kronika rodzinna
2017-06-30
DOLOMITY: Lavaredo Ultra Trail. Historia jednego zdjęcia

"Tata, robimy daba?" "Tak, robimy!"

 

Moje zwariowane dzieci czaiły się na mnie na ostatnich kilkuset metrach 120-kilometrowego biegu po 22 godzinach i 14 minutach wysiłku. Czy można wymarzyć sobie coś piękniejszego? Chyba nie. 100% radości w radości. I nawet podskoczyć można. Trochę koślawy ten dab, ale zawsze to dab. Dzieci z taty zadowolone… Cały wyjazd uczyły nas, dorosłych, jak je robić prawidłowo.


Start o 23.00 po wysłuchaniu świętego dla Włochów Ennio Morricone. Ciary na plecach. Szpaler kibiców. Ludzie entuzjastycznie klaszczą, krzyczą, fotografują… Myśl, że się uczestniczy w czymś, na czym było się skupionym przez niemal 2 lata... Wszystko służyło temu. Każdy inny start podporządkowany był właśnie pod ten. Tak, to jest ten dzień.

 

Przez następne kilometry w głowie jedyna myśl: trzymać się planu, nie dać się zwariować, nie przyspieszać, nie zepsuć - nawet jak będą mnie wyprzedzać grube i stare Włoszki… Czy ci ludzie powariowali – sapią już na 10 km? Pilnowałem się, żeby nie szaleć na zbiegach i oszczędzać się na podejściach. Wszystko na „pół gwizdka”.

 

Pogoda doskonała: rozgwieżdżone niebo, choć dzień wcześnej waliło gradem o tej godzinie. Dzięki Ci, Boże.


Pamiętam tylko jedną wywrotową czarną myśl z 20 km: „O, przebiegłeś już 20 km, pozostało jeszcze 100…”. Takie „zło” trzeba odpędzić i to szybko. Racjonalny mózg powie wtedy: „To niemożliwe” i… po biegu… Skupiałem się tylko na kolejnych punktach: co na nich zjem, jak będą wyglądały, ile km do najbliższego. Skąd ci kibice w środku nocy w lesie? Włosi są niesamowici…


Leśny zbieg do Misuriny na 40 km - jeszcze w nocy, ptaki zaczynają śpiewać. Bieg już w samotności. Gdzie ten tłum biegaczy się rozszedł? Odnajduję ich na pętelce wokół jeziora. Zaczyna robić się jasno. Grube podejście przed nami. Na szczęście jest moc w nogach i radość, że to wszystko dzieje się naprawdę, że za chwilę będę w najpiękniejszym miejscu Dolomitów: Tre Cimy po 7, 5 godzinach. Według planu miało być po ośmiu. Mam nadzieję, że nie przegiąłem.


Punkt odżywczy przy schronisku Auronzo na niemal 2500 m n.p.m. i po 48 km biegu. Szybki rosół na śniadanie i dzida dalej. Ostre poranne powietrze, morze mgły na dole, słońce ledwo co wychodzi. To jest „TO”! Miejsce i ten czas, po to tu jestem. Widać, kto jest pierwszy raz – ludzie wyciągają telefony i fotografują. Nie dziwię się im - jest tak pięknie, że ciężko się oprzeć. Na szczęście ja na to już nie tracę czasu. Siły dodaje mi myśl, że tyle razy tu byłem z najbliższymi - przyjaciółmi i rodziną. Kończy się „sanktuarium Tre Cim” i zaczyna się dość nurzący zbieg, a na końcu mega masakrycznie monotonna szutrówka.

 

Następne myśli to przepak na 66 km. Dotrzeć do niego i stracić jak najmniej czasu. Przez kilkanaście kilometrów knucie planu, jak to zrobić, żeby było szybko. Układałem po kolei czynności: dolanie vitargo do bukłaka, przebranie się, elektrolity do flasków. Jestem tu po 10 godzinach. Zgodnie z planem. Na przepaku widać już pierwsze ludzkie zwłoki: ludzie śpią, leżą, siedzą z głowami w dół, jacyś tacy otumanieni: czy ja też tak wyglądam? Może to ja mam spowolnione ruchy? Całość operacji najedzenia się, przebrania się i dopełnienia plecaka płynami oraz żelami zajmuje mi ok. 15 min. Nie jest jednak źle. Wracam na szlak.


Zaczyna się upał. Następny punkt na 75 km, ale mój cel obecnie to ta piękna dolinka, którą pamiętałem z zeszłego roku z Cortina Trail. Będzie gdzieś na 85 km. Taaak! Będzie pięknie - ta myśl trzyma mnie przy życiu. Niestety, pojawia się „zgrzyt”. Na ok. 80 km moje prawe kolano powiedziało: „Darku, mam już, kurwa, dość. Daj mi odpocząć, zaczynam boleć i mam w dupie Twój wielki plan”. Na ostrych zbiegach zamiast pędzić w dół, trzeba było schodzić, a na co łagodniejszych delikatnie truchtać z przerwami co ok. 200 m. Kłujący ból był ciężki do zniesienia. Słabo się zaczęło robić, bo zostało jeszcze 40 km, a straty czasowe wynikające z buntu na pokładzie zapowiadały się spore…

 

Trzeba myśleć optymistycznie i pomalutku dotrzeć do mety. Trudno, chyba nie będzie już tych zaplanowanych 19 -20 godzin. Wpuszczam kolejne „dobre myśli” do głowy. Na 92 kilometrze na przełęczy Falzerego będzie czekać na mnie Kinga Pachura i Magda Przystasz. Ale fajnie!!! Pogadamy, dowiem się, jak idzie innym. Tak, będzie spoko. Lecimy! Po drodze czekał mnie niestety cudowny zbieg, który… musiałem przekuśtykać i przetruchtać. Myśl o tym, jak na Cortina Trail w zeszłym roku tu grzałem na maksa w stanie euforycznym tym razem frustrowała mnie…, ale cóż: „lajf is brutal and full of zasadzkas”.


Na 92 km Kinga poopowiadała mi, jak dobrze wyglądam, jaki mam świetny czas i że został mi tylko półmaraton do przebiegnięcia, że to już naprawdę blisko. Na każdą czarną myśl znalazłaby dobrą i pozytywną odpowiedź. Mówię: ”Zbiegać nie mogę”. „Nie martw się – bardzo dużo podejść przed Tobą” (jeszcze trzeba było wejść na prawie 2400 m n.p.m.). „Ten ostatni zbieg do Cortiny to sobie przejdziesz.” Dziękuję, Kinga!


Na podejściach nic nie tracę, wręcz wyprzedzam ludzi i to był pierwszy mój występ, w którym cieszyłem się przed każdą górką. Szedłem tyle, ile mogłem i nikt mnie nie wyprzedził. Natomiast zbiegi były „rzeźnią”. Na przełęczy Giau na 102 km zaczęła straszyć burza. Bałem się, że powtórzy się historia sprzed kilku lat, kiedy przestali puszczać ludzi ze schroniska. Na szczęście, tak się nie stało. Jeszcze dwa mocne podejścia i już zbiegi do Cortiny. Ostatnie „kultowe” 10 km było istną mordęgą. Nie był to zbieg – to było schodzenie. Miałem wrażenie, że wyprzedzili mnie już wszyscy. Kolano cały czas mówiło: „Darku, wal się na ryj, nie współpracuję już z Tobą”. Z perspektywy czasu myśl o tym, ile straciłem, nieco mnie frustruje – bo 10-kilometrowy zbieg zajął mi 1,5 h. Gdy przełożymy to na całe 40 km bólu kolana wyjdzie, że niezłe plecy czasowe zaliczyłem. Ale cóż, nie musi być tak, że zawsze na 100% ultra wyjdzie i wszystko się uda…


Wbieg do Cortiny to już przeżycie z cyklu mistycznych: biegniesz zagłębiony w swoje myśli, chyba lekko nieprzytomny, odizolowany od świata, a tu na przedmieściach ludzie w oknach i na balkonach krzyczą „brawo!!!" W samochodach otwierają się okna i uśmiechnięci kierowcy wołają „ultimo kilometro”, „forza!”, „grande”!


Zaczyna się deptak i ostanie 500 m. Ogródki piwne, ludzie odrywają się od kolacji, klaszczą, uśmiechają się, widzę wszędzie po bokach ludzi, którzy krzyczą coś po włosku. Ostatnie 300 m. Jest Dominika i Jędrek! Na metę wbiegamy razem. O tym myślałem przez ostatnie 20 km… Czuję się, jakbym wrócił z dalekiej podróży. „Tata, zrobimy daba?” Tak, zrobimy…

 


Nie wszyscy wyprzedzili mnie na zbiegach: ostatecznie zająłem 398 miejsce na 1513 startujących – wybaczam kolanowi :)


Ilya Markov, trenerze, dziękuję, że po raz kolejny pomogłeś mi w realizacji marzeń.  
 

 
Autor: Darek Gruszka

Ulubione aktywności to: bieganie (udział w maratonach i w biegach górskich), jazda na rowerze, narty i sztuki walki. Motto życiowe: "Jeżeli nie masz na utrzymaniu rodziny, nie grozi ci głód, nie jesteś Tutsi ani Hutu i te sprawy, to wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: co lubię w życiu robić. A potem zacznij to robić..." ("Chłopaki nie płaczą"). Pomimo tego, że ma na utrzymaniu rodzinę, robi to, co lubi i jeździ w różne miejsca...


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...