Szczyt Kékes (zwany przez Węgrów Kékestető) liczy sobie zaledwie 1014 m n.p.m., mimo to stanowi najwyższe wzniesienie w kraju. Można zyskać jeszcze parę metrów, jeśli wejdzie się na balkon znajdującej się tam wieży telewizyjnej, skąd można podziwiać przepiękne widoki gór Mátra. My też moglibyśmy tak zrobić i zachwycać się jesiennymi kolorami przyrody, gdyby nie to, że na wypad na północne Węgry zarezerwowaliśmy najbardziej deszczowy weekend października.
Od kilku już lat jeździmy na Węgry, oddalone od południowych granic Polski o zaledwie 250 km, w poszukiwaniu górzystych terenów w kraju uchodzącym za raczej płaski. Znajdujemy je i to w sporej obfitości na północy Węgier! Byliśmy już w Górach Bukowych i Zemplińskich, piliśmy wino zbierane ze wzgórz tokajskich, gorąco polecamy jaskinie i krasowy krajobraz rejonu Aggtelek. Natomiast nigdy jeszcze nie widziano nas w górach Matra, najwyższych. Wybraliśmy się tam na cztery dni z mocnym postanowieniem poszwędania się po górskich szlakach. Nic z tego!
W górach Mátra w najbardziej deszczowy weekend października.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Od rana za oknem ściana deszczu. No, ale przecież nie spędzimy całego dnia w pokoju hotelowym – przekonuję rodzinę. Patrzą na mnie niechętnie, ale ubierają potulnie przeciwdeszczowe spodnie, kurtki i porządne buty. Jedźmy samochodem na Kékes i zobaczymy, co będzie. Może pogoda się poprawi? - próbuję wmówić również sobie, że nasze działania mają sens. Z miejsca naszego noclegu (ośrodek Mátra Camping w Sástó) można by zrobić na Kékes dwugodzinny spacer, ale nie trzeba, bo na najwyższy szczyt Węgier można wjechać samochodem. Kierujemy się na Mátraháza. Za tą miejscowością skręcamy w prawo zgodnie z drogowskazami na Kékestető. Już wkrótce w normalny słoneczny dzień powinniśmy zacząć szukać miejsca do zaparkowania, zanim drogę przegrodzi szlaban zakazujący wjazdu dalej. Tym razem jednak pan parkingowy wykazał się pełnym zrozumieniem. Mimo że, jak większość Węgrów, mówił jedynie po węgiersku, wtrącając pojedyncze słówka z niemieckiego, a ja niestety lekcje tego języka przespałam całkowicie w liceum, to jednak porozumieliśmy się co do tego, że możemy jechać dalej, uiszczając tylko stosowną opłatę. Na parkingu przed szlabanem nie było ani jednego samochodu... Czyżby nikt poza nami nie był na tyle szalony, by zdobywać Kékes w taką pogodę?
Chyba dalibyśmy radę wjechać nawet na sam szczyt, gdyby nie prowadzone tuż pod nim prace remontowe. Na drodze pracowała wielka koparka, którą trudno byłoby ominąć. Od samochodu miałam więc do przejścia aż 100, najwyżej 200 metrów.
Na szczycie najwyższej góry Mátry i całych Węgier.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Warunki były bardzo trudne. Ulewa, błoto pokoparkowe i totalna mgła. Cud, że trafiłam na kamień z napisem Kékestető 1014 m. Rodzina została w samochodzie, stanowczo odmawiając wystawienia się na działanie zimna i deszczu, zapewne nawet nie zauważyliby, gdybym nagle fiknęła koziołka na drodze podejściowej... Można sobie żartować z trudności wejścia na tę najważniejszą dla Węgrów górę, ale przyznam szczerze, że dawno nie miałam tak fatalnej pogody na wędrówce. Na szczęście do przejścia było jedynie kilkaset kroków :)
Ku pamięci motocyklistów. Na Kékes bliżej im do nieba.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Mimo tak złych warunków zatrzymałam się na chwilę przy drewnianych słupach, które znałam z węgierskich cmentarzy. Wokół na ziemi stało mnóstwo zniczy, na płocie okalającym to miejsce zawieszono wstążki, ze zdjęć spoglądali na mnie ludzie - przeważnie młodzi, weseli. To motocykliści, którzy zginęli na okolicznych drogach – wyjaśnił mi później węgierski znajomy. Drogi w górach Mátra są przez nich lubiane, bo niewiele samochodów na nich jeździ, za to są malownicze, z mnóstwem zakrętów. To niestety powoduje, że często tracą panowanie nad motorem. My zdecydowanie wolimy po górach spacerować – odpowiadam. Może jednak spróbujecie segwayów? – proponuje alternatywną formę przemieszczania się.
Co to takiego? Mieliśmy się wkrótce przekonać. W Mátrafüred znajduje się baza różnych sportów ekstremalnych, o których przed odwiedzinami w tym miejscu nie miałam pojęcia. Bo czym na przykład jest „shredder”, zwany pieszczotliwie „czołgiem”? „Ten rewolucyjny pojazd nadaje nowego znaczenia kategorii ,,off-road”. Warunki techniczne: silnik Honda 196 cm3, 14 koni mechanicznych, prędkość 50 km/h, gąsienice łańcuchowe umożliwiają poruszanie się z dużymi prędkościami niezależnie od uwarunkowań terenowych i pory roku” - wyjaśnienie znajdziemy na stronie bazy (opisy po polsku – sami sprawdźcie http://www.hsb.hu/matrafured_turak_pl.php?p=100. Po raz kolejny przekonuję się, jak bardzo Węgrzy są otwarci na turystów z Polski). A może elektro-roller? To z kolei hulajnoga z napędem elektrycznym. Hill dog? Inny rodzaj hulajnogi XXI wieku – sport zdecydowanie dla zaawansowanych. Dog scooter? Wyprawa na hulajnodze z psem. Monsterroller? Od klasycznej hulajnogi różni się ostrymi przednimi i tylnymi hamulcami oraz dużymi, balonowymi kołami.
Najbardziej sportowe miejsce w całej Mátrze.
Fot. arch. barswiat.pl
Ale przecież nie tylko na hulajnogach się w górach Mátra jeździ. Również segwayami. To z kolei dwa duże koła z podestem na nasze nogi oraz skrętną wajchą pełniącą rolę kierownicy, którą trzymamy w rękach. Uświadamiam sobie, że widziałam już przemieszczających się takimi pojazdami pracowników hipermarketów. Właściciel bazy jest dystrybutorem segwayów na Węgrzech i chyba doszedł do wniosku, że dodadzą kolorytu do jego szerokiego spektrum innych pojazdów. Wydaje mi się, że chyba są jego główną atrakcją, najczęściej wybieraną przez przyjezdnych.
Przed wyruszeniem w trasę trzeba przejść szkolenie. Trenujemy jazdę na wytyczonych przy bazie alejkach. Kluczem do sukcesu jest utrzymanie równowagi i balansowanie ciałem. Jedziemy pochylając się do przodu, hamujemy – prostując. Wreszcie ruszamy. Najpierw alejkami Mátrafüred, przy okazji zwiedzając miasteczko. Kiedyś było tu kąpielisko („füred”, człon nazwy który spotykamy także w miejscowościach wypoczynkowych, nierzadko ze źródłami termalnymi, bardzo częstymi na Węgrzech i Słowacji, jest zbliżony znaczeniowo do naszego "zdrój"). Niestety, od kilku lat to miejsce jest zamknięte – ubolewa jadąca z nami instruktorka. - A jest tu przecież piękny park, który można by było wykorzystać dla mieszkańców.
Zwiedzanie Mátrafüred na segwayach.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Park jest także po drugiej stronie ulicy. Tutaj właściciele bazy proponują zabawę we frisby-golfa. Pomiędzy drzewami stoi kilka koszy o specjalnej konstrukcji. Wyznaczono miejsca, z których należy zacząć rzuty. Jeśli nie trafimy, rzucamy stamtąd, gdzie upadło frisby (takie o specjalnej konstrukcji, cięższe niż normalne). Im mniej rzutów potrzebnych do umieszczenia frisby w koszu, tym więcej punktów. W bazie można dostać mapkę i wskazówki, jak w grę grać.
Kosze do frisby-golfa.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Mijamy budynek dawnej szkoły, w którym obecnie mieści się prywatne muzeum lalek w strojach ludowych rejonu Paloc wraz z ekspozycją etnograficzną - jedna z większych atrakcji w Mátrafüred, oczywiście oprócz przejażdżki segwayami:). Zwiedzamy je po zakończeniu wycieczki.
Lalki w strojach rejonu Paloc w muzeum lalek w Mátrafüred.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Docieramy do szkoły leśnictwa, gdzie znajduje się zagroda z dzikami, które podchodzą bardzo blisko ogrodzenia, skuszone jabłkami przywiezionymi przez nas specjalnie na tę okazję. Co prawda Jędrek słynący z tego, że potrafi zjeść nawet 10 jabłek na dzień, ma wątpliwości, czy poczęstować jabłkiem dziki, czy też zachować je dla siebie, ostatecznie rzuca je jednak zwierzętom patrzącym na nie łakomie.
Pierwszy raz widzieliśmy dziki z tak z bliska.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Drugą atrakcją szkoły okazuje się być boisko, na którym wreszcie możemy poczuć wiatr we włosach i wypróbować faktyczne możliwości segwayów. Wcześniej mimo naszego napierania na rączkę, poruszały się jak żółwie, dopiero przy szkole wyszło szydło z worka. Zwolnię wam blokadę i teraz będziecie mogli poruszać się nawet 20 km / h – wyjaśnia nasza opiekunka. Aha, czyli wcześniej byliśmy żółtodziobami, które się dopiero uczą, teraz awansowaliśmy.
Szkoła była najdalszym i najwyższym punktem na naszej trasie. Znajdowała się na sporym wzniesieniu i mogliśmy z jej terenu obserwować okoliczne góry, które pięknie było stamtąd widać. W wielu punktach widzieliśmy wznoszące się jeszcze wyżej wieże. Wieża telewizyjna znajduje się na szczycie Kékestető, zabytkowa, ponad 100-letnia w Mátrafüred i najbardziej efektowna w Sástó, pięć minut drogi od naszego miejsca zamieszkania, przy najwyżej na Węgrzech położonym jeziorze.
Wieża w Sástó nad najwyżej położonym na Węgrzech jeziorem.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Naprawdę byliście na niej dzisiaj rano? - nasza specjalistka od segwayów nie może wyjść z podziwu. - Ja się boję na nią wchodzić przy mocnym wietrze, bo cała się rusza – przyznaje. No cóż, sporty ekstremalne dla niej to pestka, ruszające się wieża jednak nie.
Wieża Sástó - jak wieje, to się odchyla od pionu.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
My wspinając się na nią tego ranka, nie zauważyliśmy jakiegoś solidnego odchylenia od pionu, ale faktycznie im wyżej w górę, tym bardziej wiało. Tym razem mgły nie było, jak na Kékes i mogliśmy podziwiać góry Mátra w całej okazałości i rozległości. Oj, musimy tu wrócić, żeby więcej po nich pochodzić. Świetny pomysł to wycieczki prowadzące od wieży do wieży. Wykaz wież znajdziecie tutaj:
http://www.gyongyos-matra.hu/en/info/sights/lookout-towers/index.html
Zabytkowa, ponad 100-letnia wieża w Mátrafüred.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Świetne widoki są też z mostu rozciągniętego ponad kamieniołomem pomiędzy Mátrafüred i Mátraháza – przy pięknej pogodzie ponoć od Kekes aż do Wielkiej Niziny Węgierskiej. Ktoś miał genialny pomysł, że umieścił właśnie w takiej scenerii Oxygen Adrenalin Park, dumę Mátry. Można tu pojeździć na bobslejach, sprawdzić swoje nerwy w parku linowym czy poskakać w uprzęży na ogromnych trampolinach. Może być też spokojniej – spróbujmy przejść przez wodę po drewnianych podestach lub przeciągnąć się za pomocą liny na drugą stronę. Atrakcji tyle, że chętnie spędzilibyśmy tu cały dzień. Jak by nam było mało, możemy na miejscu zorganizować nocleg i na drugi dzień zacząć zabawy z adrenaliną od nowa.
http://www.adrenalin-park.hu/
Jedne z wielu atrakcji Oxygen Adrenalin Park.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Gdy już naprawdę musimy odpocząć od nadmiaru wrażeń, wsiądźmy w leśną kolejkę. Węgrzy także mają swoją ciuchcię leśną, tak jak my w Bieszczadach, a historia jest niemal identyczna. Pierwotnie służyła do przewozu drewna z gór Mátra, obecnie turystom, choć mam wrażenie, że także okolicznym mieszkańcom. Wyrusza się z Gyöngyös dwoma trasami, albo do Mátrafüred, albo aż za Sástó, bardziej w głąb gór. Wiecie jak jest ciuchcia ogrzewana? Piecykiem w środku wagonu!
Odpoczynek w kolejce leśnej.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Po intensywnym zwiedzaniu Gyöngyös (o tym miasteczku napiszę osobno), na trasie do Mátrafüred w wagoniku kolejki próbowaliśmy dojść do siebie przed następnymi atrakcjami, które mieliśmy zaplanowane na ten dzień. Dwadzieścia minut w jedną stronę i 7 kilometrów pokonane. Na stacji postój związany ze zmianą kierunku jazdy i przestawienie lokomotywy. Akurat wystarczający czas, by wyskoczyć do miasteczka i kupić lokalne przysmaki: zawijańce z różnym wypełnieniem, które udało nam się kupić jeszcze ciepłe, prosto z pieca. Najbardziej smakowały nam te z masą makową oraz jabłkową.
Przy stacji kolejki w Mátrafüred.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Zazwyczaj wędrujemy po górach. Tym razem jednak wybraliśmy inne sposoby na poruszanie się i różne aktywności, których można spróbować w górach Mátra. Trochę zmusiła nas do tego pogoda, ale bardziej skusiły proponowane w Mátrze atrakcje. Przyznam szczerze, że w ostatecznym rozrachunku cieszę się, że tak właśnie się stało. Wrażeń przywieźliśmy mnóstwo, a wspomnienia z wycieczki segwayami, chyba najbardziej wryją się nam w pamięć. Ale też mamy po co wracać w góry Mátra. Bo jednak warto by było przemierzyć je także na nogach. W ostatnim dniu pogoda wreszcie się poprawiła i już w drodze powrotnej mogliśmy te góry podziwiać w całej okazałości w jesiennej szacie. Były przepiękne!
Góry Mátra - naszym zdaniem najbardziej urokliwe na Węgrzech.
Fot. Kamila Gruszka / barswiat.pl
Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
