Przy budynku dworca odgrodzona siatką od ulicy – ale wcale nie od torów – pasła się koza. Przywitała nas w Grybowie, skąd rozpoczynaliśmy rowerową wyprawę w Beskid Niski. Patrząc jej prosto w oczy, czuliśmy już wtedy, że zaczyna się dla nas rzecz wyjątkowa. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że czekają nas przeprawy z rowerami przez rzeki, jazda w błocie po kostki, ale także spotkania z ludźmi, podziwianie architektury łemkowskiej i ciche chwile spędzone w pobliżu drewnianych cerkwi... Nie opiszemy szczegółowo trasy, za to pieczołowicie odnotujemy wrażenia.
Pierwszy dzień jazdy nie dostarczył nam większych emocji. Ruszyliśmy z Grybowa na południe, trasą do Berestu przez Florynkę i Polany, następnie Piorunkę, Śnietnicę i Stawiszę aż do Hańczowej. Wszędzie w tych miejscowościach zatrzymywaliśmy się przy cerkwiach czy cmentarzach z łemkowskimi pomnikami. W Wysowej podprowadziliśmy rowery do sanktuarium na Górze Jawor. Siedząc wieczorem na polu namiotowym w Uściu Gorlickim, stwierdziliśmy, że – poza takimi ekstremalnymi zdarzeniami jak zgubienie pompki podczas wyczerpującej jazdy po błocie i pobiciem rekordu szybkości na rowerze górskim obciążonym sakwami (68 km/h) – dzień ten będziemy wspominać miło, ale nie zapisze się on na trwałe w naszej pamięci.
Dopiero nazajutrz poczuliśmy, jakbyśmy przenieśli się w inny świat... Staliśmy przy drewnianej chałupie, obok której pasły się gęsi, uwiązany na sznurku przechadzał koń, a wygrzewały na słońcu psy i koty. „Sklep przyjedzie dopiero we wtorek...” – usłyszeliśmy. Nasze pytanie brzmiało, czy we wsi istnieje możliwość zakupienia czegoś do jedzenia. Owszem, braliśmy pod uwagę okoliczność, że w niedzielę sklepy w wioskach mogą być pozamykane, ale nie przewidzieliśmy, że takowego w ogóle tutaj nie ma. Co więcej, zakupy można zrobić, ale jedynie w niektóre dni tygodnia, gdy przyjeżdża sklep na kółkach. Najwcześniej pojawi się za dwa dni...
Beskid Niski... z przeprawami. Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Sytuacja nasza w tym momencie nie była wesoła. Licząc bowiem na możliwość dokupienia jedzenia niemal w każdej wiosce (taki patent doskonale zdał egzamin podczas poprzedniej naszej wyprawy rowerowej w inny rejon Polski), nie obciążaliśmy niepotrzebnie sakw konserwami w puszkach, torebkami z ryżem, zupkami chińskimi i innymi specjałami w proszku. Teraz jednak całkiem realnie pojawiło się przed naszymi oczami widmo głodu. Ponieważ jednak pedałowanie w terenie górskim z pustym żołądkiem nie należy do przyjemności, postanowiliśmy działać. „A może u was można kupić coś do jedzenia?” – zapytaliśmy tę samą kobietę, która przekazała nam wcześniej hiobowe wieści. W odpowiedzi zostaliśmy obdarowani chlebem i puszką paprykarza. Chleb był stary, a paprykarza nie cierpię, jednakże ucztę pod kapliczką będę długo wspominać. Zresztą już niedługo potem podjeżdżaliśmy 10-kilometrowym podjazdem żywiąc się jedynie kisielem, cukrem i magnezem w tabletkach. W kolejnych wioskach sklepów też nie było...
Tymczasem jednak nadal byliśmy we wsi Nowica, słynnej z wyrobu drewnianych akcesorii. Kiedyś w każdej niemal łemkowskiej wiosce można było kupić wyroby z drewna. Wędrowni handlarze wyprawiali się daleko poza obszar Łemkowszczyzny, by je sprzedać. Obecnie bezskutecznie aż w kilku miejscowościach pytaliśmy o możliwość zakupu takich pamiątek. O drewnianych zabawkach czy większych sprzętach gospodarstwa domowego już dawno zapomniano. Tylko w Nowicy udało nam się dostać kilka łyżek. Jedna kosztowała niecałą złotówkę...
W Kunkowej akurat kończyła się msza. „Dzierżisia” – żegnali się ludzie rozchodząc do domów. Takie proste słowa uświadamiały nam, że znajdowaliśmy się w krainie o odrębnej kulturze, a nawet języku. Wkraczaliśmy w świat wiosek totalnie odciętych od świata. By dojechać do Kunkowej, trzeba było najpierw podjechać pod górę, a potem ostro zjechać w dół. By natomiast dostać się do Nowicy aż siedem razy musieliśmy przeprawić się przez rzekę. Za Wołowcem czekały nas kolejne strumienie. Pierwsze rzeczki dawało się przejechać rowerem, gdy uniosło się tylko nogi do góry, by nie zamoczyć butów. Przez następne trzeba było przeprowadzić rower, samemu wyszukując kamienie, dzięki którym udawało się pokonać wodę suchą stopą. Kolejne przeprawy wymagały już myślenia strategicznego. Gdy nie udało nam się ochronić butów przed zamoczeniem, opracowaliśmy następujący plan - ściągnięte z rowerów sakwy oraz powiązane sznurkami i przełożone przez ramię buty przenosiłam ja, rozkładając całą operację na dwie tury. Mój partner zajmował się natomiast transportem rowerów na swych barkach. Prąd rzeczny usiłował nas wepchnąć do wody, a żeby nie kaleczyć stóp o kamienie i móc lepiej utrzymać równowagę, zakładaliśmy sandały. Nieraz zazdrościliśmy krowom, które z gracją pokonywały nurt, udając się z pastwiska na wieczorny spoczynek.
Nieznajowa - wioska, która nie istnieje.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Ostatnie przeprawy czekały nas przy wiosce Nieznajowa. Wiosce nieistniejącej. Droga kończyła się w rzece, a po drugiej stronie rozpoczynał się obszar kryjący duchy przeszłości. Wypukłości obrośnięte obecnie trawą były zapewne kiedyś fundamentami domów i fragmentami gospodarstw, a zdziczałe drzewa owocowe przypominały o istnieniu w tym miejscu dawno temu sadów. W oddali dostrzegliśmy kilka krzyży: „Cmentarz łemkowskiej wsi Nieznajowa wysiedlonej w roku 1945” – głosił napis. A więc jednak istniało tu kiedyś życie...
Przekroczyliśmy rzekę i powróciliśmy do świata realnego. Tę noc spędziliśmy w przesympatycznej bacówce pełnej życia, gry w karty, śpiewów, a przede wszystkim mnóstwa ludzi i ciekawych historii.
Często po powrocie tęskniliśmy za nierealnym światem, łąkami spowitymi mgłą, z majaczącymi na horyzoncie białymi punkcikami, którymi mogłyby być pasące się na halach owce, ale równie dobrze rozrzucone przez naturę kamieniami. W uszach do dziś dźwięczy mi słyszany gdzieś od strony lasu śpiew. Pasterza czy dawnych mieszkańców tych okolic?
Kamila Gruszka
Artykuł ukazał się w "n.p.m.", nr 11 (56) listopad 2005.

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
