe kazały pousuwać z ich drogi wiernych. Przebąkuje się trochę o aferach związanych ze sprzedażą dóbr kościelnych w prywatne ręce lub o wprowadzeniu przepisów nakazujących płacenie podatków od hoteli i innych inwestycji kościelnych w Izraelu, ale póki co te sprawy są zamiatane pod dywan.
To smutne, ale w Jerozolimie można stracić wiarę...

Jedzenie – przez tydzień falafel!
Czas wreszcie napisać o czymś przyjemnym, a nie o trudnych sprawach. Czyli jedzenie w Izraelu. Najlepsze to: hummus, sos tahini i falafel! Jeszcze szawarma, ale to posiłek mięsny, więc jej spożycie ograniczałam. Natomiast falafel codziennie przez tydzień zupełnie mi się nie nudził. Za 10-15 szekli (10-15 zł) można było zakupić bułę (pitę) z kulkami z dobrze przyprawionej ciecierzycy smażonymi w oleju z dodatkiem warzyw, sałat i sosu. Rewelacja!

 


Hummus przyrządzam w domu sama, ale ten w Izraelu zupełnie inaczej smakował. Był o niebo lepszy. Ponoć tajemnica tkwi w obieraniu ciecierzycy po ugotowaniu ze skórek. Ja tego nigdy nie robię.
Najlepiej jedzenie kupować na wynos, wtedy jest najtańsze. Bo generalnie Izrael pod tym względem jest bardzo drogi. Warto też stołować się w arabskich knajpach – oni robią najlepsze! Przecież z ich kuchni to jedzenie pochodzi...

Izrael już nie frunie - książka
By zrozumieć różnorodność, niejednoznaczność i sprzeczności w ramach jednego kraju nie wystarczy tydzień. Choć w te kilka dni na pewno można zaobserwować wiele. Wiele więcej niż opisałam w tym tekście (cały czas mam przed oczami jeszcze młodych ludzi w umundurowaniu, którzy odbywają obowiązkową służbę wojskową, chodzących cały czas z bronią, czy ochroniarza wycieczki szkolnej także z karabinem – to też trudno jednoznacznie oceniać).
Zawsze przed wyjazdem staram się korzystać z fachowej literatury. Najlepszą książką, którą mogę polecić, jest Izrael już nie frunie Pawła Smoleńskiego (wyd. Czarne). Każdy rozdział przedstawia punkt widzenia innego rozmówcy. Dopiero po powrocie zrozumiałam, że różnorodność Izraela można było przedstawić tylko w ten sposób.

 



Ziemia Święta ExpressMap – przewodnik
Natomiast najlepszym przewodnikiem jest dla mnie Ziemia Święta i Jordania z serii explore guide wyd. ExpressMap. Do wydania dołączona jest bardzo poręczna laminowana mapa.
Autor przewodnika bardzo treściwie i konkretnie podaje szczegóły dotyczące poszczególnych obiektów i ich skomplikowanej historii. Przede wszystkim ją wyjaśnia! To, co mnie zachwyciło, to fakt, że najbardziej zagmatwane fakty i dzieje potrafi przedstawić prosto i zrozumiale. Opisuje obiekty „must see”, ale także zachęca do odwiedzin kilku, których nie znajdziemy w innych opracowaniach. Przewodnik zawiera informacje o godzinach otwarcia i cenach, co ułatwia planowanie wyjazdu.

 


Widać, że autor skomponował tekst w sposób przemyślany i uporządkowany, dzięki czemu można sobie sensownie ułożyć trasę zwiedzania.

 

Mam nadzieję, że nie zniechęciłam Was moim opisem do wyjazdu do Izraela. Bo musicie wiedzieć, że ja wróciłam stamtąd zachwycona: właśnie tym, że nic tutaj nie można wstawić w z góry wiadome ramy. Dlatego cały czas wracam we wspomnieniach do tego wyjazdu i myślę, że długo jeszcze będę tak robić. To właśnie takie głębokie przeżycia podczas pobytu powodują, że niełatwo o  nim zapomnieć.


Mdłych wrażeń się nie zapamiętuje...


OBSZERNĄ FOTOGALERIĘ ZDJĘĆ ZNAJDZIECIE W INNEJ RELACJI Z IZRAELA: KLIK.

 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Taką mam naturę, że nawet nad morzem muszę sobie znaleźć jakąś górę – powtarzam jak mantrę tę myśl w drodze na wzgórze ponad Gonio. To moja ulubiona miejscowość koło Batumi.

Co zobaczyć w Tbilisi? Zawsze gdy ktoś mnie pyta o plan na zwiedzanie Tbilisi, pomijam w odpowiedzi najważniejsze zabytki i zaułki miasta. Zróbcie spacer wzgórzami wokół Tbilisi – rekomenduję.

Słowacy mają niesamowite szczęście, że ich kraj zasięgiem obejmuje aż tyle gór. Po naszej, polskiej stronie, też jest w czym wybierać, ale doświadczenie podpowiada, że góry na Słowacji są zdecydowanie mniej zatłoczone niż w Polsce...

Rakytov słynie z najrozleglejszych w Fatrze widoków. Wybierając się na ten szczyt w najpiękniejszy pogodowo dzień, mieliśmy nadzieję, że uda nam się zobaczyć te osławione panoramy górskie.

Drugi dzień długiego weekendu w Wielkiej Fatrze i niestety niespodzianka pogodowa – wszędzie mgła. Ostatecznie nie było tak źle...

...
...
...
...