Na kaukaskim dachu świata

Czwartego lipca 1998 roku wraz z grupą przyjaciół wsiadałam w Poznaniu do pociągu. Była sobota. We wtorek rano mieliśmy znaleźć się w Rostowie nad Donem, w głębi Rosji.

Podróż odbywaliśmy niemal w luksusowych warunkach, które zresztą doceniliśmy o wiele później, gdy poznaliśmy bliżej koleje rosyjskie. Zajmowaliśmy cztery przedziały sypialne. Narzekaliśmy tylko na zbyt rzadko włączaną klimatyzację i dziwnie okrężną drogę, jaką jechał pociąg.

ROSYJSKA RZECZYWISTOŚĆ

Dzięki kilkugodzinnemu postojowi w Miczurińsku mogliśmy poznać trochę rzeczywistość rosyjską. Najpierw zwiedziliśmy ubikacje na dworcu. Słysząc wcześniej opowieści bywalców Wschodu, spodziewaliśmy się ujrzeć tzw. „narty”, czyli toalety z dziurą i miejscami na nogi, by można było wygodnie przykucnąć. Zaskoczył nas jednak brak jakichkolwiek drzwi, które mogłyby przysłonić widok wykonywanych w tym miejscu intymnych czynności. Potem poznaliśmy także „kibelki” bez przegród bocznych.

Na dworcu pokłoniliśmy się Leninowi. Pomnik wodza rewolucji mieścił się też w centralnym miejscu miasta – na rynku. Udaliśmy się do banku w celu wymiany dolarów na walutę rosyjską. Nie było to łatwe do zrealizowania, gdyż aż w dwóch kantorach zabrakło dla nas rubli. A przecież nie dysponowaliśmy jakimiś ogromnymi sumami.

Podziwiam Rosjan za cierpliwość. My niestety nie mogliśmy wystać spokojnie w kolejce, czekająć przez trzy godziny na otwarcie okienka przez panią kasjerkę. Tylko u niej mogliśmy załatwić bilet grupowy na dalszą podróż z Rostowa do Nalczika. Potem już się przyzwyczailiśmy. Poza urzędnikami wszyscy Rosjanie byli dla nas bardzo uprzejmi i przyjaźni.

PRAWIE W AZJI

Gdy czekaliśmy na pociąg w Rostowie, czuliśmy, że jesteśmy już prawie w Azji. Z wielkimi plecakami musieliśmy przepychać się w tłumie wsiadających i wysiadających pasażerów oraz handlujących przeróżnymi owocami: brzoskwiniami, arbuzami, melonami oraz suszonymi rybami czy lodami. Zewsząd było słychać ich nawoływania.

Niesamowicie podobał nam się bazar w Nalcziku. Kramarki starannie czyściły sprzedawane przez siebie owoce, następnie układały je w równe rządki, przyozdabiając papryką czy natką pietruszki. Z ładem na ich stołach kontrastował chaos ogromnych płatów świńskiego mięsa obok.

Ostatnim etapem przed spotkaniem z górami było załatwienie zezwolenia na poruszanie się w obszarze przygranicznym (znajdowaliśmy się już niedaleko Gruzji). Niedługo potem z okien minibusu, mogliśmy podziwiać zielone przestrzenie hal i ośnieżone wierzchołki gór. Oprócz gór naszą uwagę przykuwały mijane od czasu do czasu na wąskiej drodze zwierzęta: osioł, krowa, potem całe stado krów.

Pierwszą noc spędziliśmy w odnodze doliny Adyl-su. Jedynym warunkiem rozbicia było znalezienie w miarę płaskiego miejsca i wody w pobliżu. Nocowaliśmy w odległości pietnastu minut od skały z napisem oznajmiającym „koniec języka lodowca” Szelda w 1928 roku. Do moreny czołowej lodowca w roku 1998 trzeba było iść jeszcze godzinę. Cofanie się lodowca i jego dawną wielkość można było ocenić patrząc na ogrom doliny i dobrze odznaczającą się morenę boczną. Sam lodowiec rozczarował nas. Pokryty był bowiem prawie w całości kamieniami, bardzo nużącymi i uciążliwymi w chodzeniu.

JAK NAD MORZEM

Czuliśmy się trochę jak nad morzem. W pewnym miejscu woda wypływająca z lodowca utworzyła.. piaszczystą plażę. Codziennie mieszkańcy pobliskiego obozu "pionierskiego" odbywali tam wycieczki. Było to ładne miejsc, a dodatkowo można było przeżyć przygodę przechodząc przez most rodem z filmu "Indiana Jones" rozpiętym między skałami. Brakowało w nim paru desek, był trochę przekrzywiony na jeden bok, a patrząc w dół widziało się piętrzącą wodę.

Drugim podobnym przeżyciem było przejście przez wodospad. Zgubiliśmy drogę. Ponieważ bezsensownym wydawało nam się cofanie w górę, a zejście w dół było zbyt strome, za jedyne rozwiązanie uznaliśmy przecięcie jednej ze spokojniejszych – na szczęście – odnóg wodospadu.

Wreszcie zapragnęliśmy odmiany po wykańczających nas psychicznie i fizycznie spacerach po kamienistym lodowcu Szelda. Przenieśliśmy się więc w dolinę Irik. Niech o ogromie gór świadczy fakt, że aby przenieść się w miejsce, które nas interesowało, potrzebowaliśmy aż dwóch dni (łącznie z przejazdem części trasy autobusem). A żeby wejść na jakikolwiek szczyt otaczający dolinę, potrzebny był cały dzień. Wychodziło się wcześnie rano, wracało wieczorem.

STRASZNE KROWY

Ale nie uprzedzajmy faktów. Na razie znajdujemy się na przymusowym biwaku, oddalonym trochę od wody. Rozbijaliśmy się prawie o zmroku, toteż gdy wracaliśmy z wieczornego mycia, była już noc. Nagle w ciemności ujrzeliśmy trzy pary świecących oczu. Diagnoza jednego z kolegów była jednoznaczna i natychmiastowa: wilczyca z małymi. Nasza reakcja też była szybka: skręt w bok. Kłopot polegał na tym, że tam, gdzie ujrzeliśmy „oczy”, biegła droga do biwaku, a gdy ją porzuciliśmy, nie mogliśmy znaleźć innej, a przed sobą mieliśmy przepaść. Na szczęście na nasze wołanie odpowiedzieli koledzy i wspomogli nas światłem. Uśmialiśmy się natychmiast, gdy opowiedzieli o swojej drodze powrotnej. Oni ujrzeli sześć par oczu. Gdy zaczęli się cofać, „oczy” zaczęły się przybliżać w ich stronę. Stanęli więc w miejscu, przygotowując do obrony kamienie i świecąc latarkami w stronę wilków. Uznali, że to je odstraszy (my przyjęliśmy inną taktykę: nie świecić, by nie drażnić). Stali jakiś czas, dopóki jedno ze zwierząt nie zaczęło się odwracać i... żuć trawę. To były krowy!
Pozostawiam to wydarzenie bez komentarza. Na nasze usprawiedliwienie przytaczam fakt, że znajdowaliśmy się na znacznej wysokości i nie sądziliśmy, że mogą się tam znaleźć krowy. Dopiero później spotkaliśmy wypasających owce i byczki pasterzy. Jeden z nich wspomógł nas bardzo w drodze na przełęcz Irik Czak.

IDŹCIE JAK BARANY

Bardzo łatwo zgubić drogę w tych górach. Nie ma tu, jak w Tatrach, wymalowanych szlaków, rzadko są one oznaczone kopczykami kamieni. Trzeba pilnować ścieżek, wydeptanych najczęściej nie przez ludzi, ale przez owce. Na pytanie o to, jak musimy iść, jeden z pasterzy rzekł po prostu: "Kak barany idut". Uśmiechnęliśmy się i grzecznie podziękowaliśmy za tak wyczerpującą radę. Jakże się ona okazała pomocna! Wyjście z doliny zagrodził nam wodospad. Wydawało się, że nie ma tam przejścia. Znalazły je... barany. Posłusznie udaliśmy się za nimi.

Tego dnia dotarliśmy na wysokość 3800 m n.p.m. Z przełęczy po raz pierwszy ujrzeliśmy w całej okazałości Elbrus, najwyższy szczyt Kaukazu Wielkiego (5642 m n.p.m.). Przed nami wznosiła się ośnieżona kopuła i pole lodowe, którym można było dotrzeć do schroniska pod wierzchołkiem. Ponieważ większość grupy uznała ten wariant za zbyt trudny, wybraliśmy inny.

Najprościej byłoby wjechać kolejką. My jednak chcieliśmy zdobyć Elbrus od podnóża. Ze wsi Terskoł wyruszyliśmy z plecakami drogą „przez obserwatorium”. Chcieliśmy wyjść trochę ponad zabudowania i tam znaleźć miejsce na nocleg. Jeden ze schodzących turystów poinformował nas, że do najbliższego wodopoju dotrzemy dopiero za trzy godziny. Ruszyliśmy więc późnym popołudniem, przypalani z góry słońcem. Miejscem, przy którym znaleźliśmy strumień, było dopiero obserwatorium: chcieliśmy tam dojść dopiero następnego dnia. Był to nasz pierwszy biwak na takiej wysokości (ok. 3500 n.p.m.).

Na drugi dzień, przy miejscu nazwanym Lodową Bazą, zaskoczył nas deszcz. Była to ironia losu, ponieważ dotychczas pogodę mieliśmy rewelacyjną. Przed nami Elbrus, o rzut kamieniem oddalone schronisko, a my szykujemy się do noclegu w rozwalającej się dawnej bazie noclegowej (jedno pomieszczenie całe zawalone śniegiem, lód na podłodze, tudzież cegły poustawiane po to, by nie chodzić po wodzie – wszystko w rozsypce). Mimo zapowiadającej się „tygodniówki”, rozpogodziło się na tyle, byśmy mogli przejść pole lodowe i w trzy godziny dotrzeć do schroniska "Priut 11".

PO LODOWCU

Pierwszy raz szliśmy po prawdziwym lodowcu. Szczeliny lodowe, mieniące się w słońcu, prezentowały się nader urokliwie. Wabiły także swoją głębokością. Wyciągaliśmy nogi ze śniegu, zapadając się w nim po pas.

Schronisko "Priut 11" to nic innego jak niebieska łódź podwodna: opływowy kształt chroni ponoć przed częstymi tam porywistymi wiatrami. Warunki proponuje nader pionierskie. Oczywiście nie przeszkadzało nam mycie się na zewnątrz wodą wypływającą z rury, choć przy temperaturze niewiele wyższej od zera nie było to przyjemnością. Najbardziej jednak zaciekawiła nas "latryna". Miała drzwi, które jednak od czasu do czasu były wyrywane przez porywisty wiatr. Miała też okrągły otwór, przez który wszystko wypadało prosto na śnieg, gdzieś na zbocze góry. Gdy mocno wiało to, co miało wylecieć, siłą wiatru bywało wpychane do wewnątrz. Śmieci też wyrzucało się za schronisko, ale najbardziej intrygujące były leżące przed wejściem stare kaloryfery.

NA DACHU ŚWIATA

Część z nas nocowała w "Prucie", część na „grzędzie Słowian” w namiotach. Za rozbicie się tam nie trzeba było płacić, więc nacje biedniejsze głównie tam obozowały. Turyści zachodni przychodzili oglądać ulokowanych tam Rosjan, Polaków i Czechów jako ciekawostkę. Aby dotrzeć do naszej „bazy wysuniętej”, musieliśmy przedzierać się przez strumienie wody płynące po zboczu w dzień, na noc jednak zamarzające. Tej okoliczności nie przewidzieliśmy, gdy próbowaliśmy dotrzeć na nasz pierwszy nocleg na wysokości 4200 m n.p.m. Nie mając raków na nogach, zjechałam sobie kilkanaście metrów w dół. Na szczęście skończyło się to tylko zadrapaniami na rękach.

W pierwszą noc przeżyliśmy burzę, w drugą – wichurę, trzecia zakończyła się wyjściem na Elbrus około godziny piątej nad ranem. Towarzyszył nam w drodze widok najpiękniejszego wschodu słońca, jaki można sobie wymarzyć. Kolorów, ich odcieni, nie da się słowami opisać. Pogoda nam sprzyjała. Tego dnia nie było na niebie ani jednej chmurki, uspokoił się też wiatr.

Pełni zapału ruszyliśmy w górę. Wygasał on powoli w miarę nabierania wysokości. Coraz trudniej było nam złapać oddech. Coraz częściej potrzebny był też odpoczynek – co pięćdziesiąt, co trzydzieści, co dziesięć kroków. Kilkoro z nas dopadła choroba wysokościowa. Opisu jej przebiegu oszczędzę. W każdym razie dwójka z naszej grupy nie dotarła na szczyt, inni wykazali się niezłym samozaparciem. Technicznie droga nie była trudna, mimo to nie było łatwo dojść na wierzchołek.

Z Elbrusa, niestety, nie dojrzeliśmy Morza Czarnego, co przy dobrej przejrzystości powietrza i ładnej pogodzie jest możliwe, ale i tak widok mieliśmy niesamowity. Dla nas Elbrus był dachem świata. Wchodziliśmy sześć godzin, wracaliśmy trochę krócej. Byliśmy tak zmęczeni, że ledwie mieliśmy siłę podnosić nogi. Niemal od przełęczy widzieliśmy w dole schronisko, które wcale nie chciało się przybliżyć.

Następnego dnia zjechaliśmy na dół kolejką. Dotarliśmy jeszcze do Jantugan w dolinie Adyl-su. Spędziliśmy tam trzy dni, ale żadne z nas nie miało już ochoty dokądkolwiek chodzić.


Tekst: Kamila Balbus - Gruszka

Zdjęcia: Krzysztof Niklaus


Artykuł ukazał się w "Głosie Wągrowieckim, nr 42 (241), 16 pażdziernika 1998 r.

Śródtytuły pochodzą od redakcji.



 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

Z trzech najbardziej znanych irańskich wysp: Keszm, Hengam, Hormoz, najbardziej zachwyca mnie ta ostatnia. Od samego początku.

Niektórzy nazywają ją czerwoną wyspą, ja wolę określenie „kolorowa”. Według naukowców można wyróżnić na Hormoz kilkadziesiąt kolorów skał. Ich zabarwienie zależy od zawartości określonych minerałów i soli.

W Zatoce Perskiej żyją delfiny, kolorowe rybki, a na brzeg wychodzą żółwie.

Keszm to największa irańska wyspa w Zatoce Perskiej. Z jednego końca wyspy na drugi pokonuje się 130 kilometrów.

...
...
...
...