Wraz z koleżanką odbyłam prawie trzymiesięczną podróż po Azji. Chciałam zobaczyć Himalaje...
Trasa początkowo biegła szlakiem transsyberyjskim przez Moskwę i Irkuck do Mongolii, następnie dotarłyśmy do Chin, by z Chengdu dostać się do Tybetu. Tam spędziłyśmy prawie miesiąc, odwiedzając zagubione w górach klasztory i pijąc maślaną herbatę z Tybetańczykami. Nepal i Indie były ostatnimi państwami na trasie naszego wyjazdu.
Jednymi z jego owoców są maile wysyłane do Polski, stanowiące swoisty dziennik wyprawy.
Jesteśmy w Ułan Bator w Mongolii. Właśnie korzystam z Internetu w jurcie.
W hotelu podłoga za 2 dolary, w to wliczone śniadanie. Jest prysznic z ciepłą wodą, balia do prania, kuchnia. Pełne wygody, a sam hotel w dzielnicy jurtowisk.
Do Nauszek na granicy z Rosją podróż minęła bez problemów. Tam się okazało, że wyrzucono z pociągu grupę Polaków. My spotkaliśmy innych, którzy próbowali przedostać się do Mongolii przejściem drogowym, ale też ich cofnięto. Powód? Mieli przy sobie dolary. Jest ponoć przepis, że z Rosji nie można ich wywozić. Długo naradzaliśmy się, co robić. Zamieniać na ruble? W końcu zdecydowaliśmy się na przemyt w szamponie i w musztardzie, zapakowane szczelnie we folię.
W każdym razie przepuścili nas. Jesteśmy tu. Dzisiaj pierwszy raz jemy ryż, bo jak na razie żyliśmy na zupkach i pirożkach.
***
Chyba zaczyna mnie wciągać. Na jutro rano mamy załatwiony transport. Spisana umowa, wszystko jak należy. Ale ile nas to kosztowało! Walka z mafią samochodową, pół dnia spędzone na dworcu autobusowym. Jak wszystko wyjdzie, to zrobimy piękną 16-dniową trasę po Mongolii. Jedziemy z dwoma innymi ekipami z Polski, razem 9 osób. Wyjdzie ok. 80 dolarów na łepka na ponad dwa tygodnie. Chyba że nam się samochód zepsuje, to posiedzimy dłużej. Złożyłyśmy papiery o wizę chińską. Odbieramy po 31 lipca, a pociąg z Ułan Bator do granicy chińskiej kosztuje tylko 4 dolary.
***
Jesteśmy z powrotem w Ułan Bator po dwóch tygodniach w stepie wśród jurt, kóz, owiec, wielbłądów i Mongołów.
Tak naprawdę niesamowite przygody. Spił nam się kierowca i rozstaliśmy się z nim w końcu, ale i tak zobaczyliśmy, co chcieliśmy.
Dwa najcudowniejsze dni w siodle. Galopowałam po stepie mongolskim!
W górach mniej szczęścia, bo nie mogliśmy znaleźć Otchon Tengri, na które planowaliśmy wejść, ale i tak padła górka trzytysięczna z lodowcem szczytowym. Były jeszcze wulkany i jeziora.
I moje pierwsze widziane na własne oczy klasztory buddyjskie, mnisi i sutry, młynki modlitewne i owo z niebieskimi szarfami na każdej przełęczy.
Jedzenie mongolskie składa się głównie z baranów: chuszury, czyli mięso baranie w cieście, ryż z mięsem baranim, baranie mięso z makaronem. Popijane ajrakiem smakuje nieźle.
***
Chiny – kosmos! Dzwonki, trąbki, klaksony. Hałas. Rowery i ryksze. Jedzenie na ulicy. Naprawa dętek, pompowanie rowerów i fryzjer też. Portret Mao wiszący na Placu Tiananmen.
***
Za chwilę jedziemy na dworzec. Czekają nas 32 godziny na hard seats. Nie będzie chyba tak źle. Jechaliśmy już takim pociągiem, siedzenia takie, jak z Wągrowca do Poznania, tylko że tam jadę 1,5 godziny.
Objadamy się strasznie. Wszystko tu tanie, placki z ulicy za 50 groszy. Kilogram gruszek, pomidorów tak samo. Pyszny jogurt za złotówkę. Najlepsze, co może być na świecie. Dostaje się gliniany kubeczek ze słomką.
***
Przeżyłyśmy 32 godziny w pociągu z Pekinu do Chengdu. Myślałam, że problemem będą tylko miejsca siedzące. To było nic w porównaniu do tłumu ludzi kłębiącego się w wagonach. Mieli bilety bez miejscówek. Pociągi rosyjskie za łapówkę się nie umywają.
Jutro wylatujemy do Lhasy. To najprostsza rzecz pod słońcem dostać się dzisiaj do Tybetu. Chengdu przywitało nas niemal neonami reklamującymi Tibet package tours. Uczestniczymy w chińskim rządowym programie promocji tego "autonomicznego regionu Chin", wykupując wycieczkę.
Rezygnujemy z trzech dni zwiedzania, biorąc tylko lot do Lhasy. Więc chociaż trochę jest nielegalnie i konspiracyjnie.
Dwa dni jeździłyśmy na rowerze. Informuję, że Chengdu to 9-milionowe miasto i tylko raz się tu zgubiłam, uniknęłam też wypadków.
Zwiedzałyśmy świątynie. Bardzo nam się podobała taoistyczna z mnichami w kokach na czubku głowy. Dzisiaj byłam zobaczyć pandy w zoo. Biedne dwie siedziały za brudną szybą na betonie bez ani jednego zielonego krzaczka. Jedynie witki bambusowe porozrzucano na ziemi.
Wczoraj też poszłam na tradycyjny chiński masaż. Nic specjalnego. Nawet mnie nie nasmarowali olejkiem. Obok inni Chińczycy przechodzili to samo.
Poza tym stałam się właścicielką metrowej długości bambusa. Byłyśmy w parku bambusowym i akurat jacyś robotnicy wycinali kilka drzewek, więc na migi poprosiłam o jedną witkę. Specjalnie dla mnie jeden z nich uciął kawał drzewa, przyciął tam, gdzie trzeba, no i mam kolejny problem, o który muszę się martwić w podróży.
Schudłam bardzo, choć się objadam chińskim tłustym jedzeniem. Tutaj bardziej opłaca się iść do restauracji, niż coś kupić i przyrządzić. Dla przykładu: pół litra mleka kosztuje 2,50 Y, a ryż z warzywami w restauracji, porcja za duża nawet dla dwóch osób: 3-4 Y.
Za oknem szaleje monsun burzowy. Istnieje prawdopodobieństwo, że przecieknie nam dach w hotelu, bo śpimy w czymś w rodzaju zadaszonego tarasu.
***
Po tygodniu pobytu w Lhasie.
Tak jak nie wiedziałam, czego oczekiwać i sceptycznie byłam nastawiona do Tybetu, tak od pierwszego dnia nie potrafię oprzeć się czarowi tego miejsca. To wszystko, co wcześniej napisano o Krainie Śniegów w kategoriach magii i snu jest prawdą!!!
Włóczymy się po klasztorach i pustelniach Lhasy i okolic. Mnisi i mniszki z czcią całują zdjęcie Dalajlamy z naszej książki o Tybecie i wyciągają języki na powitanie.
Codziennie widzimy setki Tybetańczyków kroczących z młynkami i robiących korę (rytualne okrążenie świętego miejsca) wokół Dżokhangu (główna świątynia Lhasy) i Potali. Jednocześnie jednak kamery na placu Barkhor, podsłuchy w klasztorach i chińscy policjanci nie dają zapomnieć o smutnej rzeczywistości.
Jutro wyruszamy na 10-dniowy trekking od klasztoru w Curpu do innego – w Jangpaczen i dalej do śwętego jeziora Nam-co. Próbujemy się przemknąć bez pozwoleń.
***
Właśnie zakończyliśmy kilkudniowy trekking z jakiem i tybetańskim przewodnikiem. Potem było już tylko czterodniowe byczenie się nad świętym jeziorem Nam-co z widokiem na siedmiotysięcznik, miejsce wspominane przez Heinricha Harrera w 7 lat w Tybecie. Tybet pełen sprzeczności, ale nadal niesamowity. Mnóstwo pozytywnych kontaktów z samymi Tybetańczykami.
Najbardziej podoba mi się to, że kpimy z chińskich władz, rozbijając namioty tam, gdzie uważamy za stosowne bez żadnych pozwoleń.
Przed nami jeszcze tydzień w Tybecie. Planujemy Szigace i Gjangce, a potem dwudniowy maraton do granicy.
***
Jesteśmy wreszcie w Kathmandu. Między granicami chińską i nepalską złapałyśmy na stopa Anglika, który właśnie wracał z Sziszapangmy i zaprosił nas do taksówki, wynajętej na dojazd do Kathmandu. Ten etap podróży przejechałyśmy więc w luksusowych warunkach i za darmo.
Drogę z Szigace do granicy natomiast odbyłyśmy częściowo stopem. Co prawda miałyśmy załatwiony transport, ale kierowca się nie objawił. Na szczęście nie zapłaciłyśmy mu wcześniej i całość nam wyszła tak naprawdę ponad połowę taniej, choć to miała i tak być najtańsza opcja.
Jestem bardzo dumna z tego autostopu po Tybecie. Podróżowałyśmy w sumie cały miesiąc, w wielu bardzo miejscach zupełnie bez pozwoleń. Nie ma rzeczy niemożliwych. Największym absurdem jest to, że do pewnych miejsc nie można dostać się minibusem prywatnym, bo kierowcy mają zakaz zabierania obcokrajowców (przy mnie wyrzucono z samochodu Europejczyków, a samochód odtransportowano), ale jak najlegalniej w świecie wsiada się do oficjalnego państwowego autobusu i dojeżdża na miejsce. Tybet był bardzo trudny, pozbywanie się złudzeń na każdym kroku wobec Chińczyków, ale samych Tybetańczyków też. Na razie nie mogę się przestawić z Tybetu na Nepal. Z surowości nagle wjechaliśmy w obfitość, do miasta, które do złudzenia przypomina Londyn. Sklepy te same, knajpy i mnóstwo białasów.
Tęsknię za górami. Bardziej je było czuć w Tybecie niż tutaj, mekce wypraw himalajskich. W drodze do granicy cały czas miałyśmy przed oczami ośmiotysięczne himalajskie szczyty: Everest, Lhotse, Makalu, Shishapangma, Cho Oyu.
A największe doświadczenie Tybetu to przekraczanie przełęczy górskich w autobusie wypełnionym Tybetańczykami, kiedy w natężeniu obserwują drogę i wydają okrzyk radości i rytualne westchnienie ulgi, gdy osiąga się najwyższy punkt. Ściągają wtedy z głów kapelusze i tradycyjne czerwone przepaski.
Już jestem jedną nogą w domu, już widziałam Himalaje i największą górę świata. One są naprawdę ogromne i piękne. Ta Szisza nie jest ponoć taka trudna... I jest magiczna. Przez całą podróż opowiadałam na prawo i lewo, jak ją lubię, jak ta nazwa pięknie brzmi i na koniec spotykamy Anglika, który właśnie stamtąd wraca...
***
Dzisiaj przeprowadziłyśmy się do tak fajnego hotelu, że czujemy się, jak w domu i nigdzie nam się nie spieszy. W pokoju bambusowy fotel i półki, na które wypakowałyśmy wszystkie nasze rzeczy i prezenty z plecaków. Poczułyśmy się jak w domu.
Uciekłyśmy z Thamelu, gdzie zatrzymują się wszyscy turyści i jest najwięcej hoteli. Na Freak Street, znanej z czasów hippisowskich, jest spokojniej, taniej i widać prawdziwych Nepalczyków. Tam Londyn był, a nie Nepal. Sklepy z ciuchami, takimi samymi jak na Camdenie, tylko większy wybór. Wieczorami puszczają filmy w knajpach. Płyty z muzyką można kupić za 10 zł lub mniej.
Od jutra postanowiłam zwiedzać, bo dotychczas robimy tylko shoptrekking.
***
W Kathmandu zaczyna się festiwal Kumari, żywej bogini-dziewczynki Widziałyśmy ją już wczoraj zupełnie przypadkowo na małej uroczystości bez tłumów. Dzisiaj byłyśmy w świątyni małp, skaczą i wyrywają jedzenie z rąk. Piękna tam stupa jest na wzgórzu. Już się trochę przekonuję do Nepalu. Żałuję, że nie zrobimy żadnego trekkingu, bo w górach na pewno jest inaczej.
***
Jesteśmy w Pokharze. Dzisiaj było widać prawie całą Annapurnę. Piękna pogoda. Chmury były, ale ją samą zostawiły odsłoniętą. Można wypożyczyć łódkę i popływać po jeziorze. Jest też obóz Tybetańczyków. Rozmawiałam z dwoma babkami, ciężko mają.
Coś mnie nieźle ugryzło w nogę przy przeprawie przez dżunglę. Mam nadzieję, że nie mam w sobie żadnego pasożyta. But i skarpetka całe we krwi i trudno się goi. Oby tylko do Polski wrócić w całości.
A nastąpi to szybko.
***
Wczoraj aż do dzisiaj rano robiłyśmy maraton autobusowo-pociągowy z Pokhary do Waranasi. Jeszcze minibus w międzyczasie i ryksza. Nie zliczę przesiadek. W każdym razie dzisiaj rano wylądowałyśmy w Waranasi. Byłyśmy już nad świętą rzeką zobaczyć kremacje. Leży sobie ciało zmarłego na paru kłodach drewna i się pali. Ilość drewna zależy od pieniędzy, które za życia posiadał. W pewnym momencie zmarłemu odpadła noga, potem druga, a ręka dramatycznie sterczała uniesiona ku górze.
***
Mamy już kupiony bilet na ekspres nocny z Waranasi do Delhi. Będziemy tam jutro rano i wtedy prawdopodobnie się wyjaśni, kiedy wracamy. Jaka pogoda w Polsce? Jak się ubrać? Tutaj chodzę w koszulce bez rękawków i lungi, takiej indyjskiej szmacie przepasanej w pasie.
***
Znalazłyśmy samolot do Warszawy. Najśmieszniejsze jest to, że najtańsze połączenie do Europy jest właśnie do Warszawy. No chyba że się leci Uzbekistan Airlines, ale te i tak tylko do Frankfurtu. My lecimy Aeroflotem. W Polsce będziemy w poniedziałek 30.09 o 21.00.
***
Teraz czuję się usatysfakcjonowana.
Maile wysyłane do Darka pisała Kamila Balbus - Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
