kronika rodzinna
2008-01-10
O wyższości torby nad plecakiem na pewnym etapie życia

Kiedyś uwielbiałam się pakować. Celebrowanie tej czynności zaczynałam od przygotowania listy rzeczy niezbędnych na wyjazd. Co rusz dopisywałam nowe pozycje aż wreszcie spis wydawał się doskonały. Ostatnie zakupy poczynione i przychodził czas na wyciąganie sprzętu i ubrań z szaf oraz rozkładanie ich na odpowiednie kupki na tapczanie i podłodze. Dopiero wtedy następowało pakowanie właściwe. Obcinanie rogów opakowań od kaszek, sosów i zupek w proszku, by wypuścić z nich powietrze. Gdy ich objętość się zmniejszała, zaklejałam je ponownie taśmą, by zawartość nie wyleciała i nie zapaskudziła wnętrza plecaka. Makaron od „chinek” trzeba było dodatkowo pokruszyć. Na dole wiernego Woodpeckera lądował śpiwór, a potem następowało upychanie co cięższych rzeczy, by skończyć na tych niezbędnych na samym wierzchu. Nie było tego dużo. Co prawda, jedzenia w czasach studenckich braliśmy tyle, żeby nie kupować już nic na miejscu (w górach zresztą nie było takiej możliwości), ale z ciuchów na cały miesiąc włóczenia się np. po Kaukazie starczały 3-4 koszulki (jedna „szturmowa”, jedna do spania, jedna wyjściowa i ostatnia „w razie czego”), ilość par skarpetek mniej więcej taka sama, kurtka p/deszczowa, polar, jakaś cienka bluza, spodnie z membraną, drugie polarowe, krótkie spodenki i właściwie tyle. Było jeszcze trochę sprzętu do chodzenia po lodowcu, maszynka i namiot. Kosmetyki ograniczone do minimum: mini mydelniczka, szamponu brak. Przed wyjazdem zawsze ścinałam się na łyso, by uniknąć kłopotów związanych z myciem głowy. Zazwyczaj polegaliśmy na górskich strumieniach, a woda w nich bywała bardzo zimna. Dobrym patentem okazało się zabieranie na wyjazd gąbki, dzięki której wodą z małego kubka można było umyć całe ciało. Tak zapakowany plecak zakładało się na plecy i można było rozpocząć wędrówkę (oczywiście po odbyciu kilkudniowej podróży „płackartą” do celu – zazwyczaj oddalonej o kilka dób od naszej wschodniej granicy).

Dziś czasy zupełnie inne. Pakowania nienawidzę. Nawet bowiem kiedy jedziemy gdzieś na weekend, tobołów mamy jak na miesiąc. Minęły czasy, gdy wszystko udawało mi się zmieścić do jednego plecaka. Teraz trzeba pamiętać o kaszkach, mleku i słoiczkach dla małej. Nie można zapomnieć ulubionego kubka czy łyżeczki, niezbędny stał się nocnik. Osobno pakuje się zabawki. Nie wystarczy jedna kurtka i spodnie na 2-dniowy wyjazd dla dziecka. Czasem jednego dnia mała może wymagać przebrania nawet 5 razy!

Ostatnio zrezygnowaliśmy z plecaków. Wygodniejsze okazały się torby. W nich łatwiej ułożyć posegregowane ciuszki. Smutno więc mi się trochę zrobiło, gdy pakowałam się na ostatni wyjazd okołosylwestrowy. Ekipa miała zebrać się ta sama. Z tymi samymi ludźmi jeździliśmy na wypady w góry i kilka lat z rzędu spędzaliśmy sylwestra w „piątce” – schronisku w Dolinie Pięciu Stawów. Spało się wtedy na podłodze, a dzień przed sylwestrem urządzało wypad na Słowację po niezbędne procenty. Wracaliśmy zazwyczaj już o zmroku do schroniska, bo trudno było obrócić w tę i z powrotem w jeden dzień. Pierwszy raz gdy pojechałam do „piątki”, miałam ze sobą plecak 40-litrowy. Wniosłam w nim oprócz rzeczy 5 butelek wina domowej roboty. Co wieczór celebrowaliśmy potem picie grzańca. W tym roku zapakowaliśmy torbami cały bagażnik, a resztę upychaliśmy na przednim siedzeniu i obok fotelika Dominiki.

Inni nie byli lepsi. Przyjechali samochodami wypchanymi po dach. Cóż większości z nich rodzina się powiększyła i większa część pakunków należała właśnie do najmłodszych członków familii. Cieszę się jednak, że tak jak w dawnych czasach, udaje się nam razem spotykać i organizować wypady w różne rejony Polski. Co prawda coraz rzadziej wybieramy się razem w dalekie góry, ale skały czy agroturystyka są nadal możliwe.

Wpis pierwotnie ukazał się na moim blogu w serwisie GORYonline.com 10 stycznia 2008 roku.

Pod nim zamieściłam galerię zdjęć z naszych wypadów, do obejrzenia której gorąco zachęcam.
http://www.archiwum.goryonline.com/blogwpis-367

Z perpektywy czasu patrząc, był to dla mnie ważny tekst, do którego często wracam myślami i się odwołuję. Ktoś zamieścił na stronie Goryonline.com komentarz dotyczący naszych wyjazdów - dla mnie przełomowy, jeśli chodzi o myślenie o naszym podróżowaniu. Już przestałam żałować, że nie jeździmy na dalekie wyprawy w wysokie góry, uświadomiłam sobie, że dzięki wejściu w kolejny etap życia, dziecięco-torbowy, co innego zyskaliśmy i co innego mamy szansę poznać: polskie góry i bliskie rejony, na które wcześniej nie zwracaliśmy uwagi i wydawały nam się mało ciekawe. A tak wcale nie jest - na uwagę zasługują!


(kg)

 

 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Wyspa Keszm jest w przeważającej części sucha i szara. Jedynie błękit oblewającego morza dodaje jej koloru. Natomiast teren na północy wyspy....

Dolinia Chakhooh, zwana niekiedy kanionem, to jedna z najefektowniejszych formacji na wyspie Keszm. Z parkingu wędrujemy około 1 km...

Dawno, dawno temu na ziemię spadły gwiazdy. Można je zobaczyć w Dolinie Gwiazd na Wyspie Keszm (Qeshm). Stoją nieruchome, martwe...

Pętla naszej wycieczki wiodła przez Wielką Raczę – punktem startowym i końcowym była Rycerka Górna. Zapewne nigdy byśmy tutaj nie trafili, gdyby nie to, że nasze dzieciaki wypoczywały w tej miejscowości na kolonii.

Góry w Gruzji są wszędzie i na wędrówkę po nich można się udać nawet w miejsca, które z wysokimi szczytami się nie kojarzą.

...
...
...
...