Dzień dobry, panie reniferze

Pakujemy do bagażnika samochodu wszystko, co potrzebne, czyli: jedzenie, sprzęt biwakowy, grzewczy, prysznic solarny, baniak na wodę. Nie zapominamy o dzieciach i... ruszamy przed siebie. Tak zwykle wyglądają nasze wyjazdy, a Finlandia wydawała się idealnym krajem na rowerowe zwiedzanie.

Samowystarczalnie, z dużym poczuciem wolności i zazwyczaj blisko przyrody. Omijamy miasta, a raczej chłoniemy krajobrazy. Wyszukujemy klimatyczny kemping lub rozbijamy się na jakiejś polance na dziko i stamtąd udajemy na wycieczki piesze lub rowerowe. Po kilku dniach zwijamy obozowisko, przemieszczamy się w inne miejsce i tak w kółko, aż nam się nie znudzi albo urlop dobiegnie końca. Wędrując pieszo lub jeżdżąc rowerem, zauważa się więcej szczegółów, a wspomnienia miejsc wydają się pełniejsze. Spoglądając na świat zza szyby samochodu, jedynie ślizgamy się po jego powierzchni. A przecież po to wyjeżdżamy, by do głębi go doświadczyć.

Dramat na prom i cztery rowery

Byłam naprawdę zła, że zabraliśmy na wakacje nasze rowery. Próbowałam przeciskać się między samochodami czekającymi w kolejce na prom, prowadząc dwa jednocześnie. Za mną, prawie ze łzami w oczach, moja siedmioletnia córka starała się opanować rower swój i brata. Zdecydowaliśmy się ściągnąć je z bagażnika rowerowego i wprowadzić na prom, bo gdybyśmy zostawili na dachu, musielibyśmy zapłacić za bilet z Tallina do Helsinek cenę jak za samochód dostawczy. Byłam skłonna uiścić opłatę nawet za ciężarówkę, gdy po raz kolejny stuknęłam kierownicą czyjeś lusterko samochodowe. Ta historia nie skończyła się jednak po dotarciu, zgodnie z instrukcją pani z okienka, do początku kolejki.
- Macie bilety na rowery?
W odpowiedzi na pytanie popatrzyłam zdziwiona na pana pilnującego porządku. Cierpliwie tłumaczyłam całą sytuację. Że gdy kupowaliśmy bilety, pan w kasie poinformował nas, że być może będziemy proszeni o ściągnięcie rowerów, ale jest duże prawdopodobieństwo, że nie okaże się to konieczne i że zależeć to będzie od miejsca na promie. Że pytaliśmy o to panią przy wjeździe na przystań. Że kazała nam zdjąć rowery z dachu, ale nic nie wspomniała o biletach. Że jak ja mam teraz się cofnąć, żeby je kupić, jeśli stoję tu z dwoma dużymi rowerami, dwoma małymi, dzieckiem, a pieniądze i dokumenty ma mój mąż, który z synem czeka gdzieś pośród tych mnóstwa samochodów, a być może już zdążył wjechać na prom i że jak na złość nie odbiera telefonu? Pan był nieugięty... Na szczęście nasz samochód cudem odnalazłam. Dominika z rowerami została w bezpiecznym miejscu pod okiem ochroniarzy, a ja pobiegłam z portfelem do pani, z którą rozmawialiśmy wcześniej.
- Ale przecież wy macie bilety na rowery! – pani z okienka szybko przerwała mój nerwowy wywód. Zdumienie zapewne bardzo wyraźnie malowało się na mojej twarzy. Po chwili dotarło do mnie: estońskie „jalgratas” na bilecie oznacza rowery!

Biwak dla każdego

Postanowiliśmy objechać Finlandię według klucza przyrodniczego i odwiedzić wyszukane w internecie parki narodowe, posiadające sieci szlaków rowerowych. Na stronie outdoors.fi – niesamowitym źródle do określania potencjalnych celów podróży według rodzajów aktywności – szczególnie wpadły nam w oko trzy: Nuuksio, Seitseminem i Syöte.

Do Nuuksion kansallispuisto zajechaliśmy prosto z promu. Oddalony zaledwie o 30 km od Helsinek stał się naszym pierwszym domem w Finlandii. W sensie jak najbardziej dosłownym. W całej Skandynawii funkcjonuje tak zwane prawo dostępu. Wszyscy obywatele mają prawo do przebywania w środowisku naturalnym i do korzystania z jego uroków. W praktyce oznacza to możliwość rozbicia namiotu niemal w każdym miejscu, na jakie przyjdzie nam ochota, oczywiście jeśli nie będzie to podwórze czyjegoś domu.
- Jeśli ktoś chciałby usunąć was siłą, możecie wezwać policję! – instruowali nas Finowie. Nie jest to więc tylko zwyczajowe prawo. Pewne ograniczenia istnieją w parkach narodowych, ale tam przygotowane zostały specjalne miejsca z wszystkim, co turystom plecakowym potrzebne jest do życia w lesie.

Porządek po fińsku

Nad ranem jedziemy na parking w miejscu zwanym Haukkalampi. Według mapy mamy niecały kilometr do obozowiska. Rowery przydają się już na samym początku - do szybkiego przemieszczenia z parkingu, bo dalej wjazd autem jest zabroniony. W czasie gdy ja i dzieci próbujemy dospać jeszcze kilkadziesiąt minut w samochodzie, Darek dociera nad jezioro, na ktorego brzegu wyznaczono platformy na namioty. Na skale z niesamowitym widokiem na przeciwległy, klifowy brzeg postawiono stolik i siedziska. Dodatkowo pobliskie miejsce na ognisko okolono ławkami, przy których postawiono kilka kijów przydatnych do pieczenia kiełbasek. Aby ugotować obiad, nie trzeba korzystać z kuchenki gazowej, bo nad ogniskiem umieszczono ruszt, na którym można wygodnie postawić menażkę. Właśnie przyjechał traktor z dostawą porąbanego drewna. Pracownicy ładują je do i tak wypełnionej niemal po brzegi drewutni. Można do woli korzystać z jej zasobów. Dla tych, którzy chcieliby porąbać drewno na mniejsze szczapy, pozostawiono siekierę. Niepogodę turyści mogą przeczekać w zadaszonym budynku z grillem. Do dyspozycji jest także drewniana, czysta latryna. Po każdym użyciu należy do środka wsypać trochę trocin. W tym celu przygotowano łopatkę, która nigdy nie ginie. Dookoła czysto, a pracownicy parku kilka razy dziennie przeczesują teren w poszukiwaniu śmieci. Zazwyczaj niewiele znajdują, bo turyści dbają o to, by nic po sobie nie zostawić.

Górzysta nizina

Już po pierwszej przejażdżce musimy mocno zrewidować nasze wyobrażenia o ukształtowaniu terenu w Finlandii. „Większość powierzchni kraju stanowią niziny” – przeczytaliśmy w internecie przed wyjazdem. Te informacje potwierdzają się w innych źródłach. Najwyższy szczyt Finlandii – Haltiatunturi –liczy zaledwie1328 m n.p.m. i leży daleko na północy przy granicy z Norwegią. Tam też swoim zasięgiem obejmuje Finlandię łańcuch Gór Skandynawskich. Ale skąd tyle górek i pagórków na południu?

Na naszą pierwszą i... ostatnią w Nuuksio rodzinną wycieczkę rowerową wybieramyy szlak żółty – Korpinkierros – którym docieramy w pobliże miejscowości Siikaniemi. Tylko część drogi pokonujemy rowerami, bo okazuje się ona niezłym wyzwaniem. Strome podjazdy oraz nierówności na szlaku w postaci wystających korzeni i kamieni powodują, że często musimy rowery prowadzić. Głównie ze względu na Dominikę, która po raz pierwszy podjęła takie wyzwanie, jadąc samodzielnie na swoim nowym górskim rowerku. Czteroletni Jędrek miał łatwiej, bo na holu ciągnął go tata i widać, że ma sporą frajdę, gdy mknie w dół na zjazdach, na których nawet ja mam pietra. Zresztą Dominika także po początkowym kryzysie zaczyna sobie nieźle radzić, szczególnie gdy docieramy do bardziej płaskiego odcinka, prowadzącego gołoborzami. Malowniczo odkryty teren z wkomponowanymi w podłoże skałami, przyozdobiony karłowatymi drzewkami wynagradza nam wszelkie trudy.

Jednak więcej satysfakcji dostarczają nam spacery. Okazuje się, że szlaków rowerowych w Nuuksio jest naprawdę niewiele. Tylko na niektórych z całej sieci wytyczonych tras można się przemieszczać na dwóch kółkach, a resztę zarezerwowano dla pieszych. W słynącej z praworządności Skandynawii oczywiście nikt nie ośmieliłby się tych zasad łamać.

Musimy przyznać uczciwie: Nuuksio nie jest najlepszym wyborem dla rowerzystów, choć zapewne górale młodą rzeźbą polodowcową byliby zachwyceni. Finlandia jest może płaska, ale na pewno nie nudna. „Kraj ten przypomina płaskorzeźbę charakteryzującą się różnorodnością szczegółów” - doczytam w informatorze ambasady fińskiej po powrocie. Tak, zdecydowanie podpisuję się pod tym stwierdzeniem.

Prysznic z ogniska

Seitseminem nationalpark oferuje bogatsze możliwości rowerzystom trekkingowym. Jest większy od Nuuksio, a na jego obszarze wytyczono więcej szlaków, również po drogach asfaltowych.

Tym razem naszym przyczółkiem uczyniliśmy Koverolampi, kolejne doskonale przygotowane miejsce noclegowe dla turystów. Jedynym mankamentem takich kempingów był brak możliwości porządnego umycia się. Niestety, Finowe nie wymyślili jeszcze usługi płatnego prysznica dla zwiedzających. Opcjonalnie można wykąpać się w jeziorze, co na terenie fińskich parków narodowych jest dozwolone, tylko że przy temperaturze 10 stopni Celsjusza nie należy do przyjemności. Zaczyna do mnie docierać, że na wakacje wybraliśmy kraj na północy Europy i to w drugiej połowie sierpnia. Trzęsąc się z zimna, wpadam na genialny pomysł: przecież możemy wodę do mycia ugotować na ognisku! Akurat w Seitseminem mamy do dyspozycji osmolony garnek, a pod nosem wodę z jeziora. W składanej misce i za pomocą gąbki urządzamy sobie najlepszą kąpiel na wyjeździe. Po niej nawet niskie temperatury łatwiej jest znieść. Tym bardziej, że mieliśmy możliwość rozgrzania się podczas kolejnych wycieczek.

Kto mieszka w dziupli?

Na początek łatwa przejażdżka - co prawda pofałdowaną, ale asfaltową drogą – w kierunku budynku informacji turystycznej parku, którego główną atrakcją okazuje się... plac zabaw w środku lasu. Wokół niego wiedzie ścieżka edukacyjna oznakowana odciskiem lisiej łapy, przy której dzieci poznawały mieszkańców lasu: dzięcioła, wiewiórkę czy bobra. Zostaliśmy także zaproszeni do obejrzenia wystawy, z ukrytymi w różnych skrytkach zwierzętami: liskami w jamie, nietoperzem w jaskini oraz latającą wiewiórką na drzewie. W jednym miejscu na zewnątrz widoczne jest tylko zdjęcie drzewa z dziuplą, jednak dzieci intuicyjnie wyczuwają, że gdzieś kryje się zamaskowane wejście do tajemnicy lasu i faktycznie – po pokonaniu paru schodków okazuje się, że po drugiej stronie mieszka cała rodzina dzięciołów wraz z różnymi robaczkami. Wystawa kryje jeszcze więcej pomysłowych niespodzianek i choć nie ma charakteru multimedialnego, jest zdecydowanie interaktywna. Dzieciom naprawdę niepotrzebne są wielkie i drogie parki rozrywki, by ciekawie i z korzyścią dla ich edukacji spędzić czas. Równie interesująca okazuje się wycieczka na farmę Kovero, o którą zahaczamy w drodze powrotnej. Finowie przykładają wielką wagę do przybliżania tradycyjnych metod gospodarki rolnej, tworząc eksperymentalne gospodarstwa. Można spędzić w nich cały dzień, zwiedzając dom mieszkalny czy zabudowania gospodarskie oraz pomagając gospodarzom w pracy.

Ostatnim akcentem pobytu w Seitseminem jest dotarcie do najstarszej części lasu. Tym razem rowery musimy zostawić na parkingu, gdyż dostęp do Multiharju mają tylko piesi. Ogromne 400-letnie sosny i świerki, wśród których nierzadko można było odnaleźć powalone wiekiem i obrośnięte mchem najstarsze okazy, mogłyby stanowić żywą inscenizację do mrocznego filmu z gatunku fantasy. Obszar ten nazywany jest sercem parku Seitseminem i z dumą polecany jako miejsce warte odwiedzenia. Po zejściu na oświetlony słońcem parking szybko wracamy do rzeczywistości. Niezapięte rowery wraz z sakwami stoją w miejscu, w którym je zostawiliśmy. Mimo że trudno nam się przestawić na takie myślenie, w Skandynawii naprawdę cały dobytek można zostawić niemalże na ulicy i nikt nie powinien się na niego połasić. Nasze rowery co noc stawiamy oparte o drzewa przy namiocie.

Oko w oko z reniferem

Nuuksio i Seitseminem stanowiły zaledwie preludium do rowerowania w parku Syöte, którego północne granice zahaczają już o Laponię. Wyróżnia się w nim obszar nazywany Iso-Syöte z mnóstwem wyciągów prowadzących na górę - może w zimie jest malowniczo pokryty śniegiem, jednak latem wyglądał na dość zindustrializowany. To jednak tu po raz pierwszy w Finlandii dostajemy informator dla rowerzystów, dla których wytyczono w tym parku najwięcej szlaków. W Syöte wreszcie spotykamy fińskich cyklistów, a nie tylko pieszych plecakowiczów. Odbywamy tu najciekawsze wycieczki. Towarzyszą nam podczas nich przepiękne krajobrazy i dostojnie kroczące renifery. Pierwsze nieprzyjemne wrażenie szybko znika. Gdy ruszamy poza Iso-Syöte, jesteśmt jeszcze bardziej zachwyceni. Tak, zdecydowanie ten park jest wart tego, by przyjechać tu specjalnie z rowerem z Polski do Finlandii!

Na terenie samego Iso-Syöte (a jest to zaledwie mały wycinek całego parku narodowego) wyznaczonych jest 71 kilometrów tras na rower górski. Szlaki dla mniej ekstremalnych wycieczkowiczów (łącznie 63 kilometry) proponowane są na łatwe jednodniowe wycieczki trekkingowe dla całej rodziny. Wybraliśmy na pierwszy ogień trasę nr 1 - Parjan kierros Route o długości 22 kilometrów. Początkowo jedziemy utwardzoną, łagodnie wznoszącą się drogą. Mimo drobnych kamyków, jedzie się po niej bardzo wygodnie nawet dzieciom. Dodatkowych atrakcji dostarcza stadko reniferów, które przechodzi przez drogę zaraz po wyruszeniu na szlak. To pierwsze tak bliskie nasze z nimi spotkanie, wcześniej widzieliśmy je tylko z okien samochodu. Pomocnicy Mikołaja zupełnie nie przejmują się naszą obecnością, choć zachowują bezpieczny dystans.

 



Trasa nie jest bardzo wymagająca, a zjazdy i podjazdy tylko ją uatrakcyjniają. W drugiej części  wiedzie po asfalcie, choć nadal po pofałdowanym terenie. Zdecydowanie trudniejsze są trasy górskie, które częściowo wiodą po kładkach, a nawet po schodkach!

Jeszcze dalej na północ

Kolejnego dnia zdecydowaliśmy się na Maisemareitti, 24-kilometrową „trasę widokową dla średniozaawansownych”. Początek jest całkiem przyjemny. Prowadzi brzegiem jeziora, przez las, z ukrytymi pośród drzew fińskimi domkami, pomalowanymi na charakterystyczny bordowy kolor. Czasami tylko skrzynka na listy ustawiona przy drodze podpowiada, że gdzieś dalej znajduje się czyjś dom. Po przekroczeniu mostka zaczynają się porządne pagóry. Rzeczywiście, trasa jest bardzo malownicza, jednak cieszę się jednak bardzo, gdy docieramy do asfaltu z pięknym zjazdem do pierwszych zabudowań miasteczka. W samą porę, bo pogoda właśnie  postanowiła się zepsuć.

Obszar parku Syöte zasługuje na to, byśmy poświęcili mu więcej uwagi, my jednak ruszamy dalej na północ. Przyjechaliśmy do Finlandii w poszukiwaniu nieskażonej przyrody, ale przede wszystkim, by spotkać się ze Świętym Mikołajem. Renifery bezbłędnie prowadzą nas do jego siedziby w Rovaniemi. Całą tę wyprawę zorganizowaliśmy przecież specjalnie dla naszych pociech. A że przy okazji rodzice mieli ochotę trochę pojeździć na rowerach i popodziwiać krajobraz skandynawski oraz że odrobinę naokoło jechaliśmy do wioski Mikołaja, tego już dzieci nie muszą wiedzieć... Mam nadzieję tylko, że wybaczą nam te niezliczone zjazdy i podjazdy, których nie przewidzieliśmy na rowerowych szlakach...

 

Tekst: Kamila Gruszka

 

 

Artykuł ukazał się w czerwcowym numerze Rowertouru, nr 6 (76), czerwiec 2014 r.



 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...