Dziennik podróży w 2004 r: Kijów, Armenia, Gruzja

8.08.2004 r. Tarnobrzeg, Przemyśl, Lwów

Rano ruszamy. Spacerkiem idziemy przez uśpiony Tarnobrzeg na dworzec kolejowy. Zaledwie kilka godzin temu tańczyliśmy na weselu Pauliny i Maćka. Wsiadamy do pociągu i zaczynamy naszą podróż.
W Przemyślu od razu łapiemy autobus do Lwowa. Ponieważ przesuwamy zegarki o jedną godzinę do przodu, okazuje się, że wcale nie mamy zbyt wiele czasu na zwiedzanie miasta. Autobusem 37 dostajemy się ze Stryjskiego Dworca Autobusowego pod sam dworzec kolejowy na tzw. Priwakzalną Płościad. Resztę czasu spędzamy na skórzanych kanapach w sali VIP-ów serwis-centru. Za możliwość odpoczynku tam płaci się po 3,5 hrywny. Ja na szczęście zachowałam rachunek z dopłatą za bilety kupione przeze mnie w tym miejscu kilka tygodni wcześniej. Wystarczyło.
Jesteśmy zaskoczeni klasą płackarty, do której się władowaliśmy: pluszowe obicia od łóżek i otwierające się okna. Szybko okazało się, że sami będziemy je zamykać, bo jest zbyt zimno.


9.08.2004 r., Kijów

O 6.26 jesteśmy już w Kijowie. Odbiera nas Marcin, spędzający w tym mieście kolejny rok życia. Zawozi do siebie. Jak już sobie pójdzie do pracy, przygotowuję śniadanie jak w nasze weekendowe poranki. Mamy wreszcie czas dla siebie. Rozpoczynamy wakacje...
Zaraz jednak jedziemy na zwiedzanie Kijowa. Dojeżdżamy metrem z domu Marcina (stacja Darnica) do stacji Arsenalna. Stamtąd przejeżdżamy autobusem 24 pod samą Peczerską Ławrę. Są tam dwa wejścia: jedno do muzeum, drugie do pozostałych cerkwi i pieczar. Pierwsza część należy do państwa, drugą zawiadują mnisi.
Postanowiliśmy zwiedzić pieczary tzw. „bliższe” (bo bliżej cerkwi uspieńskiej). Ponieważ można tam wejść tylko z przewodnikiem, płacimy za bilet (8 hr.). Niepotrzebnie, bo okazuje się, że można by bez problemów niepostrzeżenie dołączyć do grupy. Podziemia są odrestaurowane. Wąskie korytarze wypełnione są ciałami mnichów. Dosłownie. Mnisi zawinięci w szaty leżą po obu stronach pod ścianami. Wystają im tylko zasuszone dłonie. Przewodniczka trzymała szybkie tempo, mówiła, nie zważając na to, czy wszyscy słyszą, więc za bardzo nie można było poczuć atmosfery tego miejsca, gdyż goniło się za grupą, by jej nie zgubić. Wszyscy chodziliśmy ze świeczkami w dłoniach, a tylko przewodniczka znała drogę. Stach pomyśleć, co by się stało, jakby ktoś się zgubił, a świeczka zgasła.
Uświadomiłam sobie, że jestem wśród zmarłych, gdy poszłam sama do ciągu pieczar zwanych „dalszymi”. Tam każdy chodził swoim tempem, niektórzy zatrzymywali się, by się przeżegnać czy pocałować zmarłego świętego, więc często zdarzały się momenty, że szłam nie widząc nikogo przed sobą i nie wiedząc, dokąd korytarz mnie zaprowadzi. Wreszcie stchórzyłam, wróciłam się, żeby jak najszybciej wydostać się na zewnątrz.
Cześć druga Peczerskiej Ławry stanowczo nie zrobiła na nas wrażenia. Zapłaciliśmy mnóstwo pieniędzy (10 hr.) po to tylko, by przespacerować się po placu. Nie mieliśmy ochoty wchodzić do żadnych muzeów. Z zewnątrz więc tylko obejrzeliśmy główną cerkiew, odkryliśmy, że od pieczar możliwe jest wejście za darmo, gdyby się szybko przemknąć obok budki wejściowej i pojechaliśmy dalej do stacji Zołotoje Worota.
Nie chciałam wierzyć Darkowi, gdy mi mówił, że Złote Wrota to nic ciekawego. Ale to prawda. Wrota będące kiedyś bramą wjazdową do Kijowa, o które sobie Chrobry miecz poszczerbił, dzisiaj są rekonstrukcją tego, co było kiedyś. Rekonstrukcją cokolwiek chybioną – rażą wybetonowane fragmenty „starej” budowli, do tego śmieci i ogólne niedbalstwo.
„Kreściatik”, główną ulicę Kijowa zwiedzaliśmy ostatkiem sił. Starczyło nam ich tylko na nowoczesne podziemne centrum handlowe naprzeciwko Majdanu Niezawisimosti i na sam Plac Niepodległości ze straganami pełnymi pamiątek, książeczek i map Kijowa. Siedząc przed McDonaldem (jakoś tak się dzieje, że obojętnie w jakim miejscu na świecie nie być i tak ostatecznie ląduje się w „Maku”) widzieliśmy 50-metrową kolumnę z 12-metrową figurą na niej (pomnik niepodległości) i bramę – rekonstrukcję wrót wjazdowych z Michałem Archaniołem, patronem miasta na szczycie.
Wracamy do Marcina i padamy nieżywi.
Wieczorem znowu ruszamy „na miasto”. Kupujemy bilety powrotne na pociąg z Kijowa do Lwowa i robimy spacer nocny ulicami stolicy: koło Złotych Wrót ponownie, Opery, pomnika Chmielnickiego na Placu Sofijewskim (ogromne wrażenie robią na mnie cerkwie Sofijewska i Michajłowska), schodzimy na Podole zaułkiem Andriejewskim z kościołem św. Andrieja, mijamy kolejkę, którą moglibyśmy wjechać z powrotem na górę. Wrażeń tyle, że nie pamiętam, czy na pewno widzieliśmy to wszystko w takiej kolejności.


10.08.2004 r. , Kijów, Erywan

Marcin odwozi nas na lotnisko. Nie jesteśmy pewni, o której mamy samolot. Na bilecie napisano 9.20, ale dzień wcześniej zadzwoniła pani z biura, przez które były one załatwiane i powiedziała, że odlot jest o 12.40. Dostajemy kartę pokładową z wydrukowaną tą właśnie godziną. Przechodzimy całą odprawę, nie wiedząc tak naprawdę, co nas czeka. Startujemy jednak normalnie. Ciekawe, co by było, gdybyśmy przyjechali na lotnisko później i czy jakiś samolot o 12.40 w ogóle leciał. Śmiem wątpić.
Lot minął nam na jedzeniu, oglądaniu filmu „Mexican” (pierwszy raz w samolocie oglądam film!), czytaniu i spaniu. Czuję się bezpiecznie w armeńskich liniach lotniczych.
W Kijowie padało i temperatury wcale nie były wysokie, w Erewaniu – 31 stopni. Upały.


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków

 


Po przepaku i ominięciu taksówkarzy, ruszamy na poszukiwanie autobusu lub marszrutki do centrum Erewania. Jak wyjdzie się na parking z lotniska, po lewej stronie widzi się znaki wskazujące drogę. Idzie się z 5 min po pasach wzdłuż drogi do następnego parkingu i tam już stoją marszrutki.
Nie pomyśleliśmy o tym, by wymienić dolary na lotnisku i nie mieliśmy drobnych na zapłacenie za drogę, zaraz jednak jeden pan wręczył nam banknot – 1000 dram. Przejazd miał kosztować 200 za os. Stwierdził, że bez sensu by było, żebyśmy wymieniali na lotnisku pieniądze, bo mają tam gorszy kurs. Wolał nam zafundować przejazd.
Chcieliśmy do centrum, ale kierowca chciał wiedzieć, dokładnie dokąd. Mamy podać ulicę. Przypominamy sobie, że mamy namiary na Towarzystwo Polskie. Mamy nadzieję, że znajdą nam jakiś tani nocleg. Kierowca chyba specjalnie zbacza z kursu, by podwieźć nas na sam koniec ulicy Komitas.
Mimo że mieliśmy w ręce dokładny adres, wcale nie było łatwo znaleźć mieszkanie 55 w domu nr 65. W szukanie zaangażował się przechodzący obok staruszek, ale nawet on nie przypuszczał, że w klatce, gdzie na parterze jest mieszkanie nr 63, na piętrze może być numer 55. Uratował nas wnuk Ałły Kuźmińskiej, prezeski Towarzystwa, który właśnie wracał do domu.
Sytuacja była dziwna. Wnuk, zupełnie nie oczekując wyjaśnień, zaprowadził mnie do mieszkania, syn zaprosił do pokoju, przyniósł butelkę schłodzonej wody mineralnej i poczęstował. Gdy dowiedzieli się, że na ulicy czeka na mnie mąż, kazali go przyprowadzić. Młody poszedł ze mną i pomógł mi nieść plecak. Powiedzieli nam, że babcia już jedzie.
Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie wzięli nas za kogoś innego, może czekali na jakiś przyjezdnych, ale wyglądało na to, że do nich często przyjeżdżają jacyś Polacy i oni doskonale orientują się, co już dalej z nimi robić.
Ałła Kuźmińska okazała się żwawą staruszką, sprawnie posługującą się telefonem komórkowym i Internetem. Tego dnia zjedliśmy u niej w domu dwudaniowy obiad i deser. Dostaliśmy mnóstwo adresów, przede wszystkim do Polonii w Gruzji, ale także do Ormian mieszkających w Polsce.
Ałła przewiozła nas taksówką do domu jej znajomych, w którym mieliśmy mieszkać. Zapłaciła za kurs, nie oczekując zwrotu.
Na początku, szczerze mówiąc, byłam przerażona warunkami, jakie panowały w mieszkaniu, do którego trafiliśmy. Drzwi pokoju, w którym mieliśmy spędzić nasz tydzień miodowy, nie miały szyby. Było nie bardzo czysto, a w łazience stało się na gołym betonie. Cóż jakoś będzie trzeba przeżyć.
Od razu idziemy zwiedzać miasto: Matenadaran, Opera, Kaskada. Włóczymy się po ulicach, by późnym wieczorem wylądować w jakiejś knajpce na piwie.
A knajpek tu pełno, całkiem na poziomie i z pomysłem. I mnóstwo ludzi w nich przy Operze, w parkach. Kłóci się to nam zupełnie z obrazem państwa, które znamy z opisów Jagielskiego. Sklepy też, mam wrażenie, są czasem nawet lepsze niż w Krakowie.
Nie potrafię jednak polubić Armenii. Ludzie tu nie tak serdeczni jak w Gruzji, a jeszcze próbują Darka okraść przy wysiadaniu z marszrutki. Chwilę wcześniej kazałam mu przełożyć pieniądze do saszetki na szyi.


11.08.2004 r., Garni, Geghard, Erebuni, Erewan (Plac Republiki, ulica Abowiana)

Z miejsca, które nazywa się bazarem Masiw, jedziemy autobusem do Garni. Świątynia starożytna z kolumnami to wielka ściema, bo większość z tej budowli dorobiono w czasach współczesnych, ale na pewno warto było to zobaczyć. Obok znajdują się fundamenty chrześcijańskich kościołów i pod współczesnym zadaszeniem pozostałości łaźni rzymskiej z fragmentem mozaiki.
Weszliśmy tam za darmo, dołączając do zorganizowanej grupy Amerykanów, ale mam podejrzenie, że obcokrajowcy płacą 1000 dram za wstęp.
Pieszo przeszliśmy do skrzyżowania, gdzie rozchodziły się drogi na Garni i Geghard. Stamtąd próbowaliśmy łapać stopa po bezskutecznych próbach wkręcenia się do jakiejś wycieczki jadącej z Garni do Geghard. Zainteresował się nami pan z Punktu Weterynaryjnego. Razem zatrzymaliśmy ciężarówkę, wpakowaliśmy się na tył i w ten sposób przejechaliśmy 5 km.
Ormianie są bardzo mili w stosunku do nas i często nam pomagają, ale mimo wszystko są narodem utrzymującym większy dystans niż Gruzini, którzy widząc obcokrajowca od razu podchodzą, wypytują, interesują się, czy ma się gdzie spać. Jednym słowem, ci drudzy jednak są sympatyczniejsi. Całą drogę tą ciężarówką przebyliśmy w towarzystwie Ormianina, który nie odezwał się do nas ani słowem.


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków



Kawałek drogi (zresztą pięknie położonej wśród wzgórz) przeszliśmy pieszo, zanim zatrzymaliśmy następnego stopa - czarną wołgę z czwórką pasażerów. Zaprosili nas do środka. Ja, jako nadprogramowa, siedziałam Darkowi na kolanach.
Pierwsze wrażenie z Geghard było takie, że znowu trafiliśmy w jakieś turystyczne miejsce, które nie zasługuje na swą sławę. Stoi sobie kościół i tyle. Trzeba przyznać, że ormiańskie kościoły przytłaczają wielkością, monumentalnością, powagą, ogromem, ale trzeba je oglądać w ten sposób wewnątrz. Z zewnątrz nie czynią specjalnego wrażenia. W środku nie mają żadnych ozdób, dookoła tylko ciemne, kamienne ściany. W tym kościele oprócz głównej części były jeszcze dwie boczne kapliczki wykute w skale. W jednej płynęło źródełko, które miało ponoć właściwości odmładzające. Obok wejścia do świątyni wykuto korytarze, które być może były kiedyś grobowcem. Ale największa niespodzianka czekała nas na końcu schodów prowadzących nad kościół. Niepozornie wyglądający otwór był wejściem do ogromnego pomieszczenia z kolumnami – wszystko wykute w skale. Znowu poraziła nas monumentalność budowli.
Mamy małe problemy, żeby wydostać się z Geghard. Na tym miejscu kończy się droga, wyjechać więc można tylko z kimś, kto tu przyjechał. Nie ma żadnych autobusów. Przy okazji poszukiwań transportu poznajemy Ormianina płynnie mówiącego po polsku. Spędził w naszej ojczyźnie kilka lat.
Ormianinowi nie wystarczy powiedzieć, że jest się z Polski. On chce wiedzieć z jakiego miasta, doskonale orientuje się w naszej geografii, wiele miejsc widział na własne oczy. Albo ktoś z jego rodziny mieszkał w Polsce, albo on sam udawał się tam w tzw. „interesach”, czyli przeważnie na handel. Każdy Ormianin ma na pewno jakiegoś krewnego za granicą: w Stanach, Francji, czy chociażby w Rosji. Zauważyliśmy, że po Erewaniu jeździ mnóstwo super samochodów i chodzi sporo młodych dobrze ubranych dziewczyn i chłopaków. Kontrastuje to bardzo z ogólną jednak biedą. Przypuszczamy jednak, że są to dzieci, bracia, siostry tych, co siedzą za granicą. W ten właśnie tylko sposób potrafimy sobie wytłumaczyć fenomen knajpek w centrum Erewania. Powstają pewnie właśnie dla nich.
W każdym razie znajomy Ormianin mówiący po polsku załatwił nam transport do Erewania. Jechaliśmy z małżeństwem, które na pierwszy rzut oka nie wyglądało sympatycznie. Ogromna kobieta i mężczyzna o twarzy zabójcy. Ormianie w ogóle nie sprawiają sympatycznego wrażenia. W ich fizjonomii dominuje wielki nos, ciemny zarost i patrzące spod byka oczy. Właściciele tych przerażających twarzy okazują się w gruncie rzeczy bardzo sympatycznymi ludźmi, ale niestety, to pierwsze wrażenie jest bardzo silne.


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków

 


Tak wyglądał nasz kierowca, a okazało się, że podwiózł nas pod samo Erebuni.
Po Garni i Geghard chcieliśmy zobaczyć jeszcze Erebuni, twierdzę z dawnych czasów Królestwa Urartu. Okazała się być niezbyt imponująca. Zdążyłam się już do tego przyzwyczaić w Armenii. Jakoś trudno mi było uwierzyć w dawną świetność tej budowli. Większość kamiennych murków – mam wrażenie – pochodziła z czasów całkiem współczesnych. Może muzeum zawierało ciekawszą ekspozycję, ale pominęliśmy je ze względu na cenę biletu (1000 dram). Może zresztą wszystkie zabytki Armenii trzeba by zwiedzać z przewodnikiem, który by opowiedział o nich ciekawie i pokazał, na co zwrócić uwagę.

Stamtąd pojechaliśmy na dworzec. To znaczy zobaczyliśmy, że autobus się przy dworcu zatrzymuje i postanowiliśmy wysiąść, by dowiedzieć się o marszrutki do Tbilisi. Stały, odjeżdżają – powiedzieli nam – o 12.00 i 17.00. Od razu miło się zrobiło, gdy porozmawialiśmy z Gruzinami.
Wreszcie ostatecznie trafiliśmy na Plac Republiki, którego bezskutecznie szukaliśmy dnia poprzedniego. Z powodu rozkopanych ulic nie mogliśmy kierować się mapą, a gdy pytaliśmy o to miejsce, wszyscy robili tzw. wielkie oczy. No cóż, w przewodniku Lonely Planet plac ten może nazywać się Republiki, ale dla mieszkańców Erewania na zawsze pozostanie Placem Lenina.
Zapytaliśmy się, gdzie stał kiedyś Lenin. Przypadkowa kobieta wskazała nam na wielki ekran ustawiony dokładnie naprzeciwko Muzeum Historycznego, pomiędzy budynkiem Poczty i hotelem Marriot, kiedyś Armenia.
Cały plac to arcydzieło sztuki socrealizmu, ogromne budynki, podparte kolumnami stoją naokoło owalnej „płościadi”. Większość z nich to ministerstwa, no i przede wszystkim siedziba rządu. Za ekranem, byłym Leninem ciągnie się park z 2750 fontannami. Liczba odpowiada rocznicy powstania Erewania obchodzonej kilka lat wcześniej. W parku postawiono mnóstwo parasoli knajpianych, tak jak w każdym prawie miejscu Erewania.
Na placu Republiki chcieliśmy przede wszystkim zobaczyć Muzeum Historyczne. Wiedzieliśmy, że pewnie jest już za późno, żeby zrobić to tego samego dnia, ale zależało nam na tym, by je chociaż zlokalizować. Była godzina piąta. Na schodach złapał nas ormiański mężczyzna. Zobaczył obcokrajowców i od razu zaczął mówić po angielsku. Zaprowadził do muzeum, zagadał z panią i weszliśmy, mimo że w salach gaszono już światło. Przebiegliśmy muzeum bardzo szybko, choć zależało mi na dokładniejszym obejrzeniu zbiorów, ale za to nasz znajomy opowiedział nam parę ciekawych historii. Najbardziej utkwiło mi w pamięci jedno zdanie, o tym, że Ormianie są tacy poważni i niedostępni, bo ciągle myślą i zastanawiają się nad ważnymi rzeczami. To by tłumaczyło różnicę między nimi a Gruzinami:)
Na koniec dnia przespacerowaliśmy się ulicą Abowiana do samego końca i muszę przyznać, że jest to najładniejsza dla mnie ulica Erewania. Zupełnie inna niż wszystkie. Przede wszystkim wąska, z resztkami starej zabudowy. Pozostałe to wielopasmówki, przez które strach przechodzić, bo kierowcy nie zważają na coś takiego jak światła, czy przejścia dla pieszych.


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków

 


12.08.2004 r., Erewan (Matenadaran), Zwartnoc, Eczmiadzin

Tego dnia wreszcie trafiamy do Matenadaranu, miejsca, gdzie przechowywane są ormiańskie rękopisy, cenniejsze dla Ormian niż złoto.
Mieliśmy szczęście, częściowo wysłuchaliśmy wykładu po rosyjsku przewodniczki, która naprawdę opowiadała tak, że miło się słuchało i mnóstwo historii zostawało w głowach. Najcenniejszym eksponatem jest ogromna księga ważąca dobrych parę kilogramów. Uciekając przed kolejnym najazdem zabrały ją ze sobą dwie kobiety. Nie dały rady dźwigać jej w całości, więc rozdzieliły na pół. Jedna z nich dotarła z połową do Eczmiadzinu, nie wiadomo było, co się dzieje z drugą, ale pewnego dnia zakupił ją rosyjski oficer. Wreszcie trafiła do Matenadaranu.
Ekspozycja w Matenadaranie zawiera bardzo cenne manuskrypty: Biblie przeznaczone dla wysokich rangą duchownych, władców, możnych. Wszystkie one mają drogocenne okładki, wykładane czasem drogimi kamieniami, srebrne lub złote. Gdy Ormianie uciekali, zostawiali okładki najeźdźcom, a zabierali rękopisy, które przedstawiały dla nich większą wartość. Wszystkie miniatury w rękopisach zrobione są z naturalnych barwników: zielony z wyciągów roślinnych, niebieski z okruchów lazurytu, czerwony ze specjalnego rodzaju robaków, które żyją głęboko pod ziemią i wychodzą na powierzchnię tylko na jeden dzień na wiosnę, wtedy się je zbiera.
Najbardziej podobała mi się gablota z pismami z innych krajów: na skórze w języku hebrajskim, na korze brzozy z Gruzji, na papirusie z Egiptu, na liściach palmowych z Indii. Były też dokumenty z Etiopii, Syrii, Japonii i Polski. Hrabina Potocka nadawała Ormianom na swoich ziemiach prawo handlu. A wszystko z VIII, XVI czy najpóźniej XIX wieku.
Do Eczmiadzinu jeżdżą autobusy nr 111 z przedostatniej przecznicy przed bazarem zwanym po prostu Rynkiem na ulicy Masztoca. Wysiedliśmy najpierw w Zwartnoc, żeby zobaczyć kolejne ruiny kościoła, bardzo nietypowego tym razem na Armenię, bo z kolumnadą antyczną. Rekonstrukcję widzieliśmy dzień wcześniej w Muzeum Historycznym. Na początku przystopowała nas pani w budce. Chciała od nas po 1000 dram za wstęp. Utargowaliśmy 500 dram za dwie osoby.
Świątynia taka sobie, tradycyjnie zwiedzaliśmy kolejny monument Armenii w towarzystwie zagranicznych wycieczek, czego nie lubię. Rzecz nie warta wspomnienia, gdyby nie pole kamieni, które ewidentnie pochodziły z tej budowli. Dziwne, bo chodząc miedzy kolumnami nie czułam, że znajduję się na terenie świątyni z VII wieku, a patrząc na ponumerowane przez archeologów kamienie – owszem. Wiedziałam, że są autentyczne.
Do Eczmiadzinu dojechaliśmy stopem. Doświadczyliśmy, że nie ma z tym większych problemów w Armenii, ludzie zatrzymują się chętnie i to różną klasą samochodów. Tym razem jechaliśmy jakimś super autem. Chłopcy podwieźli nas pod samą świątynię. Największe wrażenie zrobił na nas skarbiec, chociaż nie znaleźliśmy w nim ani Arki Noego, która osiadła na świętej dla Ormian górze Ararat (obecnie w granicach Turcji), ani dzidy, która przebija bok Chrystusa, które ponoć miały tam być przechowywane.
Skusiliśmy się na obiad w przydrożnej restauracji. Od początku pobytu szukaliśmy knajpy z ormiańskim jedzeniem, ale tak jak w Gruzji nie było problemu z najedzeniem się lokalnymi specjałami, tak w Armenii jest to bardzo trudne. W Erewaniu knajpki z szybkim jedzeniem są ewidentnie robione pod turystów i oferują hamburgery, tosty i ewentualnie różne odmiany sałatek. Co jednocześnie jest bardzo drogie. W Eczmiadzinie jako narodowe danie Armenii zaoferowano nam jakiś placek z mięsem strasznie niedobry i... chinkali (znane nam z Gruzji).
Namówiłam Darka, żebyśmy pieszo doszli do kościoła św. Ripsime. Bardzo marudził, ale wysiłek się opłacił. Trafiliśmy na nabożeństwo – chrzest. Wszystko odbywało się w bardzo surowym wnętrzu kamiennego kościoła z towarzyszącym temu śpiewem ormiańskich księży. Jeden z nich miał na głowie dziwne nakrycie podobne do katowskiego – czarną czapę. Po uroczystości poczęstowano nas cukierkiem, tak jak częstowano wszystkich pozostałych uczestników.
Wyszliśmy z kościoła, a tam okazało się, że w kolejce czekają kolejni – tym razem nowożeńcy. Zaliczyliśmy więc też uroczystość zaślubin. Znowu wszyscy na stojąco uczestniczyli w nabożeństwie. Widać, że uroczystości tutaj nie są zbyt formalne. Goście rozmawiali sobie głośno, nie zważając na to, co się dzieje przed ołtarzem. Jedna rzecz była ciekawa – Ormianie wychodząc ze świątyni nigdy nie zwrócą się tyłem do ołtarza. Znowu poczęstowano nas słodkościami – ten zwyczaj akurat bardzo mi odpowiada.


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków



Marszrutką wróciliśmy do Erewania. Zatrzymała się pod bazarem. Od tej strony, od której wjechaliśmy znajduje się w Erewaniu siedziba wytwórni koniaków – wielki budynek na wzgórzu porośniętym trawą, po drugiej stronie Ararat – towarzystwo ubezpieczeniowe. Niedaleko dworzec autobusowy, gdzie dowiadywaliśmy się o autobusy do Tbilisi (o 8.00 i 10.00) i na następny dzień do Sewanu (nie jeżdżą stamtąd).
Tego dnia odwiedziliśmy jeszcze bazar zwany Rynkiem i kupiliśmy brzoskwinie. Wcale nie jest tanio w Armenii. Kasa nam idzie bardzo szybko, ale nie potrafimy sobie odmówić (szczególnie Darek) piwka wieczorem w okolicach Opery.
Bazar znajduje się koło meczetu, który obecnie jest nieczynny, zdaje się, że jakieś muzeum tam zrobiono. Właściwie dziwię się, że on jeszcze w Erewaniu stoi, znając niechęć Ormian do wszelkich muzułmanów, szczególnie Turków, także Azerów.


13.08.2004 r., jezioro Sewan

Rano jedziemy nad Sewan. Podjeżdżamy pod stację metra Erdanakan (ul. Abowiana). Stamtąd odjeżdżają marszrutki. Jedna nam zwiała, a na drugą przyszło nam długo czekać. W międzyczasie zgromadziło się mnóstwo ludzi i jak przyjechał następny busik, nie zmieścilismy się do środka. Na szczęście, okazało się, że dostawili dla nas stołki. Tak pojechaliśmy.
Marszrutka dojeżdża tylko do miasta Sewan. Tam też jest jezioro, więc spacerkiem sobie poszliśmy na plażę. Ostrzegano nas, żeby nie leżeć zbyt długo na słońcu, bo jezioro leży na dużej wysokości i nawet nie czuje się, kiedy słońce spali skórę. Można wrócić różowym. Trzeba też mieć koniecznie coś na głowę.
Dziwne to ponoć jezioro, bo długo jest grunt, a potem nagle dno obniża się. Ponieważ woda jest zimna, nawet najlepsi pływacy mają problem z powrotem na brzeg. Topielców ponoć nigdy się nie wyławia.
Znudziło nam się siedzieć na plaży, więc postanowiliśmy jednak dotrzeć na półwysep, gdzie znajdują się cerkwie. Stanęliśmy na stopa i zaraz wzięli nas bardzo sympatyczni ludzie z Diliżanu. Żałuję teraz, że nie zdecydowaliśmy się jechać z nimi aż tam, bo też sporo zabytków ma to miasteczko, ale cypel z klasztorem również był niesamowity. Przede wszystkim były tam drzewa, rzecz niezwykła w pustynnej Armenii. Kraj ten jest bardzo suchy i dnia poprzedniego przeżyliśmy nawet niezłą burzę piaskową. Na cyplu nad Sewanem siusiałam natomiast w regularnym lesie.
Przy cerkwiach można się było na chwilę zapomnieć. Wdrapaliśmy się na samą górę, ponad wszelkich turystów i tłumy (znowu kilka zagranicznych autokarów zaparkowało na parkingu), siedzieliśmy patrząc na błękit jeziora i słuchając modlitewnych śpiewów dobiegających z kościoła. Jeden z sympatyczniejszych momentów w Armenii.
Do Erewania wróciliśmy marszrutką, tym razem z samego cypla. Kierowca policzył sobie za to o 300 dram więcej. Zapłaciliśmy 800, gdy w tamtą stronę tylko 500. Dowieziono nas do początku ulicy Abowiana, koło pomnika Abowiana.
Wieczorem nasza nieoceniona gospodyni poczęstowała nas mlekiem i bułkami z farszem: twarogiem, kapustą i mięsem. Codziennie przyrządza nam coś do jedzenia: a to bakłażany, a to fasolę, a to chociażby częstuje kompotem.


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków

 

14.08.2004 r., Tbilisi - znowu w Gruzji!

Zastanawiamy się, jak jechać do Tbilisi. Marszrutki odchodzą z dworca autobusowego i kolejowego. Są też autobusy. W sumie zależy nam, by być w Tbilisi jak najwcześniej, żeby znaleźć jakieś miejsce noclegowe, ale z drugiej strony nie chce nam się wstawać na tyle wcześnie, by na 8.00 rano być na dworcu autobusowym. Decydujemy się więc na marszrutkę o 12.00 z dworca kolejowego.
Nasza gospodyni wyprawia nas tam autobusem nr 1. O mały włos przegapiamy nasz przystanek, ale jesteśmy tam bardzo wcześnie, o 11.00. Podchodzimy do marszrutki z napisem Tbilisi, od razu ładujemy do niej plecaki, a ponieważ mamy jeszcze trochę czasu, pytamy, o której dokładnie będą jechać, by móc zrobić jeszcze ostatnie zakupy. O 17.00 słyszymy w odpowiedzi. Co? A nie o 12.00? Wszystkie, które miały jechać o 12.00 już pojechały, zebrały komplet pasażerów i nie czekały dłużej. No ładnie, będziemy w Tbilisi w nocy. Nieźle. Nie martwcie się, słyszymy na to, my was przenocujemy. Od razu wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z Gruzinami. Mieliśmy w sumie możliwość zabrać się do Tbilisi o 12.00 marszrutką do Batumi, ale stwierdziliśmy, że wolimy jednak jechać z nimi. Siedzimy więc na dworcu od 12.00 do 17.00. Darek gawędzi ze sprzedawcami z bazaru, ja z kierowcami.
Droga trochę się dłuży. Jedziemy górską, lesistą doliną. Na granicy jesteśmy o zmroku. Po stronie armeńskiej problemy z powodu tego, że nie mamy wbitej pieczątki wjazdowej. Wyjaśniamy, że przylecieliśmy na lotnisko, tam wbili nam wizę i nic więcej. Po stronie gruzińskiej pełna kultura.
W nocy dopiero lądujemy w domu Dawida, kierowcy. On jedzie jeszcze odwieźć pozostałych pasażerów, ale my zostajemy już przyjęci przez jego żonę, powiadomioną telefonicznie, że będą mieli gości. Na kolację dostajemy bakłażany, fasolę zasmażaną z jajem, paprykę faszerowaną z ryżem. Do tego arbuz i ciastka. Możemy się wykąpać, a do spania dostajemy najlepszy pokój z łożem małżeńskim.


15.08.2004 r., Gruzińska Droga Wojenna


W Tbilisi mieliśmy się spotkać z częścią reszty ekipy, którzy płynęli promem z Soczi i marszrutką dostali się z Batumi do stolicy. O siódmej rano dostajemy od nich SMS-a, że czekają na nas na dworcu kolejowym. Mamy ogromne wyrzuty sumienia, że zrywamy rano Dawida, ale on sam się zaoferował, że nas zawiezie na dworzec, tam zgarniemy ekipę i pojedziemy prosto na Didube, dworzec autobusowy, skąd odchodzą marszrutki do Kazbegi. Cieszę się bardzo, że tak szybko udało nam się spotkać. Wypływa jednak problem Moniki i Maćka, którzy w Tbilisi mają być dopiero za kilka dni. My nie możemy czekać, bo mamy tylko dwa tygodnie na Gruzję (wiza i samolot), reszta decyduje, że pojedzie z nami.
Do końca jakoś nie wierzyłam w czyste intencje Dawida. Sam poszedł załatwiać nam marszrutkę. Chcieliśmy do Kazbegi dojechać jak najtaniej, a nie byłam pewna, czy nie policzy sobie za pośrednictwo. On nam jednak załatwił marszrutkę za niecałe 5 $, najniższą możliwą cenę, taką jaką płacą normalnie Gruzini (8 lari). Daliśmy mu z Darkiem dodatkowo 5 $ w podziękowaniu za gościnę, nocleg, kolację i śniadanie (wspaniały deser bezowy z polewą czekoladową, który żona Dawida robiła dla nas w nocy), no i z tego względu, że szef Dawida zaczął się go czepiać, że wozi za darmo obcokrajowców. W gruncie rzeczy Dawid okazał się wspaniałym, bezinteresownym człowiekiem. Prosił byśmy zadzwonili, jak będziemy jeszcze w Tbilisi.
Do Kazbegi jechaliśmy z naszymi ogromnymi plecakami na kolanach. Oczyma wyobraźni widziałam już jak podskakujemy z nimi pod sam sufit na wyboistej Gruzińskiej Drodze Wojennej. Tu nas jednak czekała niespodzianka. Droga została wyasfaltowana, dziury załatano. Ponoć nowy prezydent zaczął swoją działalność od naprawy dróg. Inną jego zasługą było zlikwidowanie skorumpowanych policjantów z rogatek każdego miasteczka. Zaobserwowaliśmy też postawienie stacji benzynowych w miejsce stolików ze słoikami z paliwem. Gruzja naprawdę się zmienia.
Nowa droga skończyła się w pewnym momencie, zaczęły się swojskie dziury, ale mimo to w Kazbegi znaleźliśmy się w rekordowym czasie niecałych trzech godzin. Przywitał nas widok Kazbeku na tle bezchmurnego nieba.
Przed wyruszeniem w drogę z plecakami postanowiliśmy zjeść porządny obiad, oczywiście u znajomej babuszki. Pamiętała lub udawała, że nas pamięta z zeszłego roku. Urządziliśmy u niej tymczasową bazę na wypady na bazar i do sklepu.
Wreszcie ruszyliśmy pod kościółek. Drogę pamiętaliśmy całkiem dobrze i po niecałych dwóch godzinach już rozbijaliśmy namioty na zielonej łące. Pogoda cały czas nam dopisywała. W nocy obserwowaliśmy gwiazdy na niebie i światełko zapalone przez popa w kościółku Cminda Sameba. Zasypiałam z poczuciem, że jutro czeka nie ciężki dzień.


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków



16.08.2004 r., Cminda Sameba, lodowiec

Ruszamy z plecakami w drogę. Trasę mniej więcej pamiętamy z zeszłego roku, a tam, gdzie mamy wątpliwości, pomaga nam pies. Przyczepił się do nas dnia poprzedniego, czuwał przy namiotach, a nawet – jak na horyzoncie pojawił się jakiś człowiek – to obszczekiwał go, by do nas się nie zbliżał. Urządził nam też szczekaniem pobudkę o szóstej rano.
Pies wybierał prawidłowe ścieżki, czekał na tych, co zostawali w tyle, oglądał się, czy za nim idziemy, przystawał, gdy robiliśmy odpoczynek.
Najwięcej emocji dostarczyła nam przeprawa przez rzekę. Oczywiście piesiu pokazał nam, gdzie mniej więcej należy ją przekroczyć, ale i tak nie okazało się najłatwiejszym zadaniem przejście jej po uda w wodzie z ciężkimi plecakakmi na plecach. Udało się, choć zajęło nam to bardzo dużo czasu.
Lodowiec przemierzaliśmy już po zmroku. Do końca nie byliśmy pewni, gdzie najlepiej z niego zejść, by dostać się do meteostancji. Nie wiedzieliśmy, czy dawna ścieżka funkcjonuje. Na szczęście, Gruzini rezydujący w meteo, z góry pokazali nam gestami, że mamy iść jeszcze dalej lodowcem. Wreszcie zobaczyliśmy kopczyk kamieni na morenie bocznej. Gdy na nią weszliśmy, zrobiło się już zupełnie ciemno.
Nie zdecydowaliśmy się z Darkiem podchodzić pod górę. Rozbiliśmy namiot na kamieniach, na w miarę płaskim i równym miejscu. Wiał spory wiatr, więc trochę się namocowaliśmy. Widzieliśmy światełka reszty ekipy pnące się pod górę. Wreszcie zniknęły, znaczy się, że doszli. Nie mogliśmy długo zasnąć. Na niebie było widać błyski światła, nadchodziła burza, choć grzmotów słychać nie było. Darkowi wydawało się, że widzi w odddali racę, znak, że ktoś wzywa pomocy. Co chwilę schodziły lawiny kamieni, baliśmy się, że na nas też coś może polecieć lub rozstąpi się pod nami szczelina i w padniemy do niej razem z namiotem. Strachy ustąpiły dopiero nad ranem. Zasnęliśmy wreszcie mocnym snem.


17.08.2004 r., meteostancja pod Kazbekiem

Rano nie śpimy zbyt długo. Zwijamy namiot i ruszamy do meteo. Wędrówka, która w nocy trwałaby wieczność, zajęła nam w świetle dziennym 20 minut. Łukasz z Gosią zdążyli już ruszyć na wycieczkę do Betlemi, Piotrek z Iwoną planowali kapliczkę, a my lodowiec. Zostaliśmy jednak zatrzymani przez Gruzinów, właścicieli schroniska. Zaprosili nas do siebie na herbatę, postawili na stół chleb, ser i ryby z puszki. W następnej kolejności pojawiła się wódka. Oczywiście gruziński stół nigdy nie może stać pusty. Ucztowaliśmy na tyle długo, że Darkowi zupełnie odechciało się chodzenia po lodowcu. Zaległ w namiocie.
Po południu wybraliśmy sie jednak na mały spacer, by odświeżyć sobie w pamięci drogę do lodowca. Łukasz i Gosia wrócili pełni wrażeń z trasy do monastyru w skale. Kiedyś przebywali tam mnisi, teraz nikogo nie ma, ale nadal nie wolno wspinać się tam kobietom. Gosia musiała zostać trochę poniżej, a do samej cerkwi faktycznie można się tylko dostać wspinając. Bardzo zazdrościłam im tej wędrówki.
Zupełnie też nie mogłam uwierzyć opowieściom Iwony i Piotrka, że gdy byli przy kapliczce, nie wiał w ogóle wiatr. W zeszłym roku, gdy wybraliśmy się tam z Darkiem, wiatr nie pozwalał nam ustać na nogach.
Nie poznajemy Kazbeka. Cały czas pozwala nam cieszyć się piękną pogodą. Wieczorem ani w nocy nie zawieje nawet trochę wiaterek. Oby taka pogoda się utrzymała.


18.08.2004 r., Orcweri

Ambitnie postanawiamy zrobić wyjście aklimatyzacyjne na Orcweri, piękną ośnieżoną górę, która góruje nad lodowcem po przeciwnej stronie niż meteostancja i Kazbek. Gruzini stwierdzili, że zajmie nam to 6 godzin (niektórzy nawet utrzymywali, że trzy), że jest to łatwa góra, ale że cały sprzęt mamy wziąć. I na całe szczęśćie, bo się przydał.
Już na lodowcu wiązaliśmy się liną. Pierwszy raz, szczerze mówiąc, szłam z lotną asekuracją i cieszyłam się, że uczę się nowych rzeczy.
Trasa do przełęczy pod Orcweri wydawała się bardzo prosta, dopiero od przełęczy zaczęły się „schody”. Mieliśmy problem z wyborem drogi. Gruzini mówili, żeby iść grzbietem cały czas, aż wreszcie się dojdzie do głównego wierzchołka. Tyle że grzbiet to były przeważnie nawisy śnieżne, które w każdej chcwili groziły oberwaniem, tudzież skalne wierzchołki, ostre jak brzytwa, sprawiające wrażenie, jakby nie chciały nikogo przyjąć do siebie. Próbowaliśmy to wszystko omijać bokiem, jednak zabierało nam to wiele czasu. Wreszcie po którymś hardcore-owym odcinku z prowizoryczną asekuracją, powiedzieliśmy „basta” górze. Zawróciliśmy, okazało się, tuż spod wierzchołka. Tylko nie wiem, jakim cudem można by było na niego się wspiąć.


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków

 


Problem nie polegał na trudności drogi, tylko na tym, że jakoś nie jesteśmy przyzwyczajeni do wspinaczki po kamieniach, które osuwają się spod nóg lub zostają w rękach. W każdym razie Gruzini stwierdzili, że byliśmy na wierzchołku.
Jedną noc nocowaliśmy z Darkiem w schronisku, stwierdziliśmy jednak, że przyjemniej jest w namiocie, więc rozbiliśmy się w pobliżu miejsca, gdzie byliśmy rozłożeni w zeszłym roku.
Piotrek i Łukasz schodzą jeszcze tego samego dnia do kościółka po Monikę i Maćka. Nie zazdroszczę im, bo ja padam wykończona po całym dniu.


19.08.2004 r., meteostancja pod Kazbekiem

Darek z dziewczynami idą na wyjście rozpoznawcze na lodowiec. Ja nie mam na to dość siły, poza tym źle się czuję. Cały dzień leżę w namiocie, uzupełniam notatki, czytam. Wieczorem czuję się już zupełnie wypoczęta.
Wieczorem dochodzi do nas cała reszta. Widać, że są wykończeni i nie do końca kontaktują. Pomagamy rozłożyć Maćka namiot, wcześniej Darek wnosi Monice plecak.
Zbieramy się wszyscy w schronisku. Ma tam miejsce bardzo dziwna scena. Przychodzi do nas jeden z właścicieli ze znajomymi, którzy chcieli wchodzić na Kazbek. Zaczął nam wyrzucać, że chcemy wchodzić na szczyt, twierdził, że nie możemy, nie mamy doświadczenia, że to trudna góra i powinniśmy mieć przewodnika. Według nich przewodnik kosztuje 200 $ od osoby. Tyle płacili Niemcy. On proponował nam 500 $ od grupy. Razem z Darkiem uznaliśmy to za absurd, choć niewątpliwie facet narobił nam trochę zamieszania w głowach. Tym bardziej, że stwierdził, że jak będziemy próbowali wychodzić, on pójdzie za nami i nas zawróci.
Do końca nie rozumieliśmy, czy chodzi im rzeczywiście o nasze bezpieczeństwo, czy po prostu o nasze pieniądze.


20.08.2004 r., meteostancja pod Kazbekiem

Z wyjścia i tak nici. Pada grad na przemian z deszczem. Cały dzień leżymy w namiotach. Razem z Darkiem postanawiamy, że wbrew wszystkim i wszystkiemu idziemy. Reszta z różnych względów rezygnuje. Z nami próbuje wychodzić tylko Gosia.


21.08.2004 r., plateau
Postanawiamy dojść do plateau. Gdybyśmy wiedzieli, że będzie tak pięknie, obudzilibyśmy się wcześniej i być może udałoby się nam tego dnia zdobyć Kazbek. Gdybyśmy tylko znali drogę...
Wychodzimy całą grupą około 9 rano na aklimatyzację. Połowa decyduje się iść na Orcweri, ja, Darek, Gosia i Monika idziemy do plateau. Po raz pierwszy udaje nam się dojść tak wysoko, przy tak pięknej widoczności i pogodzie. Widzimy po raz pierwszy Kazbek z drugiej strony, od tej, od której się go zdobywa. Szczyty za plateau widoczne są jak na dłoni.
Próbujemy dojść do tego, którędy wiedzie droga na szczyt. Może Gruzini ze schroniska mieli rację, może mamy zbyt mało doświadczenia, by samodzielnie podjąć się tego zadania?


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków



22.08.2004 r., Pik Spartak

Postanawiamy spróbować. Pogoda w nocy doskonała. Widać gwiazdy na całym niebie. Rano jesteśmy świadkami pięknego wschodu słońca. Śnieg na Orcweri staje się różowy. I to wszystko. Potem chmury na horyzoncie stają się coraz większe, zaczynają się przybliżać, aż wreszcie zasłaniają wszystkie gwiazdy. Do plateau dochodzimy we mgle, Kazbek znika za mleczną zasłoną.
Chcemy przeczekać chwilowe – jak nam się wydaje – załamanie pogody. Siedzimy w jamie śnieżnej, którą poprzedniej nocy wykopali nocujący na plateau alpiniści z przewodnikiem gruzińskim. Robi nam się zimno, a nic się nie zmienia. Co więcej, chmur jakby przybywa. Żeby nie marznąc wpadamy na pomysł, by ot tak sobie wejść na Pik Spartak (ok. 4500 m n.p.m.). Ze szczytu nie widzimy nic. Robimy pamiątkowe zdjęcia i uciekamy stamtąd.
Wracamy na nasze miejsce do platform wykopanych pod namioty. Robi się cieplej i mniej wieje. Mamy nadzieję, że coś się zmieni, ale czekamy na próżno. Po jakiejś godzinie zarządzamy odwrót.
W drodze powrotnej spotykamy grupę Bułgarów. Niesamowicie sympatyczni ludzie. Przyszli do meteo dzień wcześniej. Tak jak my, nie chcieli brać przewodnika i tak jak nas, spotykały ich z tego powodu szykany, a raczej namowy, by po prostu to zrobili. Był z nimi ich „lider", który dwadzieścia lat temu wspiął się na Kazbek, a poza tym poprowadził 18 wypraw wysokogórskich. To powinno stać się przepustką na Kazbek, ale dla Gruzinów to było za mało.
Ponieważ my też nie chcieliśmy iść z przewodnikiem, połączyliśmy się we wspólnym dążeniu do zdobycia szczytu. Umówiliśmy się na następny dzień. Postanowiliśmy wyjść bez względu na pogodę.


23.08.2004 r., Kazbek!

Po naszej próbie zdobycia Kazbeka pogoda ustaliła się – w sensie negatywnym. Zupełnie nie mogliśmy mieć wyrzutów sumienia, że odpuściliśmy sobie poprzedniego dnia szczyt. Po południu i przez pół nocy padał grad, śnieg i deszcz. Bułgarzy jednak wieczorem nadal twierdzili, że wychodzą bez względu na pogodę. No to my też. Nauczyliśmy się już, że pogoda na Kazbeku jest niemożliwa do przewidzenia i gdy wieczorem jest piękne słoneczne niebo, rano może być beznadziejnie.
Obudziliśmy się o 1 w nocy i przez pół godziny zastanawialiśmy się, czy wstawanie ma w ogóle sens. Darek nie miał zupełnie motywacji. Ja jakoś się zawzięłam. Stwierdziłam, że trzeba próbować mimo wszystko. To nasza ostatnia szansa, a poza tym umówiliśmy się z Bułgarami, że wyjdziemy mimo niepogody. Chyba najbardziej to mnie pchało do wyjścia. Jakieś tak naprawdę mało ważne zobowiązanie. Darek nie wierzył w poprawę pogody, ale ja naliczyłam za kolejnym wyjściem z namiotu sześć zabłąkanych na niebie gwiazd. Przestało też od jakiegoś czasu padać. Oznaczać to mogło, że istniała nadzieja, iż będzie lepiej.
Darek nie podzielał mojego optymizmu. Kazał mi samej gotować śniadanie, choć zazwyczaj on to robił. Pamiętam, że stwierdziłam, że powinien iść, bo przecież wstyd będzie, jeśli Bułgarzy wejdą, a my nie. W meteostancji zapaliło się wreszcie światło. Znaczy - szykowali się.
To był bardzo ważny dzień na wyjście. Oprócz Bułgarów na szczyt miał wchodzić przewodnik gruziński z klientami. Liczyli na to Bułgarzy. Myśleli, że łatwiej będzie im iść po śladach nie znając drogi. My liczyliśmy na Bułgarów.
Wymarsz opóźniał się trochę ze względu na pogodę, a najbardziej na to, że przewodnik gruziński się ociągał. Zdecydowaliśmy, że my idziemy. Była 4 rano. Jak opuszczaliśmy schronisko, czułam ściskanie w brzuchu. Czyżby to był ten dzień? Niebo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pokryło się całe gwiazdami. Szliśmy z doświadczonymi alpinistami, a do tego wyjście gruzińskiego przewodnika było postanowione. Jeśli tylko nie zawrócą, mamy duże szanse na wejście.
Gruzin razem z klientami wyprzedził nas przy wyjściu na lodowiec. Straciliśmy trochę czasu przy wiązaniu się liną. Oni popędzili dalej nie poświęcając najmniejszej uwagi rakom, linie ani czekanowi. Zobaczyliśmy ich z plateau. Byli już w połowie góry. Doskonale widzieliśmy ich ślady i w związku z tym drogę na szczyt. Zaczęły trochę nachodzić chmury, ale nadal niebo nad nami było błękitne.
Rozpoczęliśmy mozolną wspinaczkę. Cały czas pod górę po śnieżnym stoku o nachyleniu około 40 stopni. Trzeba było uważnie stawiać nogi w rakach i podpierać się czekanem. Widzieliśmy Gruzina z klientami odpoczywających pod wielką bałuchą śniegu. Trzy małe plamki. Podejrzewamy, że tam dopiero się wiązali i zakładali raki, ze śladów wynikało, że do tej pory nie mieli ich na nogach. Wydaje się nieprawdopodobne, że doszli bez nich tak wysoko. A jednak...
Trzy czarne plamki zaczęły się przemieszczać, okrążając nawis śnieżny z prawej i zniknęły w chmurach. Wkrótce i nas one zagarnęły. Na szczęście, pozostawione ślady były dobrze widoczne. Szliśmy otoczeni białym mlekiem. Oprócz jednostajnego szumu wiatru nie docierał do nas żaden dźwięk. Stawialiśmy kroki w mozolnym rytmie. W pewnym momencie przestaje się myśleć, co się robi. Po prostu się idzie, a w mózgu z braku jakichkolwiek innych bodźców, zaczynają powstawać dziwne obrazy. Co jakiś czas potrząsa się głową i ma się wrażenie, że zbudziło się z jakiegoś snu. Że jakiś fragment rzeczywistości minął, a my go nie zauważyliśmy. Wiatr szumi, tak jak szumiał, ale my przez chwilę byliśmy w zupełnie innym miejscu.
Po ominięciu bałuchy skręciliśmy nieznacznie w lewo i zaczęliśmy lekkie (idąc cały czas jednocześnie w górę) trawersowanie niższego wierzchołka. Choć nic nie było widać, wiedzieliśmy, że musimy dojść do przełęczy pomiędzy nim a właściwym naszym celem.


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków



Podziwiałam Bułgarów za niesamowitą pewność siebie i niezłomność w dążeniu do celu bez względu na pogodę, a raczej jej brak. Razem z Darkiem na pewno już dawno pomyślelibyśmy o odwrocie. Mimo że wiedzieliśmy, że można liczyć na prześwity w chmurach, na pewno przynajmniej rozważalibyśmy możliwe opcje. Bułgarzy nawet słowem się do siebie nie odezwali. Trzymając się śladów, ciągnęli nas związanych z nimi liną do celu.
Wreszcie poczuliśmy, że coś zaczyna się zmieniać. Chmury stały się jakby bardziej przeźroczyste, a zza nich zaczęło się coś wyłaniać. Wreszcie zobaczyliśmy go w całej okazałości: wierzchołek Kazbeka ze wspaniałą aureolą z obłoków w kolorach tęczy. Byliśmy tuż pod przełęczą i widzieliśmy go jak na dłoni, jak również wszystkie szczyty pod nami. Dopiero wtedy tak naprawdę poczułam, że na niego wejdę, że jest mój i że już nic nie może mnie powstrzymać. Miałam ochotę krzyczeć i skakać z radości.
Trzeba teraz było odrobinę zmienić charakter wspinania. Po sam szczyt z przełęczy prowadziła ścianka skalno-lodowa, którą można było przejść tylko z porządną asekuracją. Podjął się poprowadzenia drogi Vasco, my przeszliśmy ten fragment na prusikach. Szczerze mówiąc kombinacje ze sprzętem zajęły nam sporo czasu. W międzyczasie mogliśmy obserwować Gruzina z kolegami zjeżdżających z przełęczy na tyłkach w dół. Nas czekało jeszcze pokonanie bałuchy śnieżnej. Wreszcie znaleźliśmy się we właściwym miejscu – na szczycie Kazbeka.
Góra uznała, że już dosyć pozwoliła nam nacieszyć się swoim widokiem i znowu zasnuła się mgłami i zakryła chmurami. Jeszcze jeden zjazd i już wracamy noga za nogą, brnąc po śladach w śniegu, nie widząc dookoła nic. Na plateau konieczne okazało się wyciągnięcie GPS-a.
Nie spodziewałam się takiego powitania. Przed meteo czekali na nas wszyscy Bułgarzy i nasza ekipa. Wyściskaliśmy się serdecznie, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Wyznajemy zasadę, że górę wtedy można uznać za zdobytą, gdy bezpiecznie wróci się do bazy. Wróciliśmy.
Wieczorem Gruzini ze schroniska zaprosili nas na imprezę pożegnalną. Następnego dnia mieliśmy schodzić do wsi. Uznaliśmy, że ponieważ weszliśmy już na górę, nie musimy się ukrywać przed nimi ani bojkotować wieczornych spotkań w meteo. Poszliśmy więc na baraninę.
Gdy weszliśmy, Tucho, główny szef meteo i człowiek, który nigdy nie wspomniał słowem o zakazie wychodzenia, czy płacenia za przewodnika, zaczął klaskać na nasz widok. Do dzisiaj nie wiemy, jak zinterpretować ten gest. Czy witał w ten sposób zdobywców, czy po prostu przyjaciół, którzy przyszli na ucztę. Rozmawialiśmy o Kazbeku, ale ani razu nie padło zdanie o jego zdobyciu przez nas. Mieliśmy zakaz Gruzinów, więc udawaliśmy, że się do niego stosujemy. Tucho udawał, że o niczym nie wie.


Fot. arch. Kamili i Darka Gruszków



24.08.2004 r., meteostancja pod Kazbekiem

Nie daliśmy rady zejść szybko do Kazbegi. Rano kończyliśmy w meteo ucztę z dnia poprzedniego. Tym razem zaproszono nas na baranie szaszłyki.
Schodziliśmy w dół z częścią Gruzinów. Udało się dzięki temu przekroczyć strumień, nie zamaczając nawet czubka stopy. Chłopcy przerzucali nam plecaki i podawali ręce, by pomóc w przejściu. Tylko Darek się skąpał...
I już bierzemy prysznic i jemy pyszne jedzonko zakwaterowani w tanim hotelu w Kazbegi. Wreszcie odpoczywamy.
Jeszcze tylko dziwna impreza u pewnego pana, którego spotkaliśmy pod kioskiem z jedzeniem. Wzięliśmy go za jeszcze jednego serdecznego Gruzina, który zaprasza na ucztę, tyle że zakończyło się to wszystko bardzo nieprzystojną propozycją.


25.08.2004 r., Gudauri

Ponieważ mamy jeszcze dwa dni do samolotu uznajemy, że to za mało, by gdziekolwiek jechać coś nowego zobaczyć, ale w sam raz, by odwiedzić naszych znajomych w Gori. Nie wybaczyliby nam, gdybyśmy wyjechali z Gruzji nie spotykając się z nimi Dzwonimy do Miszy z Tbilisi. Tak jak i wcześniej, w telefonie odzywa się głos mówiący, że telefon został odłączony. Próbujemy inne numery. Wreszcie odzywa się ktoś z biura ich klubu alpinistycznego. Okazuje się, że Miszy nie ma w Gori, jest w Gudauri, czyli praktycznie tam, skąd dzisiaj wróciliśmy.
Nie wiemy, co robić. Telefon w Gudauri nie odpowiada, nie wiemy więc, czy na pewno Misza tam jest. Mamy namiary na hotel, w którym się zatrzymał, ale żal nam trochę pieniędzy na marszrutkę z powrotem pod Przełęcz Krestową. Nie możemy sobie wybaczyć, że nie zadzwoniliśmy do Miszy z Kazbegi.
Wreszcie stwierdzamy, że jedziemy w ciemno, jakoś sobie poradzimy. Znajdujemy marszrutkę, kierowca podwozi nas pod sam hotel. W oknie na piętrze widzimy kilku chłopaków. Pytamy o Miszę Chachanidze. Nie kojarzą. Mówimy, że z Gori. Okazuje się, że źle przeczytałam nazwisko, a poza tym oni znają Miszę z ksywki.
Pracują przy budowie Gruzińskiej Drogi Wojennej. Jako alpiniści strącają kamienie ze skał nad drogą. Mają do dyspozycji cały hotel. My tam też oczywiście znajdujemy swoje miejsce. Częstują nas kolacją, wieczorem pijemy piwo, rozmawiamy.


26.08.2004 r., Gori

Ponieważ w sobotę w Gruzji będzie wielkie święto, już piątek jest wolny, więc Misza może razem z nami jechać do Gori. Wszyscy wracają do domu.
W Gori umówiliśmy się z resztą ekipy. Załatwiliśmy im nocleg w klubie alpinistycznym. Czekamy na nich na dworcu dosyć długo, aż wreszcie wszyscy: my, Misza i reszta przyjaciół gruzińskich zasiadamy do stołu. Misza nie chciał byśmy cokolwiek kupowali. O wszystko zadbali Gruzini, jest więc na stole chleb, ser wódka czacza i domowej roboty wino.
Później zaczynają się śpiewy. Nie zwykłe śpiewy przy stole przy okazji wznoszenia toastów. Są to prawdziwe, tradycyjne gruzińskie śpiewy na trzy głosy. Chłopcy tłumaczą nam słowa, a my podziwiamy moc ich głosów. Mają nawet swój klub, gdzie spotykają się, organizują występy, nagrywają tradycyjne pieśni.
Śpiewy przeplatały się z toastami: za Boga, Gruzję, przyjaciół, tych, którzy odeszli i tych, którzy dopiero się narodzą. Obowiązywała ściśle określona hierarchia, jeden toast wynikał z drugiego, a każdy osobno mógłby być traktatem filozoficznym. Spać poszliśmy bardzo późno...


27.08.2004 r., Tbilisi, Kijów, Lwów

Opuszczaliśmy Gruzję. Autobusem wydostaliśmy się z Gori. Z dworca Didube w Tbilisi na lotnisko dojechaliśmy taksówką. Ciekawa to była droga, bo dużo dzięki tej przejażdżce zobaczyliśmy, niestety – tylko z okien samochodu. Uświadomiło nam to jednak, że trzeba ponownie do Gruzji przyjechać, chociażby po to, by wreszcie dokładnie zwiedzić stolicę. Jakoś nigdy nie mamy na nią czasu. Z Kazbekiem już się rozliczyliśmy, ale może wyznaczymy sobie kolejne cele, gdzieś w Swanetii. Ciągnie nas do Gruzji i chyba jeszcze niejeden raz tam zawitamy.
Samolotem w ciągu 2,5 godziny przemieściliśmy się z Tbilisi do Kijowa, wsiedliśmy w pociąg, którym już następnego dnia rano byliśmy we Lwowie. Przekroczenie granicy nie zajęło nam dużo czasu, więc zdążyliśmy na pociąg do Przemyśla o 11.40. Przed trzecią byliśmy w Krakowie.

Koniec


ZESTAWIENIE KOSZTÓW PRZEJAZDÓW

1. pociąg Tarnobrzeg-Dębica-Przemyśl, 36,12 PLN = 10,5 USD
2. autobus Przemyśl-Lwów, 15 PLN = 4,4 USD (ok. 3 godz.)
3. przejazd autobusem nr 37 z Dw. Stryjskiego na Priwokzalną Płościad we Lwowie, 50 kopiejek (1 USD = 5,25 UHR)
4. pociąg płackartny Lwów-Kijów, 30,58+8 UHR (przedpłata) = 7 USD = 25 PLN
5. przejazdy metrem po Kijowie, 50 kopiejek jedno wejście do metra
6. samolot Kijów-Erewan, 160 USD (2,5 godz.)
7. przejazd marszrutką z lotniska do centrum Erewania, 200 dram = 0,3 USD (1 USD = 515 dram)
8. przejazdy marszrutką w granicach Erewania, 100 dram = 0,1 USD, autobusem lub trolejbusem 50 dram = 0,09 USD
9. marszrutka Erewan-Garni (nr 265), 250 dram = 0,4 USD
10. autostop Garni-do jakiegoś miejsca po drodze do Geghard, darmowy
11. autostop z tego miejsca do Geghard, darmowy
12. autostop Geghard-Erebuni, darmowy
13. autobus Erewan-Zwartnoc, 200 dram = 0,3 USD
14. autostop Zwartnoc-Eczmiadzin, darmowy
15. marszrutka Eczmiadzin-Erewan, 250 dram = 0,4 USD
16. marszrutka Erewan-Sewan (miasto), 500 dram = 0,9 USD
17. autostop Sewan (miasto)-półwysep z klasztorem, darmowy
18. marszrutka półwysep Sewan-Erewan, 800 dram = 1,5 USD
19. marszrutka Erewan-Tbilisi, 15 USD lub 25 GEL lub 7000 dram (1 USD = 1,8 GEL)
20. marszrutka Tbilisi-Kazbegi, 8 GEL = 4,5 USD (3 godz.)
21. marszrutka Kazbegi-Tbilisi, 5 USD
22. marszrutka Tbilisi-Gudauri, 6 GEL = 3,3 USD
23. samochód Gudauri-Gori, darmowy
24. autobus Gori-Tbilisi, 2,5 GEL = 1,3 USD(2 godz.)
25. taksówka z Dw. Didube w Tbilisi-lotnisko w Tbilisi, 10 GEL = 5,5 USD
26. samolot Tbilisi-Kijów, 160 USD
27. autobus z lotniska na dw. kolejowy w Kijowie, 10 UHR = 2 USD
28. pociąg płackartny Kijów-Lwów, 6 USD
29. marszrutka z dw. kolej. we Lwowie do granicy (Szegini), 8 UHR = 1,5 USD
30. busik z granicy po stronie polskiej do dw. PKP w Przemyślu, 2 PLN = 0,5 USD
31. pociąg Przemyśl-Kraków, ok. 30 PLN = 8,8 USD

Razem: ok. 400 USD


Inne koszty:
 - Bilet wstępu do Peczerskiej Ławry, zwiedzanie pieczar tzw. bliższych z przewodnikiem: 8 UHR = 1,5 USD
 - Bilet wstępu do Peczerskiej Ławry, cześć muzealna: 10 UHR = 2 USD
 - Pamiątkowa książeczka-przewodnik po Kijowie: 10 UHR = 2 USD
 - Noclegi w Erewaniu w mieszkaniu prywatnym: 5 USD za noc od osoby, 4 noce = 20 USD
 - Wstępy do Garni, twierdza Erebuni, Zwartnoc: po 1000 dram = 2 USD (do Garni weszliśmy z wycieczką, muzeum w Erebuni pominęliśmy, wejście do ruin za darmo, w Zwartnoc stargowaliśmy wejście do 500 dram = 1 USD za 2 os.), Eczmiadzin za darmo.
 - Wstęp do Muzeum Historycznego w Erewaniu: 800 dram = 1,5 USD
 - Wstęp do Matenadaran: 500 dram = 1 USD
 - Jedzenie w restauracji: placek 100 dram = 0,1 USD, chinkali: 200 dram = 0,3 USD
 - Jedzenie na bazarze: pomidory 100 dram = 0,1 USD za kg, melon 150 = 0,2 USD za kg, napoje na ulicy 50 dram = 0,09 USD za szklankę, Fanta w malej butelce 120 dram = 0,2 USD, chleb 100-200 dram = 0,1-0,3 USD, ciastka typu drożdżówki 100-150 dram = 0,1-0,2 USD, ciastka na wagę 700 dram = 1,3 USD za kg, brzoskwinie 350-500 dram = 0,6-0,9 USD za kg
 - Piwo w sklepie: 200 dram = 0,3 USD, w knajpce: 400-500 dram = 0,7-0,9 USD, koktajl mleczny 900 dram = 1,7 USD
 - Jedzenie na bazarze w Kazbegi: owoce, warzywa przeważnie 1 GEL = 0,5 USD za kg lub mniej
 - Jedzenie w Gruzji: chleb 60 tetri, Snickersy i inne batony 80 tetri-1 GEL = 0,5 USD, obiad w restauracji ok. 3-5 GEL = 1,6-2,7 USD, piwo 1 GEL = 0,5 USD, chaczapuri 1-5 GEL = 0,5-2,7 USD
 - Hotel w Kazbegi 10 GEL = 5,5 USD za noc

Razem: ok. 60-80 USD


Dziennik pisany na bieżąco podczas podróży. Obecne koszty mogą się znacznie różnić od tych w 2004 r.

 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...