Serce zostało w...
Zanskarze, krainie położonej w indyjskiej części Himalajów, po północnej stronie najwyższego ich pasma, które stanowi barierę dla opadów monsunowych. Obejmuje górną część dorzecza rzeki Zanskar (dopływu Indusu) i znajduje się w zachodnim Tybecie. Niesamowite są tam pustynne górskie krajobrazy oraz wspaniali, życzliwi, bezpośredni i szczerzy mieszkańcy. W Zanskarze spędziłem wiele miesięcy. Były to wyjazdy prywatne, podczas których przemierzałem górskie szlaki, jak również prowadzone przeze mnie trekkingi z grupami, więc czuję się tam trochę jak u siebie. Mam wielu zanskarskich przyjaciół, co też jest jednym z powodów, że chętnie tam wracam.
Dojechałem tam... Najtaniej dotrzemy do Zanskaru drogą lądową. Najbardziej popularny szlak prowadzi z Delhi do Manali (jeden dzień), następnie przez przełęcz Rotang i Baralacza do Leh, stolicy Ladakhu (dwa dni). Kolejny dzień zajmie podróż do Kargilu, a następny musimy przeznaczyć na dojazd do Padum - stolicy Zanskaru. Jeśli wędrujemy z plecakiem, w rejonie przełęczy Baralacza, z miejscowości Darcza lub Sarczu, możemy dojsć do Zanskaru przez przełęcze Szingo La lub Phirtse La. Zagłębimy się tam w rejon tybetańskich wiosek w dolinie Tsarap. Rzeka Tsarap łączy się z dużym dopływem koło Padum i dalej płynie jako Zanskar. Dojechać tu można także od strony Kaszmiru. Zimą pozostaje jedynie lodowy szlak po zamarzniętej rzece, tzw. czadar, od pokoleń używany przez mieszkańców Zanskaru. Z roku na rok staje się coraz częstszym celem turystycznych wędrówek, choć jest dość ekstremalnym wyzwaniem. I to nie z powodu trudności technicznych, bo nie pokonuje się żadnych wysokich przełęczy, ale ze względu na niskie temperatury (ok. minus 20 st. C) i zmienność pokrywy lodu na rzece. Jeszcze parę lat temu czadar zaczynał się w miejscu, w którym rzeka Zanskar łączy się z Indusem. Obecnie rusza się z wioski Cziling, nieco w głębi doliny, dokąd dochodzi droga czynna nawet zimą. Pieszo pokonuje się ok. 100 km kanionem rzeki. Dotarcie z Czilingu do wioski Zangla w pobliżu Padum, łącznie z wizytami w okolicznych wioskach Lingszed i Nierak oraz droga powrotna, zajęły nam 15 dni.
Ciekawe jest tam to... Po raz pierwszy w okolice Zanskaru trafiłem w 1988 r., natomiast ostatni raz byłem tam dwa lata temu. Nawet po tylu wyjazdach ciągle odkrywam coś nowego, nieraz całkowicie zaskakującego.Ostatnio np. odwiedziłem ten rejon w październiku, już po sezonie, gdy nie ma tylu turystów jak latem. Atutem jest stabilna, słoneczna pogoda, jeżeli oczywiście zdążymy przed opadami śniegu. Trzeba się jednak przygotować na niskie temperatury i lodowaty wiatr. Odkryciem ostatniego wyjazdu były połacie „lodowych kwiatów”. Początkowo myślałem, że ktoś wysypał kontener torebek foliowych, które zaczepiły się o wysuszone krzaczki rosnące na pustynnych zboczach. Gdy podszedłem bliżej, odkryłem, że w słońcu mieniły się pięknie kręcone kwiaty z lodu - dzieło mrozu i wiatru.
Na wyprawę zawsze zabieram... wygodne buty, plecak, aparat fotograficzny... i cukier. Mogę bowiem zostać z resztkami herbatników, ale jeśli tylko mam możliwość wypicia mocnej, słodkiej herbaty, to na pewno przeżyję.
Podróżuję... przeważnie z żoną, nieraz z przyjaciółmi, także z grupami, powierzonymi mojej opiece. Ale raz na jakiś czas lubię podróżować sam. Choć podczas dłuższego, samotnego trekkingu nachodzą momenty, gdy chciałoby się z kimś pogadać. Ostatnio wymyśliłem zabawę w radio. Codziennie, zwłaszcza wieczorem, nadawałem w „Radiu Zanskar” audycje o tym, co się działo w ciągu dnia, nagrywając je na dyktafon w odtwarzaczu mp3. Naprawdę wielką frajdą było odsłuchanie tego po powrocie na komputerze.
Młodzi mnisi z klasztoru w Lingszed. Fot. arch. Andrzej Mazurkiewicz
Niezapomniany dzień miał miejsce...
Takich dni jest wiele, np. w rejonie doliny Har ki dun w zachodnim Garhwalu. Wybrałem się tam sam na początku sezonu i zapuściłem w boczną dolinę Ruinsara, otoczoną sześciotysięcznikami. Pasterze, w pobliżu których wcześniej nocowałem, powtarzali nieustannie „Balu, balu”. Dopiero później zrozumiałem, o co im chodzi - w hindi "balu" to niedźwiedź. Włócząc się po bezludnej okolicy jeziorka Ruinsara, wychodząc na próg doliny, niespodziewanie zderzyłem się prawie nos w nos z misiami. One się zdziwiły, ja chyba bardziej. Na szczęście, zanim zdążyłem się na dobre przestraszyć, szybko odeszły. Następnego dnia kolejne spotkanie: wielki himalajski niedźwiedź, chcąc się wykazać przed samicą, stanął przede mną na tylnych łapach, ale ponieważ ona zaczęła uciekać, oddalił się za nią. Postanowiłem czym prędzej zejść na dół do wioski. W drodze powrotnej na ścieżce wyrósł przede mną kolejny niedźwiedź. Z kijem w ręku próbowałem go odstraszyć wykonując „taniec wojownika” i licząc, że miś pójdzie sobie. Okazało się jednak, że go nie przestraszyłem, tylko zaciekawiłem swoim występem. Usiadł na ścieżce i kiwając głową, obserwował mój spektakl. A ja, oblany potem, powoli traciłem nadzieję, aż w końcu - zrezygnowany - zaprzestałem straszenia. Wtedy niedźwiedź niespiesznie odszedł w pobliskie krzaki, a ja spędziłem noc między ogniskami, które rozpaliłem wokół siebie.
Nigdy więcej nie powrócę do... Są rejony, których nie wspominam miło po doświadczeniach, jakie mnie tam spotkały. Mniej chętnie chciałbym tam wrócić, ale chyba nie potrafię powiedzieć: nigdy więcej. Być może moje odczucia wynikają bowiem z tego, że byłem tam w nieodpowiednim czasie czy też trafiłem na nieodpowiednich ludzi. Generalnie nie lubię policyjnych regionów, gdzie człowiek czuje się jak jakiś szpieg, obawia się kontaktów z ludźmi. W Zanskarze odnalazłem miejsce, gdzie czuję się naprawdę wolny.
Not. Kamila Gruszka
Andrzej Mazurkiewicz - podróżnik i fotograf, przewodnik himalajskich wypraw trekkingowych, eksplorator gór Syberii i indyjskiej części Himalajów. Z żoną Katarzyną prowadzi Agencję Podróżniczą "Terra Incognita". Zajmują się zawodowo pokazami slajdów podróżniczych, organizują festiwal TERRA, są autorami albumu „Himalaje. Szlakiem karawan i pielgrzymów.”
Wywiad z cyklu "Serce zostało w..." ukazał się w "Turystyce", dodatku "Gazety Wyborczej" z dn. 8-9 sierpnia 2009 r.

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
