Na podbój Otchon Tengri

Dokładnie 15 lipca 2002 r. rozpoczęła się nasza wyprawa do Azji. Trasa wiodła najpierw koleją transsyberyjska przez Rosję, następnie Mongolię, kolejne etapy to: Chiny, Tybet, Nepal i Indie.

W Mongolii spędziliśmy trzy tygodnie. Podróżowaliśmy samochodem z Polakami przypadkowo poznanymi w hotelu w Ułan Bator. Naszym pierwotnym celem było zdobycie Otchon Tengri. Urzekła nas legenda związana z tą górą. Latem Mongołowie udają się na jej szczyt w poszukiwaniu "wansemberuu", uważanego za święty „kwiatu nieba”. Oto fragmenty relacji:

Z pijanym po Mongolii

Przez półtora dnia byliśmy przekonani, że mamy najlepszego kierowcę na świecie. Znaleźliśmy go na dalekobieżnym dworcu autobusowym w Ułan Bator przez anglojęzyczną właścicielkę hotelu w Hatgał, na północy Mongolii. On sam oprócz mongolskiego i migowego nie znał żadnego innego języka. Nie to okazało się być jednak naszym największym problemem.

Zaraz następnego dnia całą naszą dziwięcioosobową ekipą zapakowaliśmy się do UAZ-a . Wraz z nami dziewięć plecaków, tyleż śpiworów, kilka namiotów, torby podręczne, jedzenie i 54 butelki z wodą pitną. Aż niemożliwe, że to wszystko zmieściło się, a my mieliśmy nawet gdzie siedzieć.

Około 200 km za Ułan Bator skończył się asfalt. Zaczął się piach, dziury, góry i przełęcze. W gąszczu splątanych rozjazdów nasz kierowca bezbłędnie wybierał dobrą drogę, wyprzedzał wszystkie samochody, wjeżdżał na górki, które inni musieli brać na dwa razy i - mimo braku jakichkolwiek znaków oprócz zakazów wjazdu w postaci ułożonych na drodze kamieni, dowoził nas na miejsce.

Jadąc na przedzie trzeba było mieć stalowe nerwy. Mnie palce robiły się białe od kurczowego zaciskania na szybie i siedzeniu. Kilka razy trafiłam głową w okno i w sufit, gdy samochód podskakiwał na wybojach. Drogi mongolskie - w wiecznych remontach i objazdach - przyszło naprawiać nam samym. Pojawiła się przed nami góra piachu, w niej dziura. Musieliśmy ją najpierw zasypać kamieniami, a potem jeszcze poradzić sobie z przejechaniem. Nasz kierowca i w tym przypadku okazał się niezastąpiony.

Drugiego dnia wieczorem upił się. Spotkał znajomego i razem pili do trzeciej w nocy. Potem pojechał jeszcze do wioski i wrócił nieprzytomny... o szóstej rano. O dziewiątej mieliśmy ruszać dalej, ale on kontynuował balangę. Jego kompana odciągnęła od nas przedstawicielka Francuzów; przyjaciel-szofer był ich kierowcą. Oni też chcieli już ruszać.

Pojechaliśmy z naszym pijanym kierowcą - co mieliśmy robić. Pozwalaliśmy mu zatrzymywać się co jakiś czas przy jeziorze czy rzece, żeby otrzeźwił się obmyciem twarzy. Każdy przystanek ostro jednak zakrapiał wódką. Lał ją do plastikowego, półlitrowego kubka i podawał nam. Po drodze tego dnia zabraliśmy na stopa najpierw mongolskiego chłopaczka. Zmieścił się na obudowie silnika między kierowcą a Kubą siedzącym na przedzie. Za chwilę w tym samym miejscu siedział już duży Mongoł. Jakby tego było mało, zabraliśmy z drogi czterech polskich autostopowiczów, wędrujących po Mongolii pieszo. Razem nas więc było w dziesięcioosobowym UAZ-ie – 14 pasażerów, trzynaście wielkich plecaków i pijany kierowca, jadący zygzakiem od jednej strony drogi do drugiej.

Wreszcie zmusiliśmy go, by zatrzymał się nad jeziorkiem, wywlekliśmy z samochodu i ułożyliśmy na jego mongolskim delu (tradycyjnym stroju). Po dwóch godzinach snu wsiadł do samochodu i... pojechał w odwrotnym kierunku niż przyjechaliśmy. Nie wierzył nam, gdy usiłowaliśmy go zawrócić, musiał zapytać miejscowych. Świadczy to tylko o tym, jak bardzo musiał być pijany.

Na obiedzie w jurcie

I z takim, nadal „wczorajszym” kierowcą, jechaliśmy do dwunastej w nocy. Nie było siły, która zmusiłaby go, żeby się zatrzymał. Adaś cały czas sprawdzał, czy nadal ma otwarte oczy. Kilka razy skorygował mu kierownicę. Nasz kierowca zasypiał za kółkiem...
Tego dnia wszystko dobrze się skończyło. Następne spędziliśmy w górach z namiotem, więc naszego kierowcy nie oglądaliśmy. Kolejnego, dziewiątego - zdaje się - od rozpoczęcia naszej podróży, pozwoliliśmy mu pojechać na noc do miasta do znajomych. Zapomnieliśmy mu wszystko po tym, jak zabrał nas na obiad do jurty. Pani podała nam michę koziego mięsa do obgryzania z kości i jako deser jagody z cukrem i dżemem. W tym czasie przygotowywała ryż i mięso z barana. Do popicia mieliśmy herbatę z solą i mlekiem.

Rano nasz szfer wrócił, ale nie o własnych siłach. Musiał go przywieźć inny Mongoł. Razem z obydwoma pojechaliśmy na bazar po jedzenie. Nasz gdzieś zniknął i musieliśmy go szukać. Grał w bingo i nadal pił. Pojawił się inny, tymczasowy kierowca i dodatkowy pasażer, mający pełnić funkcje pilota. Siedzieliśmy ściśnięci w samochodzie i wściekli.

Potem wszystko rozegrało się szybko. Chciał od nas pieniędzy. Zgodnie z umową zapłaciliśmy mu 60% przed wyjazdem, reszta miała być po powrocie. Kategorycznie odmówiliśmy. Domagał się zapłaty za dodatkowe kilometry, gdy woził nas w górach. Wypomnieliśmy mu dwa dni, stracone przez jego pijaństwo. Wtedy się wściekł. Zaczął się rzucać, my w tym czasie szybko wypakowywaliśmy plecaki z samochodu.

Chyba byliśmy zadowoleni. Połowa wyjazdu za nami, pieniędzy nie straciliśmy, a pozbyliśmy się uciążliwego kierowcy. Ze spokojem zaczęliśmy załatwiać dwudniową wycieczkę na konikach wokół jeziora Hatgał.

Herbata na kupach jaka

Najlepiej smakuje herbata ugotowana na kupach jaka. Nie każda kupa nadaje się na ognisko. Musi być wysuszona, ale nie może być zbyt stara, bo wtedy zawiera w sobie za dużo ziemi. Świeże zdecydowanie się nie nadają. Kupy na ognisko układa się w sposób ażurowy, by dopuścić dopływ powietrza, żeby ognisko dobrze się paliło. Potem wystarczy już tylko wziąć Cypkowy wielki gar, nalać do niego wody z jeziora lub rzeki i czekać aż się zagotuje.
A teraz wyobraźcie sobie step, teren pagórkowaty, jeziorko, niebo pełne gwiazd, majaczące w oddali jurty mongolskie i nas popijających herbatę ugotowaną na jakowych odchodach. Jej smak jest specyficznie uwędzony.

W poszukiwaniu świętej góry

W czasie naszej wyprawy do Mongolii, okazało się, że oprócz „kwiatu nieba”, musimy najpierw odnaleźć górę, na której on rośnie. Trzy dni krążyliśmy po stepie w poszukiwaniu punktów orientacyjnych, które miały nas doprowadzić pod Otchon Tengri (4021 m n.p.m.). Każda „turbaza”, boczna dolinka czy jeziorko okazywały się być nie tą „turbazą”, doliną i jeziorem.

Szczyt widzieliśmy tylko dwa razy w oddali. Święta góra nie chciała dopuścić nas do siebie. Wreszcie - zrezygnowani - w deszczu rozbiliśmy namioty. Kolejny - o dziwo, słoneczny - dzień większość postanowiła przeznaczyć na odpoczynek, a dwójka z nas: Cypek i ja na wejście na najbliższą górkę. Za górką skusił nas grzbiet, za grzbietem kolejna odnoga... W ten sposób zupełnie nieoczekiwanie doszliśmy do góry z lodowcem szczytowym, na oko trzy i pół tysięcznej, która okazała się być... małym Otchon Tengri, jak się dowiedzieliśmy na drugi dzień od miejscowych. Z daleka nasze poczynania obserwowała inna piękna, ośnieżona góra, prawdopodobnie prawdziwe, duże Otchon Tengri - dla nas już w tym roku nieosiągalne...


Kamila Balbus - Gruszka


Fragmenty większej relacji z podróży ukazały się w "Głosie Wągrowieckim", nr 13 (575) 26 marca 2004 r.



 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

Z trzech najbardziej znanych irańskich wysp: Keszm, Hengam, Hormoz, najbardziej zachwyca mnie ta ostatnia. Od samego początku.

Niektórzy nazywają ją czerwoną wyspą, ja wolę określenie „kolorowa”. Według naukowców można wyróżnić na Hormoz kilkadziesiąt kolorów skał. Ich zabarwienie zależy od zawartości określonych minerałów i soli.

W Zatoce Perskiej żyją delfiny, kolorowe rybki, a na brzeg wychodzą żółwie.

Keszm to największa irańska wyspa w Zatoce Perskiej. Z jednego końca wyspy na drugi pokonuje się 130 kilometrów.

...
...
...
...