AUSTRIA I WŁOCHY: Alpe Adria – rowerem przez Alpy nad Adriatyk

 

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk. Początek w Salzburgu w Austrii, koniec w Grado we Włoszech.

Droga wiodła przez wsie, miasteczka, zabytki, zamki i od jednej knajpki do drugiej, gdy temperatura sięgała 36 stopni Celsjusza i trzeba było się ochłodzić zimnym napojem. Czas spędziliśmy wśród gór, w dolinach, w Alpach i trochę nad Adriatykiem, w Austrii i we Włoszech.

Jak to wszystko szło po kolei?



Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria

Dzień wcześniej zajechaliśmy do Salzburga na nocleg (Ibis Budget Airport zaraz przy zjeździe z autostrady), a rano po śniadaniu (za dodatkowe 11 euro) podjechaliśmy na polecany przez wszystkich - i jak się okazało później - również wybierany przez wielu parking P&R Süd. Niedrogi - za 8 dni zapłaciliśmy 48 euro (6 euro dziennie). Szlak rowerowy Alpe Adria przebiega tuż obok i tutaj najczęściej zaczyna się jazdę (choć w sumie początek jest wcześniej).

To był dzień niesamowitych widoków na góry, przejazdów przez przepiękne rozległe doliny, ścieżkami rowerowymi wzdłuż rzeki Salzach, czas urokliwych austriackich miasteczek z zabytkową zabudową i kolorowymi kamienicami, dzień zamków na wysokich wzgórzach, kościołów ze strzelistymi wieżami, sielskich wsi, niezliczonych mostów, malowniczych oczek wodnych.

Tego dnia profil trasy był sprzyjający: podjazdy albo łagodne, albo krótkie i głównie jechało się po płaskim lub w dół. Aż trudno uwierzyć, że przejeżdżaliśmy przez Alpy. Najgorsze podjazdy jednak czekały nas kolejnego dnia.

Niespiesznie zrobiliśmy 70 km, delektując się wszystkimi mijanymi miejscami po drodze.

 



Kilka punktów wartych jest wspomnienia (niekiedy trzeba było do nich nieco odbić z trasy):

Hallein - miejscowość, w której powstała najsłynniejsza kolęda "Cicha noc". Znajduje się tu muzeum z nią związane. Szlak przebiega przez centrum.

Jeziorko w Kuchl - niewidoczne z trasy, ale warte, by do niego zboczyć (skusiła nas reklama „Kiosk am See” z sielskim zdjęciem wody). Znajdziemy tu piękny park z ławkami i stołami, trzcinowy labirynt, pomosty na jeziorze, kwiaty naokoło i bar z jedzeniem w pobliżu. Cudnie!

Golling - zabytkowe miasteczko ze średniowiecznym zamkiem i pięknym centrum pełnym kolorowych domów. Z wszystkich miasteczek tego dnia zrobiło na nas największe wrażenie, a chyba nie każdy tu dociera, bo szlak idzie nieco bokiem. Nas skusił imponujący "burg" widoczny ze ścieżki rowerowej. Wejście płatne, ale skręcając przed bramą w prawo wchodzi się do cudnych ogrodów z kwiatami, ławeczkami i widokami na góry.

Lueg Pass - przełęcz górska, na którą prowadził tego dnia najostrzejszy podjazd, ale też czekały nas na niej najpiękniejsze górskie widoki. Warto się tu zatrzymać na dłużej. Jest klimatyczna knajpka, kościółek, wąwóz Salzachofen, niesamowite góry! Potem zjazd, który prowadzi do pierwszego na trasie tunelu, ale też niestety do bardzo ruchliwej drogi, wzdłuż której musieliśmy jechać. Za to z super widokami na kamienne koryto rzeki.

Zamek Hohenwerfen - widoczny już z daleka słynny zamek, w którym kręcono ekranizację powieści Alistaira MacLeana "Tylko dla orłów". Robił wrażenie, gdy przejeżdżaliśmy obok, a on wznosił się wysoko ponad nami. Potem warto się jeszcze obejrzeć do tyłu za Werfen, bo tak naprawdę najbardziej malowniczo wygląda z trasy nad rzeką. Do zamku prowadziła winda – ciekawie to się prezentowało. Parking był tuż przy trasie.

Werfen - kolejna przepiękna kolorowa alpejska miejscowość na trasie z domami na tle gór. Dużo knajpek na głównej ulicy, więc dobre miejsce na przerwę na obiad, co wykorzystaliśmy.

Skocznia narciarska w Bischofshofen - koniecznie musieliśmy zobaczyć tablicę, na której zostali upamiętnieni zwycięzcy Turnieju Czterech Skoczni (ostatnie zawody cyklu odbywają się w Bischofshofen), a wśród nich Polacy: Adam Małysz, Kamil Stoch (kilkukrotnie) i Dawid Kubacki. Trasa rowerowa biegnie przez Bischofshofen, ale do skoczni trzeba zboczyć (są drogowskazy), zaliczając niestety podjazd, za to przejeżdża się obok wspaniale dekorowanych domów. Trzeba przyznać, że miasteczka austriackie mają niesamowity urok. Mnie zachwycały duże ilości kwiatów w donicach na balkonach.

Dzień zakończyliśmy na kameralnym kempingu Kastenhof w Sankt Johann im Pongau, gdzie razem z nami nocowało całe mnóstwo Polaków, naokoło słychać co rusz polski język. 6-minutowy prysznic za dodatkowe 1 euro.

 

Więcej zdjęć z poszczególnych dni przy codziennych wpisach z wyjazdów na profilu Facebook...

 

 

 



Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria

Budząc się rano, mieliśmy świadomość, że czeka nas dzień podjazdów. Chyba najbardziej wymagających na całej trasie. Pierwsze kilometry jeszcze po płaskim, wyzwania zaczęły się za Schwarzach im Pongau (ok. 10 km od startu).
 
Tam śmieszna sytuacja, bo spotkani Włosi rozpytywali wszystkich na trasie, czy na pewno tędy idzie szlak, bo wydaje im się, że za ostro. Nie dowierzali.

Na początku nie było jednak wcale tak źle - trochę kojarzył mi się ten fragment z górką przy Jeziorze Czorsztyńskim. Podobne otoczenie, przestrzeń, tylko strasznie gorąco. Smażyliśmy się, jak na patelni (to urok Alpe Adrii, gdy jedzie się latem). Na szczęście co jakiś czas znajdowały się tam kraniki z wodą - można się było schłodzić, ochlapać twarz i kark.

Po pierwszej górce okazało się, że dalej jest ich więcej. Na zmianę podjeżdżaliśmy i zjeżdżaliśmy.

Otoczenie rekompensowało wszystko - byliśmy w górach, wysoko, z widokami, przejeżdżaliśmy przez wioski, z dala od dużego ruchu samochodowego, który został w dole, po prostu sielsko. "Bitte nicht so schnell" ("Prosimy nie tak szybko") głosiły tablice przy drodze, a my powoli pięliśmy się po raz kolejny... To raczej hasła nie dla nas…

Wreszcie nastąpił zjazd do głównej drogi i kolejny tunel na trasie!

 



Zatrzymaliśmy się na odpoczynek na początku Doliny Gastein. Willkommen - powitano nas bardzo serdecznie w swoich progach i obiecano (według tablic na tym miejscu), że przejedziemy przez Dorfgastein i Bad Hofgastein jeszcze po trasie o łagodnym profilu. Ale Bad Gastein nie będzie miało dla nas litości (popatrzcie na wykres przewyższeń poniżej na zdjęciu). To na ten podjazd czekaliśmy cały dzień i na niego nastawialiśmy się psychicznie jeszcze w Polsce.

 



Kolejny stop, żeby nabrać oddechu w Dorfgastein (piękna niewielka mieścina). Następna krótka przerwa w Bad Hofgastein (kolejna uzdrowiskowa i narciarska miejscowość na trasie). Wreszcie ostatnia - Bad Gastein przed nami. Tylko dla orłów.

 

Faktycznie z wszystkich podjazdów do tej pory (i w sumie na całej trasie), ten był najbardziej odczuwalny i będziemy go długo wspominać. Pojawia się on także w relacjach i opowieściach innych. Powiesz komuś, kto przejechał Alpe Adrię, hasło-klucz „Bad Gastein” i już wiadomo, o co chodzi i co za tym się kryje.

Nie tylko jechało się ostro w górę, ale najgorsze było to, że zdawał się nie mieć końca. Już, już wydawało się, że jesteśmy na miejscu, już świętowaliśmy sukces, a za kolejnym zakrętem wyłaniał się następny wjazd.

W Bad Gastein warto zrobić sobie przerwę, nie tylko żeby odpocząć po rowerowej wspinaczce. To kapitalnie położone uzdrowisko, pełne hoteli na zboczach gór. W środku miasta można podziwiać imponujący wodospad (trasa biegnie obok). Warto też zwrócić uwagę na hotel „Europa” z początku XX wieku. To miejsce pamięta się długo, nie tylko ze względu na wysiłek, który trzeba włożyć w to, żeby tu dotrzeć.

Niestety, za Bad Gastein czekały nas kolejne podjazdy, choć już łagodniejsze - aż do stacji Bockstein, gdzie wsiedliśmy do specjalnego pociągu rowerowo – samochodowego (jeździ raz na godzinę). Po prostu innej drogi nie ma. Ok. 10 minut jazdy tunelem i ucieka nam kilkanaście kilometrów.

Bilet kupiliśmy na miejscu za 10 euro za 1 osobę z rowerem (ponoć można zarezerwować internetowo taniej, ale jak słyszeliśmy, nie zawsze rezerwacja online działa). Kasa znajduje się w pewnym oddaleniu od peronu. Ciekawie wyglądało pakowanie rowerów, ludzi, samochodów i rowerów na pociąg, bo w zasadzie nikt nic nie wiedział, przynajmniej na początku. Nie wiadomo było, gdzie się ustawić, wsiąść, odpowiednio stanąć. Ale ostatecznie rowery wylądowały w obszernym wagonie rowerowym razem z przypiętymi sakwami na samym początku składu, gdzie je zostawiliśmy na czas przejazdu, a nas skierowano na koniec pociągu do wagonu osobowego. W otwartych wagonach jechały auta i motory. Właściciele też musieli je zostawić i wsiąść do osobowej części.

Pociąg kursował tylko na trasie Bockstein-Mallnitz, więc nie ma niebezpieczeństwa, że przegapimy właściwą. Po dojechaniu obsługa sama wystawiała rowery na peron.

Po drugiej stronie gór, w krainie zwanej Karyntią, czekała nas rowerowa bajka. Zjazd z Mallnitz do Obervellach wynagrodził wszystkie trudy tego dnia. Aż żałowałam, że pęd był taki, że nie było szans zatrzymać się na zrobienie zdjęć (jest jeden punkt widokowy zaraz na początku zjazdu). Sporo osób pobija tu swoje rekordy prędkości. Trudno może uwierzyć, że może być jeszcze piękniej niż było w ostatnich dniach, ale faktycznie tam było jeszcze cudniej.

Tego dnia na zegarku 73 km, ale ok. 10-12 km w pociągu (choć dokładnie ile, nie jesteśmy pewni - jakoś nie zwróciliśmy uwagi). Nocleg na kempingu Sport-Erlebnis Camping w Obervellach (w google funkcjonuje też pod nazwą Camping und Rafting). Fajne miejsce nad rzeką.

 



Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria

To był dzień pól i rzeki Drawy. Najbardziej płaski z trzech, które do tej pory przejechaliśmy. Co nie znaczy, że od czasu do czasu nie trzeba było mocniej depnąć na pedały. W każdym razie w trakcie jazdy przemyślenia miałam takie, że zdecydowanie wolę większe górki, ale co za tym idzie - również wspaniałe zjazdy, niż takie jednostajne kręcenie.

Ale widoki nadal cudne i różne fajne miejsca po drodze, a jedno szczególnie.

 



Peters Rad'l Rastplatz - kilka kilometrów za Obervellach, akurat po podjechaniu pod górkę, różne elfie znaki (rozstawione figurki i napisy w niezrozumiałym dla nas - niemieckim - języku) zwiastowały, że coś się szykuje. Ale nic nie mogło nas przygotować na to, co zobaczyliśmy. Wśród drzew znaleźliśmy bowiem wszystko, co rowerzyście potrzebne: jedzenie w postaci owoców, pomidorów, marchewek, ciastek, zimne napoje, butelki z sokiem chłodzone w wodzie, słodycze, części zapasowe, smary, a nawet siodełka żelowe i pomadki ochronne do ust. Wszystko za wolne datki i niepilnowane. I widać, że z niesamowitą czułością i sercem przygotowane. Choćby drewniane siedziska wyłożone matami! Żeby było bardziej miękko i tyłek nie bolał bardziej niż już boli. Zrobiło nam to dzień i długo będziemy to miejsce wspominać.

Drogi wśród pól - to był także dzień kukurydzy, zbóż i innych upraw. Jechaliśmy przez niesamowicie malownicze pola uprawne w oderwaniu od ruchu samochodowego. Najbardziej podobał mi się fragment między Mühldorf a Mölbrücke.

Knajpki na trasie - niesamowity klimat miały też zlokalizowane przy szlaku proste knajpki, gdzie spragnieni rowerzyści mogli kupić zimną colę, piwo frei czy zjeść proste jedzenie (np. wurst). Czasami wyrastały w środku niczego i zawsze spotykało się tam innych rowerzystów.

Szlak wzdłuż Drawy - ostatni długi odcinek przed Villach prowadził wzdłuż Drawy. Piękna, majestatyczna rzeka z górami na horyzoncie. Tutaj pojawiły się znaczki szlaku Drauradweg, który częściowo pokrywa się z Alpe Adria.

Trzeci dzień to 78 km. Bardzo dłużył się ten dzień, szczególnie szlak wzdłuż rzeki przed Villach. Płasko i monotonnie, choć trzeba przyznać, że Drawa robiła wrażenie. Za to bardzo piękne były „polne” fragmenty.

Nocleg na kempingu na obrzeżach Villach. Jest kilka do wyboru, zajechaliśmy na ten, który był najbliżej trasy (Seehof), jeszcze przed wjechaniem w miasto. Nad jeziorem z kąpieliskiem (Vassacher).

 



Z Villach do Tarvisio (już we Włoszech) – czwarty dzień na Alpe Adria

Tego dnia przekroczyliśmy granicę z Włochami. Przekonaliśmy się, że ciągle może być jeszcze piękniej na szlaku rowerowym Alpe Adria, nawet jeśli w to zwątpimy przez moment i poczujemy się znużeni trasą. Włochy przywitały nas kapitalnymi widokami na Alpy Julijskie – chyba był to najpiękniejszy według nas fragment całego szlaku (nie licząc szlaku pokolejkowego, ale to dopiero kolejnego, piątego dnia).

 



Przez miasto wzdłuż rzeki Drawy - Villach to jedna z większych miejscowości na trasie, ale trzeba przyznać, że ścieżka rowerowa wzdłuż rzeki pięknie nas przeprowadza przez miasto. Co jest trochę nawet zaskakujące, praktycznie zupełnie tego miasta się nie ogląda. Jak tylko wyjechaliśmy z kempingu i wjechaliśmy na ścieżkę nad rzekę, tak byśmy mogli przejechać, bez wjazdu w ogóle do miasta. Ale nie warto go omijać.
 
Starówka w Villach - na krótko z Alpe Adria odbiliśmy jednym z mostów prosto na stare miasto: pod kościół św. Jakuba i ratusz (to dosłownie 5 minut od szlaku). Żeby lepiej zapamiętać Villach...
Most prowadzący do centrum jest zaraz za Radbutlerem, czyli miejscem wspominanym w relacjach innych, gdzie można bezpłatnie zostawić rower na czas zwiedzania. W czasie naszego porannego przejazdu był zamknięty. Ale bez problemu można by przypiąć rower do poręczy przy innych knajpkach na nabrzeżu. My jednak uznaliśmy za oczywistą oczywistość, że w miasto wjeżdżamy rowerami.

Ścieżkami wzdłuż rzeki Gail - w pewnym momencie, jeszcze na wysokości Villach zostawiliśmy Drawę i kładką oraz jakimiś zakręconymi przejazdami przeniosło nas nad jej dopływ – rzekę Gail. Wartka, spieniona, czysta, o pięknym kolorze. Miło się ją oglądało po naszej lewej stronie. Ścieżkę poprowadzono w lesie, w zieleni. Super się jechało!

Do granicy wzdłuż drogi - za to ostatnie kilometry przed granicą z Włochami ciągnęły się bardzo, bo cały czas jechaliśmy wzdłuż zwykłej drogi. Co prawda odseparowaną ścieżką rowerową, ale z dużym natężeniem ruchu obok nas, do tego zdaje się lekko pod górę. Drażniły hałas i upał, ale cały czas towarzyszyły nam w oddali góry. Na Alpe Adria chyba nie ma brzydkich fragmentów trasy.

Granica austriacko-włoska - wreszcie dojechaliśmy do upragnionej tablicy z napisem „Italia”, choć tak obklejonej naklejkami, że ledwo co było widać. Oczywiście musieliśmy tu zaliczyć pamiątkowe zdjęcie. Dalej wjechaliśmy w zupełnie inny – włoski i wyluzowany - świat.

Kolejne podjazdy już we Włoszech - od strony austriackiej w stronę granicy teren nieco się wznosił, nie było to jednak bardzo uciążliwe, natomiast od strony włoskiej zaliczyliśmy kolejne podjazdy na trasie. Za to poprowadzone w lesie, w górach, pełne zakrętów - bardzo podobał nam się ten odcinek!

Widoki na Alpy Julijskie – a potem wyłoniły się przed nami Alpy Julijskie w całej krasie. Zdjęcia wychodziły jak z pocztówki. To te właśnie widoki na ostre, szare skalne kolosy zapamiętaliśmy najbardziej z całego dnia, a może i z całej trasy?

Warianty trasy - niektórzy odbijają tutaj na dodatkowe kilometry kręcenia w Alpach Julijskich do Słowenii, ale to daje cały dodatkowy dzień do trasy Alpe Adria. My żałujemy, że jednak się nie skusiliśmy na wjazd do jeziorek cudnie położonych wśród gór - Laghi di Fusine, już po stronie włoskiej. Czasu by było na tyle, zabrakło energii.

Tarvisio - nocowaliśmy w małej sympatycznej włoskiej miejscowości. Kochamy klimat włoskich miasteczek! Tutaj nie  było kempingu, więc zabukowaliśmy z rana hotelik o nazwie Raibl - 150 m od szlaku i centrum. Ze śniadaniem (bardzo obfitym!) i parkingiem dla rowerów pod dachem, który zrobił na nas ogromne wrażenie. To cała hala, ze stojakami i ładowaniem przy każdym stanowisku dla rowerów elektrycznych.

Z kempingu w Villach na nocleg w Tarvisio przejechaliśmy jedynie 42 km. Dzień restowy i niespieszny. Do tego upał nieziemski - według wskazań GPS-a 36-37 stopni Celsjusza. Tak krótko, bo chodziło też o to, by rano ruszyć na świeżo na kolejny cudny odcinek szlaku, który niemal wszyscy wspominają, jako robiący największe wrażenie.

 



Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria

Hitem tego dnia był ciągnący się na długości ponad 50-kilometrowy odcinek po śladzie dawnej kolejki. Do tego niemalże cały czas zaliczaliśmy zjazd w dół. Potem niestety to trzeba było nadrobić.

W Tarvisio, naprawdę przepięknym, zabytkowym malutkim włoskim miasteczku, położonym wśród gór, prosto z hotelu, w którym nocowaliśmy, ruszyliśmy na trasę odseparowaną od ruchu samochodów, poprowadzoną po asfaltowej ścieżce, niemalże nieprzerwanie aż do Venzone.

Atrakcje szlaku pokolejkowego, czyli to, co było najpiękniejsze na tym odcinku, to tunele (konieczne jest oświetlenie roweru!), wiadukty i mosty, dawne budynki pokolejowe, dworce.
I cały czas zjazd! Tylko ok. 5 km za Tarvisio teren się wznosi, a potem już leci w dół! Rowerowa bajka!

 



Sporo ciekawych miejsc na trasie…

Pontebba – fajne miasteczko, przez które się przejeżdża, na moment porzucając trasę po dawnych torach, ale zaraz za tą miejscowością wjeżdża się na odcinek, gdzie przejeżdża się przez tunele niemal jeden za drugim. Był też wodospad przy szlaku, do którego można było zejść po schodkach i się pomoczyć.

Chiusaforte - jest kilka knajpek przy trasie urządzonych w pokolejkowych budynkach, ale Chiusaforte jest najbardziej znana i oblegana. Znajdowała się w odpowiednim miejscu - akurat mniej więcej w połowie trasy kolejkowej i wcześniej długo nie było nic. Nic dziwnego, że tyle osób się tu zatrzymuje.

Venzone - szlak z tunelami kończył się tuż przed tym miastem. Robiło duże wrażenie: z murami obronnymi, kamiennymi bramami wjazdowymi, kościołami. Zdjęcia pod arkadami jednego z budynków pokazywały zniszczenia podczas trzęsienia ziemi w 1976 roku. Większość budynków udało się jednak odbudować.

Gemona del Friuli - kolejne zabytkowe miasto na trasie, w którym często zatrzymywali się rowerzyści na nocleg, z racji tego, że jest tu jeden z nielicznych na włoskim odcinku kemping. My pocisnęliśmy jednak dalej.

Udine - po 106 kilometrach tego dnia dojechaliśmy do celu. Miasto będące kiedyś częścią Republiki Weneckiej pełne było zabytków. W drodze na nocleg przejechaliśmy przez starówkę, a potem jeszcze zaliczyliśmy spacer na Piazza Libertà.

Piątego dnia zaliczyliśmy najdłuższy przejazd. Pierwsze 50 km było praktycznie nieodczuwalne (przyjemny zjazd pokolejkową trasą), dopiero w drugiej połowie trzeba było mocniej depnąć na pedały. Niestety zdawaliśmy sobie sprawę, że widoki na wysokie góry, które nam towarzyszyły w drodze do Udine były jednymi z ostatnich. Coraz bliżej stąd już do Adriatyku. Co nie znaczy, że nie zdarzały się kolejne podjazdy!

 



Z Udine do Grado - dzień szósty na Alpe Adria

Po ponad 400 km i w szóstym dniu jazdy dojechaliśmy nad Adriatyk i do końcowego punktu szlaku rowerowego Alpe Adria - do Grado. Hurra!

 



Jak wyglądał ostatni dzień? To kolejny etap z ciekawymi włoskimi miastami na trasie.

Pożegnanie z Udine - o poranku po raz kolejny przejechaliśmy przez Plac Wolności i zabytkową część miasta. Piękna architektura!

Góry za polami i lasami - za Udine widać było jeszcze zarysy gór, ale już z bardzo daleka i jak za mgłą.

Pradamano - jedno z pierwszych miasteczek, w którym się zatrzymaliśmy. Wjechaliśmy głębiej w poszukiwaniu jakiejś otwartej knajpki. Tego dnia nasz szlak Alpe Adria prowadził głównie od sklepów do kolejnych knajpek w poszukiwaniu czegoś zimnego do picia. Uliczny termometr pokazywał 36 st. C już o poranku. Głowę moczyliśmy w przydrożnych kranikach, wrzucaliśmy kostki lodu pod kask, a najwspanialej było, gdy trafił się przy drodze zraszacz pól. Zdecydowanie lepszym terminem na przejechanie Alpe Adria jest wiosna niż lato.

Santa Maria la Longa - zatrzymaliśmy się w kolejnej knajpce, zbaczając ze szlaku w tej miejscowości. Trafiliśmy dzięki temu w ciekawe miejsce - tuż obok drogi stała kolumna Berlina, przy której wykonywano egzekucje, a odciętą głowę skazańca zatykano na czubek ku przestrodze dla innych.

Palmanova - najciekawsze miasto tego dnia. Z czasów Republiki Weneckiej, w kształcie idealnie symetrycznej ośmioramiennej gwiazdy, ufortyfikowane, które miało chronić Wenecję przed najazdami. Wjeżdżało się do niego przez bramy obronne, a po wyjeździe szlak ciekawe był poprowadzony przez fragment zewnętrznych umocnień. Niestety przekonaliśmy się tutaj, że w czasie sjesty nic nie zjemy we Włoszech, a tylko rowerzyści ze szlaku Alpe Adria nic sobie nie robią z upału i pedałują dalej.

Zamek w Strassoldo - drogowskaz "castello" zdecydował, że w Strassoldo odbiliśmy w jedną z uliczek i za chwilę mieliśmy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w innej bajce: stare mury, ogrody, kanały z wodą i.. powóz jadący pomiędzy zabudową zamkową. Cudne miejsce!

Akwilea - drugie ważne historyczne miasto tego dnia, z pozostałościami z czasów rzymskich (przejeżdżaliśmy obok forum romanum z kolumnami) oraz z ważną bazyliką, na którą kierowało odbicie ze szlaku, specjalnie dla rowerzystów (wieża widoczna już z daleka). Wstęp do wnętrz dodatkowo płatny, ale można za darmo obejrzeć z zewnątrz.

Grobla na wyspę - i wreszcie po górach przyszedł czas na wodę! Aby dojechać do Grado i końca szlaku, trzeba pokonać kilkukilometrową groblę (zegarek pokazał ok. 5 km). Super odcinek na sam koniec! Pamiątkowe zdjęcie pod tabliczką z napisem Grado i... już koniec szlaku przez Alpy nad Adriatyk.

Naprawdę przepiękna trasa!

W ostatni dzień pokonaliśmy nieco ponad 60 km.

 



Grado - dopełnienie wycieczki rowerowej po Alpe Adria

Gdy ostatniego dnia jazdy dojeżdżaliśmy do końca szlaku rowerowego Alpe Adria, Grado wcale nie zrobiło na nas dobrego wrażenia. Kurort z ciągiem plaż i mnóstwem hoteli oraz restauracji - pomyślałam sobie. Takich miejsc raczej unikamy. Na szybko zrobiliśmy więc zdjęcie pod tablicą z napisem Grado i wróciliśmy z powrotem groblą na nasz kemping (Campeggio Isola del Paradiso). Musieliśmy też wtedy uciekać, bo zbliżała się wielka burzowa chmura.

Dopiero kolejnego dnia, już na lekko, bez sakw, wybraliśmy się do Grado ponownie. I się zachwyciliśmy! Cieszymy się, że zdecydowaliśmy się zostać jeden dzień dłużej w Grado i nie uciekliśmy do Salzburga zaraz następnego dnia rano po skończeniu Alpe Adria. Sugerujemy to wszystkim – naprawdę warto!

Grado znajduje się na wyspie (obecnie połączonej z lądem groblą).

Już w starożytności było portem dla pobliskiej Akwilei, a także miejscem schronienia dla jej mieszkańców w razie zagrożenia. Lubimy takie pełne historii miejscowości.

 



Zachowało się tutaj wiele cennych zabytków, wszystkie niezwykle klimatyczne, zlokalizowane w bliskiej odległości:

Ruiny wczesnochrześcijańskiej Bazyliki św. Jana Ewangelisty z mozaikami - na placu koło Ratusza.
 
Bazylika di Sant'Eufemia - zbudowana w VI w. na miejscu starszych jeszcze od niej świątyń.

Baptysterium o charakterystycznym oktagonalnym kształcie tuż obok bazyliki Eufemii z zachowaną w środku chrzcielnicą. Niesamowite ascetyczne wnętrze!

Lapidarium - na tyłach bazyliki Sant Eufemia. Zaciszne miejsce ze zgromadzonymi tu przedchrześcijańskimi i wczesnochrześcijańskimi zbiorami: marmurowe dekoracje, fragmenty kolumn, sarkofagów, inskrypcje.

Bazylika di Santa Maria delle Grazie - w pobliżu Bazyliki Sant'Eufemia, kolejna cenna świątynia, w której można zobaczyć mozaiki.

Starówka Grado z wąskimi uliczkami - Grado objawiło nam się chyba jako najbardziej malownicze z widzianych przez nas na trasie Alpe Adria miasteczek. Warto wejść w nie głębiej.

Piazza Duca D’Aosta - równolegle do tych starych i wąskich uliczek znajdziemy deptak pełen życia i z zagłębiem różnych restauracji. To tam można najlepiej zjeść w Grado.

Te miejsca podobały nam się najbardziej. Poza tym w Grado znajdziecie też malowniczy kanał portowy z zacumowanymi w nim jachtami, mnóstwo plaż z knajpkami oraz wiele typowych dla nadmorskich kurortów rozrywek.

 



Refleksje po zrobieniu Alpe Adria

Na koniec trochę przemyśleń i podsumowań, które być może okażą się przydatne w planowaniu przejazdu szlakiem Alpe Adria.

Statystyki
Alpe Adria z dojazdami zajęła nam 9 dni. Samej jazdy rowerem - 6. Jeden dodatkowy dzień w Grado. Dwa na dojazdy z i do Polski. Nominalnie to 411 km (nam wyszło nieco więcej – dodatkowe kilometry to dojazdy na kempingi i kręcenie się po miastach).

Nasze dzienne odcinki wyglądały tak:
1 dzień: Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - 70 km
2 dzień: Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - 73 km (w tym ok. 10 km w pociągu przewożącym rowery)
3 dzień: Z Obervellach do Villach - 78 km
4 dzień: Z Villach do Tarvisio - 42 km (dzień odpoczynkowy)
5 dzień: Z Tarvisio do Udine - 106 km
7 dzień: Z Udine do Grado - 60 km

Krajobrazy jak z tapety Windows - wiedzieliśmy, że będzie pięknie, ale że aż tak? Prawie 100% wspaniałych widoków, głównie górskich. Nawet jeśli zdarzył się jakiś mniej ciekawy odcinek, to za chwilę otwierał się kolejny niesamowity landschaft.

Różnorodność - kwintesencją tego szlaku jest duże urozmaicenie: od bardziej zielonych i sielskich pagórków po ostre skalne ściany, drogi przez pola, wsie, miasteczka, inne w Austrii, inne we Włoszech, tunele, wodospady, mosty, rzeki. Co chwilę inaczej.

Przewyższenia - przed wyjazdem na Alpe Adria z przeczytanych relacji stworzyłam sobie w głowie obraz łatwego szlaku przez Alpy, którym - nie męcząc się - przejedziemy nad Adriatyk. Niestety, nie jest tak różowo (choć to akurat Darek widzi inaczej, autorami przeczytanych relacji też byli panowie). Są podjazdy i nie tylko w tych miejscach, o których się najczęściej wspomina. Nawet tam, gdzie teoretycznie jest już płasko, też się zmęczymy, szczególnie gdy jedzie się z sakwami kolejny już dzień z rzędu. Ale wszystko oczywiście jest dla ludzi i powoli do przodu pod każdą górkę da radę podjechać.

Dzienne odcinki - jest to sprawa bardzo indywidualna, ale wydaje mi się, że aby cieszyć się w pełni urodą tego szlaku, to najlepiej dziennie pokonywać ok. 60 km. Szczególnie w pierwszych dniach z większymi podjazdami. Ale również na płaskim zmęczy nas słońce i upał. Sami jednak nie trzymaliśmy się tej zasady, bo jednego dnia pokonaliśmy 80 km (do Villach, gdzie był kemping), kolejnego tylko 42 km (żeby następnego dnia pokonać trasę kolejkową od rana w całości), a jeszcze następnego 106 km (gdy chcieliśmy dorobić jak największą ilość km po mniej atrakcyjnym odcinku, żeby ostatniego zostało jak najmniej). W każdym razie tak mniej więcej dzieląc trasę, 6 dni jazdy to minimum, 7 to już w ogóle niespieszna przyjemność. Choć według twórców szlaku całość została podzielona na 8 dziennych odcinków.

 



Noclegi - najczęściej korzystaliśmy z kempingów, bo dysproporcje w cenie noclegów w stosunku do tych pod dachem były ogromne! Nic dziwnego, że na tychże kempingach spotykaliśmy najwięcej Polaków. O ile w Austrii dostępność kempingów pasuje w podziale szlaku na odcinki dzienne, to sprawa komplikuje się we Włoszech. My ostatecznie dwa razy nocowaliśmy pod dachem: w Tarvisio i Udine (plus przed startem w Salzburgu, choć tutaj też znajdują się kempingi). Na kempingach spaliśmy w: Sankt Johann im Pongau, Obervellach, Villach i na końcu w Grado dwie noce (pominęliśmy kemping w Gemona del Friuli, gdzie nocuje sporo Polaków, dobiliśmy tego dnia do Udine; może gdybyśmy mieli więcej dni w zapasie, to tam byśmy zostali na noc).

Podsumowanie noclegów:
Sankt Johann im Pongau: Camping Kastenhof (kameralny, 6 minut prysznica 1 euro).
Obervellach: Sport-Erlebnis Camping (fajnie położony nad rzeką z sympatyczną restauracją na terenie).
Villach: Camping Seehof (nad jeziorem z kąpieliskiem i fajnym trawiastym terenem, jest restauracja).
Tarvisio: Hotel Raibl (godny polecenia, wspaniałe śniadanie, imponujący parking dla rowerów pod dachem ze stanowiskami ładowania dla elektryków).
Udine: Hotel Principe (co prawda blisko do centrum i dworca kolejowego, ale dzielnica, w której czuliśmy się dość niepewnie, skromne śniadanie i proste wyposażenie pokoi, osobne pomieszczenie na rowery).
Grado: Campeggio Isola del Paradiso (sympatyczna obsługa i wyluzowana atmosfera, miejsce dla namiotów na osobnej wysepce, a sam kemping połączony z lądem groblą, położony jeszcze przed wjazdem na inną groblę prowadzącą do Grado (ok. 5 km od miasta), fajna knajpka, sklepik na terenie).

Współtowarzysze naszej przygody - czy dużo ludzi na szlaku? Często spotykaliśmy się z takimi zapytaniami. My tłumów nie doświadczyliśmy. Mimo że Alpe Adria uchodzi za szlak bardzo popularny, to były odcinki, kiedy jechaliśmy całkowicie sami. Choć oczywiście są też fragmenty bardziej oblegane, jak szlak pokolejkowy we Włoszech. W różnych momentach spotykaliśmy się też z mniej więcej tymi samymi osobami. Pozdrawiamy wszystkich Polaków z kempingów, pociągu i trasy. Po jakimś czasie zaczęliśmy się już rozpoznawać z innymi: Włochami, Niemcami, Austriakami. Nigdy jednak nie było tak, że musieliśmy uważać na tłumy ludzi na szlaku, może poza początkiem trasy w Salzburgu.
Taka jeszcze socjologiczna ciekawostka: w Austrii widzieliśmy głównie emerytów na elektrykach, we Włoszech wysportowanych kolarzy - w każdym wieku.

 



Dojazd i powrót - kolejny najczęstszy dylemat i pytanie: jak dojechać do Salzburga, a potem wrócić na początek szlaku i do Polski. Każdy ma swój patent, choć większość Polaków, których spotkaliśmy, robiła tak samo, jak my. Dojechaliśmy z Niepołomic pod Krakowem do Salzburga własnym autem, zostawiliśmy je na polecanym parkingu P§R Süd, obok którego przebiega szlak. Słyszeliśmy, że do Salzburga jeździ Flixbus z opcją zabrania roweru lub można pociągiem z przesiadką w Wiedniu. Z Grado wróciliśmy autobusem z przyczepą rowerową firmy Oberkofler (wyjazd o 8:30 z parkingu w Grado, dojazd planowo o 14:30 do Salzburga) - za 120 euro za osobę, rower i bagaże. Inna popularna firma, której reklamy widzieliśmy po drodze, to Adria Bike Shuttle - wypadała jednak nieco drożej. Można taniej pociągiem, ale z przesiadkami i nie bezpośrednio z Grado. Na grupach rowerowych ogłasza się często firma Bus Rent Warszawa, która organizuje transport rowerowy dla większych grup.
Autobus powrotny rezerwowaliśmy z trasy, ok. 4 dni przed powrotem, kontaktując się mailowo i na whatsapp z firmą Oberkofler (trzeba dokładnie podać skąd i dokąd jedziemy, że w Salzburgu np. do parkingu Süd, część osób wysiadała wcześniej – w Villach, Spittal). Zapłaciliśmy gotówką kierowcy, bo firma stwierdziła, że już za późno na przelew. Nie mieli płatności kartą np. przez stronę (z tego co się potem okazało, większość pasażerów regulowała płatności gotówką w autobusie).

Zaopatrzenie na trasie - w przypadku jazdy z sakwami każdy kilogram się liczy, więc nastawialiśmy się na bieżące zakupy na trasie. Z Polski wzięliśmy jedynie sprawdzone batony energetyczne, kilka awaryjnych zupek-zalewajek i herbatę w torebkach. Mieliśmy mały palnik i lekką menażkę na zagotowanie wody na kempingu. W Austrii dzień zaczynaliśmy od wizyty w sklepie i śniadania przy tymże. W tym kraju trzeba być wyczulonym na godziny otwarcia sklepów (krótkie). W niedzielę i po południu w sobotę wszystko już zamknięte. We Włoszech w naszej porze obiadowej nie działają kuchnie w restauracjach, jest sjesta i co najwyżej dostaniemy jakieś gotowe kanapki, ewentualnie tosty. Pizza i spagetti dopiero od 18-18.30. Na trasie polowaliśmy głównie na sklepy Lidl i Spar, ew. Billa, jeśli chodzi o zakupy i zatrzymywaliśmy się w knajpkach dla bikerów (uwaga! płatność jedynie gotówką w wielu z nich, szczególnie w Austrii). Najmilej wspominamy Peter's Rastplatz – rewelacja! Ktoś przygotował dla rowerzystów miejsce, gdzie znajdą i jedzenie, i coś do picia, i jeszcze narzędzia rowerowe. Na miejscu stała niepilnowana przez nikogo skrzyneczka, do której można było wrzucić pieniądze.

Poidełka - byliśmy zaskoczeni dużą ilością różnego rodzaju kraników z wodą na trasie, gdzie można było sobie dolać wodę do bidonów. Nawet jeśli w danym miejscu woda nie nadawała się do picia, to przyjemnie było zmoczyć głowę, obmyć twarz z potu i soli czy nawilżyć kark.

Alpe Adria jako pretekst - zapewne każdy ma inne podejście, ale dla nas przejechanie szlaku Alpe Adria nie było celem samym w sobie, a jedynie pretekstem, żeby poznać bardziej tereny, przez które przejeżdżaliśmy, atmosferę włoskich miasteczek, zabytki, alpejskie miejscowości w Austrii, zamki etc. Oczywiście nie starczyło czasu, żeby zatrzymać się wszędzie na dłużej, ale myślę, że choć na chwilę warto. Że jak już się tak daleko jedzie, to po to, by nacieszyć się otoczeniem w pełni.

Czy zawsze było sielsko? - ogólnie Alpe Adria to jedno wielkie WOW! I pod względem krajobrazów, poprowadzenia szlaku, ścieżek rowerowych, infrastruktury, dostosowania miejscowych do rowerzystów: hotelarzy, kempingów i knajpek. Ale nie każdy po przejechaniu tego szlaku wspomina, czy może zaciera się to w pamięci, że są też odcinki wzdłuż dróg, z dużym hałasem aut, dźwiękami autostrad dookoła, torami kolejowymi wzdłuż szlaku (głównie w Austrii). O tym też trzeba powiedzieć. Mnie niekiedy ten hałas dość mocno przeszkadzał. Lubię kontemplować przyrodę w ciszy. No ale ten mały mankament to jest niewielki ułamek nie wpływający w ogóle na ogólną ocenę szlaku. Szlak do polecenia na 100 %!

 

 



Suplement – jaki sprzęt i dlaczego namiot Marabut

W tym miejscu nie chodzi o reklamę, jaką robimy marce Marabut, ale o opisanie nieco straszno-zabawnej historii, która przydarzyła nam się na sam koniec po zrobieniu Alpe Adria.

Mieliśmy ogromne szczęście do pogody na trasie naszego rowerowego przejazdu Alpe Adria.

Z Salzburga ruszaliśmy w pochmurny poranek, ale w ciągu dnia się rozjaśniło i popadało dopiero wieczorem oraz w nocy po pierwszym dniu.

Potem była pogoda żyleta, non stop słońce, może trochę za gorąco, ale byliśmy nastawieni na to, jadąc latem przez Austrię i Włochy, w dodatku nad Adriatyk. Lepiej pewnie byłoby na wiosnę, ale wtedy nie mieliśmy wolnego.

W ostatnim, szóstym dniu jazdy, w drugiej połowie, zaczęło się chmurzyć. To była niesamowita ulga po upale, ale jednocześnie patrząc na granatowe niebo, mocniej deptaliśmy na pedały, czując, że szykuje się zlewa.

Zdążyliśmy dojechać do Grado na wyspie, zrobić pamiątkowe zdjęcie pod znakiem z nazwą miejscowości, wrócić groblą na pole namiotowe (sama grobla to dystans 5 km), rozbić namiot, nawet się wykąpać pod prysznicem i dopiero zaczęły spadać z nieba pierwsze krople deszczu. Timing idealny na koniec wycieczki.

Tyle że potem rozpętało się piekło. Burza z piorunami, ale przede wszystkim porywisty wiatr. Istny tajfun. A my rozbici na wysepce wśród drzew. Zastanawialiśmy się siedząc w namiocie, czy nas zaleje, czy spadnie na nas jakaś wielka gałąź z drzewa.

Co do namiotu byliśmy niemal 100% pewni, że wytrzyma. Jeździmy z różnymi namiotami firmy Marabut już od 25 lat: zarówno w góry wysokie, na rodzinne wakacje, spanie na dziko w Skandynawii czy rowerowe wypady.

 



Co prawda na Alpe Adria mieliśmy mały jednopałąkowy i lekki model Mayo, więc mogłoby być różnie, ale ostatecznie okazało się, że na całej naszej wysepce nasz marabut był jedynym, który przetrwał! Kładło go, trzęsło nim, ale trwał w miejscu.

Inne ekipy uciekły porzucając swoje namioty przywalone rowerami, albo te, które odfrunęły - na drzewach, ludzie spali przy barze lub toaletach, dla niektórych obsługa kempingu znalazła miejsce w starych przyczepach kempingowych.

 



Spaliśmy w ciuchach i ze spakowanymi sakwami gotowi w każdym momencie również się ewakuować, ale szczerze powiedziawszy poza jedną wyrwaną szpilką nic z naszym marabutem się nie stało.

A wichura, którą przeżyliśmy, była najgorszą, jaka nam się przydarzyła pod namiotem. Nawet pod Kazbekiem w Gruzji tak nie wiało, gdy czekaliśmy tydzień rozbici pod meteostancją na dobrą pogodę na wejście na szczyt.

I to, co piszemy wcale nie jest wpisem sponsorowanym, po prostu piszemy o sprzęcie, do którego mamy zaufanie.

Namioty firmy Marabut polecamy z pełnym przekonaniem. Ich produkty słyną z wytrzymałości i solidności wykonania. Szyte są w podkrakowskiej wsi i służą właścicielom długie lata. Inny nasz model, Baltoro, jest starszy od naszego dziecka, które w tym roku osiągnęło pełnoletność. Nawet jeśli jakieś uszkodzenie w namiocie się przytrafi, firma Marabut zapewnia serwis swoich produktów. Można naprawić zamek, uszkodzoną podłogę etc.

Ceny nie są marketowe, trzeba więcej wydać, ale naprawdę się to opłaci.

Jeśli chodzi o wytrzymałość, to naprawdę bezkonkurencyjne produkty.

 

 

 

Nasz model Mayo, który mieliśmy na wyjeździe, waży 1,9 kg razem z zestawem naprawczym i 3 dodatkowymi szpilkami. Nominalnie jest 1-osobowy, ale dla pary jest wystarczająco miejsca nawet z bagażami. Z Darkiem swobodnie się mieścimy. Dwa lata temu mieliśmy ten namiot na autostopowym tripie z Miko (starszym dzieckiem). Wytrzymywał deszcze islandzkie bez szwanku.

Pakuje się w zgrabny pokrowiec. Na Alpe Adria woziliśmy go na bagażniku przypięty ekspanderem (niekiedy razem z dodatkową butelką z wodą).

 

-------------------------------------------------------

 

Jeśli uważasz ten tekst za wartościowy i pomocny w planowaniu wyjazdu - możesz postawić nam "wirtualną kawę". Będzie nam bardzo miło, że ktoś w ten sposób docenia naszą pracę.

 

Odwdzięczymy się kolejnymi relacjami na stronie.

 



 
 Startujemy w Salzburgu!
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria: Jeziorko w Kuchl.
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria: w Kuchl.
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria
 
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria: zamek w Golling.
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria: Golling
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria: Przełęcz Lueg Pass.
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria: okolice zamku Hohenwerfen.
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria
 
 Z Salzburga do Sankt Johann im Pongau - pierwszy dzień na Alpe Adria: Bischofshofen.
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria: pierwsze podjazdy
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria: pierwsze podjazdy
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria: to nas czeka w Dolinie Gastein.
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria
 
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria: Bad Hofgastein.
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria: Bad Gastein.
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria: Bad Gastein.
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria: Bad Gastein.
 
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria: w kierunku Bockstein.
 Z Sankt Johann im Pongau do Obervellach - drugi dzień na Alpe Adria: Pociąg na trasie Bockstein-Mallnitz.
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria: Peters Radl Rastplatz.
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria: Peters Radl Rastplatz.
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria
 
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria: jedna z knajpek dla rowerzystów przy trasie Alpe Adria.
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria: tego dnia najpiękniejsze były drogi przez pola.
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria: tego dnia najpiękniejsze były drogi przez pola.
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria: szlak wzdłuż rzeki Drawy.
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria: szlak wzdłuż rzeki Drawy.
 
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria.
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria.
 Z Obervellach do Villach – trzeci dzień na Alpe Adria: szlak wzdłuż rzeki Drawy.
 Z Villach do Tarvisio (już we Włoszech) – czwarty dzień na Alpe Adria: rano rzut oka na starówkę w Villach.
 Z Villach do Tarvisio (już we Włoszech) – czwarty dzień na Alpe Adria: wzdłuż rzeki Gail.
 Z Villach do Tarvisio (już we Włoszech) – czwarty dzień na Alpe Adria: wzdłuż rzeki Gail.
 
 Z Villach do Tarvisio (już we Włoszech) – czwarty dzień na Alpe Adria.
 Z Villach do Tarvisio (już we Włoszech) – czwarty dzień na Alpe Adria: granica austriacko-włoska.
 Z Villach do Tarvisio (już we Włoszech) – czwarty dzień na Alpe Adria: według mnie najpiękniejszy widok na trasie, już we Włoszech, w dali Alpy Julijskie.
 Z Villach do Tarvisio (już we Włoszech) – czwarty dzień na Alpe Adria.
 Z Villach do Tarvisio (już we Włoszech) – czwarty dzień na Alpe Adria: Tarvisio.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: startujemy z centrum Tarvisio.
 
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: szlak pokolejkowy.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: szlak po torach dawnej kolejki.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: szlak po torach dawnej kolejki.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: szlak po torach dawnej kolejki.
 
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: szlak po torach dawnej kolejki.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: szlak po torach dawnej kolejki.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: Venzone.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: Venzone.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: Venzone.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: Venzone.
 
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria: Gemona del Friuli.
 Z Tarvisio do Udine – piąty dzień na Alpe Adria.
 Z Udine do Grado - dzień szósty na Alpe Adria: Santa Maria la Longa i kolumna Berlina.
 Z Udine do Grado - dzień szósty na Alpe Adria: Palmanova.
 Z Udine do Grado - dzień szósty na Alpe Adria: Strassoldo.
 
 Z Udine do Grado - dzień szósty na Alpe Adria: Akwilea.
 Z Udine do Grado - dzień szósty na Alpe Adria: Akwilea.
 Z Udine do Grado - dzień szósty na Alpe Adria: grobla do Grado.
 Dzień siódmy na Alpe Adria: Grado dopełnienie wycieczki rowerowej.
 Dzień siódmy na Alpe Adria: Grado dopełnienie wycieczki rowerowej.
 Dzień siódmy na Alpe Adria: Grado dopełnienie wycieczki rowerowej.
 
 Dzień siódmy na Alpe Adria: Grado dopełnienie wycieczki rowerowej.
 Dzień siódmy na Alpe Adria: Grado dopełnienie wycieczki rowerowej.
 Dzień siódmy na Alpe Adria: Grado dopełnienie wycieczki rowerowej.
 Dzień siódmy na Alpe Adria: Grado dopełnienie wycieczki rowerowej.
 Dzień siódmy na Alpe Adria: Grado dopełnienie wycieczki rowerowej.
 Ostatni dzień: powrót z Grado do Salzburga autobusem z przyczepą na rowery.
 
 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

Subiektywny spis przydatnych wskazówek dotyczących potrzebnych rzeczy na Islandii i tych, które się całkowicie nie przydadzą!

...
...
...
...