Co zrobić, gdy zwykłe nabijanie kilometrów przestaje bawić? Trzeba znaleźć fajne plenery!
W ostatnim czasie moje treningi nie były idealne. Po pierwsze - nieregularne, po drugie - wolne, po trzecie - z ciągłym pytaniem z tyłu głowy, czy ja chcę to w ogóle robić. Najbardziej bolało mnie, że bieganie odbywa się kosztem życia rodzinnego. Że zamiast w góry na wycieczkę z dziećmi jadę na bieganie. Trzeba było coś zmienić.
Przygotowania do Mnicha w Szczawnicy (96 km) i warunki podczas biegu uświadomiły, że nie chcę biegać ultra dystansów. Zbyt dużo czasu zajmowały treningi i długie wybiegania. Do tego doszła świadomość, że nakładane na ciało obciążenia nie pozostają bez śladu. Tylko dobrze dopasowany plan przez trenera Ilyę Markova sprawił, że nie skończyło się to większą kontuzją.

Biegi górskie w Szczawnicy - dystans Niepokorny Mnich
Na szczęście Bieg Marduły w Tatrach przywrócił radość biegania i pewność, że jednak bardzo to lubię. Cieszyły widoki, a nogi same niosły, gdy dookoła było tak pięknie. Szybkie 32 km zleciało nie wiadomo kiedy. Postanowiłam nie wracać jednak do długich dystansów – takich powyżej 60 km. To jednak nie moja bajka.

Bieg Marduły w Tatrach
Cortina Trail w Dolomitach (48 km) potwierdził to, co już wcześniej przeczuwałam - że wolę skalne tereny niż taplanie się w beskidzkim błocie. Dobrze czułam się na eksponowanych ścieżkach i mój organizm radził sobie z wysokością. Choć nie obyło się bez kryzysów i ponownych postanowień, że kończę z bieganiem.
- Może przerzucę się na kije i długie górskie wycieczki? - myślałam już na 15 kilometrze.
Z górami nie potrafiłabym się jednak rozstać. Moc oraz radzenie sobie z trudnościami technicznymi na ostatnim zbiegu były dla mnie pozytywnie zaskakujące i dały niesamowitego kopa. Po raz kolejny uświadomiłam sobie, że bieganie daje mi zbyt dużą satysfakcję, żeby je tak łatwo odpuścić. To był świetny wyjazd łączący rodzinne zwiedzanie i aktywny wypoczynek w doskonałym biegowym towarzystwie.

Cortina Trail w Dolomitach
Przełomem pod wieloma względami była Ultra Fatra na Słowacji - wymagający bieg na dystansie 54 km z mocnymi podejściami i wspaniałymi krajobrazami, gdy już dotarło się ponad granicę lasu. Dokładnie pamiętam ten moment, gdy odpuściłam ściganie, a zaczęłam cieszyć się widokami. Miałam sporo czasu na przemyślenia. Przyjechałam w teren zupełnie mi nieznany. Właściwie nigdy wcześniej nie byłam w słowackich górach. Gdyby nie zawody, nie poznałabym tak wspaniałych terenów tuż za granicami naszego kraju. To wtedy dotarło do mnie, że lubię takie odkrywanie nowych miejsc – na biegowo. Kiedyś zaczęłam łączyć dwie pasje w jedno: bieganie i góry, teraz postanowiłam dorzucić do tego podróże. Zaczęłam już wcześniej, ale w trakcie Ultra Fatry wyszło z tego całkiem świadome postanowienie. Nie mogłam tego jednak robić na pełnym gazie. By dostrzec świat naokoło, należało nieco zwolnić. Rezygnacja z wyników sprawiła, że mniej ważne stały się regularne treningi. Ucichły wyrzuty sumienia z powodu nie realizowania planów np. podczas podróży, gdy ciężko znaleźć czas na cokolwiek dodatkowego. Radości natomiast dostarczały długie samotne wycieczki biegowe w nieznaną okolicę podczas wyjazdów. Nawet treningi niedaleko domu potrafiły dostarczyć niesamowitych odkryć. W takich przypadkach nogi same niosły.

Ultra Fatra na Słowacji
Wyjazd na Węgry tylko to potwierdził. Start we wpisanym na listę UNESCO skansenie Hollókő to była niesamowita frajda. Biegło się brukowaną ulicą między bielonymi domami, następnie w kierunku Szécsény przepięknie położoną ścieżką rowerową. Nawijka na 13 kilometrze i powrót do mety usytuowanej na zamku ponad wioską. W ramach pakietu darmowe zwiedzanie, a dla ochłody kubeł wody na głowę. Na dekoracjach tradycyjnie ubrani Madziarzy strzelali ze strzelb, a do jedzenia był gulasz – typowo węgierski :) Duża satysfakcja, bo nawet nie trenując regularnie okazało się, że jestem w stanie powalczyć podczas wcale nie tak łatwego biegu – w pagórkowatym terenie na dystansie 26 km udało się zająć 3. miejsce w kategorii wiekowej.

26 km na Węgrzech
Na koniec sezonu zostawiłam sobie Dalmacija Ultra Trail – zawody na 60 km w Chorwacji. Wątpliwości były spore. Czy dam radę bez specjalnego przygotowania przebiec taki dystans? Wskazówki trenera pomogły na szczęście wypełnić lukę spowodowaną kilkutygodniową przerwą i nadrobić nieco wakacyjne obijanie się. Aż trudno uwierzyć, jak łatwo i bez zmęczenia udało mi się ukończyć ten bieg. To głównie zasługa trasy. Wybrałam wariant nadmorski – Sea DUT.

Uchwycona na trasie Dalmacija Ultra Trail, 60 km. Fot. organizator DUT
Pierwsza część była najpiękniejsza. Najbardziej pamiętam ścieżkę biegnącą po zboczu schodzącym do morza. Z jednej strony góra, z drugiej przepaść i my na wąskiej dróżce. Kaleczyły kolczaste krzewy, uciążliwe były luźne kamienie, a podbiegi nie ułatwiały zadania. To była jednak dla mnie kwintesencja biegania: techniczny szlak i całkowicie biegowa trasa. Ogromna satysfakcja i osobista duma, że tylko kilka razy przeszłam do marszu. Druga część była zupełnie inna. Po wybiegnięciu z Omiša zaczęło się podejście, gdzie z pełną świadomością wyciągnęłam kije. Zwolniłam. Robiłam zdjęcia, cieszyłam się widokami na kanion Cetina i ucięłam sobie pogawędkę z panem na samozwańczym wodopoju.
- Ale to na pewno nie jest rakija? - upewniałam się, gdy nalewał mi przeźroczysty płyn z butelki. Chwilę wcześniej minęłam wystawioną na samochodzie orzechówkę z kubkami plastikowymi. Można było sobie samemu nalać.
- Cóż to biegniesz tak szybko, dziewczynko? – pytał staruszek siedzący pod kościołem.
Mijałam właśnie zabudowania górskiej wioski, zaglądając na podwórka. Tu kwiatek w doniczce, tam wywieszone pranie, a niemal wszędzie oliwkowe drzewa. Owoce zbierane na własny użytek przez mieszkańców zawożone są potem do olejarni. Znaczenie sformułowania „olej z pierwszego tłoczenia” wreszcie stało się dla mnie zrozumiałe.
Fotogaleria krajobrazów podczas biegu Dalmacija Ultra Trail:















Przypadkowy biegacz na trasie uświadomił mi, że mam o co powalczyć. Sprawdził moje nazwisko na wynikach on line, i okazało się, że jestem na 11 miejscu wśród kobiet. Do czasu aż spotkałam na trasie przede mną Chorwatkę. Koniec zdjęć i zachwytów. Schowałam komórkę, wyprzedziłam dziewczynę i zaczęłam finisz, żeby zmieścić się w pierwszej dziesiątce. Przy okazji minęłam też kilku panów. Po raz kolejny przekonałam się, jak bardzo nasze siły zależą od tego, co w głowie. Udało mi się w dobrej formie ukończyć bieg jako 10 kobieta po 8 godzinach i 53 minutach. Całkiem przyzwoity moim zdaniem wynik jak na krajoznawcze bieganie...
To był kolejny świetny wyjazd z ekipą Niepołomice Biegają w tym roku. Tym razem mieliśmy okazję poznać Chorwację po sezonie. Bez tłumów turystów i z pustymi plażami, ale nadal ciepłym morzem. Mam wrażenie, że po okresie kryzysu znalazłam swój sposób na bieganie. Bardzo mi odpowiada :)
Poniżej fotogaleria z Chorwacji po sezonie...

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
