Cudze chwalicie: Gdzie jest skarb komesa?

Ile w sumie jest dolinek jurajskich? Od czasu do czasu zadaję sobie to pytanie, ale dotychczas nie znalazłam na nie jednoznacznej odpowiedzi. Być może nie dość uważnie i skrupulatnie przeglądam zasoby internetu w poszukiwaniu kompletnej listy – spisu, z którego mogłabym wykreślać kolejne odwiedzone przeze mnie wąwozy, jary i kotliny.

Już dawno zdałam sobie sprawę, że Kobylańska, Będkowska i Bolechowicka to niejedyne dolinki, do których warto wybrać się na spacer, uciekając z pokrytego smogiem Krakowa. Zasiadam więc po raz kolejny nad mapą „Pierścienia Jurajskiego” i szukam celu na szybką wycieczkę. Tym razem pada na Dolinę Aleksandrowicką.

Śladami Jasia Wędrowniczka
Tak naprawdę dolina była moim potencjalnym celem już od dawna, choć muszę szczerze przyznać, że przez długi czas nie miałam pojęcia o jej istnieniu. Dopiero kilka lat temu, na trasie dojazdowej do Brzoskwini, gdzie często się wspinałam, pojawiła się tablica „Dolina Aleksandrowicka 1,5 km”. W 2011 roku, wykorzystując fundusze unijne, gmina Zabierzów zrealizowała projekt „Jurajski Raj”, mający na celu promocję najpiękniejszych jej zakątków w oparciu o istniejące szlaki turystyczne. Pobudowano wówczas drewniane wiaty, ławki i miejsca wypoczynkowe. Zorganizowano parkingi, a także nie zapomniano o stojakach na rowery. Zadbano też o oznakowanie mniej znanych obiektów. Dzięki temu w pewien słoneczny, choć mroźny dzień przed południem trafiam wraz z rodziną do wsi Aleksandrowice. Szybko lokalizujemy początek dolinki – świetne miejsce na piknik w bardziej sprzyjających okolicznościach pogodowych. Faktycznie zadbano o to, byśmy mieli gdzie przysiąść, a dzieci gdzie się pobawić. Kusi plac zabaw, ale tego dnia mamy inny cel: chcemy dotrzeć pod skałę zwaną Krzywosądem, gdzie w rozpadlisku tkwi nieodkryty do dzisiaj skarb. Zaprowadzi nas do niej czerwony szlak spacerowo-dydaktyczny. Na tablicy u wylotu doliny czytamy, że został on wytyczony przez okolicznych mieszkańców już w 2007 roku. Uporządkowali oni zaniedbane zachodnie zbocze i udostępnili je zwiedzającym. To właśnie tam kryją się najciekawsze zakątki doliny.

Wspinamy się początkowo dość mocno pod górę. Prowadzą nas znaki czerwonego „Jasia Wędrowniczka” z kijami oraz biało-czerwone kwadraty. „Jasie” wyznaczają trasę dla amatorów nordic walkingu, kwadraty – dla turystów pieszych. Ale tak naprawdę ścieżka w Dolinie Aleksandrowickiej o długości 2,3 km jest ta sama dla jednych i drugich. W pewnym momencie łączy się z czarnym szlakiem przecinającym wieś.

Po kilkusetmetrowym podejściu, porządnie zmęczeni, docieramy do tarasu widokowego ubezpieczonego barierkami. Chronią nas one przed upadkiem w przepaść z czubka kilkudziesięciometrowej skały na samo dno doliny. To właśnie stąd został strącony fałszywie oskarżony sługa komesa Mateusza – pana na Morawicy. Legenda mówi, że komes polował w okolicznych lasach. W pewnym momencie oddał pod opiekę swemu słudze konia, a sam oddalił się w niewiadomym kierunku. Zaniepokojony długą nieobecnością pana sługa poszedł go szukać. Odnalazł nie tylko jego, ale i skarb, który ten wcześniej znalazł w pieczarze. Aby tajemnica nie została zdradzona, komes urządził nad swoim sługą sąd za rzekome pozostawienie przezeń bez opieki jego ulubionego konia, którego w tym czasie rozszarpał niedźwiedź. Ale – żeby sprawiedliwości stało się zadość – komesa spotkała za ten czyn surowa kara. Wkrótce został on pokąsany przez żmije i zmarł, nie wyjawiwszy miejsca ukrycia bogactw. Zainspirowani legendą skrupulatnie przyglądamy się skałom. Może uda się znaleźć na nich jakąś wskazówkę na temat miejsca położenia skarbu? Niestety, mimo podjętych licznych prób nie dostrzegamy żadnego wejścia do jaskini, w której mógłby się on znajdować.

Jura czy Toskania?
Na grzbiecie zachodniego zbocza jesteśmy około godziny 11. Od tego momentu trasa robi się dość ciekawa, a nawet emocjonująca. Wiedzie ścieżką wzdłuż stromych ścian. Podziwiamy kolejno najbardziej znaną tu skałę – Krzywosąd (zbudowany z odpornego na wietrzenie wapienia skalistego górnej jury), a następnie Głowę Słonia. Na obu z nich w latach 2000-2007 wyznaczono kilkanaście dróg wspinaczkowych, obecnie - mam wrażenie - niezbyt popularnych. Widoki, jakie z nich mamy, potrafią przyprawić o zawrót głowy. Jesteśmy w podkrakowskiej Jurze, a wrażenia mamy co najmniej jak w wysokich górach. Ale za to właśnie lubię te tereny. Jeśli mam ochotę na szybki wypad na łono natury, połączony ze spacerem w wymagającym terenie, z braku czasu zamiast gór wybieram właśnie podkrakowskie dolinki. Droga dojazdowa wiodąca pośród wiejskich zabudowań rzadko zdradza późniejsze atrakcje. Wystarczy jednak przejść parę metrów, by wyłoniły się przed nami wapienne skały na tle niebieskiego nieba, otoczone zielenią krzewów i łąk lub brązem jesiennych, szeleszczących pod nogami liści, jeśli traficie tu tak jak my jesienią. Początkowo wędrujemy wśród drzew w ponurym półmroku, ale na szczęście po 20 minutach docieramy do znaku informującego o punkcie widokowym. Niewiele myśląc, decydujemy się na odbicie od trasy na drugą stronę zbocza. Jak się wkrótce okaże, to dobra decyzja.

- A my to jesteśmy w Polsce czy już może na południu Włoch? - zastanawiam się po chwili, gdy znienacka zostaję oślepiona mocnym światłem słonecznym.
Oto dotarliśmy bowiem do sadu z rządkiem starych drzew. Czytałam, że w tej okolicy, za czasów Zygmunta Starego, uprawiano winorośl, brzoskwinie i morele. Podobno rosły tu nawet drzewa figowe! I choć wcześniej wydawało mi się to mocno podejrzane, tutejsze słońce przekonuje mnie, że tak właśnie musiało być. Ni stąd, ni zowąd robi się na tyle ciepło, że nasze dzieci zaczynają rozpinać kurtki i ściągać szaliki. A przecież według kalendarza mamy pełnię jesieni! Jędruś kładzie się na trawie i oświadcza nam, że tak właśnie zamierza spędzić resztę dnia. Dajemy mu chwilę odpocząć, ale po chwili wspólnie ruszamy dalej. Docieramy do skarpy nad szosą, gdzie niestety okazuje się, że z opisanych na tablicy obiektów niewiele jesteśmy w stanie dojrzeć.
– No cóż, ten punkt widokowy jest zapewne bardzo atrakcyjny, ale nie gdy słońce świeci nam prosto w twarz – mówię do Darka.

Jako że widoków brak, wracamy na właściwą trasę wycieczki. Na nowo zagłębiamy się w las, który na tym odcinku nie jest już tak gęsto usiany buczyną. W rezultacie przynajmniej w partiach grzbietowych nie wędrujemy w półmroku. Nasza ścieżka wiedzie teraz w niewielkim obniżeniu w dół doliny.
Pół godziny później jesteśmy przy kolejnych skałkach w miejscu zwanym Podskale. Stoją pod nimi metalowe ławki przytwierdzone do drzew grubymi łańcuchami. Wyglądają jakby ktoś je przeniósł wprost ze starych autobusów. Tyle że tam służyły pasażerom, a tutaj - zakochanym. Nad jedną z nich odkrywamy wyżłobione w korze inicjały w otoczeniu serduszek. Wcześniej po drodze mijaliśmy sporo drzew splecionych w miłosnym uścisku. Wyrastały obok siebie i owijały jedne naokoło drugiego, często będąc malowniczo pokryte bluszczem. Dziwnie to wygląda i tylko pogłębia wrażenie nierealności tego miejsca.

Uwaga bobry!
Na zegarkach druga. Czas na powrót prosto do parkingu. Szlak jednak najpierw zakręca, a potem ostro prowadzi w dół, obok niewielkiej rzeczki. Po kilkuset metrach czeka nas kolejna niespodzianka.
– Popatrzcie, tu chyba urzędowały bobry – wędrująca dziś z nami babcia zwraca naszą uwagę w stronę wyraźnie pogryzionych drzew.

Faktycznie tuż przy bardziej podmokłym terenie kilka z nich nosi ślady ostrych bobrowych zębów. Część leży powalona, a jedno - dobrze już nadgryzione - ewidentnie grozi przewróceniem w którąś ze stron. Przyglądam się mu dokładniej, sprawdzając, czy nie stanowi dla nas zagrożenia, ale ostatecznie uznaję, że bobry to mądre zwierzęta, a zatem i to drzewo - jeśli się przewróci - upadnie na stronę rozlewiska. Dzieciaki oglądają bobrzą robotę: rozrzucone dokoła wióry i fragmenty niektórych pni ogołocone z kory, która jest dla tych zwierząt prawdziwym przysmakiem. Są zachwycone.
Dalsze efekty pracy bobrów podziwiamy już z mostku, na który wyprowadza nas łączący się tu z czarnymi znakami nasz szlak. Bacznie przyglądamy się tamom zbudowanym z powalonych drzew i gałęzi. Dostrzegamy też kolejne, już przygotowane do transportu drzewa, które leżą po drugiej stronie strumienia. Wcale nie tak łatwo się tam dostać! Mostek, choć niezbyt okazały, pokonujemy bez problemu. Nieco gorzej idzie nam z błotnistymi schodkami uformowanymi w skarpie, które po wcześniejszych opadach deszczu okazują się wyjątkowo śliskie.

Na parking przy boisku sportowym wracamy drogą, którą wcześniej pokonaliśmy samochodem. Spotykamy na niej pary spacerowiczów, z którymi minęliśmy się już dziś wcześniej na szlaku. I to chyba usypia naszą czujność. Kilka minut później orientujemy się bowiem, że minęliśmy część szlaku wiodącego wschodnim zboczem. Pocieszamy się, że najciekawsze fragmenty udało nam się zaliczyć. Z drugiej strony zastanawiam się, czy zawiodło oznakowanie, czy też może przyczyną tej pomyłki jest nasza zbytnia ufność w łatwość trasy. Mapa całą drogę leży schowana w plecaku. A tu okazuje się, że nawet na spacerowej ścieżce należy zachować czujność... Dzieci nie mają ochoty wracać na zgubiony szlak, brakuje im też sił, by myśleć o zabawie na pobliskim placu zabaw. Wracamy więc prosto do auta. A kosztowności komesa Mateusza zostawiamy dla innych odkrywców. Choć kto wie - może następnym razem uda się nam je znaleźć?

 

Tekst: Kamila Gruszka

 

 

Pełną wersję artykułu wraz z informacjami praktycznymi można znaleźć w grudniowym wydaniu magazynu "npm", nr 12 (165) grudzień 2014 r.

 

 





 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...