Trzecia część opowieści o naszych wakacyjnych wędrówkach w Szwecji...
W Abisko według niektórych kończy się, a według innych zaczyna „szlak królewski”, liczący prawie 500 km w północnej części. To najliczniej odwiedzany park narodowy w całej Szwecji! Zapewne statystyki nabijają turyści plecakowi podążający Kungsleden. Faktycznie spotyka się ich tam sporo, jednak reszta ścieżek jest pusta. Wędrowaliśmy często po kilka godzin, nie spotykając nikogo lub zaledwie kilka pojedynczych osób.
Abisko nie jest dostępne dla zmotoryzowanych – samochód należy zostawić na parkingu, w pobliżu którego startują wszystkie szlaki. Na terenie parku nocowanie jest możliwe tylko w wyznaczonych do tego miejscach lub schroniskach. Po drugiej stronie drogi (w stosunku do wejścia na szlaki) świetnie funkcjonuje Abisko Tourist Station z hostelem i polem namiotowym oraz naturum, gdzie można zapoznać się z kulturą saamską oraz historią i przyrodą okolicy. Mimo że w pobliżu codziennie gotowaliśmy sobie obiad po powrocie z wycieczek, korzystając z drewnianych stołów i ławek, i chłonąc schroniskową atmosferę, naszym miejscem noclegowym był parking przy drodze nieco dalej na północ w kierunku Norwegii - nad Torneträsk, największym jeziorem górskim Szwecji. Jezioro to zamarza w grudniu, a odmarza ponoć w połowie czerwca! Fantastyczne miejsce z fajnymi ludźmi, którzy - tak jak my - byli w drodze. Niektórzy zatrzymywali się na jedną noc, inni na kilka. Była toaleta, pokój z kominkiem, stoły, miejsca na ognisko. Za to właśnie uwielbiamy Skandynawię – za możliwość swobodnego przemieszczania, nocowania i korzystania z uroków przyrody... za darmo!
W naturum otrzymujemy mapki i opisy możliwych wycieczek. Ze względu na dzieci, a i też naszą wygodę, planujemy jedynie jednodniowe szlaki, których jest w pobliżu duża obfitość – można planować tury od półgodzinnych, poprzez jedno- lub dwugodzinne aż po całodniowe.
Na szlak wyruszamy od razu. 300 metrów od parkingu trafiamy do... Hobbitonu – tak twierdzą dzieci. Przy szlaku usytuowano rekonstrukcję XIX-wiecznego osiedla Saamów, którzy w ślad za swoimi stadami reniferów przemierzali te góry o każdej porze roku. Ich domki o drewnianej konstrukcji kryto darnią. Przystawione drabiny to - mam wrażenie - współczesna atrakcja, która umożliwia wspinanie. Każda budowla miała swoją funkcję. Spiżarnie stały na wysokich nogach, by uniemożliwić zwierzętom dostanie się do zapasów. Z naciągniętej na drewniany szkielet tkaniny powstawał namiot, który idealnie nadawał się na bardziej mobilne mieszkanie używane podczas przemieszczania się za zwierzętami. Ciekawe były wieszaki na futra czy worki z jedzeniem – po wizycie tutaj już wiemy, u kogo podpatrzyli prosty pomysł projektanci Ikei :)
Na rozruch wybieramy łatwą trasę wzdłuż kanionu Abiskojakka. Można wędrować po dobrze przygotowanym szlaku kładkowym (w początkowym odcinku przysposobionym nawet dla wózków inwalidzkich) od jednego mostka do drugiego – najlepiej wybierając szlak po jednej stronie rzeki na wędrówkę w jedną stronę i przechodząc po moście na powrót na drugą. Skalne ściany kanionu sprawiają mroczne wrażenie, ale są imponujące, podobnie jak nurt rzeki kipiącej w dole. Zastanawiamy się, czy to możliwe, by natura potrafiła wyrzeźbić otwór w skale, przez który w pewnym momencie wody rzeki przelewają się na drugą stronę. Otóż okazało się, że to jest jednak dzieło rąk ludzkich, a dokładniej robotników posiłkujących się dynamitem, którzy budowali linię kolejową prowadzącą ze Szwecji do norweskiego Narwiku. Przypatrując się tak dość długo temu miejscu, zauważamy wspinające się po skałach ciemne zwierzę. Wydra! - zawyrokowała Dominika, nasz naczelny przyrodnik na wycieczkach, co potwierdziły potem opisy przy szlaku. Co jakiś czas natrafiamy na tablice z umieszczonymi przy nich kolorowymi obręczami, które spełniają funkcje lunet, kierujących nasz wzrok w odpowiednią stronę, adekwatną do opisywanego zjawiska.
Po przejściu drugiego mostu kanion wypłaszcza się, a rzeka uspokaja. Można by w tym miejscu zawrócić, ale my mamy ochotę wędrować dalej aż do ujścia Abiskojakka do jeziora Torneträsk, gdzie rzeka rozlewa się, tworząc deltę pełną malowniczych wysepek. Od wiosny do końca lipca teren ten jest chroniony ze względu na okres lęgowy ptaków, które żyją tam w dużej obfitości. Tak naprawdę to właśnie tamten odcinek zrobił na nas większe wrażenie niż kanion. Całość wycieczki to zaledwie 4 km, a różnorodność krajobrazów i wrażeń obfita.
Następnego dnia wyruszamy już na ambitną wędrówkę, 12-kilometrową. Droga zadziwiająco szybko nam mija, dzieci mają energię i przemieszczamy się bez przystanków. Choć wydawało się, że teren jest raczej płaski, na szczycie Paddus (600 m n.p.m.) jesteśmy zaskoczeni rozległymi widokami, jakie się z niego roztaczają. Znajdujemy się ponad linią lasu, a towarzyszą nam jedynie rachityczne drzewka. Znajdujemy ukrytą wśród nich skrzyneczkę z zeszytem, do którego dzieci z ochotą się wpisują jako zdobywcy szczytu. To świetny dla nich motywator – w drodze powrotnej zaliczamy jeszcze dwa wzgórza i kolejne skrzyneczki.
Jak tłumaczono nam w naturum, Paddus to święte dla Saamów miejsce ze względu na formacje skalne na szczycie, które - jak wierzą - zamieszkane są przez duchy. Często bywały to miejsca ofiarne. Mnie się podoba saamski sposób na smutek. Trzeba znaleźć swoją skałę i opowiedzieć jej o zmartwieniach. Kamień bowiem nie ocenia, nie skrzyczy, nie powie, że robisz źle, natomiast daje siłę i moc – chociażby z tego względu, że swoje problemy wyrzuciło się na zewnątrz, dzięki czemu od razu na sercu robi się lżej :) Nam tam na szczycie było naprawdę dobrze. To jedna z takich wycieczek, których wspomnienia przechowuje się długo, nawet do końca nie wiadomo dlaczego. Na szlaku spotkaliśmy jedynie bosą Szwedkę staruszkę, która szła się wykąpać nad jezioro oraz grupkę wycieczkowiczów na szczycie, którzy jednak – zanim zdążyliśmy zjeść kanapki – szybko zniknęli.
Być w Abisko i nie przejść chociaż kawałka szlaku Kungsleden? Nie mogliśmy tego punktu pominąć. Ruszamy więc przez okazałą bramę na oznaczony na pomarańczowo szlak królewski, który funkcjonuje już od ponad 100 lat! Celem jest pierwsze na trasie miejsce noclegowe – Tältplats, gdzie popołudniu schodzą się plecakowicze i rozbijają namioty. My mamy tam w planach piknik. Nie spieszymy się, bo to zaledwie 4,5 km od początku szlaku, który zresztą jest łatwy i szeroki. W początkowym odcinku mamy możliwość zobaczenia nieco jaśniejszego oblicza kanionu Abiskojakka – bardziej słonecznego i... różowego, bo takie kolory mają skały po drugiej stronie drogi. To jedyny szlak, po którym nie wędrujemy sami. Mamy wrażenie jednak, że jedynie na szlaku Kungsleden skupia się ruch turystyczny, bo wystarczyło, że wybraliśmy w drodze powrotnej rozwidlenie na jezioro Njakajaure i znów mogliśmy cieszyć się przyrodą w ciszy i samotności.
Ostatni dzień wędrówki w Abisko jest najdłuższy, najbardziej ambitny, dający w kość, wyczerpujący nawet dla nas, dorosłych. Do tego zmiana pogody. Słońce towarzyszące nam od początku wyjazdu postanowiło schować się za chmury, zrobiło się zimno, zaczął wiać wiatr, a nawet pojawił się śnieg (choć ten akurat leżał sobie w górach od zeszłego roku).
Tylko początek szlaku jest łagodny... Idziemy wzdłuż rzeki Rithunjira, a w zasadzie wodospadu, spadającego z samej góry. Czy kiedyś szlak poprowadził Was przez wodospad? Od początku drogi widzieliśmy go spadającego kaskadami, aż w pewnym momencie musieliśmy przedostać się na jego drugą stronę, na szczęście w dość łagodnym miejscu.
Podczas wędrówki stromo w górę dołował nas mocno fakt, że do pewnej wysokości można było podjechać kolejką. Dopiero na górze poznaliśmy ceny – i tak byśmy się nie zdecydowali! Motywacja do dalszej wędrówki dzięki takiemu uświadomieniu mocno nam wzrosła. Zresztą ponad stacją kolejki oglądane krajobrazy wszystko wynagrodziły: pustkowie pięknie oświetlone przez słońce, które tutaj zdołało przedrzeć się przez chmury. Na górze Njulla skrzyneczka na wpis, ale brak zeszytu - zostawiamy więc nasz wpis na kartce. Njulla to szczyt o wysokości 1164 m n.p.m. Prowadził na nią najbardziej stromy szlak, jaki do tej pory zaliczyliśmy w Abisko. Łącznie tylko 10 km, ale to cały dzień mozolnej wędrówki i pięcia się pod górę. I co? I tam było najpiękniej!
Ludzie na szlaku? Jedna para w restauracji przy kolejce i dwie, które nas minęły, jak wędrowaliśmy pod górę. Do tego daleko przed nami tylko zarys sylwetki jednej osoby na przełęczy pomiędzy Njulla a Slattatjakka – najwyższym szczytem w okolicy (1186 m).
W Abisko spędziliśmy najwięcej dni, do Tourist Station i naturum wracaliśmy jak do siebie, a na parkingu nad jeziorem Torneträsk byliśmy rezydentami z najdłuższym stażem. Stamtąd wywieźliśmy najwięcej wspomnień. Na szlaki wyruszaliśmy z przekonaniem, że oprócz nas nikogo prawie nie spotkamy. Północna Szwecja to dla lubiących przyrodę i wędrówki prawdziwa bajka!
Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
