Krym jak Rzym

Gdy znaleźliśmy się na Krymie w lipcu 1998 roku, przynależał on do Ukrainy. Jest to bogatsza, w porównaniu z innymi regionami, cześć tego kraju. Przyjeżdżają tu bogaci Rosjanie, więc jest na kim zarobić.

My, Polacy, czuliśmy się jak prawdziwi turyści z Zachodu. Tak też nas traktowano. Wreszcie gdzieś zagranicą było taniej niż u nas. Byliśmy oszołomieni tą sytuacją po wyjściu z pociągu w Symferopolu. Kupowaliśmy bez opamiętania pierożki, do wyboru: z kapustą, ziemniakami, mięsem, owoce: brzoskwinie, arbuzy, melony. Litrami pochłanialiśmy ukraińskie piwo, niezbyt smaczne, ale za to zimnie i tanie.

Właśnie upał dawał nam się we znaki. Marzyliśmy o kąpieli w Morzu Czarnym, dlatego natychmiast z Symferopola wyruszyliśmy autobusem do mało znanej nadmorskiej miejscowości o nazwie Nikołajewka. Nie było tam zbyt dużo turystów, problemem nie było też nocowanie na plaży. Swoja drogą, osobliwie musieliśmy wyglądać z ogromnymi plecakami i przypiętymi do nich rakami i czekanami (wracaliśmy z Kaukazu) wędrując w upalny dzień plażą w poszukiwaniu miejsca na nocleg.

Wreszcie znaleźliśmy kawałek odpowiadającego nam miejsca z niezbędnym prysznicem, bo oznaczało to ciepłą kąpiel, możliwość spłukania morskiej soli i słodką wodę na posiłki. Jak się później okazało, rozłożyliśmy się na plaży prywatnej, przy prywatnym prysznicu, co więcej - by wydostać się stamtąd, musieliśmy przechodzić przez prywatną posesję. Właściciele nie mieli nic przeciwko okupowaniu przez nas ich własności, dopóki nie zbulwersowały ich "niepristojne wiwy", zademonstrowane przez naszych chłopców po wypiciu kilku litrów piwa – urządzili sobie plażę... nudystów.

Tymczasem jednak rozkoszowaliśmy się kąpielą o zachodzie słońca w ciepłym Morzu Czarnym, rozpalliliśmy na plaży ognisko i... opędzaliśmy się od natrętnych robaków, wchodzących nam do śpiworów.

TROLEJBUSEM PO PÓŁWYSPIE

Dusza globtrotterska nie pozwoliła nam wytrwać w jednym miejscu dłużej niż trzy dni. Po południu spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę. Z Symferopola przejechaliśmy trolejbusem pół półwyspu. Pierwszy raz jechaliśmy skrzyżowaniem tramwaju (góra) i autobusu (dół), czyli tramwajem na kółkach. To była pierwsza osobliwość. Druga to fakt, że trolejbusem można objechać pół Krymu. Dotychczas uważaliśmy, że tym środkiem lokomocji można poruszać się tylko w mieście, ponieważ tylko tam poprowadzone są specjalne trakcje. Myliliśmy się.

W każdym razie około godziny 21:00 wysiedliśmy z trolejbusu na szosie przy Przełęczy Angarskiej. Z przełęczy tej w dwie do trzech godzin można dotrzeć na najbardziej znany przez Polaków szczyt Gór Krymskich – Czatyrdach. Zachwycał się tym "minaretem świata" Mickiewicz. "Góra - namiot" (tak tłumaczy się tatarską nazwę) wznosi się ponad innymi i błędnie przez długi czas uważano ją za najwyższy szczyt na Krymie. W rzeczywistości jest nim Roman Kosz (1545 m n.p.m.). Tam nie byliśmy, ale za to w nocy, zaraz po wyjściu z trolejbusu, próbowaliśmy dotrzeć na "padyszacha gór" (1527 m n.p.m.). Zrezygnowaliśmy dopiero po tym, jak raz niemalże zgubiliśmy drogę.

Rozłożyliśmy się obozowiskiem na polanie tuż pod szczytem. Nie byliśmy na niej sami. Na granicy polany i lasu świeciła się para oczu, przynależąca, mieliśmy nadzieję, do jakiegoś niegroźnego ssaka. W górze rozlegał się pisk sowy, którą później, oświetlonąą, mogliśmy podziwiać z bliska, a z lasu dobiegały przerażające śmiechy kobiet. Tę ostatnią okoliczność mogłam przypisać tylko obecności ducha Wieszcza, gdyż nikt żywy – poza nami – nie włóczyłby się chyba o północy po ciemnym lesie...

NA SZCZYCIE I W KURORCIE

Dopiero następnego dnia weszliśmy na płaski i rozległy jak lotnisko szczyt. Wyglądało to jak połączenie połonin bieszczadzkich ze skałami Jury Krakowsko-Częstochowskiej. W drodze towarzyszyła nam niewielka burza, więc uciekaliśmy szybko z odsłoniętego terenu. Mimo to nie powstrzymaliśmy się od przystanięcia i zrobienia zdjęć widokom rozciągającym się przed nami.

Tego samego dnia jeszcze byliśmy w tych miejscach, które podziwialiśmy ze szczytu. W Ałuszcie wydawało nam się, że zostaliśmy przeniesieni wehikułem czasu w atmosferę przedwojennego kurortu. Dostojnie przechadzające się rodziny były zabawiane przez zaklinaczy węży czy małpki tańczące przy muzyce katarynek. Byliśmy tylko przerażeni tym, że plaża wygląda zupełnie inaczej niż w Nikołajewce. Została bowiem częściowo wybetonowana, prawie całkowicie ogrodzona i rozdzielona pomiędzy ośrodki wypoczynkowe, w związku z czym pojawił się problem noclegu. Nie było kawałka wolnej plaży, na której moglibyśmy przytulić się na noc do karimat. Zaczęliśmy się więc pytać "dyżurnych" w kolejnych ośrodkach, czy by nas nie przygarnęli. Byliśmy zaskoczeni ich życzliwością: jeden z nich użyczył nam nawet drewnianych leżaków, byśmy nie musieli spać na kamieniach (na wybrzeżu krymskim nie ma skrawka piasku, całe jest kamienne). Przed szóstą rano kuracjusze zaczęli schodzić się na kąpiel. Musieliśmy się więc, delikatnie mówiąc, wynosić. Dokończyliśmy śniadanie i spanie w parku.

ŚLADAMI MICKIEWICZA

Następny etap naszego łazikowania to Ajudach. Jest to osobliwa góra, do połowy zanurzona w morzu. Przed wiekami niedźwiedzie znalazły na brzegu niemowlę, które wyrosło na piękna dziewczynę. Dziewczyna pokochała młodzieńca i chciała z nim uciec za morze. Jeden z niedźwiedzi rzucił się za nimi, ale dziewczyna ubłagała go śpiewem, by zostawił ich w spokoju. On tęsknoty skamieniał. Chodziłam po Górze Niedźwiedziej, wspominając tę legendę i podziwiając wspaniałe morskie widoki. Ponoć po tych samych ścieżkach spacerował i te same krajobrazy podziwiał Mickiewicz.

Niestety, tylko z okien autobusu poznaliśmy Jałtę. Jest to na pewno jedno z najładniejszych miast Krymu, pełne białych pałacyków, ukrytych wśród zielonych drzew, ale także jedno z najdroższych. Dlatego nocleg zaplanowaliśmy w pobliskiej Liwadii, słynącej z letniej rezydencji carów Romanowów, miejsca konferencji jałtańskiej. Chłopcy sfotografowali się na słynnej marmurowej ławe, odtwarzając pozy Churchilla, Roosevelta i Stalina ze znanego zdjęcia. Ja wolałam posłuchać starych ukraińskich pieśni, śpiewanych i wygrywanych na autentycznym narodowym instrumencie ukraińskim przez Kozaka o specyficznej figurze. Hoffman miałby niezłego modela do filmu!

Mimo wcześniejszych planów wyjazdu do Bakczysaraju, siedziby chanów krymskich, postanowiliśmy niezwłocznie wracać do domu. Czterdziestostopniowy upał w połączeniu z ciężkimi plecakami na plecach wykończył nas.

NIE MA JAK W DOMU

Z powodu braku biletów do Lwowa, kupiliśmy miejscówki do Odessy. By wydostać się z kolei stamtąd musieliśmy bilety załatwić u "koników". Było nam już wszystko jedno. Chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się w Polsce. Ostatkiem sił dotarliśmy do Primorskiego Bulwaru i schodów odeskich. Przeszliśy je w górę i w dół, popatrzyliśy przez chwilę na port i rozłożyliśmy się na ławkach przy najbardziej znanym odesskim deptaku.

Następengo dnia w południe byliśmy już w Przemyślu. Stamtąd już bez żadnych problemów złapałam połączenie do Poznania i dalej do Wągrowca. Nie ma to jak w domu po miesięcznej nieobecności.



Tekst: Kamila Balbus - Gruszka

Zdjęcia: Krzysztof Niklaus


Tekst został opublikowany w "Głosie Wągrowieckim, nr 17 (318), 23 kwietnia 1999 r.


Śródtytuły pochodzą od redakcji.


 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

Z trzech najbardziej znanych irańskich wysp: Keszm, Hengam, Hormoz, najbardziej zachwyca mnie ta ostatnia. Od samego początku.

Niektórzy nazywają ją czerwoną wyspą, ja wolę określenie „kolorowa”. Według naukowców można wyróżnić na Hormoz kilkadziesiąt kolorów skał. Ich zabarwienie zależy od zawartości określonych minerałów i soli.

W Zatoce Perskiej żyją delfiny, kolorowe rybki, a na brzeg wychodzą żółwie.

Keszm to największa irańska wyspa w Zatoce Perskiej. Z jednego końca wyspy na drugi pokonuje się 130 kilometrów.

...
...
...
...