Przez senny świat - wzdłuż wschodniej granicy

Po południu dojechaliśmy do Wielkich Oczu. Dziwna senność i niechęć do działania ogarniają tutaj człowieka, więc ponieważ stuknęła nam już pięćdziesiątka na liczniku, a miejsce wydawało się godne dokładniejszego spenetrowania, postanowiliśmy zostać w miasteczku na noc.

Matka Boska Wielkoocka czuwała nad nami. W barokowym kościele na wzgórzu, ludzie czczą wizerunek Matki Boskiej. Obraz datowany jest na 1613 rok, a już od XVII wieku zaczął uchodzić za cudowny i stał się celem pielgrzymek. Gdy tylko zbliżyliśmy się do wrót kościoła, objawiło się jego cudowne działanie. Podszedł do nas – stojących pod dzwonnicą z rowerami, obładowanych sakwami, brudnych, zakurzonych, spoconych, wątpiących – kościelny. Tego dnia nocowaliśmy na podłodze salki katechetycznej...

Smutek Wielkich Oczu

Od dawna planowaliśmy wycieczkę rowerową wzdłuż wschodniej granicy. Wreszcie pewnego dnia zapakowaliśmy rowery do pociągu i rozpoczęliśmy pedałowanie od Przemyśla. Z dala od wielkich miast odkrywaliśmy klekoczące bociany, senne miejscowości, przydrożne kapliczki i zapomniane cerkwie. Bardziej niż na pokonywaniu rekordowych odległości zależało nam na zrozumieniu skomplikowanej historii tego rejonu.

W Wielkich Oczach znajdują się świątynie trzech wyznań: żydowska bożnica, greko-katolicka cerkiew oraz katolicki kościół. Żydów w czasie wojny wymordowano, Ukraińców przesiedlono, Polacy zostali. W synagodze brakuje szyb w oknach, cerkiew – jedyna w Polsce o budowie szachulcowej – nieużywana niszczeje, okazały barokowy kościół stoi. Jednak gdy zajrzeć za jego fasadę, to okazuje się, że tylko przód jest wielki i robi wrażenie. Do ogromnej ściany dobudowano maleńki budynek... Wielkie Oczy tętniły życiem, gdy mieszkańcy trzech religii, przed wojną, mieszkali razem. Osamotnieni Polacy tracili energię. Dziś mają jedynie siłę wysiadywać przed sklepem.

Ale nie pamiętam...

Następnego dnia, żegnani serdecznie przez księdza, który też kawał Polski przejechał na rowerze, ruszyliśmy dalej.

- Tylko się nie zatrzyjcie – przestrzegał nas, gdy próbowaliśmy odmówić wzięcia prysznica w jego osobistej łazience, co uważaliśmy za zbytek gościnności. – Zatrzecie się i nici z waszej wyprawy – tłumaczył nam w pokoju obwieszonym ikonami. On był ich autorem...

Do Wólki Żmijowskiej wiedzie polna droga. Jadąc, nie spotkaliśmy nikogo, kto mógł udzielić nam wskazówek. Dzisiaj chyba rzadko tu ktoś zagląda. Wieś tworzą dwa, może trzy gospodarstwa, choć mam nieodparte wrażenie, że w gęstych zielonych zaroślach kryją się pozostałości dawnych zabudowań. To pewnie dla ich ukraińskich mieszkańców już w XVIII wieku wybudowano wśród drzew całkiem okazałą drewnianą cerkiew. Stoi nieużywana od 1947 r. W środku leżą połamane kawałki stołów, opony, śmieci.

- Jak to się dzieje, że właśnie te najbardziej zniszczone i najrzadziej odwiedzane cerkiewki najbardziej nam się podobają – zastanawialiśmy się siedząc przy murze otaczającym dobrze zachowaną, gruntownie odremontowaną w latach sześćdziesiątych, zamienioną na muzem cerkiew w Radrużu, niedaleko uzdrowiskowej miejscowości Horyniec.
- Może dlatego, że wtedy wydaje się, że to miejsce jest tylko nasze – snuliśmy przypuszczenia, rzucając okiem na zaparkowane w pobliżu samochody, niektóre nawet z obcymi rejestracjami. Musieliśmy jednak przyznać, że cały kompleks, składający się – oprócz cerkwi – z dzwonnicy i murowanej kostnicy prezentował się okazale.

Nasz niezależny duch zamiast płacenia dwóch złotych za wstęp wybrał włóczenie się po zarośniętym trawą cmentarzu z białymi ukraińskimi nagrobkami. Usuwając się w od turystycznego tłumu, usiedliśmy na ławce przed sklepem o znaczącej nazwie „Granica”.

- Ja bym ci wszystko opowiedział. Bo ja wiedziałem o wojnie, o Ukraińcach, o bogatej księżnej, co wróciła z dalekich krajów i ufundowała kościół. Mnie ojciec i dziadek mówili – przysiada się do mnie gospodarz, który zaraz po zaparkowaniu traktora, swoje kroki skierował do sklepu. Obecnie pił już drugie piwo. – Ja bym ci wszystko opowiedział, ale nie pamiętam... Bo widzisz tu pracy nie ma. Co robić?

„Granica” to koniec jakiegoś świata, obrzeża. Wszystko więc tutaj nie takie, jak w centrum – Warszawie, Poznaniu czy Krakowie. Przypomina się Schulzowska metafora śniegu jako obrusa, którego nie na wszystkie dachy starczyło. Dobrobytu też na krańce zabrakło. Czas tutaj płynie jakby wolniej i problemy są inne.

Święci patrzą

„Matko Boska, proszę Cię o chłopaka wyższego o demnie ładnego bruneta.”
„Wielki Boże! Proszę Cię rzeby Andrzej Krasicki się we mnie zakochał jak przejde do IV klasy.”
„Matko Boska, bardzo Cie proszę żebym był prymusem w mojej klasie chociaż jestem w najlepszej grupie i tak źle czytam i pisze. Prosi [i tu podpis].

W Sanktuarium Maryjnym na Płomieniu za Żmijowiskami prośby wypisuje się długopisem. Odciągając haczyk, otwiera się drzwi kapliczki, siada na drewnianej ławce i kontempluje. Wnętrze wypełnione jest kwiatami, świętymi obrazkami, różańcami i stosikiem zapisanych zeszytów. Najbardziej wzruszające są prośby dzieci, te z błędami ortograficznymi.
To właśnie dzieciom pasącym bydło w osiemnastym wieku objawiła się Matka Boska. Z miejsca tego wybija źródełko o właściwościach uzdrawiających i wyrasta niezwykła sosna o pięciu pniach. Dopiero w 1973 roku, po kolejnych objawieniach, na polanie wśród lasu zostaje wybudowana kapliczka.

Często mijamy przydrożne kapliczki. Obserwują nas święci Krzysztof i Antoni, patrzy Jezus z wysokości krzyża, uśmiecha Matka Boska, święty Michał walczy z diabłem. Tutaj każdy zakręt i rozdroże, początek wsi i jej koniec mają swojego pośrednika w zanoszeniu do Boga próśb o pomyślną podróż lub dobrobyt dla mieszkańców osiedla. Aby święci patrzyli łaskawym okiem, donosi się im świeże kwiaty. Niejedna wiejska zagroda ma swojego patrona ustawionego w ogródku. Matki Boskie, ukryte za szybą kapliczek wmurowanych w ceglaną konstrukcję, strzegą ścian domów. Krzyże katolickie mieszają się z prawosławnymi. Jadąc rowerem czujemy się bardzo bezpieczni, bo strzeżeni przez całą plejadę świętych...

Jak to jest?

W Werchracie odbywał się właśnie odpust świętego Józefa Robotnika. Cała wieś przyszła pod remizę na zawody sportowe i dyskotekę.

- Chcemy najpierw zwiedzić cmentarz – próbowaliśmy wymigać się od zaproszenia na zabawę. Gdy tylko zauważono, że obcy jadą na rowerach, zaraz wydelegowano jednego ze strażaków (już nieźle podchmielonego), by godnie przywitał przyjezdnych.

Cmentarz interesował nas z powodu pomnika poległych żołnierzy UPA. Taki sam widzieliśmy później w Karniowcach, a pewnie na niejednym cmentarzu w latach dziewięćdziesiątych pojawiły się inne. Patrząc na symboliczny grób ozdobiony tryzubem, myśleliśmy o młodych ludziach, którzy w latach 1944 – 46 polegli w walce o niepodległość Ukrainy. I o pomordowanych Polakach...

Jak to się dzieje, że ci sami ludzie raz walczą ze sobą, a innym razem wspólnie bawią na weselach? W takich Siedliskach na przykład o walkach polsko-ukraińskich w ogóle nie było mowy. Milicjanci z posterunku we wsi razem z członkami UPA, tak jak za czasów szkolnych – byli kolegami, urządzali razem imprezy. Do władz słano uspokajające meldunki: „Tu wszystko w porządku”. Pośród lasów i łąk wieś żyła swoim rytmem w zupełnym oderwaniu od świata zewnętrznego. Do dzisiaj czuć tę senną atmosferę: człowiek chciałby pozostać tutaj na zawsze.

Wpatrując się w wodę koło kapliczki św. Mikołaja, drewnianej budowli na palach, myśleliśmy o innej wsi, w której zdarzyła się podobna historia: tam ksiądz wystawał fałszywe akty chrztu, by uchronić jej mieszkańców przed wywózką podczas akcji "Wisła". W Kalnikowie mieszkają teraz sami Ukraińcy.

Mijają nas tam dwie babuszki w chustkach – rozmawiają w swoim ojczystym języku. Tak samo bawiące się piłką dzieciaki.

Trudno uwierzyć

W Kalnikowie widzieliśmy najwięcej bocianów...

- Wiesz co, ja chyba już zapomniałam, jak bociany klekoczą. Przecież one są wszędzie, ale tu dopiero można je usłyszeć – powiedziałam do Darka, gdy odpoczywaliśmy na ławce pod cerkwią. Mówi się, że bociany zakładają gniazda tam, gdzie czują się bezpiecznie, a gospodarstwo, które wybiorą, uznaje się za szczególnie wyróżnione. Na wschodzie bociany widzieliśmy niemal przy wszystkich zabudowaniach.

Wschodnie rubieże Polski świetnie nadają się do jazdy na rowerze. Nasza trasa częściowo biegła przez Południoworoztoczański Park Krajobrazowy. Nie nudziliśmy się - to podjeżdżając pod gigantyczną górkę, to znów zjeżdżając w dół z prędkością, w którą trudno uwierzyć, gdy patrzy się na licznik. Omijaliśmy główne drogi, a te o mniejszym znaczeniu według mapy często okazywały się po prostu polnymi ścieżkami, asfalt już dawno zmieszał się na nich z piaskiem. Najsympatyczniej wspominam intuicyjne wybieranie drogi na skrzyżowaniach traktów leśnych. Pośród drzew trudno się zorientować (brak jakichkolwiek drogowskazów, a właściwy szlak znają tylko miejscowi, rzadko spotykani w takiej głuszy), zawsze więc niespodzianką było dla nas to, w jakiej wiosce wyjedziemy.

Raz podjechaliśmy pod budkę graniczną.

Może „pogranicznicy” wskażą kierunek – pomyśleliśmy – żebyśmy przypadkiem nie wyjechali po stronie ukraińskiej.
Stukamy, pukamy, drzwi zamknięte, a dookoła nie ma żywej duszy. I granicy nie ma: Ukraina jest po stronie polskiej, Polska po ukraińskiej. Przedstawiciele jednego i drugiego narodu obok siebie żyją, pracują, umierają.

Przejechaliśmy 220 kilometrów. Zaczęliśmy w Przemyślu, skończyliśmy w Zamościu. Po drodze był baśniowy świat, w który trudno uwierzyć.


Kamila Gruszka


Artykuł ukazał się w "Poznaj Świat", nr 6 (581) czerwiec 2005 r.



 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

Z trzech najbardziej znanych irańskich wysp: Keszm, Hengam, Hormoz, najbardziej zachwyca mnie ta ostatnia. Od samego początku.

Niektórzy nazywają ją czerwoną wyspą, ja wolę określenie „kolorowa”. Według naukowców można wyróżnić na Hormoz kilkadziesiąt kolorów skał. Ich zabarwienie zależy od zawartości określonych minerałów i soli.

W Zatoce Perskiej żyją delfiny, kolorowe rybki, a na brzeg wychodzą żółwie.

Keszm to największa irańska wyspa w Zatoce Perskiej. Z jednego końca wyspy na drugi pokonuje się 130 kilometrów.

...
...
...
...