Lenin za mocny

Pamir – egzotyczne i dzikie góry od dawna nie dawały mi spokoju. Na szczęście w życiu niektóre marzenia się spełniają, trzeba im tylko trochę pomóc.

12 lipca wsiedliśmy do pociągu jadącego na Wschód. Nasz cel – Kirgistan, a dokładniej góra o wdzięcznej nazwie Pik Lenina (134 m n.p.m.) był oddalony o 5,5 tys. km. Mieliśmy przejechać przez Białoruś, Rosję, Kazachstan, Uzbekistan i Turkmenistan. Ostatni z wymienionych krajów „odwiedziliśmy” raczej wbrew naszej woli. Sprzeciw nie został jednak uwzględniony.

Wstrząs w pociągu

Obładowani jak juczne woły (po dwa plecaki na osobę) przekroczyliśmy granicę w Terespolu i w Brześciu wsiedliśmy w pociąg do Moskwy. Kilka godzin przerwy w podróży wykorzystaliśmy na zwiedzenie Placu Czerwonego. Po południu rozpoczęła się nasza prawdziwa przygoda – 72-godzinna podróż pociągiem relacji Moskwa-Taszkient. Dla wielu mógł to być wstrząs kulturowy. Jechaliśmy w czymś w rodzaju kurnika, w tzw. płackarcie, czyli w wagonie z miejscami do leżenia pozbawionym przedziałów. Z chwilą wejścia pociągu, choć byliśmy jeszcze w Moskwie, znaleźliśmy się nagle w środku Azji. Kolorowe, kwieciste stroje kobiet, olbrzymie toboły, mongoidalne rysy twarzy... i my – jak z księżyca. Czasami czuliśmy się jak małpy w zoo, ludzie przychodzili nas oglądać nawet z sąsiednich wagonów. Wszystko, co mieliśmy, wzbudzało ich ciekawość, a pytania typu „Kak w Polszu?” nie miały końca. Im bardziej na wschód, robiło się ciekawiej i ciaśniej. „Prowadnik” wagonu kręcił niezły biznes, biorąc”na lewo” coraz to większą liczbę pasażerów -a co gorsza – ich olbrzymich bagaży. Wkrótce ci z nas, którzy na swoje nieszczęście wybrali dolne łóżka musieli dzielić je z dwoma, czasami trzema Azjatami, a pomiędzy nimi znajdowały się telewizory, opony czy worki cukru.

100 dolarów za żonę

Co kilka godzin dochodziły do nas słowa czytanego Koranu, za oknem pojawiały się wielbłądy pasące się tak, jak u nas krowy. Byliśmyy naprawdę w Azji. W wagonie rozprzestrzeniał się bukiet zapachów trudny do opisania. Główna jego nuta związana była z kilkudziesięcioma niemytymi ciałami (my staraliśmy się myć, lecz wkrótce okazało się, że spowodowaliśmy zbyt szybki ubytek wody).

Nawet nie wyglądając za okno, można było się zorientować, co jest głównym bogactwem rejonu przez który przejeżdżał pociąg. Gdy jechaliśmy wzdłuż rzeki, przez wagon przetaczały się tabuny kobiet sprzedających suszone ryby. Gdy za oknem było wyjątkowo dużo wielbłądów, było wiadomo, że za chwilę będą „szły” skarpety z wielbłądziej wełny itd. Oprócz tych „regionalizmów” przetaczały się „sklepy” spożywcze, monopolowe, a nawet zabawkowe i obuwnicze. Już w czasie podróży dziewczęta miały propozycje zostania szczęśliwymi żonami świeżo poznanych  Kazachów, a my dzięki temu mogliśmy zwiększyć zasoby finansowe. Oferowano za nie od 70 do 100 dolarów. Transakcja nie doszła do skutku.

Wyprawa po złoto

„Alpinisty z Polszy”, czyli my, stanowili dla pasażerów pociągu nie lada zagadkę. Nikt nie chciał nam uwierzyć, że jedziemy w góry z własnej, nieprzymuszonej woli i nikt nam za to nie płaci. Fakt, że ktoś jedzie tak daleko, żeby wejść na jakąś górę, nie mieścił się w ich głowach. Wkrótce jednak znaleźli dla nas wytłumaczeni: „W Pamirze jest mnóstwo złota, wy na pewno jedziecie po złoto.”

Za oknem nic się nie zmieniało, jedynym urozmaiceniem było to, że step zmienił się w półpustynię, a potem w pustynię. Pociąg nie wjeżdża bezpośrednio z terytorium Kazachstanu do Uzbekistanu, lecz jedzie tranzytowo przez Turkmenistan. Turkmeńscy celnicy oświadczyli nam, że na wjazd do ich kraju potrzebujemy wizy. Dyskutowaliśmy na ten temat długo. Nie pomagały argumenty, że Polska i Turkmenistan mają podpisaną umowę o ruchu bezwizowym, a my posiadamy pieczątki AB świadczące o służbowym charakterze wyjazdu. Nie pomogły również argumenty, że chroni nas „Ministerstwo Sportu”. Mieliśmy jeszcze w zanadrzu kilka argumentów: że skontaktujemy się z polską ambasadą, że jesteśmy w NATO, że jak chcą wojny z Polską, to będą ją mieli... Niestety, nie zdążyliśmy ich użyć, bo turkmeńscy żołnierze zaczęli wynosić nasz dobytek z pociągu. Żegnani przez współpasażerów (nie byliśmy pewni, czy faktycznie nas polubili, czy cieszą się, że zwolniliśmy kilka metrów kwadratowych przestrzeni) znaleźliśmy się w turkmeńskiej niewoli. Mieliśmy zostać do wyjaśnienia. Odbiegaliśmy chyba jednak od standardowego zachowania, do jakiego przyzwyczaiła się turkmeńska służba graniczna. Zrzutka po dolarze i wkrótce znalazło się kilkanaście puszek piwa, cola, ciastka, chłopcy dokańczali brydża... O fakcie, że jesteśmy w niewoli, przypominało nam to, że nie mogliśmy opuszczać posterunku, a z WC znajdującego się na zewnątrz korzystaliśmy za uprzednią zgodą i pod eskortą turkmeńskiego żołnierza. Trzeba przyznać, że odnoszono się do nas przyjaźnie. Jeden z celników zdradził nam nawet kulisy całej sprawy:- Wiecie, tu jest jeden z głównych szlaków przemytu afgańskich narkotyków, zawsze zatrzymujemy jakiś Afgańców, no ale akurat w tym pociągu żadnego nie było, a przecież musieliśmy kogoś zatrzymać...

Paragraf 7

Na drugi dzień zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Zaczęto patrzeć na nas z coraz większym niepokojem., pozwolono pójść na bazar, winą za zaistniałą sytuację obarczano poprzednią zmianę. Co się okazało? Oczywiście zaistniała pomyłka – obywatele polscy nie potrzebują wiz. Najbardziej irytujące było to, że w pokoju dowódcy posterunku wisiał regulamin, którego paragraf 7 mówił, że obywatele RP wjeżdżają do Turkmenistanu tylko za okazaniem paszportu. Celnicy zaczęli korzyć się przed nami, widocznie faktycznie zaczęli się obawiać naszych „wysoko postawionych protektorów”. Sami utargowali nam w miarę tanią łapówkę na 1000-kilometrowy przejazd pociągiem do Taszkientu. Żegnali się z nami jak z najlepszymi przyjaciółmi, zapewniając, że już nie  będziemy mieli w ich kraju żadnych kłopotów. Oczywiście je mieliśmy. Tym razem przy wyjeździe.  Również próbowano nas zatrzymać pod tym samym zarzutem, jednak byliśmy już bardziej doświadczeni: - Znasz paragraf 7? - pytaliśmy. - Nie – słyszeliśmy w odpowiedzi. - No to idź sprawdzić – argumentowaliśmy. Wprawiony w konsternację pogranicznik nie pojawił się więcej.

Wszystko za łapówkę

Znaleźliśmy się w Taszkiencie, stolicy Uzbekistanu, i byliśmy tam nielegalnie. Jest to jedyny kraj Azji Środkowej, do którego Polacy potrzebują wizy, my jej nie załatwiliśmy, gdyż uzbeckiej ambasady nie ma w Polsce, a najbliższa znajduje się w Moskwie. A że Azja Środkowa to miejsce pełnie niespodzianek, był to jedyny kraj, do którego wjechaliśmy bez żadnych formalnych problemów. Do granicy Kirgistanu mieliśmy jeszcze 10 godzin jazdy z kolejnymi atrakcjami. Związane one były z tym, że nasi kierowcy byli wyjątkowo krewcy, a przepisy ruchu drogowego w Uzbekistanie raczej nie są jasno ustalone. Na domiar złego natura obdarzyła ich wyjątkową fantazją i np. przy prędkości 100 km / godz. potrafili przekazywać sobie papierosy z samochodu do samochodu. Porachunki z innymi kierowcami załatwia się jak na gangsterskich filmach: goni się ich, obija się ich samochód i gdy się zatrzymają, ujawnia się głośno swoje pretensje.

Na granicy kirgiskiej nie obeszło się bez kłopotów. Na prowizorycznie skleconym posterunku granicznym urzędnik państwowy próbował wyłudzić łapówkę, zarzucając nam następujące przestępstwa: brak wizy do Kirgistanu, przemyt narkotyków, broni i choroby zakaźne. Gdy już fantazja przestała podsuwać mu nowe pomysły, stwierdził, że zatrzyma nas za „utrudnianie”, cokolwiek by to miało znaczyć. Napięcia całej sytuacji dodawał fakt, że trzech chłopaków zatruło się czymś paskudnie i naprawdę nie wyglądali najlepiej. Naszą wizą wjazdową do Kirgistanu stała się sztanga papierosów. Mieliśmy ich od sponsora 18 sztuk na takie „okazje”.

Czarnoksiężnicy z Osz

Znaleźliśmy się w Kirgistanie, a dokładniej w Osz. W mieście tym musieliśmy zdobyć zezwolenie na wjazd do strefy przygranicznej, zezwolenie na atakowanie Piku Lenina oraz transport w góry. Uwierzcie, Azja Środkowa nie jest miejscem, gdzie coś można łatwo załatwić. Ogólna zasada brzmi: im więcej posmarujesz, tym szybciej załatwisz. Gdybyśmy nie zaaplikowali odpowiedniej kwoty, czekalibyśmy na papiery 10 dni, a tak dokumenty były gotowe jeszcze tego samego popołudnia.

O 12 godzinach jazdy po kirgiskich bezdrożach i stepach pojazdem, który swe dobre dni przeżywał jakieś 30 lat temu, dotarliśmy na Polanę Ługową - bazę pod Pikiem Lenina. Po 11 dniach od wyjazdu z Polski byliśmy u celu.


Autor tekstu: Dariusz Gruszka



Artykuł ukazał się w „Turystyce”, dodatku do „Gazety Wyborczej” z dn. 31 XII 1999 – 2 I 2000.

Powyższy tekst to pierwsza część relacji z wyjazdu na Pik Lenina.




Artykuł w nieco zmnienionej formie opublikowany został także w biuletynie "Mars" firmy Reemtsma Polska S.A., sponsora wyprawy.

 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

Z trzech najbardziej znanych irańskich wysp: Keszm, Hengam, Hormoz, najbardziej zachwyca mnie ta ostatnia. Od samego początku.

Niektórzy nazywają ją czerwoną wyspą, ja wolę określenie „kolorowa”. Według naukowców można wyróżnić na Hormoz kilkadziesiąt kolorów skał. Ich zabarwienie zależy od zawartości określonych minerałów i soli.

W Zatoce Perskiej żyją delfiny, kolorowe rybki, a na brzeg wychodzą żółwie.

Keszm to największa irańska wyspa w Zatoce Perskiej. Z jednego końca wyspy na drugi pokonuje się 130 kilometrów.

...
...
...
...