Mniszki, jaki i tybetańscy nomadzi

Byliśmy umówieni na 9.00 rano, ale Pupo pojawił się dopiero po jedenastej. Przez te kilka dni trekingu musieliśmy się do tego przyzwyczaić. Pupo co chwilę zmieniał zdanie, wymyślał nowe opcje i dodawał kolejne aneksy do naszej umowy.

Znajdowaliśmy się w Curpu, tybetańskiej miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od Lhasy. Stąd mieliśmy rozpocząć wędrówkę po górach z plecakami, wynajętym jakiem i tybetańskim przewodnikiem Pupo. Trasa wiodła przez Laten, Barco i Dorjeling do Yangpachen. Przeznaczyliśmy na całość pięć dni, nie licząc dwóch noclegów w Curpu.

Z perspektywy czasu patrząc wiem, że był to najlepszy fragment podróży po Tybecie. Wreszcie wyrwaliśmy się z Lhasy, z hotelu i zabudowań, by znaleźć się na łonie natury w "Tybecie prawdziwym". Wcześniej, co prawda, odwiedzaliśmy klasztory położone na wzgórzach wokół stolicy Tybetu, ale znacznie ciekawiej było po prostu rozbić się nad strumieniem wśród drzew ozdobionych flagami modlitewnymi i wychodząc z namiotu widzieć za każdym razem klasztor - siedzibę karmapów - i wioskę tybetańską po drugiej stronie rzeki.

Pupo, w kapeluszu na głowie i włosach związanych w warkocz, sam podszedł do nas, gdy tylko wysiedliśmy z busa wiozącego pielgrzymów z Lhasy. Trudno nam było się porozumieć - on nie znał angielskiego, my tybetańskiego – ale przecież liczby pisane patykiem na ziemi mają międzynarodową wymowę. Umówiliśmy się na 300 Y.

Prawdziwym bohaterem tej opowieści powinien jednak zostać jak, wszechstronne zwierzę rejonów górskich. Spełniał doskonale swą rolę dźwigając na grzbiecie nasze plecaki. Rogi jego przodków ozdabiają niejedno święte miejsce razem z kamieniami z wyżłobionymi na nich modlitwami buddyjskimi i mantrami, z których najbardziej znana to: om mani padme hum.

Pupo nie miał zwyczaju rozpalania ogniska, siadania przy nim na ziemi i czekania. aż herbata, której większość stanowi rozpuszczone masło jacze, będzie gotowa. Nie, on nawet nie zabrał w drogę blaszanego czajnika, jak to czyni większość poruszających się po górach Tybetańczyków, doglądających swych stad. Pupo był oportunistą i jak tylko zobaczył po prawej stronie doliny namiot nomadów, skierował się w jego stronę.

Gospodyniami były dwie Tybetanki.
- Częstujcie się – wskazała gestem młodsza i rozlała nam do naczyń najpyszniejszy na świecie napój - tybetańską herbatę. Płyn nie do przełknięcia w normalnych warunkach, w górach jednak harmonijnie rozchodzący się po kanałach energetycznych ciała błogim ciepłem i podnoszący nawet umarlaka po całym dniu marszu na nogi. Pupo zasłużył także na jogurt przyrządzany z mleka jaczycy, deser po posiłku składającym się z campy, czyli mąki jęczmiennej wymieszanej z masłem. W ten sposób poznaliśmy jadłospis przeciętnego Tybetańczyka.

Nie wiadomo kiedy zostaliśmy sami w namiocie. Żeby nie nadużywać gościnności, opuściliśmy go z zamiarem poszukania Pupy. Właśnie ściągał z jaka przyczepiony obok naszych bagaży worek, w którym – jak mniemaliśmy – trzymał swój dobytek. Materiał z zewnątrz miał dziwnie czerwoną barwę.



Pupo przyrządza głowę jaka. Fot. arch. Kamila Gruszka



- Muszę chwilę zostać, by to przyrządzić. Zepsuje się - domyśliliśmy się, że to właśnie próbuje nam przekazać, wskazując na wyciągniętą z worka odartą ze skóry głowę jaka. Tylko przy nosie została kępka czarnej sierści. Patrzyliśmy, jak przekrawa ją na pół. Dokładnie widzieliśmy wielki biały jęzor i zęby, rozdzielonych już teraz od siebie, szczęk - dolnej i górnej. Ponieważ Pupo zapragnął nagle zmienić zawód z przewodnika na kucharza, na dalszą drogę przydzielił nam jedną z Tybetanek.
- Spotkamy się w Laten i dalej ruszymy razem – przekazał nam.

Nasz jak był jednak przyzwyczajony do twardej męskiej ręki i niespecjalnie miał ochotę wędrować po górach z kilkudziesięciokilogramowym bagażem na grzbiecie. Uderzanie go po tyłku bambusowym kijkiem, wiezionym przeze mnie z Chengdu w Chinach, spowodowało jedynie pęknięcie kija, a nie szybszy marsz zwierza. Do tego jeszcze plecaki na jego grzbiecie niebezpiecznie się przekrzywiały i trzeba je było co chwilę poprawiać, bo groził im w najlepszym przypadku upadek na ziemię, w najgorszym – wpadnięcie do strumienia.

Przy okazji dowiązywania ładunku Tybetanka wypuściła z ręki sznurek, którego jedna końcówka była przeciągnięta przez nozdrza jaka, a druga służyła do ponaglania go do marszu poprzez mocniejsze szarpnięcia. Przez moment myślałam, że stracę wszystko, co mam na świecie najcenniejszego: śpiwór, namiot, polar, goretex i wiele innych gadżetów sportowo-turystycznych. Jak zwiał na pobliską górę, a potem zniknął za wierzchołkiem. W pogoń rzuciła się Tybetanka i Jurek. Przyprowadzili winowajcę, co przy wysokości 5000 m n.p.m., gdy z trudem oddycha się nawet stojąc, stanowiło nie lada wyczyn.



W wiosce tybetańskich nomadów. Fot. arch. Kamila Gruszka

 


Najbliższe dwie noce spędziliśmy w Laten, wiosce tybetańskich półnomadów. Wyprowadzają oni swoje stada czy to jaków, czy owiec na hale na dzień, ale na noc sprowadzają z powrotem. Domy budują z kamienia, budulca, którego w górach nie brak. Okna przybierają kształt trapezu. W czterech rogach dachu wstawiają kije z doczepionymi kawałkami materiału. Ocieplają budynki rozrobionymi z wodą odchodami jaków. W ten sposób budował ogrodzenie dla zwierząt Pupo. Rozbiliśmy się w obrębie jego zabudowań gospodarskich.

W górach najczęściej jednak można spotkać nomadów mieszkających w namiotach z wełny jaka. Kolejne spotkanie z nimi znowu sprowokował Pupo.

W deszczowy poranek po kolejnym noclegu, tym razem w pobliżu Barco, zauważyliśmy, że nie ma Pupy tam, gdzie był jeszcze wieczorem, czyli w prowizorycznie urządzonym legowisku za murkiem zbudowanym z kamieni. Za to w dole doliny pojawił się biały namiot. Przez otwór w dachu sączył się bardzo zachęcający do odwiedzenia jego wnętrza dym. Namioty i bagaże dawno spakowane czekały, my mokliśmy na deszczu, nie pozostawało nam nic innego, jak pójść szukać Pupy u naszych nowych sąsiadów.

Siedział grzejąc się przy ognisku wraz z przedstawicielami części męskiej wielopokoleniowej rodziny. Siedmiu Wspaniałych – nazwałam ich w myśli. Dorzucali do ognia odchody jaka zgromadzone przy wejściu do namiotu. Na żarze stała niezliczona ilość czajniczków i garneczków z herbatą. Z drewnianego okrągłego naczynia dokładali do niej masła, mieszali patykiem i pili w potężnych ilościach. Posilali się ogryzając mięso z leżących przed nimi kości, a właściwie zjadając je całe. Nic nie może się zmarnować.

Nomadzi spotkani na szlaku. Fot. arch. Kamila Gruszka

 


Najstarszy był na pewno siwowłosy staruszek z upaćkaną masłem brodą. Był też jeden, który nic nie robił, rzadko się odzywał, ale jak już coś powiedział, to wszyscy w odpowiedzi pękali ze śmiechu. Inny co jakiś czas wciągał tabakę. Przechowywał ją w zatkniętym korkiem rogu jaka; z cieńszego końca nasypał ją na kciuk oparty o palec wskazujący, wciągnął przez nos i momentalnie wypuścił dym ustami.

Zażywanie tabaki jest wśród Tybetańczyków okazją do zadzierzgnięcia bliższych więzi. Spotkanie towarzyskie mężczyzn rozpoczyna się od wypróbowania tabaki pozostałych. Każdy sporządza swoją własną mieszankę. Ta, którą ja próbowałam, powodowała niemal eksplozję nosa, kręcenie w głowie, miękkość w nogach i ogólną "głupawkę".

Nasi poczciwi gospodarze uprzyjemniali sobie deszczowy czas wyrabianiem wełny z sierści jaka. Czasem dziwię się, dlaczego w Europie używa się do tej czynności tak skomplikowanego urządzenia jak kołowrotek. Oni formowali wełnę między palcami, nakręcając ją na kawałek patyka. Bardziej zaawansowani w sztuce przepuszczali najpierw wełenkę przez nacięcie na tym kawałku drewna. Wychodziła wtedy cieńsza i bardziej zbita.

Przez wszystkie dni trekingu nie mieliśmy najciekawszej pogody. Przy przekraczaniu najwyższego miejsca naszej wędrówki, przełęczy o wysokości 5300 m n.p.m. zmagaliśmy się z zimnem, deszczem i śniegiem. Namiot rano pokrywał szron. Chodziliśmy opatuleni w kurtkę i polar, zakładaliśmy czapki i rękawiczki. W przedostatnim dniu marszu, po wyruszeniu z Barco, złapała nas burza. Grad siekł tak mocno, że trudno nie krzyczeć z bólu. Wzorem Pupy przysiedliśmy w kucki i schowaliśmy twarz w dłoniach.

Taka aura zmienia się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Gdy wkroczyliśmy na zielony płaskowyż, u którego podnóży przyczepiony do skały stoi klasztor żeński Dorjeling, wszystko tonęło w słońcu. Trafiliśmy do raju na ziemi. Dookoła pasły się owce i kozy, mniszki prały kolorowe szmaty w strumieniu.
- Ani? – pytają wskazując na moją głowę. Dotykają krótko obciętych włosów.
- Ty ani, ja ani – pokazuje jedna z nich najpierw na mnie, potem na siebie.

Ona też ma szczecinę długą najwyżej na centymetr. Tłumaczenie zdaje się na nic. Jestem jedną z nich – mniszką.
Zaraz potem oglądają wszystko, co znajduje się w namiocie, wyciągają kosmetyczkę i każą sobie tłumaczyć przeznaczenie wacików, pałeczek do uszu, pęsety czy mleczka kosmetycznego. Ciekawe obserwują, jak się myję w strumieniu, robię obiad na maszynce i obcinam paznokcie.

Znaliśmy to już z poprzednich biwaków. Tybetańczycy są bardzo ciekawskim narodem i – rzekłabym – bardzo bezpośrednim. Zawsze jest ich pełno naokoło i nauczyliśmy się już zachowywać normalnie, gdy odwiedzają nas jako goście i siedzą po kilka godzin na ziemi w pobliżu namiotów.



Żeński klasztor Dorjeling. Fot. arch. Kamila Gruszka



Mniszki zaprosiły nas do klasztoru. Od razu widać, że urzędują w nim kobiety. Na ołtarzach stoją starannie poustawiane miseczki z campą i ryżem, przyozdobione czy to muszelką, czy kwiatkiem. Podłoga czysto wymieciona, siedzenia wymalowane w różnorodne wzory. W jednej z kapliczek podwieszona pod sufitem… plażowa piłka-globus z namalowanymi kontynentami. Pokazujemy im, gdzie leży Polska.

- A ja chciałabym do Nepalu – szeptem wymawia nazwę państwa jedna z mniszek.
Słyszę Nepal i od razu rozumiem, o co chodzi. Robi mi się smutno. Raj na ziemi nigdy nie może być doskonały.

- Nie róbcie zdjęć – pokazują na aparat. - Przyjdą z Lhasy i was zakują w kajdanki – podsuwają nam pod nos w sposób charakterystyczny złączone nadgarstkami ręce. - Oni wszystko obserwują – przykładają palce do oczu tak, jak robią to dzieci, gdy bawią się w wojsko.

 

Na trekkingu w Tybecie. Fot. arch. Kamila Gruszka

 


Dopiero następnego dnia mieliśmy w pełni zrozumieć wymowę ich gestów. Do raju wjechały wojskowe ciężarówki, a teren wokół klasztoru momentalnie przekształcono w poligon dla chińskich żołnierzy. Trasa wiodąca przez góry do Yangpachen została zablokowana. Wynajętym traktorem dotarliśmy tam drogą okrężną. Z przyczepy mogliśmy obserwować świat, który przygnębił nas ostatecznie. W dziewiczym krajobrazie wyrosły dziwnie nie pasujące do niego chińskie fabryki, wieże wiertnicze, domy i hotele o zgoła innej architekturze niż rdzennie tybetańskie. To ostatnir widoki, jakie zapamiętaliśmy z trekkingu.


Kamila Balbus


Artykuł ukazał się w „n.p.m.”, nr 5, maj 2004 r.



 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

Z trzech najbardziej znanych irańskich wysp: Keszm, Hengam, Hormoz, najbardziej zachwyca mnie ta ostatnia. Od samego początku.

Niektórzy nazywają ją czerwoną wyspą, ja wolę określenie „kolorowa”. Według naukowców można wyróżnić na Hormoz kilkadziesiąt kolorów skał. Ich zabarwienie zależy od zawartości określonych minerałów i soli.

W Zatoce Perskiej żyją delfiny, kolorowe rybki, a na brzeg wychodzą żółwie.

Keszm to największa irańska wyspa w Zatoce Perskiej. Z jednego końca wyspy na drugi pokonuje się 130 kilometrów.

...
...
...
...