Zimowe zabawy pod Durbaszką

Cudze chwalicie...

Pieniny

Zimowe zabawy pod Durbaszką

Bitwy na śnieżki, lepienie bałwana, budowanie igloo czy zjeżdżanie na sankach lub „jabłuszku” to typowe zimowe atrakcje, na które dzieci czekają cały rok. Gdy jednak Królowa Śniegu skąpi pokrywy śnieżnej (lub w ogóle nie chce do nas przybyć), nie pozostaje nic innego, jak spróbować poszukać jej samemu. A gdzie najlepiej można cieszyć się pełnią zimy? Oczywiście w górach!

Tekst: Kamila Gruszka

Naszą rodzinną tradycją są wycieczki w poszukiwaniu zimy na tereny położone wyżej niż miejsce, w którym mieszkamy. Z tego też powodu w jeden z krótkich lutowych dni wybieramy się na spacer do schroniska Pod Durbaszką w Pieninach. Do wyboru mamy dwie trasy: pierwsza latem zajmuje trzy godziny i wiedzie najpierw szlakiem zielonym, a potem niebieskim z Jaworek przez Wąwóz Homole, Wysoką (1050 m n.p.m.) i Durbaszkę (942 m n.p.m.), z kolei druga to droga dojazdowa do schroniska, dostępna jedynie dla samochodów terenowych, co oznacza, że wcale nie stanowi łatwej trasy w stylu ceprostrady do Morskiego Oka. Nie poprowadzono tamtędy szlaku pieszego, ale wiedzie nią szlak rowerowy z Jaworek do Szczawnicy, częściowo pokrywający się dalej z granicznym szlakiem niebieskim. Z naszego doświadczenia wynika, że wędrówka z dziećmi oznacza, że szacowane czasy dojścia należy pomnożyć razy dwa. Jako że sześciogodzinna wędrówka wydaje się zbyt ambitnym wyzwaniem na jeden zimowy dzień, decydujemy się na spacer drugą trasą. Tym bardziej, że mamy nadzieję zastać tam  regularnie odśnieżaną zimową porą ścieżkę, co dla małych stópek ma duże znaczenie. No cóż, nie wiemy jeszcze, że koniec końców aż tak różowo nie będzie...

Śpiewaj, graj, opowiadaj
Samochodem dojeżdżamy do Jaworek koło Szczawnicy, skąd planujemy wyjście. Przy innej okazji być może rozważalibyśmy nawet zatrzymanie się tu na kilka dni. W końcu możliwości noclegów jest tu bez liku, a i atrakcji sporo. Mam tu na myśli przed wszystkim Arenę Narciarską „Jaworki”, która daje okazję szusowania po przygotowanych trasach narciarstwa zjazdowego. Można też urządzić wycieczki aż do trzech rezerwatów przyrody: Wąwozu Homole, Białej Wody oraz najmniej popularnego Zaskalskie - Bodnarówki. Nasz plan na dziś jest jednak inny. Auto chcemy zostawić na parkingu Homole, tuż przy wejściu do wąwozu, ale na miejscu zastajemy jedynie dość grubą warstwę białego puchu, od dawna nieodśnieżanego, która zalega na całym jego terenie. No cóż - wjeżdżamy zatem do centrum miasta i tam szukamy miejsca do zostawienia pojazdu na terenie prywatnych posesji. Niestety wydłuża to nam wycieczkę o mało ciekawą wędrówkę wzdłuż szosy.
Z parkingu Homole do schroniska „Pod Durbaszką” są cztery kilometry. Jak informują gospodarze obiektu na ulotkach, pieszo można tam dojść nawet w godzinę. A może jednak w 45 minut, jak deklaruje napis na tablicy ustawionej obok drogi w miejscu, skąd rozpoczyna się spacer w górę? No cóż, może to tylko strategia, by skusić tam większą liczbę gości. Nie czas jednak na dywagacje...
Rozpoczynamy marsz. Trasa może i była ratrakowana, ale z pewnością nie przed naszym przyjazdem. Zamiast wygodnego spaceru po utwardzonej nawierzchni czeka nas więc walka z warstwą śniegu po kostki. Na szczęście dzieciaki są zadowolone. A skoro już przy nich jesteśmy... Gwarancją udanego wypadu w góry z dziećmi jest pojechanie na niego z przynajmniej jeszcze jedną rodziną. Dzięki temu maluchy wzajemnie się nakręcają i co rusz wymyślają nowe zabawy, co pozwala im zapomnieć o wysiłku. Gdy jesteśmy sami, sprawa nieco się komplikuje, bo ciężar animacji najmłodszych spada na nasze barki. Pomaga wtedy wspólne śpiewanie piosenek turystycznych i harcerskich oraz opowiadanie historii o różnym przekroju tematycznym: od tych dotyczących drugiej wojny światowej i treści serialu „Czterej pancerni i pies” po „Władcę pierścieni” i „Harry'ego Pottera”. Nierzadko zaspokajamy też ciekawość naszych dzieci opowieściami, jak to w PRL-u bywało, gdy słyszymy po raz kolejny zadane pytanie: „Mamo, tato, a jak się żyło w czasach Waszego dzieciństwa?”. Aprobatę zyskuje też gra w skojarzenia oraz zadawanie zagadek.
Staramy się skupiać na sobie całą uwagę dzieciaków, odwodząc ich tym samym od zimowych zabaw. Najchętniej bowiem wskoczyłyby od razu w śnieg i już tam zostały. Zamiast przemieszczania się ścieżką zdecydowanie wolałyby torować w śniegu po szyję. Nasz plan jest jednak nieco inny: chcemy dotrzeć do schroniska o niezbyt późnej porze, z w miarę suchymi ubraniami i butami. Żeby więc zdopingować młodszych do marszu, obiecujemy, że będą mogli tak się bawić w drodze powrotnej.

Pieczątka wystarczy
Z oczu zniknęły nam już zabudowania Szlachtowej, Szczawnicy oraz Jaworek. Ostatnia z tych wsi historycznie wchodziła w skład tzw. Rusi Szlachtowskiej i była zamieszkiwana przez Łemków. Jednakże w 1947 roku w ramach tzw. akcji „Wisła” miejscową ludność wysiedlonona Ziemie Odzyskane, a na ich miejsce napłynęła ludność polska. Do dziś po  Łemkach pozostały nieliczne zabudowania, cmentarz i kościół, który możemy podziwiać ze szlaku. Zbudowano go w 1798 roku i pierwotnie służył grekokatolikom. Cerkiew ma odnowiony ikonostas (z wizerunkami Matki Boskiej i św. Mikołaja) i uchodzi za jedną z piękniejszych świątyń w całych Pieninach. Jeśli więc macie nieco czasu w zapasie, koniecznie do niej zajrzyjcie przed wycieczką górską lub po niej. Tym bardziej, że można tam spotkać nietoperze! I to aż 187 sztuk! Pod dachem kościoła zamieszkuje bowiem kolonia bardzo rzadkiego gatunku – podkowca małego, zwanego też pienińskim. Jego nazwa wywodzi się od charakterystycznej narośli w kształcie podkowy na jego nosie, która jest przez niego wykorzystywana do emitowania głosów echolokacyjnych.
Po drodze mijamy też skupiska skał: Dziada i Babę oraz Czerszlowe Skałki. Niektóre efektownie wznoszą się ponad szlakiem, inne kuszą, by podejść w ich pobliże, a reszta dosłownie ginie w kępach ośnieżonych drzew. Żałujemy, że nie znamy legend związanych z tymi działającymi na wyobraźnię wapiennymi kulminacjami. Próbujemy sami wymyślać, z jakiego powodu para staruszków skamieniała... Inne pienińskie legendy często dotyczą skarbów ukrytych gdzieś w jaskiniach. Może i oni szukali bogactwa w górach? Z kolei nazwa Czerszla może pochodzić od czerchlenia, czyli czynności obijania kory z drzewa.
Trasa nie jest trudna, nawet mimo śniegu. Tylko w początkowym odcinku dość ostro wspina się w górę, ale już dalej staje się łagodniejsza, wiodąc głównie wśród otwartej przestrzeni. Przykryte dziś białą warstwą hale wiosną zaczną się zielenić. To teren wypasu owiec, które wraz ze swoimi opiekunami spędzają tu letnie miesiące. Po drodze mijamy zresztą jedną z bacówek, teraz zupełnie pustą. W sezonie można zapewne u jej gospodarzy kupić owczy ser... Zamykam na chwilę oczy i czuję tęsknotę za smakiem oscypka przyrządzonego na ruszcie wprost nad ogniskiem. Koniecznie z dodatkiem żurawiny!
- Ciekawe, co będą serwować w schronisku. W końcu planujemy tam zjeść obiad - zastanawiam się.
Wreszcie po mniej więcej dwóch godzinach na horyzoncie dostrzegamy zarys budynku. To schronisko! Jeszcze ostatnie niecałe 10 minut wędrówki i już sadowimy się w sali kominkowej.
Tego dnia schronisko pod Durbaszką (850 m n.p.m.) stanowi najwyższy punkt na trasie naszej wycieczki. W odróżnieniu od „Orlicy” i „Trzech Koron” budynek ten nie jest administrowany przez PTTK, ale stanowi oddział Młodzieżowego Domu Kultury „Dom Harcerza” w Krakowie. Obiekt powstał w latach 1949-52 jako jedna z czterech wzorcowych bacówek służących do wypasu owiec. Ówcześni włodarze mieli ambitny plan stworzenia w Pieninach centrum wypasu, ale do jego realizacji nigdy nie doszło. W rezultacie przez ponad 20 lat obiekt stał i niszczał. Dopiero w 1973 roku, za sprawą instruktora harcerstwa Władysława „Pucka” Pilińskiego (którego imię nosi dziś schronisko), bacówkę przejął Wydział Oświaty Miasta Krakowa w celu przekształcenia jej w bazę turystyczną dla młodzieży.
Zdejmujemy z siebie mokre rękawice, czapki i szaliki i rozkładamy je w pobliżu kominka, żeby nieco przeschły. Mimo że nie pozwoliliśmy dzieciom na wiele zimowych szaleństw, to i tak nie wiedzieć kiedy śnieg zaplątał się w przeróżne części ich garderoby. Wreszcie rzucamy okiem na jadłospis wywieszony na drzwiach kuchni i... spotyka nas niemałe rozczarowanie. Czy tutaj naprawdę można zjeść tylko „gorące kubki” i „słodkie chwile”? Dopytujemy w okienku i - na szczęście nie jest tak źle! Mimo że gospodarze pełne wyżywienie oferują jedynie na zamówienie dla grup zorganizowanych, to w kuchni zazwyczaj znajdzie się gar z gorącą zupą o domowym smaku, także dla przypadkowych gości. Ku naszej uciesze dostajemy talerz pełen żurku z kiełbasą i jajkiem. Porcja solidna, wypełniająca żołądek jak dwudaniowy obiad. Do tego całkiem smaczna!
Z pełnymi brzuchami wychodzimy przed schronisko. Tylko 15 minut dzieli nas od szczytu Durbaszki, ale dziś nie będzie nam dane na niego dotrzeć. Nasze dzieci wolą kopać jamy w śniegu przed budynkiem ośrodka, a do pełni radości w zupełności wystarczają im pieczątki przybite w GOT-owkich książeczkach.
Jeśli jednak dotrzecie tu kiedyś bez dzieci, szczerze polecam wyjście ponad budynek. Kilkanaście minut spaceru dzieli nas bowiem od zapierających dech w piersiach widoków i poczucia, że naprawdę jesteśmy w górach, w których oddycha się pełną piersią. Nagle przestaje nam być ciasno, bo cały świat mamy pod sobą. W końcu znajdujemy się w Małych Pieninach, czyli części tych gór, które „małe” są tylko z nazwy. Bo może i Pieniny właściwe z Trzema Koronami i Sokolicą są ciekawsze krajobrazowo, ale te „małe” są od nich wyższe, choćby ze względu na Wysoką, oddaloną od Durbaszki o zaledwie 40 minut marszu. Z wierzchołka doskonale widać, jak szlak ciągnie się dalej, wspinając się na kolejne szczyty. Roztacza się stamtąd widok nie tylko na Pieniny, ale i na Gorce czy Beskid Sądecki. A przy sprzyjającej pogodzie można stąd dojrzeć nawet Tatry.
Wzdłuż grzbietu przebiega granica państwa - jedną nogą możemy zatem wędrować po stronie słowackiej, a drugą po polskiej. Ciekawe, że Pieniny słowackie mają zupełnie inny charakter. Tuż za granicą rozciąga się Pieninský Národný Park, a polski Pieniński Park Narodowy swoim zasięgiem obejmuje jedynie Pieniny Właściwe. W okolicy Durbaszki po naszej stronie mamy zatem przepiękne widokowo hale, na których pasą się latem owce, a po słowackiej zalesiony teren, podlegający całkowitej ochronie.

Śnieżne szaleństwo
Największe atrakcje naszej wycieczki zaczynają się w drodze powrotnej. Świadomi tego, że niedługo już wszyscy znajdziemy się w samochodach, stajemy się jako rodzice bardziej pobłażliwi i akceptujemy szaleństwa swych pociech. Przede wszystkim w ruch idą „jabłuszka”, do tej pory przytroczone do plecaka. Co prawda szlak tylko fragmentami pozwala na szaleńczą jazdę w dół, ale w przypadku mocnego pchnięcia przez kogoś z tyłu udaje się nawet jako tako rozpędzić. Poza tym „jabłuszka” świetnie nadają się także do kopania w śniegu i przerzucania go z jednej strony na drugą, czyli do wykonywania nikomu niepotrzebnej, ale jakże radosnej roboty. Można je także wykorzystać do wzajemnego obsypywania od góry do dołu – co prawda kurtek śnieg się nie czepia, ale czapek i owszem. W rezultacie nasze dzieci dość szybko upodabniają się do bałwanków.
Rzucanie się plecami na dziewicze połacie śniegu oraz machanie rękoma i nogami skutkuje powstawaniem wzorów przypominających aniołki. Sprawdzamy też, które z nas zapadnie się najgłębiej. Metodą prób i błędów okazuje się, że największe szanse ma osoba, która wpadnie do rowu przy drodze. Wygrana jednak okupiona jest małą niedogodnością: głęboko pod puchem czai się bowiem skuta lodem woda, która nie ma litości dla naszych butów. Przemoczenie gwarantowane.
Atrakcje znajdują się jednak nie tylko blisko podłoża. Dużo radości zapewniają nam także oblepione ciężkim śniegiem przydrożne drzewa. Dzieciaki w radosnym podnieceniu ustawiają się pod nimi, czekając, aż jedno z nas lekko pociągnie za parę gałązek, wywołując lawinę białego puchu spadającą prosto na ich głowy. Rytuał powtarzamy wiele razy, mimo że śnieg wpycha się za kołnierze, pod kurtki, a nawet pod koszulki i roztopiony spływa zimną strużką w dół pleców.
Wyprawa pod Durbaszkę była szybkim przeniesieniem się w krainę zimy. Wracamy do domu zmęczeni, a jednocześnie naładowani energią na nadchodzące dni. Mam nadzieję, że dzieci zapamiętają kolejny wyjazd w góry jako radosny i będą miały ochotę jeszcze tu z nami wrócić.


Informacje praktyczne

Dojazd

Jaworki to wieś oddalona od Szczawnicy o mniej więcej 6 km. Aby do niej dojechać, należy najpierw dotrzeć drogą wojewódzką 969 do Krościenka nad Dunajcem, następnie przez most na Dunajcu kierować się na Szczawnicę. Trzymamy się głównej ulicy biegnącej przez Szczawnicę (u wylotu ul. Szlachtowska). Można także wypatrywać drogowskazów na Arenę Narciarską „Jaworki-Homole”. Najwygodniejszy parking dla zmotoryzowanych to parking Homole. Na trasie Szczawnica-Jaworki-Szczawnica jeżdżą prywatne busy i PKS. Do Szczawnicy dostaniemy się PKS-em oraz prywatnymi liniami (m.in. z Krakowa, Katowic, Nowego Targu, Warszawy, Zakopanego).

Noclegi

Górski Ośrodek Szkolno-Wypoczynkowy „Pod Durbaszką”
ul. Pod Homolami 4, Jaworki
tel. 18 262-25-47
www.durbaszka.pl
cena noclegu: 10-27 zł

Willa Hanka
ul. Zaskalskie 12, Jaworki
kom. 608 369 731, 508 214 597
www.willahanka.dobrynocleg.pl
cena noclegu: od 35 zł

Szlaki

Do schroniska „Pod Durbaszką” można dotrzeć na kilka sposobów:
- szlakiem rowerowym z parkingu Homole w Jaworkach, najkrótsza droga dojścia, odśnieżana zimą - ok. 1 h ↑↓
- zielony, niebieski: Jaworki - Wąwóz Homole - Wysoka - ok. 3 h ↑↓
- ze Szczawnicy wyciągiem krzesełkowym na Palenicę i dalej niebieskim szlakiem w kierunku wschodnim - ok. 2 h 30 min ↑↓


Artykuł ukazał się w marcowym numerze "npm" (3 (156) marzec 2014).



 
 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...