Jeszcze raz na Ługowej

12 lipca wsiedliśmy do pociągu jadącego na Wschód. Nasz cel – Kirgistan, a dokładniej góra o wdzięcznej nazwie Pik Lenina (134 m n.p.m.) był oddalony o 5,5 tys. km. Mieliśmy przejechać przez Białoruś, Rosję, Kazachstan, Uzbekistan i Turkmenistan. Dojechaliśmy po jedenastu dniach.

Technika oblężnicza

„Lenin” to potężna góra, a ponieważ nikt z nas nigdy nie był na wysokości 7 tys.m n.p.m., zdecydowaliśmy się na tzw. oblężniczą technikę zdobywani, czyli zakładanie kolejnych obozów, wnoszenie tam ekwipunku i schodzenie na dół w celu regeneracji sił. W pierwsze dni na Polanie Ługowej cierpiałem strasznie. Budziłem się z wielkim bólem głowy, a głównym punktem dnia była walka z biegunką. Były to „standardowe” objawy braku klimatyzacji. Na szczęście po trzech dniach wszystko minęło i byłem gotowy do wyjścia w górę.

Niestety, pogoda nie napawała optymizmem i tak było praktycznie do końca naszego pobytu w Pamirze. Po sześciu godzinach wędrówki przez lodowiec dotarliśmy do obozu I (440 m n.p.m.)i na kamienistej morenie bocznej rozbiliśmy nasze namioty. Byliśmy wykończeni. Tu pierwszy raz zobaczyłem wierzchołek Piku Lenina. Potężna, ośnieżona ściana robiła przytłaczające wrażenie. Wtedy też, jak nigdy wcześniej, zapragnąłem znaleźć się na szczycie Piku.

Po dwóch dniach pobytu w obozie I zdecydowaliśmy się na założenie kolejnego na wysokości 5300 m. wniesienie 25-kilogramowego plecaka na taką wysokość każdemu z nas dało w kość. Organizm silnie odczuwał zmniejszoną ilość tlenu w powietrzu, odpoczynki trzeba było robić co kilkanaście kroków. Największe niebezpieczeństwo stanowiły jednakszczeliny.

Gotowi do wyjścia

przebywanie w obozie II nie było łatwe, brak wyssał z nas energię, a trzeba było ciągle topić śnieg, by mieć wodę na herbatę i posiłki. W nocy prawie nie spaliśmy, odczuwaliśmy straszne, wysuszające usta pragnienie. Paweł cierpiał chyba najbardziej – w środku nocy, przy trzaskającym mrozie, zdecydował się na wyjście z ciepłego śpiwora i przez godzinę topił śnieg. Starczyło dla każdego zaledwie na kilka łyków.

Drugi dzień przywitał nas całkowitym załamaniem pogody, widoczność ograniczona była praktycznie do zera. Dwa dni spędzone w ciasnych namiotach, bez jakiegokolwiek ruchu (no, może prócz załatwiania potrzeb fizjologicznych) wykończyły nas psychicznie i fizycznie. Musieliśmy zejść do bazy na odpoczynek. Tam regenerowaliśmy nasze siły, zajadając się lepioszkami, pijąc kefir i mleko dostarczane przez małych Kirgizów z pobliskiej jurty pasterskiej. Po trzech dniach byłem gotów do ponownego wyjścia w góry, tym razem z zamiarem założenia trzeciego obozu i wejścia na szczyt.

W górach o morzu

Do „jedynki” dotarliśmy w zawiei gradowo-śnieżnej i chyba to w dużej mierze zaważyło na tym, że trzech chłopaków zrezygnowało z dalszej wspinaczki. Do wejścia na szczyt zostały tylko dwie osoby – Kamila i ja. Drugiego dnia osiągnęliśmy obóz II i wszystko wskazywało na to, że szczęście zaczyna się do nas uśmiechać – nadeszła poprawa pogody. Następnego dnia w palącym żarze dotarliśmy do wysokości 5900 m i w tym miejscu ustawiliśmy nasz namiot tuż obok namiotu Turków. Na tej wysokości nigdy w życiu nie byliśmy. To był najdziwniejszy wieczór, jaki spędziłem w górach. Z sąsiedniego namiotu wydobywał się złożony z trzech męskich głosów śpiew, będący mieszanką wycia psa do księżyca i okrzyków bojowych. Co jakiś czas słyszeliśmy słowa zachęty: - Hej, sing your Polish national songs!

Nie znaliśmy żadnych „national songs”, znaliśmy za to szanty. I tak, w potężnych górach, na wysokości 5900 m, obok „wyjców” po chwili rozbrzmiewały pieśni „Hej, żeglujże, żeglarzu” i „Morze, nasze morze”.

Bez odwrotu

Następnego dnia mieliśmy założony obóz III (6100 m), czuliśmy się doskonale i wszystko wskazywało na to, że dobra pogoda jeszcze się utrzyma. Pobudka o godz. 4 rano, na dworze minus 20 stopni, czyste gwiaździste niebo – byliśmy pełni optymizmu. Krok po kroku, w huraganowym wietrze zdobywaliśmy nową wysokość. Każdy metr kosztował więcej wysiłku niż 200-metrowy sprint w normalnych warunkach. Niestety, góra nie była dla nas łaskawa. Około południa przyszło załamanie pogody. Byłem wtedy na wysokości 6800 m, do szczytu zabrakło mi jakieś 2,5 godziny. Znam reakcje mojego organizmu, wiedziałem, że będę schodził półprzytomny ze zmęczenia, co w tych warunkach pogodowych mogło mnie zbyt wiele kosztować – zdecydowałem się schodzić. Kamila nie podjęła takiej decyzji, dołączyła do grupy Turków i Belgów i wraz z nimi szła dalej. Osiągnęli wysokość przekraczającą 7 tys. m i znaleźli się w niezłych tarapatach – w zamieci śnieżnej nie potrafili znaleźć drogi powrotnej. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Nie udało nam się zdobyć Piku Lenina. Można pocieszać się tym, że mieliśmy najgorszą pogodę od kilku lat. Kiepskie pocieszenie, lepszym jest myśl, że w przyszłym roku rozbiję swój namiot na Polanie Ługowej i spróbuję jeszcze raz.

Autor tekstu: Dariusz Gruszka


Artykuł ukazał się w „Turystyce”, dodatku do „Gazety Wyborczej” z dn. 8-9 stycznia 2000.

Powyższy tekst to druga część relacji z wyjazdu na Pik Lenina.




Artykuł w nieco zmnienionej formie opublikowany został także w biuletynie "Mars" firmy Reemtsma Polska S.A., sponsora wyprawy.

 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

Z trzech najbardziej znanych irańskich wysp: Keszm, Hengam, Hormoz, najbardziej zachwyca mnie ta ostatnia. Od samego początku.

Niektórzy nazywają ją czerwoną wyspą, ja wolę określenie „kolorowa”. Według naukowców można wyróżnić na Hormoz kilkadziesiąt kolorów skał. Ich zabarwienie zależy od zawartości określonych minerałów i soli.

W Zatoce Perskiej żyją delfiny, kolorowe rybki, a na brzeg wychodzą żółwie.

Keszm to największa irańska wyspa w Zatoce Perskiej. Z jednego końca wyspy na drugi pokonuje się 130 kilometrów.

...
...
...
...