Kirgiz schodzi z konia pod Pikiem Lenina

Kiedy latem 1999 r. nie udało nam się zdobyć Piku Lenina (7134 m n.p.m.), leżącego w górach Pamiru na pograniczu Kirgizji i Tadżykistanu, pocieszaliśmy się, że kiedyś spróbujemy jeszcze raz. Po raz kolejny przekonuję się jednak, że nie należy spraw odkładać na później. Świat się zmienia, a czasem jedno wydarzenie może zniweczyć marzenia o podróży przez Białoruś, Rosję, Kazachstan, Turkmenistan i Uzbekistan, by zatrzymać się wreszcie na Polanie Ługowej w Kirgistanie. Gdyby miała się nie powtórzyć, chciałabym ocalić od zapomnienia poszczególne jej etapy.

POCIĄG MOSKWA-TASZKIENT

Czekały nas 72 godziny jazdy pociągiem z miejscami leżącymi, ale bez przedziałów, tzw. płackartą. Nauczeni doświadczeniem lat poprzednich uwiesiliśmy się energicznie okien - okazało się, że puściły. Podróż zapowiadała się nieźle: świeże powietrze, zakupione na dworcu pirożki (do wyboru z mięsem, kapustą lub ziemniakami), wódka – co prawda jednego rodzaju, za to schłodzona – czekała na swoją kolej w termosie.

Już w Moskwie poczuliśmy klimat Azji. Wagon zaczął się wypełniać tłumem kobiet w kwiecistych sukniach i chustkach na głowach, mężczyzn o skośnych oczach oraz plątających się pod nogami dzieci. Niedługo przyszło nam też tolerować bagaże naszych sąsiadów. Tuż pod nogami tudzież nad naszymi głowami stały lub leżały wielkie torby, telewizory Rubiny, worki z cukrem i opony, których starczyłoby na pewno na kilka samochodów. Byliśmy jedynymi podróżnymi, na których przypadało po jednym miejscu do leżenia. Reszta spała po dwóch, trzech, czterech, dziesięciu… Prowadnik kręcił niezły biznes, biorąc na lewo coraz to większą liczbę pasażerów.

W zależności od tego, przez jakie tereny przejeżdżaliśmy, po pociągu kręcili się handlarze oferujący czy to suszoną rybę (gdy w pobliżu przepływała rzeka lub było morze), czy też skarpety z wełny wielbłądziej (stepy Kazachstanu, gdzie wielbłądy pasą się, jak u nas krowy). Zawsze były napoje, lody, coś do jedzenia, zdarzały się też przenośne sklepy obuwnicze czy zabawkowe. Tak naprawdę można było dostać wszystko, nie ruszając się na krok z pociągu. W czasie postojów wyskakiwaliśmy tylko, by od handlujących na peronach kupić nasze ulubione pirożki, arbuzy czy zestaw obiadowy, składający się z ziemniaków, mięsa, surówki i sosu pakowanych… w folię.

Wzbudzaliśmy niezłą sensację z naszymi plecakami, śpiworami, czekanami i kijkami teleskopowymi. Goście przychodzili nas odwiedzać nawet z sąsiednich wagonów. Jeden chciał, żeby mu zrobić zdjęcie, inny częstował kirem z butelki, dozowanym nakrętką (kir wkłada się pod język, trzyma chwilę, wypluwa, a usta przepłukuje wodą), jeszcze inny oferował stado wielbłądów za żonę o błękitnych oczach, albo proponował chłopcom zostanie zięciem, a mężem jednej ze swoich córek.

Moimi ulubionymi sąsiadkami były dwie babuszki, śpiące razem na jednym wyrku, odprawiające kilka razy dziennie modły językiem Koranu, odbywające – jak ja to nazwałam – rytuał łapania energii i obmywania sobie nią twarzy (chyba coś w rodzaju muzułmańskiego znaku krzyża). Trudno było się z babuszkami porozumieć. Z gestów jedynie wywnioskowaliśmy, że uważają nas za wielkich barbarzyńców, jeżeli chodzi o picie herbaty (posiadaliśmy tylko supermarketową herbatę w torebkach, zalewaną przez nas po prostu wrzątkiem). Babcie piły zieloną, zaparzaną najpierw w czajniczku i dopiero z niego nalewaną do specjalnych czarek. Rzeczywiście, pity w ten sposób napój chyba bardziej pasował do atmosfery pociągu, którym zbliżaliśmy się już do celu podróży. Nie wiedzieliśmy, że czeka nas jeszcze jeden przystanek.

W TURKMEŃSKIEJ NIEWOLI

Koniec sielanki obwieścił pewien pan z lotniskiem na głowie, nazywawanym czapką wojskowa pogranicznika. Zażądał od nas paszportów z ważnymi wizami. Nie pomogły tłumaczenia, że Polska i Turkmenia mają podpisany układ o ruchu bezwizowym, że mamy ważne pieczątki AB, świadczące o służbowym charakterze wyjazdu, że stoi za nami uniwersytet, organizacja Akademiski Związek Sportowy, a nawet minister sportu. Dostaliśmy dziesięć minut na opuszczenie pociągu. Próby oporu zakończyły się „pomocą” w pakowaniu ze strony żołnierzy turkmeńskich. Zaczęli wyrzucać nasz dobytek na peron.

Mieliśmy ostatni raz ujrzeć twarze współpasażerów za oknami odjeżdżającego pociągu, który przez ostatnie cztery dni był dla nas domem. Do dzisiaj nie wiemy, czy machali nam na pożegnanie z czystej sympatii, czy w duchu cieszyli się ze zwolnionych metrów kwadratowych powierzchni. Niezależnie od tego sytuacja była jasna: znaleźliśmy się w niewoli turkmeńskiej.

Noc przyszło nam spędzić na posterunku dworcowym. Pilnował nas żołnierz z karabinem na ramieniu, a do toalety udawaliśmy się pod eskortą. Całą sytuację skomentował jeden z naszych kolegów: „K…, a ja jeszcze wczoraj nie wiedziałem, że istnieje taki kraj jak Turkmenia. Bo faktycznie, rosyjskie pociągi mają to do siebie, że jeżdżą dziwnie okrężnymi drogami i nikt z nas nie przewidział, że zahaczymy także o ten kraj.

Szybko przyzwyczajono się do nas. Pomógł w tym niezastąpiony agent J 23 - kolejny odcinek przygód kapitana Klossa nadawała właśnie turkmeńska telewizja. Znalazło się piwko, suszone ryby, wyciągnęliśmy co lepsze smakołyki z naszych zapasów. Języki się rozwiązały: - Bo my się naprawdę kochamy. Kobiety chcą nosić długie suknie, zakrywać twarze. Robią to dla swoich mężczyzn. Ale uczucia są te same. Ja ze swoją żoną byliśmy narzeczeństwem przez osiem lat. Umawialiśmy się na randki, chodziliśmy do lasu. – tłumaczono specyfikę życia w muzułmańskim kraju.

Rano pozwolono nam pójść na bazar. Bazary zawsze pozostaną jednymi z najważniejszych i bardziej żywych moich wspomnień z Azji. Za jednego dolara dostaliśmy 14 tysięcy manatów (waluta turkmeńska), za co kupiliśmy: arbuza, pierogi z mięsem, ogórki, paprykę, szczypiorek, pomidory, lody, wodę do picia w butelce i coca-colę w kawiarni. Jeszcze nam zostało i nie wiedzieliśmy co zrobić z resztą.

W dzień panował niesamowity upał – miasto otaczała przecież pustynia – trudno się więc dziwić, że mieszkańcy wylegają na ulice dopiero wieczorem. Zbierają się wtedy przed kinoteatrem, wystawiają krzesła, siadają na ławkach i prowadzą pogawędki, ale prawdziwego Turkmeńca - staruszka w płaszczu i baraniej czubie - można spotkać tylko w samo południe.

Wieczorem wyjaśniło się, że zostaliśmy zatrzymani bezprawnie, wbito nam pieczątki do paszportu – pamiątki pobytu w tym egzotycznym kraju, załatwiono transport i tym razem pomagano zapakować się do pociągu jadącego do Taszkientu.

SZALONE TEMPO UZBEKISTANU

Uzbekistan zawsze mi się będzie kojarzył ze zwariowanie szybką jazdą samochodem górskimi drogami tuż nad przepaścią i szalonym (również całkiem przystojnym) kierowcą. Wynajęliśmy go wraz z samochodem na dworcu w Taszkiencie.

W drodze do granicy Kirgistanu spędziliśmy razem dziesięć godzin. Słuchając uzbeckiej muzyki, mieliśmy okazję zapoznać się też z charakterem ludzi, którzy ją tworzą. Kierowca nasz pędził z prędkością ponad 100 km na godzinę, wcale nie przejmując się taką błahostką, jak trzymanie rękoma kierownicy, co więcej, uznając czasem za bardziej stosowne używanie do tego nóg (nie przesadzam!). Cały czas utrzymując tę samą prędkość, potrafił przekazać przez okno papierosy koledze, jadącemu drugim samochodem.

Czując się w obowiązku pełnić wobec nas funkcje gospodarza, zabrał nas na targ, gdzie – jak mówił – można kupić prawdziwe lepioszki (rodzaj okrągłego, białego chleba), nie takie barachło, jakie kupiliśmy od handlarzy na dworcu. W przydrożnej knajpce wybrał dla nas uzbeckie potrawy. Jedliśmy je siedząc po turecku na swego rodzaju podwyższeniach, przykrytych kolorowymi kilimami, z niskim stołem pośrodku. Mieliśmy też okazję spróbować uzbeckiego napoju narodowego. Zatrzymaliśmy się przy źródełku wypływającym ze skały i nadrobiliśmy drogi, by móc obejrzeć rodzime dziwadło: dwa drzewa połączone poprzeczną gałęzią. Nie wiadomo, z którego wyrasta konar.
Jeszcze do dzisiaj dźwięczy mi w uszach piękna uzbecka muzyka, a przed oczami widzę wijącą się w dole kanionu rzekę o dziwnej, zielonej barwie. Widzę też naszego gospodarza, który za dodatkowe atrakcje podczas podróży kazał sobie na końcu słono zapłacić. Nikt z nas mu jednak nie żałował.

KIRGISTAN BEZ LEPIOSZEK

Po początkowych problemach na granicy (nie chciano nas wpuścić, próbując udowodnić, że wybieramy się z czekanami na wilki, które w Kirgizji są pod ochroną) i chorobie ponad połowy osób z naszej grupy, spowodowanej zmianą klimatu, wylądowaliśmy wreszcie w bazie pod Pikiem Lenina.

Kirgizów łatwo poznać. Noszą na głowach charakterystyczne białe czapki z czarnym wzorem. Starzy wysokie, młodzi – o więcej niż połowę niższe. Jeżdżą na koniach doglądając stad jaków czy owiec. Kirgizi z Polany Ługowej utrzymują się także z wynajmu jaków do transportu bagażu oraz ze sprzedaży wyrobów nabiałowych i pieczywa. Mieszkają w jurtach, dużych namiotach zrobionych ze skóry wcześniej wspomnianych zwierząt transportowych.

Codziennie ktoś z naszej grupy był oddelegowywany w celu udania się do doliny po zakup niezbędnych specjałów. Wreszcie przyszła kolej na mnie.
Staruszkę przed namiotem zapytałam o lepioszki. Nie odpowiedziała, wskazała tylko gestem wnętrze jurty i przytrzymała kotarę, bym mogła wejść. Usiadłam na czymś w rodzaju materaca. Kirgizka nalała mi do czarki herbaty, podsunęła lepioszkę, potem kefir i przepyszną sliwę, smakującą trochę jak serek homogenizowany, a która okazała się być gęstą śmietaną. Uśmiechałyśmy się uprzejmie do siebie, rozmawiając o piętnaściorgu dzieci gospodyni (najmłodsze nam towarzyszyszyły, reszta wypasała barany). Było tak miło i bezinteresownie, że aż głupio zapytać, ile kosztują te pyszności, którymi częstowała i ile może ich sprzedać alpinistom z Polany Ługowej.

Następnym razem poszłam do niej (imienia nie byłam w stanie zapamiętać, można było sobie powykręcać język) przy okazji zwrotu słoika od sliwy. Zapytałam o lepioszki.- Lepioszek nie ma - padła odpowiedź. - Ale dlaczego, kiedy będą? - zdziwiłam się. - Nie widzisz, że pada? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. - No tak, pada, ale co z tego? - drążyłam dalej. Tu posypały się wyjaśnienia, że przecież w górach, na tej wysokości, nie ma drzew, jak nie ma drzew, to nie ma opału, jak nie ma opału, trzeba sobie radzić i używać czegoś innego, coś innego oznacza placki krowie lub kupy jacze: można je używać, ale tylko wysuszone, a wysuszone przecież nie mogą być, jeżeli pada. Więc nie ma lepioszek. Tego dnia musieliśmy zadowolić się jedzonym już prawie od miesiąca ryżem z torebki i sosem z paczki.

Myślę, że głównie brak lepioszek, a co się rozumie samo przez się, niesprzyjająca pogoda, spowodowały nasz odwrót spod Piku. Pozostaje tylko satysfakcja, że do wierzchołka zabrakło mi tak niewiele i że zdobyłam siódmy tysiąc nad poziomem morza. Tak naprawdę ważniejsze od szczytu okazało się to, co doprowadziło mnie w jego pobliże, to, co dane mi było po drodze zobaczyć i przeżyć i to, że po raz pierwszy w życiu dosiadałam konia, z którego chwilę wcześniej zsiadł Kirgiz.


Wyjaśnienia niektórych sformułowań:

Płackarta - rosyjskie pociągi dzielą się na trzy klasy: luksusowe – przedziały z miejscami sypialnymi dla jednej lub dwóch osób; kupe – odpowiednik polskich kuszetek dla czterech osób; płackarta – wspomniany wyżej wagon z miejscami do leżenia bez przedziałów, najczęstszy i najtańszy środek podróży w Rosji na długie dystanse. Są jeszcze wagony typu obścij – posiadają tylko miejsca siedzące; każdy siada, jak chce i może się okazać, że niejeden zamiast siedzieć będzie musiał stać.

Pirożki -placki, wypełnione farszem, pełniące na Wschodzie rodzaj taniej przekąski, w rodzaju naszej drożdżówki.

Prowadnik - rosyjski konduktor przydzielony do każdego wagonu na całą trasę.

Kir - rodzaj azjatyckiej używki.

Pogranicznicy - służba pogranicza.

Jak - wszechstronne zwierzę rejonów górskich (do wykorzystania: mleko, wełna, używane też jako zwierzę pociągowe).

Lepioszka - płaski rodzaj chleba.

Sliwa – z ros. śmietana.

Kirgiz schodzi z konia - to tytuł książki R. Kapuścińskiego, zawierającej reportaże z podróży po Azji Środkowej i Zakaukaziu.


Kamila Balbus - Gruszka


Artykuł ukazał się w "Głosie Wągrowieckim", nr 7 (569) 13 lutego 2004 r.



 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

Z trzech najbardziej znanych irańskich wysp: Keszm, Hengam, Hormoz, najbardziej zachwyca mnie ta ostatnia. Od samego początku.

Niektórzy nazywają ją czerwoną wyspą, ja wolę określenie „kolorowa”. Według naukowców można wyróżnić na Hormoz kilkadziesiąt kolorów skał. Ich zabarwienie zależy od zawartości określonych minerałów i soli.

W Zatoce Perskiej żyją delfiny, kolorowe rybki, a na brzeg wychodzą żółwie.

Keszm to największa irańska wyspa w Zatoce Perskiej. Z jednego końca wyspy na drugi pokonuje się 130 kilometrów.

...
...
...
...