Sposób na Islandię? Jeśli nie chcecie wydać dużo pieniędzy na podróż po kraju, który uchodzi za drogi, polecamy podróżowanie autostopem i spanie pod namiotem na polach kempingowych. Właśnie w ten sposób doświadczałam Islandii podczas babskiego wypadu matki z córką w lipcu 2022 roku.
Niestety brak samochodu ogranicza naszą mobilność. Na pewno podróżując stopem nie zobaczymy tylu miejscówek, gdybyśmy mieli do dyspozycji auto. Nie objedziemy wyspy w tydzień, jak to robi większość turystów wypożyczających auta czy jeszcze lepiej - campervany.
Ale czy na pewno wybierając nasz sposób na Islandię zobaczymy mniej? Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Mam wrażenie, że podczas naszego 12-dniowego pobytu na Islandii udało nam się wykorzystać dany nam czas maksymalnie. Choć nie objechałyśmy wyspy naokoło, skupiłyśmy się tylko na atrakcjach południa jadąc od Reykjaviku na wschód słynną islandzką obwodnicą, nie zmieniłabym nic w naszym sposobie doświadczania Islandii.
Obojętnie czy macie do dyspozycji auto, czy nie, chciałabym polecić Wam kilka spacerów w sąsiedztwie znanych atrakcji Islandii, które jednak sprawią, że zachwycicie się jeszcze bardziej wyspą niż tylko doświadczając jej w tłumie urlopowiczów kręcących się w pobliżu zatłoczonych parkingów. Tego ostatniego też doświadczyłyśmy, więc wiem, co mówię i piszę...
Ruszacie z nami w drogę?
Dolina Reykjadalur – ciepła rzeka i owce
Gdy tylko pierwszy raz przeczytałam o tej dolinie z gorącą rzeką, wiedziałam, że muszę tu dotrzeć. Zobaczyć parującą wodę, pławiących się w niej ludzi w samych strojach kąpielowych mimo zimna, drewniane przebieralnie ustawione wśród islandzkich krajobrazów, góry wokół. Oczywiście ja także miałam zamiar skorzystać w kąpieli!

To był nasz pierwszy dzień na Islandii. Przyleciałyśmy w nocy, przespałyśmy się w hotelu (jedyna noc spędzona pod dachem w tym kraju), ogarnęłyśmy się nieco, przepak i jesteśmy gotowe do drogi.
Wszystko idzie tak niespodziewanie gładko! Pierwsze machnięcie ręką w okolicy lotniska w Keflaviku i od razu stop, podwózka prosto pod bank, żeby wymienić pieniądze, a potem dziewczyny podrzucają nas na wylotówkę już za Reykjavik. Świetne miejsce przy stacji benzynowej, więc nie czekamy długo na kolejne auto, które nas zabiera. Tym razem prosto do Hveragerdi (niecałe 50 km od stolicy), miasta słynącego z pól geotermalnych, gejzeru i szklarni ogrzewanych gorącymi źródłami - punktu wypadowego do doliny Reykjadalur.
Minusem podróżowania autostopem jest to, że bagaż ma się cały czas ze sobą, a gdy planuje się wędrówkę, lepiej pozbyć się z pleców plecaka, szczególnie takiego, który waży 15 kg. Na to też można znaleźć sposób. W hotelu w pobliżu miejsca, gdzie wysadził nas kierowca Islandczyk, dopytujemy o to, jak najlepiej dostać się do doliny. Nie dosyć, że dostajemy bezpłatne ulotki i mapy reklamujące atrakcje miasteczka i pokazujące możliwe opcje wędrówki w okolicy, to spotykamy pracującą tam Polkę, które oferuje przechowanie bagażu u nich w magazynie, a nawet podwózkę do wylotu doliny! Tak będzie przez cały pobyt na Islandii. Niesamowite szczęście do ludzi i ogólny fuks, jeśli chodzi o realizację naszego planu.

Auta należy zostawić na parkingu. Do kąpieliska termalnego w dolinie idzie się pieszo 3,5 km. Jest trochę wzniesień, ale trasa nie powinna nikomu sprawić kłopotu. Razem z nami sporo osób. Już z daleka widać unoszącą się wśród zielonej doliny parę. Tu nie tylko woda paruje. Są też bulgoczące dziury w ziemi i naprawdę gorące źródła, przed wejściem do których ostrzegają znaki. Rzeka też ma różną temperaturę w zależności od miejsca w dolinie. Jej woda bywa zimna, przyjemnie ciepła, gorąca, parząca i zupełnie odstraszająca od wejścia. Tam, gdzie wejście groziłoby nieprzyjemnymi konsekwencjami, ustawiono barierki i znaki ostrzegawcze.
Większość osób dociera więc tylko do kąpieliska urządzonego w dolinie z podestami naokoło i prowizorycznymi przepierzeniami, za którymi można się przebrać.
My jednak mamy inny plan. Mimo już późnego popołudnia mamy zamiar wykorzystać na maksa piękną słoneczną pogodę, która nam się niespodziewanie trafiła pierwszego dnia na islandzkiej ziemi. „Macie niesamowite szczęście. To pierwszy tak ciepły dzień tego roku” – powtarzają Islandczycy. Jest ok. 17 stopni. U nas wszyscy by narzekali na zimne lato, a mieszkańcy Islandii się cieszą. My też!

Idziemy wzdłuż rzeki do miejsca, gdzie na mojej aplikacji mapowej zaznaczony jest wodospad. Niezbyt może efektowny jak na standardy islandzkie, ale za to jakie zachwyty przeżywamy po drodze widząc wulkany błotne, wyziewy, kolorowe skały i ziemię zabarwioną przez minerały wydobywające się czeluści skorupy ziemskiej. Jest tajemniczo, mrocznie wręcz, diabelsko, pięknie! Tak właśnie wyobrażałam sobie Islandię! I tego doświadczamy zaraz pierwszego dnia w cudnym słońcu przy fantastycznej pogodzie bez żadnych powiewów słynnych islandzkich wiatrów.
Przy wodospadzie dolinę zamykają wysokie skały. Co prawda widzimy śmiałka, który próbuje sforsować tę przeszkodę, ale my mamy zamiar w sposób mniej ekstremalny obejść dolinę Reykjadalur górą. W tym celu kierujemy się w lewo, gdzie wzdłuż zbocza wyznakowany jest szlak czerwony. Na Islandii znakami są wbite w ziemię paliki z kolorowymi końcówkami.
Idziemy więc za palikami, które prowadzą nas coraz wyżej aż wreszcie osiągamy płaskowyż ponad doliną z parującą wodą. Wspaniałe widoki, pasące się owce, jeszcze więcej parujących jeziorek i bulgoczących fumaroli, a przede wszystkim – samotność. Nie spotykamy tu nikogo. Dla mnie to prawdziwa Islandia, z dala od milionów turystów, którzy odwiedzają ten kraj latem.
Szlak czerwony łączy się z niebieskim, potem znowu przechodzi w czerwony – nie boimy się zabłądzenia, ponieważ cały czas sprawdzamy trasę na zoflajnowanych mapach z apki mapy.cz. Ale również papierowa ulotka z hotelu okaże się przydatna.

Szlak prowadzi z powrotem do kąpieliska. Co prawda po drugiej stronie doliny jest nieco węższa ścieżka i nawet pojawiają się łańcuchy, ale nadal jest to szlak dla każdego. Ja przeszłam go z nastoletnią córką.
Wreszcie czas na zasłużoną kąpiel w cieplusiej wodzie, z której nie chce się wychodzić. Niestety trzeba. Bo mimo że latem aż do północy możemy się cieszyć jasnością na Islandii, to czas na powrót i ogarnięcie noclegu.
Droga powrotna mija na szczęście bardzo szybko.
Ostatecznie cała trasa wyniosła 12 km.
Jeśli chodzi o nocleg, polecam pole namiotowe w Hveragerdi. Warto zostać tu nie tylko dla doliny Reykjadalur, ale także po to, by odwiedzić park geotermalny z tryskającym wodą gejzerem. Na jego terenie można też spróbować chleba pieczonego w gorącej ziemi i usmażyć sobie jajko na gorących wyziewach.
Wyspy Vestmannaeyjar – maskonury i wulkany
Wyspy Westmana, jak po angielsku nazywa się Vestmannaeyjar, to zagłębie pieszych wędrówek. Gorąco namawiamy, żeby zamiast jednodniowej wycieczki zaplanować pozostanie tu przynajmniej na trzy dni, bo tras pieszych jest sporo, a innych atrakcji jeszcze więcej. Na przykład można zobaczyć maskonury w ich naturalnym środowisku. Ale na wyspy przypływa się przede wszystkim dla wulkanicznych krajobrazów, pól lawowych i wspinaczki do krateru nowego wulkanu Eldfell, którego wybuch w 1973 roku zniszczył wiele domów. Na szczęście mieszkańców udało się ewakuować.
Aby dostać się na wyspę położoną u południowych wybrzeży Islandii, trzeba wsiąść na prom w miejscowości Landeyjahöfn. W pół godziny przeniesiemy się do innego świata.

Jedyna zamieszkana wyspa to Heimaey. Jednocześnie jest największą w archipelagu Vestmannaeyjar, mimo to auto tutaj jest niepotrzebne. Spokojnie da się po niej poruszać pieszo, korzystając przy okazji z wyznaczonych szlaków.
Tak było gdy drugiego dnia postanowiłyśmy wrócić na pole namiotowe usytuowane w pięknej dolinie Herjolfurdalur szczytami nadbrzeżnych klifów usytuowanych po północnej stronie wyspy zamiast nudnymi ulicami, które już znałyśmy. Można zacząć od skał Sprangan, czyli miejsca, gdzie wisi linia do ćwiczenia akrobacji potrzebnych do wybierania jaj ptakom morskim, gniazdujących w pobliskich skałach. Te techniki do perfekcji opanowali mieszkańcy wyspy, a turyści są zachęcani, by je przećwiczyć.

Znowu prowadzi nas palikowy szlak, więc na pewno nie zabłądzimy. Wznosi się on coraz wyżej, coraz piękniejsze widoki na wyspę i miasteczko pod nami, aż wreszcie docieramy na grzbiet i wąską dość eksponowaną ścieżką wędrujemy z imponującymi widokami naokoło: na morze, na wyspę i na… maskonury. Tak, w górach też można spotkać te ptaki. Gniazdują bowiem w skalnych ścianach wznoszących się nad wodą.
Ostatecznie schodzimy do doliny Herjolfurdalur prosto do naszego namiotu. To były tylko 3-4 km marszu w pięknym terenie.
Jeśli ktoś ma ochotę na jeszcze bardziej ekstremalne doznania, koniecznie polecamy wspinaczkę na Heimaklettur, najwyższe wzniesienie wyspy. Skała usytuowana jest tuż przy porcie i to ją podziwiamy, gdy prom dobija do brzegu. Wygląda na mocno niedostępną, ale to tylko pozory. Tak samo, jak wcale nie są tak mocno eksponowane drabiny i łańcuchy na trasie. Chociaż oczywiście, jeśli ktoś ma mocny lęk wysokości czy przestrzeni, lepiej żeby tę wędrówkę sobie odpuścił.

Miłośnicy łagodniejszych spacerów powinni obowiązkowo wybrać się na południowy cypel wyspy – Stórhöfði. To nietrudna wędrówka wzdłuż wybrzeża, ok. 8 km w jedną stronę od doliny Herjolfurdalur. Po drodze zobaczymy ciekawe formy skalne, jak bazaltowe organy oraz słonia i słonicę, wodę wdzierającą się w głąb lądu na kształt fiordu, okoliczne wysepki, będące częścią archipelagu Vestmannaeyjar, plażę z czarnym piaskiem… Przede wszystkim doświadczymy pozytywnych emocji związanych z wędrówką i wspaniałymi widokami.
Na końcu czeka nas ekscytacja w związku z możliwością podglądnięcia największej kolonii maskonurów żyjących na Islandii. Ich populację określa się w milionach!

Odpocząć możemy przy latarni morskiej, usytuowanej na wzniesieniu.
W wędrówkach po wyspie nie można pominąć pól lawowych powstałych po wybuchu wulkanu w 1973 roku oraz samego ponurego wierzchołka Eldfell. W wyniku erupcji wyspa powiększyła znacząco swoją powierzchnię. Obecnie lawę, która rozlała się na okolicę i pochłonęła okoliczne domy, porasta pięknie kwitnący łubin i trudno uwierzyć, że pod spodem kryją się zniszczone gospodarstwa. Na pola lawowe najłatwiej dostać się kolorowymi schodkami z centrum miasteczka, albo od strony Skansinn, czyli najstarszej zabytkowej części miejscowości. Szlak doprowadzi nas do muzeum upamiętniającego wybuch – warto je odwiedzić, żeby naocznie przekonać się, dlaczego wyspy Vestmannaeyjar nazywane są Pompejami Północy.

Z muzeum blisko już na wierzchołek Eldfell, wulkanu, który tak namieszał w historii wyspy, ale jednocześnie obecnie przyciąga wielu turystów.
Przy okazji po drugiej stronie drogi można również zaliczyć wejście na Helgafell, inny wulkan, którego erupcja miała miejsce tysiące lat temu i obecnie jest zupełnie niegroźny. Zresztą i Eldfell od wybuchu w 1973 jest już cichutki i spokojniutki.

Ten pobieżny opis możliwości wędrówek na Vestmannaeyjar mam nadzieję przekonuje Was do odwiedzin wyspy.
Bardziej szczegółowy opis atrakcji wysp Westmana i możliwości ich eksploracji znajdziecie w tekście na barswiat.pl poświęconemu tylko temu zakątkowi Islandii: Vestmannaeyjar.
Okolice Vik – czarna plaża, skalne ucho, bazaltowe kolumny i góra Reynisfjall
Okolice miejscowości Vík í Mýrdal z pocztówkowo usytuowanym na wzgórzu kościółkiem z czerwonym dachem miałyśmy okazję zwiedzać w dwojaki sposób. Klasycznie, jak większość, czyli podjeżdżając pod parking pełen aut, wyskakując na chwilę na zrobienie zdjęcia oraz spiesząc z powrotem do samochodu, bo przecież tego dnia trzeba jeszcze tyle zobaczyć…To dzięki złapanej na stopa francuskiej rodzince. Cieszyliśmy się, że prosto z poprzedniego miejsca noclegu pod wodospadem Skogafoss złapałyśmy auto z możliwością zobaczenia atrakcji usytuowanych nieco na uboczu głównej trasy dookoła wyspy. Ale po szybkim spacerze do latarni na Półwyspie Dyrhólaey z kilkoma minutami na zdjęcie z widokami na słynną bramę skalną zanurzoną w morzu oraz czarną plażę w oddali i namówieniu tejże rodziny na podjechanie na dodatkowy punkt widokowy, gdzie spędzamy całe 10 minut, z czego nie byli za bardzo zadowoleni, rozstajemy się ostatecznie na zatłoczonym parkingu przy czarnej plaży Reynisfjara. Oni bardzo szczęśliwi, bo mogą jechać bez opóźnienia dalej, do następnych atrakcji – to ich ostatni dzień na wyspie, więc chcą jak najwięcej zobaczyć. A my zadowolone jeszcze bardziej, bo wreszcie mamy czas na niespieszne delektowanie się otoczeniem.

Spacer wzdłuż skalnego muru z widokami na słupy skalne Reynisdrangar wystające ze wzburzonego morza uświadamia nam, że większość z tych, którzy zaparkowali swoje auta przy wjeździe do Reynisfjary, dociera tylko do jaskini Hálsanefshellir, gdzie fotografują się siedząc na bazaltowych stołkach i nie ma ochoty, a może czasu, by przespacerować się choć kawałek dalej. Im głębiej, tym ludzi mniej. Nie negujemy takiego sposobu zwiedzania, ale... my wolimy inaczej!
Dlatego wydostajemy się stopem z tego przytłaczającego otoczenia, podjeżdżamy do miejscowości Vík í Mýrdal, nocujemy na polu namiotowym tuż przy skalnej ścianie, a następnego dnia planujemy wędrówkę na górę Reynisfjall, z której można spojrzeć na okrągły otwór Dyrhólaey i czarną plażę Reynisfjara z zupełnie innej perspektywy…

To kolejny nasz spacer po Islandii z niesamowitymi widokami, pustką naokoło, przy pięknej pogodzie (mamy niesamowite szczęście!) i możliwością dogłębnego zachwytu otoczeniem, bo nikt nam z boku w tym nie przeszkadza i nikt nie pogania. Rozkoszujemy się widokami na czarną plażę do woli!
Szlak rusza z Vik i jest oznaczony żółtymi palikami. Ma kilka wariantów. Polecamy wersję bliższą brzegu – widoki będą jeszcze bardziej niesamowite. Można zrobić pętlę po szczycie góry Reynisfjall – w każdym miejscu i z każdej strony szlak jest wprost zachwycający.

Całość spaceru to około 10 km.
Jeśli chodzi o orientację w terenie, to trasa jest widoczna w aplikacji mapy.cz, a na kempingu widzieliśmy również ten szlak jako propozycję zwiedzania okolicy w formie opisu na plakacie.
Skaftafell – wycieczki piesze do wodospadu i na lodowiec
Park narodowy Skaftafell to zagłębie możliwości wędrówkowych w okolicy. Niestety ze względu na pogodę, która się totalnie zepsuła na kilka dni dzień po naszym tu przyjeździe, potencjału tego miejsca nie dane nam było wykorzystać w pełni.
Ale jednak nieco się udało powędrować po okolicy.
Klasyka klasyk to spacer do Svartifoss, jednego z trzech robiących największe wrażenie wodospadów, które widziałyśmy na Islandii - pozostałe to Seljalandfoss i Skogafoss. Z tych trzech Svartifoss wymaga najdłuższego podejścia i lekkiej wspinaczki pod górę, choć nadal to jedynie 30-40 minut. Więc wiele osób podjeżdża autami na ogromny parking przy zlokalizowanym tu największym polu namiotowym na Islandii i bez względu na pogodę wędruje szlakiem do wodospadu słynącego z bazaltowych kolumn po bokach.

Przyjechałyśmy do Skaftafell pod wieczór. Olbrzymia przestrzeń kempingu zrobiła na nas ogromne wrażenie, a jeszcze większe ośnieżone szczyty, które zobaczyłyśmy ponad zielonym polem i kolorowymi namiotami. W ciągu dnia padało, ale namiot rozbijaliśmy już na sucho, choć chmury nadal straszyły. Nie na tyle jednak, żeby odpuścić spacer pod wodospad. Mimo późnej pory na Islandii jest długo jasno. Poszłyśmy więc ścieżką przygotowaną dla turystów. Razem z nami inni, choć pod koniec dnia nie było już dużo chętnych.

Na tym wyjeździe wszystkie wodospady, do których docierałyśmy, oglądałyśmy w mrocznej atmosferze: w deszczu, mgle, wieczorem. Przy Svartifoss osłoniętym skałami również panował nieco posępny nastrój. Nawet pomyślałam przez chwilę, że szlak niezbyt klimatyczny, taka turystyczna autostrada, wodospad brzydki, więc czemu jest taki słynny i tak tłumnie odwiedzany...
Być może była to wina nieodpowiedniego światła, naszego nastroju...
Na szczęście sytuację uratował powrót. Bo postanowiłyśmy wrócić inną ścieżką - w zasadzie równoległą do wcześniejszej, ale już po drugiej stronie wody i zdecydowanie bardziej dziką oraz bez ludzi. Po drodze z kolejnymi wodospadami i zielonymi przestrzeniami.
Na początku nie uświadomiłam sobie, co jest tu tak nietypowego. Dopiero po chwili do mnie dotarło, że w Parku Skaftafell i na naszej ścieżce są krzewy! I drzewa! To naprawdę niesamowita rzecz na Islandii, która jest ich zupełnie pozbawiona. W Skaftafell było całe mnóstwo krzewów. I nawet porządne wysokie drzewa. To był naprawdę niezwykły widok!

Gdy się patrzy na mapę Islandii, widzimy na południowym-wschodzie wielką białą plamę - to lodowiec Vatnajökull, jeden z największych w Europie, największy na Islandii. Spływa on licznymi jęzorami w różne strony. Park Narodowy Skaftafel usytuowany jest od południowej strony więlkiej czapy lodowcowej. Z kempingu można dotrzeć ścieżką do jęzora lodowca, ale żeby po nim pochodzić, potrzebna jest już pomoc licencjonowanych przewodników górskich. I właśnie Skaftafell jest jednym z lepszych miejsc na Islandii, żeby taką zorganizowaną wycieczkę sobie załatwić. Działa tu kilka firm, których biura usytuowane są przy centrum informacyjnym parku. Polecamy gorąco Icelandic Mountain Guide, gdzie pracuje nasz rodak, Robert Konopka (znany z opowieści o Islandii z różnych podcastów, gdzie jest zapraszamy jako gość), który na pewno wyjaśni wszystkie wątpliwości.
Naszym przewodnikiem był Magnus z Danii, z ogromną wiedzą merytoryczną na temat lodowców! Świetny przewodnik! Całość wycieczki z dojazdem busem na miejsce zajęła ok. 3,5 godziny w wersji Small Group Blue Ice Experience (6 osób). Ale są też inne krótsze warianty.

Potrzebny sprzęt (czekan, raki i kask) dostajemy na miejscu. Nawet buty, jeśli ktoś nie ma porządnych górskich. Warto pamiętać jedynie o okularach słonecznych i odpowiednim do pogody ubiorze.
Zaglądanie do różnych dziur i szczelin, obserwacja czoła lodowca, chodzenie w rakach w górę i w dół - to naprawdę niezłe przeżycie. Jeśli nigdy wcześniej nie mieliście z tym do czynienia, to Islandia jest jednym z najprzyjaźniejszych miejsc, gdzie można spróbować takiej zabawy.
Nie jest potrzebne żadne doświadczenie, by wziąć udział w wyjściu na lodowiec z przewodnikiem.
Cieszę się, że nam się udało i Wam też gorąco polecam, choć nie jest to tania zabawa.

Po wycieczce na lodowiec w drugiej połowie dnia udało nam się jeszcze dotrzeć do laguny Jökulsárlón i Diamentowej Plaży - najdalej na wschód zaplanowanego punktu naszego wyjazdu na Islandię. Dojechałyśmy tu z Skaftafell stopem. To jedna z najbardziej znanych i obleganych atrakcji na Islandii i kolejne miejsce, gdzie zrobiłyśmy sobie spacer, by przekonać się, że wystarczy się kawałek dalej przemieścić i można mieć Islandię tylko dla siebie.
Parking przy Jökulsárlón znajduje się od wschodniej strony wody, po której pływają ogromne bryły lodu odrywające się z lodowca Breiðamerkurjökull. To właśnie tamtą stronę najłatwiej obrać na spacer, a potem wrócić do samochodu, z czego korzysta większość odwiedzających to miejsce.
Aby obejrzeć lagunę od południa, trzeba wejść na drogę, przejść wąskim mostem bez pobocza, uważać na auta - nie jest to komfortowe. Ale dzięki temu ma się widoki ze zdecydowanie szerszą perspektywą. Idzie się wzgórzami obserwując góry lodowe i... foki, które radośnie w dużej ilości pływają między nimi. Od wschodniej strony widziałyśmy tylko pojedyncze sztuki.

Po drugiej stronie drogi w kierunku oceanu znajduje się z kolei Diamentowa Plaża, gdzie leżą wyrzucone na brzeg topniejące przeźroczyste bryły lodu.
Było to jedno z piękniejszych miejsc na Islandii, które zobaczyłyśmy. Jeśli tu wrócę, to na pewno, żeby popływać po lagunie kajakiem. Będąc tam, widziałyśmy kajaki i bardzo zazdrościłam ludziom w nich przygody. A następnego dnia złapałyśmy na stopa dziewczynę, która wtedy w jednym z kajaków pływała i której chłopak pracuje tam jako przewodnik.
Przewiozła nas ponad 300 km w totalnej zlewie za oknami samochodu prosto do Reykjaviku, gdzie ostatnie dni wykorzystałyśmy na odkrywanie stolicy Islandii i okolicy.
Videy – spacerem po wyspie koło Reykjaviku
Ostatnie dni pobytu na Islandii spędziłyśmy w stolicy. Na Islandii to największa metropolia z mnóstwem atrakcji, ale obiektywnie rzecz ujmując, jest niezbyt dużym miastem – liczy jedynie ok. 130 000 mieszkańców. Można miasto przejść pieszo wzdłuż i wszerz, a jakby ktoś poczuł się zmęczony, może wsiąść do autobusu i podjechać kawałek, bo dobrze tu działa komunikacja miejska.
My spacerowałyśmy po Reykjaviku cały dzień i wyszło nam jakieś 13 km.
Z całego miasta mnie osobiście najbardziej podobała się dzika część wybrzeża – Laugarnes. To tam odkryłyśmy, że w jeszcze większą dzicz może nas zabrać prom, który płynie do wyspy Viðey, oddalonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku.

Szczerze powiedziawszy to trochę odjechane miejsce. Bo niby opuszczone i zawładnięte przez przyrodę, ale sporo tu pamiątek przeszłości i współczesnych instalacji, do których dociera się albo wygodną ścieżką, albo tak jak my - przez wysokie trawy i brzegiem morza, gdzie także zostały poprowadzone szlaki spacerowe.
Największe wrażenie zrobiły na mnie ustawione w regularnych odstępach bazaltowe kolumny, będące dziełem amerykańskiego artysty rzeźbiarza Richarda Sierra. Miałam wrażenie spacerując pomiędzy nimi, czy też spoglądając na nie w oddali, jakbyśmy przenieśli się w czasy Wikingów, pierwszych mieszkańców wyspy. Uważa się, że na cyplu Thora składali oni ofiary temu bogowi.

Na Videy zobaczymy jeszcze jedną instalację artystyczną: „wieżę pokoju” czyli pracę Yoko Ono upamiętniająca Johna Lennona, która jak jest podświetlona, wysyła w niebo przesłanie pokoju, co niestety mogłyśmy podziwiać jedynie na zdjęciach. Zaintrygowały mnie umieszczone na niej napisy w 25 językach o pokojowym znaczeniu: nie było polskiego, ale za to znalazłam tam napis po gruzińsku (!). Co wspólnego z Gruzją miała Yoko Ono, tego nie wiem.
Na początku XX wieku funkcjonowała tu prężnie przetwórnia ryb, ale ostatecznie splajtowała i obecnie możemy oglądać jedynie jej fundamenty, jak również pozostałości domów pracowników zakładu. Ocalała jedynie szkoła, z czasem odremontowana i zbiornik na wodę.

Poza tym na wyspie znajduje się jedynie jeszcze kościół i dawna rezydencja bogatego mieszkańca wyspy.
Obecnie zawładnęły tym miejscem ptaki. Wędrując podziwiamy nieznane nam gatunki, ale jednocześnie mocno uważamy, gdzie stawiamy nogi, bo sporo tu ich... odchodów.
Poza wymienionymi przeze mnie obiektami, wędrując po wyspie spotyka się znacznie więcej ciekawych miejsc. Szczegółowo opisuję je w tekście na barswiat.pl: Wyspa Viðey

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
Subiektywny spis przydatnych wskazówek dotyczących potrzebnych rzeczy na Islandii i tych, które się całkowicie nie przydadzą!
