Nieudane próby atakowania szczytu Kazbeka, oswajanie się z gruzińską gościnnością, rajskie chwile w Dolinie Sno i nie do końca przyjazne w Chewsuretii, ojczyźnie blondynów o niebieskich oczach. Tamte wakacje to spotkanie z Miszką i Aczikiem oraz z gruzińskim królem w jego obozie nad morzem. To właśnie oni wyjaśniali cierpliwie zawiłości charakteru i zwyczaje narodowe Gruzinów. Byli najlepszymi bezinteresownymi przewodnikami, dzięki którym Gruzja objawiła mi się tak cudownie gościnna i... zmusiła do powrotu do niej już w następnym roku.
Zapraszam do przeczytania kroniki mojej pierwszej podróży do Gruzji...
2 sierpnia 2003 r., BRZEG - WROCŁAW - POZNAŃ
Początek podróży do Gruzji rozpoczął się jazdą z pełnym wyposażeniem wysokogórskim i ciężkimi plecakami na wesele kuzynki Darka, na którym byliśmy tylko do 19.00. Prosto stamtąd zawieziono nas na pociąg do Poznania. Zostaliśmy całkiem dobrze wyposażeni na drogę: w reklamówce mieliśmy pudło z ciastem, a w drugi zapakowano nam kiełbasy i mięso. Oprócz tego wieźliśmy butelkę wódki, dwa piwa, sprite’a i coca-colę. Śmialiśmy się, że w pociągu z Brześcia do Moskwy tym razem zamienimy się rolami z Rosjanami: to my będziemy częstować ich płynami z procentami i tłustymi kawałkami kiełbasy.
W Poznaniu spotkaliśmy się ze Skawolami, znajomymi, z którymi odtąd razem podróżowaliśmy w kierunku Gruzji. Z resztą ekipy byliśmy umówieni na miejscu, w Tbilisi.
3 sierpnia 2003 r., TERESPOL - BRZEŚĆ
Rano dojechaliśmy do Terespola. W błyskawicznym tempie kupiliśmy bilety na pociąg do Brześcia, wymieniliśmy złotówki na ruble (żeby mieć w razie czego na metro i minibus na lotnisko w Moskwie), nabyliśmy ostatnie niezbędne gadżety i już siedzieliśmy w wagonie.
Kupowanie biletu do Moskwy na dworcu w Brześciu odbyło się na zasadzie odsyłania od okienka do okienka. Jak zwykle. Nie było już biletów na miejsca w wagonie płackartnym na wcześniejszy pociąg, a kupe (wagon sypialny z przedziałami) było dla nas za drogie. Zdecydowaliśmy się na miejsca siedzące w pociągu o 16.25. To dość późno. Baliśmy się, czy zdążymy dotrzeć na czas na lotnisko. Jednak nawet jeżeli mielibyśmy wynajmować taksówkę w Moskwie, to i tak wyniosłoby to nas mniej niż podróż kupiejnym wcześniejszym.
Pociąg zaskoczył nas niebywale. Spodziewaliśmy się, że spędzimy najbliższe kilkanaście godzin na drewnianych ławkach, a weszliśmy do wagonu z fotelami lotniczymi, klimatyzacją, lustrami i telewizorem. Na dłuższych przystankach puszczano muzykę. Pierwszy raz w pociągu z Brześcia do Moskwy było mi zimno w nocy. Zazwyczaj jest w nich duszno, a żadne okna się nie otwierają.
4 sierpnia 2003 r., MOSKWA - TBILISI
W pół godziny zajechaliśmy taksówką z Moskwy na lotnisko. Jednak nie na ten terminal. Źle nas poinformowano w Aeroflocie w Warszawie, albo my coś pokręciliśmy. Na szczęście mieliśmy spory zapas czasu, a między terminalami kursował autobus, więc szybko przemieściliśmy na część obsługującą międzynarodowe loty.
Jeszcze przed odlotem poznaliśmy pierwszego Gruzina. Wracał z kursu instruktorskiego w Alpach i bardzo zachwalał rejon Kazbeka. Gdy przelatywaliśmy nad Kaukazem, pokazał nam góry. Inną interesującą osobą był Amerykanin uczący się w Stanach rosyjskiego. Leciał do swojego profesora do Tbilisi, który ostrzegał go, by nie wyściubiał nosa poza stolicę, bo jest to niebezpieczne. Wydało nam się to trochę dziwne i na wyrost. Pomyśleliśmy, że może faktycznie takiego Amerykańca, na każdym kroku ktoś będzie próbował oszukać i naciągnąć, ale wierzyliśmy, że my ze znajomością rosyjskiego i doświadczeniami z poprzednich podróży jesteśmy na takie rzeczy uodpornieni. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że Gruzini są najserdeczniejszym narodem na świecie i nie daliby nikogo skrzywdzić...
Na lotnisku w Tbilisi czekała na nas cała ekipa, która przyleciała do Gruzji przez Mińsk dwa dni wcześniej. Poznali nas z kierowcą wynajętego przez nich busa, którego spotkali na dworcu autobusowym, szukając możliwości dojazdu do Dawid Garedża. Za transport zapłacili, ale ugoszczeni zostali w domu Gruzina za darmo. Zaprosił nas wszystkich do siebie - razem z nami dziewięć osób.
Ktoś przypomniał, że jedna z pierwszych informacji, jaką przeczytał o Gruzji brzmiała: „Nie zdziw się, jeżeli pierwszy napotkany Gruzin zaprosi cię do swojego domu.” My zaraz po wylądowaniu zaznajomiliśmy się z inną ich cechą charakteru. Zanim bowiem tam dotarliśmy, nasz gospodarz pokazał nam wszystkie najważniejsze zabytki Tbilisi – Gruzini są bardzo dumni ze swojej historii.
Pojechaliśmy więc do kościoła Metecchi, stojącego na wzgórzu, z pomnikiem założyciela miasta – Wachtanga. Wzrok skierowany miał na drugą stronę rzeki, gdzie stoi Matka Gruzja, w jednej dłoni trzymająca czarę z winem (dla gości), a w drugiej miecz (dla wrogów). Na drugim brzegu było też widać twierdzę Narikała (do której mieliśmy dotrzeć po południu), kościół po lewej i pałac dawnej lokalnej księżnej po prawej.
Gospodarze zostawili nas na ulicy Rustawelego, reprezentacyjnej arterii Tbilisi. Ponieważ miałam problem z aparatem, próbowałam znaleźć zakład fotograficzny, nie wierząc jednak w powodzenie moich dociekań. I tu doświadczyłam rzeczy dziwnej, bo obojętnie, kogo się pytałam, gdzie mogłabym aparat naprawić, wszyscy wskazywali mi jedną drogę. Trafiliśmy bezbłędnie do małego zakładu, mieszczącego się w niewielkim pokoiku, którego bez wskazówek nie mielibyśmy szans odnaleźć. Ale w całym Tbilisi znali właściciela i się udało. Potem wiedzieliśmy już, że jak Gruzin usłyszy nazwisko, to z dużym prawdopodobieństwem wskaże, w której części kraju mieszka delikwent.
Oprócz wizyty u fotografa załatwiliśmy też gaz i maszynki oraz paliwo w góry. Mieliśmy z tym spory problem, bo gazu nie można było przewozić samolotem. Może i zaryzykowalibyśmy jego przemycenie, ale nie w czasach, gdy wszyscy boją się zamachów terrorystycznych i skrupulatnie prześwietlają bagaże. Cześć osób zorganizowała sobie różne warianty dziwnych maszynek paliwowych, tudzież spirytusowych, inni zdołali zakupić jednorazowe kartusze z gazem wraz z odpowiednimi do nich maszynkami. Razem z Darkiem przyłączyliśmy się do Tymonowej paliwówki.
Potem zaczęło się już tylko włóczenie po zakamarkach i małych uliczkach Tbilisi, podziwianie drewnianych balkonów i arkad domów oraz wspinaczka na twierdzę Narikała, powrót koło meczetu oraz łaźni tureckiej (Tbilisi ma ciepłe źródła). Największe wrażenie zrobiła na nas fasada łaźni - w środku okropnie śmierdziało i nie skorzystaliśmy z jej usług.
Wróciliśmy metrem do domu naszego gospodarza, gdzie czekała kolacja przygotowana przez panią domu. Na stół podano frytki, zasmażaną paprykę, chleb, pomidory, ogórki, arbuzy i melony. Wszystko wyglądało niesamowicie apetycznie. Michał pełnił rolę tamady i wznosił toasty wódką wystawioną przez gospodarzy. Było też piwo, kupione przez nas, nie wiedzieliśmy jednak, że nie cieszy się uznaniem Gruzinów – pije się nim toasty za wrogów. Najszlachetniejsze jest wino. Michałowi jako tamadzie musieliśmy podpowiadać coraz to nowsze pomysły na toasty. Gruzini bowiem wygłaszają całe przemówienia, zanim wychylą kieliszek do dna i my też musieliśmy się do tego dostosować. Toasty wznosi jedna osoba, najczęściej gospodarz i on jedynie może wyznaczyć do tej funkcji kogoś innego.
Późną nocą kładliśmy się spać jeden przy drugim na dywanie. Dziewczyny dostały łóżko, bo nie wypadało według gospodarzy, by spały na podłodze. Ja się nie załapałam, bo przyjechaliśmy dzień później.
5 sierpnia 2003 r. TBILISI – MCCHETA – GRUZIŃSKA DROGA WOJENNA – KAZBEGI – GERGETI – CMINDA SAMEBA
Rano wyjechaliśmy z Tbilisi. Było nam spieszno w góry. Nie dotarliśmy tam jednak od razu. Zaraz za miastem zatrzymaliśmy się na jedzenie w znanej restauracji. Gruzińskie specjały, które próbowaliśmy, to kababi i chinkali. To ostatnie to pieróg z mięsem, wypełniony rosołem. Nagryza się go najpierw i wysysa sok, potem dopiero je. Mięso z kababów gruzińskich przemiela się z przyprawami i podaje zawinięte w naleśnik.
Niedługo potem kierowca zarządził przystanek w Mcchecie, dawnej stolicy Gruzji. Podjechaliśmy pod katedrę. Nie zostaliśmy do niej wpuszczeni, bo byliśmy w krótkich spodenkach. To samo spotkało nas w gruzińskich cerkwiach w Tbilisi. Jedynie Ormianka z kościoła ormiańskiego nie miała nic przeciwko naszemu strojowi. „Ach, turisty” - stwierdziła i machnęła ręką.
Jadąc Gruzińską Drogą Wojenną, ważnym historycznym szlakiem transskaukaskim, już z daleka dostrzegliśmy dobrze zachowaną twierdzę Annanuri. Całość otaczał mur obronny z wieżami, a w kościele panował półmrok i przez to niesamowity klimat. 
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Niedługo później wjechaliśmy w góry. Zaczęły się przepaście, tunele, w dole widzieliśmy leżące auta, które kiedyś zapewne stoczyły się z drogi. Tunele chroniły przejazd przed zasypaniem śniegiem w zimie, być może też przed spadającymi kamieniami, my w każdym razie tylko raz przez taki tunel przejechaliśmy, zazwyczaj korzystaliśmy z drogi, która biegła obok.
Zrobiliśmy sobie jeszcze jeden przystanek na obejrzenie pomnika przyjaźni gruzińsko-radzieckiej. Przypuszczam, że pomysłodawcą był jednak Rosjanin, bo rozpoznawałam w tej budowli „rosyjską myśl”: było to coś okrągłego na nóżkach z mozaiką narodowych rysunków, niezwykle nieumiejętnie wkomponowane w piękny górski krajobraz. Nasz kierowca tłumaczył, że oni, Gruzini, oferowali Rosjanom przyjaźń, a ci im tylko wrogością odpłacili. Faktycznie na obrazku stał Rosjanin z kałachem.
Muszę nadmienić, że wszystkie przystanki wynikały z inicjatywy naszego kierowcy. Nie pytając nas właściwie o zdanie, uznał, że te wszystkie miejsca po prostu musimy zobaczyć.
Po południu, po dosyć męczącej podróży, dojechaliśmy do Kazbegi (obecnie Stepancminda). Podczas zakupów przekonaliśmy się, że wszystko kosztuje dla nas jedno lari. Obojętnie, czy kupowaliśmy jednego ogórka czy kilogram. Ciekawe, ile płacili okoliczni mieszkańcy?
Ostatni kurs wynajętym busem polegał na wywiezieniu nas do wsi Gergeti, skąd już tylko pieszo mogliśmy udać się na zdobywanie Kazbeka. W czasie gdy przepakowywaliśmy sprzęt, obok w kałuży taplała się świnia, kładąc się w błocku najpierw na jednym boku, potem na drugim. Podszedł do nas mieszkaniec pobliskich zabudowań, zaniepokojony, że moglibyśmy pójść złą drogą. Wyjaśnił, którędy mamy się kierować.
Wieczorem rozbiliśmy obóz w pobliżu kościółka Cminda Sameba, który stoi na wzgórzu ponad wsią. Wyglądał na opuszczony i wejście do niego było zamknięte. Dostaliśmy się do środka przez starą dzwonnicę. Na murach dostrzegliśmy dziwne rzeźby: kobietę i dwa stwory - ni to jaszczurki, ni małpy - umieszczone jakoś niesymetrycznie i przypadkowo. Ktoś później podpowiedział nam, że takie rysunki mogą mieć znaczenie pokutne i wydrapywali je grzesznicy.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Miejsce nastrajało do przemyśleń. Obserwowaliśmy cichy świat dookoła: pasące się na łące krowy oraz dwa osły. Rozpaliliśmy ognisko, ale szybko musieliśmy uciekać do namiotów, gdy zaczęło padać.
6 sierpnia 2003 r., DROGA W KIERUNKU LODOWCA
Padało przez całą noc i następnego dnia marsz przebiegał też w deszczu. Lało tak bardzo, że najlepszym rozwiązaniem wydawało nam się po prostu rozbicie namiotów. Byliśmy kompletnie przemoknięci.
7 sierpnia 2003 r. METEOSTANCJA
Rano obudziło nas słońce, a na bezchmurnym niebie zobaczyliśmy ośnieżony Kazbek. Promienie słońca, mimo że nastroiły optymistycznie na dalszą wędrówkę, nie cieszyły nas już tak bardzo, gdy okazało się, że spowodowały wysuszenie źródełka, z którego poprzedniego dnia braliśmy wodę. Jedzenie jakoś jeszcze daliśmy radę zagotować, ale o myciu nie było już mowy. Osuszyliśmy wszystkie ciuchy, śpiwory, plecaki i ruszyliśmy dalej.
Droga przebiegała po morenie bocznej wzdłuż strumienia wypływającego z lodowca. Kiedyś w końcu musieliśmy zejść i strumień, dosyć rwący po dwudniowym deszczu, przekroczyć. Opracowaliśmy cały system transportu na drugą stronę. Część z nas ewakuowała się najpierw na wysepkę na środku strumienia, reszta podawała plecaki. Potem przekraczaliśmy strumień po kamieniach. To była łatwiejsza część. Następnie trzeba było pokonać głębszą odnogę z wodą sięgającą po uda. Po tej operacji musiałam zmienić spodnie na inne.
Dalej droga sama nas już wiodła aż do lodowca. Ten okazał się nie najgorszy. Początkowo pokryty był piachem. Dalej też nie było trudno, bo dawno nie było świeżych opadów śniegu, więc szczeliny były wyraźnie widoczne. Zresztą nie było ich wiele, a jeżeli zdarzały się, to i tak wypełnione były lodem, po którym bez lęku można było przechodzić. Raki okazały się niepotrzebne.
Z daleka widzieliśmy na bałusze pod Kazbekiem meteostancję, pełniącą funkcję bazy. Po przekroczeniu lodowca pojawił się jednak problem, jak do niej dotrzeć. Górowała nad nami dokładnie widoczna, tyle że nie potrafiliśmy wypatrzeć ścieżki do niej prowadzącej. Pionowo w górę po kamieniach trasa nie była zachęcająca, zdecydowaliśmy się więc na wariant okrężny, czyli dojście od prawej strony kamienistymi grzbietami. Był to najbardziej wykańczający odcinek tego dnia. Ziemia osuwała się pod nogami. Mając do pokonania jeszcze kilkadziesiąt metrów, widziałam naprzeciwko siebie kolorowe czapki i kurtki moich kolegów, którzy już dawno zdążyli dotrzeć na miejsce. Między nami jednak była przepaść. Musiałam dalej gramolić się po piargach dookoła pod górę. Potem dopiero dowiedzieliśmy się, że można było do meteostancji dotrzeć znacznie łatwiejszą, wygodniejszą i szybszą drogą z lewej strony.
Meteostancja funkcjonowała jako schronisko. Była całkowicie zrujnowana, ale w czasach sowieckich zasługiwała jak najbardziej na swoje miano, czyli stacji meteorologicznej. Po odłączeniu się Gruzji od Związku Radzieckiego, Rosjanie wywieźli wszystko, co bardziej wartościowe, a budynek zostawili swojemu losowi. W 2003 r. zawiadywał nim związek alpinizmu. W środku można było się przespać: Gruzini za darmo, obcokrajowcy za 10 lari za noc (czyli 20 zł). Zbiliśmy tę cenę do 10 lari za trzy noce.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Ale i tak my z Darkiem zdecydowaliśmy się na nocowanie w namiocie. W budynku jedynie grzaliśmy się i jedliśmy wraz z resztą ekipy. Mieliśmy do dyspozycji pomieszczenie kuchenne z kozą, w której próbowaliśmy palić, choć nie było to proste. Siedzieliśmy w dymie, ale kolejne menażki z ciepłą wodą były zużywane na chinki, kisiele, budynie i gorące kubki. Tego pierwszego wieczora zjedliśmy i wypiliśmy potworne ilości wszystkiego.
Kładliśmy się spać w namiocie bardzo późno. Niebo usiane było gwiazdami i świecił jasny księżyc. Dopiero później zaczął wiać wiatr, który nawiał chmury. Towarzyszył nam przez całą noc, a każdego kolejnego dnia przekonywaliśmy się, że staje się coraz silniejszy. Namiot był jednak szczelny i wytrzymały, i było nam w nim ciepło.
8 sierpnia 2003 r., METEOSTANCJA - LODOWIEC
Rano nie było mowy o jakimkolwiek wychodzeniu w góry. Wiało, dookoła zalegała mgła taka, że nic nie było widać i nawet trochę popadywało. Zgromadziliśmy się wszyscy przy ogniu. Siedzieliśmy w kłębach dymu. Jak tylko zawiało, cały dym, który powinien wylatywać na zewnątrz, wiatr wpychał z powrotem do pomieszczenia. Drewno zbieraliśmy dookoła budynku. Każdy, kto wychodził na zewnątrz, musiał wrócić z garścią patyków. Były mokre, suszyliśmy je więc najpierw na piecu, dopiero potem dokładając do ognia.
Na aklimatyzacyjny rekonesans wyszliśmy o pierwszej po południu. Mieliśmy trochę problemów ze znalezieniem właściwej drogi, ale ostatecznie doszliśmy do lodowca. Po drodze podostawialiśmy kamyki do kopczyków, by bezbłędnie odnaleźć szlak następnym razem.
9 sierpnia 2003 r., METEOSTANCJA
Przekonaliśmy się, że nie możemy liczyć na szybką poprawę pogody. Codziennie było właściwie tak samo. Rozpogadzało się po południu, ale silny wiatr nawiewał późnym wieczorem chmury i zaczynało lać. Padało zazwyczaj całą noc.
Dzień wcześniej przeszła nawet całkiem porządna burza. Pioruny strzelały i grzmoty rozlegały się prawie jednocześnie. Strach było wyjść na zewnątrz za potrzebą. Towarzyszyło nam jakieś irracjonalne poczucie bezpieczeństwa, jedynie gdy przebywaliśmy w namiocie.
Od rana siedzieliśmy w meteostancji, natomiast dwie osoby z ekipy wybrały się na wycieczkę do kościółka, znajdującego się gdzieś wśród skał ponad schroniskiem, oddalonego o godzinę drogi. Nie widać go było dobrze z dołu. Czasem tylko błysła biel ścian wśród szarych skał. Na pewno świetny pomysł na spacer, by się w schronisku nie zanudzić.
10 sierpnia 2003 r., METEOSTANCJA
Wiało straszliwie przez całą noc, tak że baliśmy się o namiot. Zrobiliśmy jednak pobudkę na wyjście. Darek poszedł zobaczyć, czy ktoś z naszych ma ochotę w ogóle wychodzić. Spali. Tylko Skawol wyszedł przed schronisko, ale obaj z Darkiem doszli do wniosku, że jeżeli w bazie nie da rady ustać spokojnie na nogach, to tym bardziej nie ma sensu ruszać się gdzieś dalej.
Gdy Darek wrócił, miałam na sobie już wszystko, co niezbędne do wyjścia na atak szczytowy. Nie pozostało mi jednak nic innego, jak tylko z powrotem z siebie to ściągnąć. Mogliśmy spać dalej, choć było to bardzo trudne. Za każdym podmuchem wiatru wydawało się, że za chwilę połamią się maszty, a my stracimy dach nad głową.
Postanowiliśmy przestawić namiot w lepiej osłonięte miejsce. Znaleźliśmy gotową platformę z murkiem, którą umocniliśmy, dokładając kamienie na boki. Przynajmniej przez jakiś czas namiot powinien się wytrzymać.
Mimo wiatru była tak naprawdę piękna pogoda. Świeciło słońce, a na niebie nie widać było ani jednej chmurki. Wyciągnęłam Darka na spacer na niedaleką górkę z kapliczką. Kościółek zupełnie nie przypominał tego, przy którym mieliśmy biwak zaraz po wyjściu z Kazbegi. Na skałach postawiono blaszany barak o opływowych kształtach, podtrzymywany przez stalowe liny. Bardzo tam na górze wiało. Usiedliśmy więc skuleni z zawietrznej strony, wsłuchując się w dźwięk dzwonu zawieszonego na zewnątrz, wprawianego w ruch podmuchami wiatru.
11 sierpnia 2003 r., METEOSTANCJA – PLATEAU
Rozpoczęła się alpiniada na Kazbeku i zjechało mnóstwo ludzi. Około 50 osób miało razem wchodzić na szczyt. Choć to żaden rekord! Przewodniki podają niesamowite liczby – 1500 osób jednego dnia weszło na Kazbek za czasów Związku Radzieckiego, kiedy to takie akcje z okazji różnych bardzo ważnych rocznic były czymś oczywistym.
W związku z rezerwacją schroniska wyproszono naszych znajomych z jednego pomieszczenia. Tej nocy razem z nami w namiocie spał Szczepan, dla którego zabrakło miejsca w pokoju.
W nocy jak zwykle wiało. Poniewierało namiotem na wszystkie strony, jednak nie przeżywaliśmy już takich emocji jak w noc poprzednią, gdy z daleka było słychać świst wiatru i wiadomo było, że za chwilę podmuch dotrze do nas i zatrzęsie tropikiem. Na pobudkę pofatygował się do nas Marek. My już wcześniej zdecydowaliśmy, że nigdzie się nie ruszamy. Wiatr nawet na chwilę się uspokoił, ale chyba tylko dlatego, że krajobraz dookoła spowiła mgła. Spaliśmy w chmurze.
O ósmej rano obudziło nas przepiękne słońce. Według ustaleń to miał był ostatni dzień na atak szczytowy. Większość ekipy zdecydowała, że schodzi na dół, nie chcąc marnować cennego urlopu na jakąś górę... Część z nas postanowiła spróbować mimo późnej pory. Niekoniecznie przecież musieliśmy wejść na szczyt, chcieliśmy po prostu dotrzeć jak najdalej.
Na plateau doszliśmy w szóstkę: Skawole, my, Szczepan i Tymon. Pogoda nie była najgorsza. Owszem, wiał wiatr, ale jak człowiek zaparł się kijkami i rakami, to można było się utrzymać. Omijaliśmy sporo szczelin. Lecące z góry kamienie i bloki lodowe wiszące nad głowami były tak naprawdę jedynym moim zmartwieniem. Szło się całkiem dobrze. Dopiero niedaleko plateau dopadł nas wiatr nanoszący drobne i ostre igiełki lodu. Klękliśmy wszyscy razem w śniegu, żeby nas nie zdmuchnęło. Zasłoniliśmy twarze, bo drobiny śniegu zadawały niemiłosierny ból. Zadecydowaliśmy o odwrocie...
Byliśmy dobrze zaaklimatyzowani i dość szybko się przemieszczaliśmy. Na plateau dotarliśmy w trzy godziny, z powrotem szliśmy niecałe dwie. Czy możliwe byłoby wejście na Kazbek tego dnia? Wyszliśmy ze schroniska przed dziesiątą. Trochę późno. O wszystkim i tak zadecydowała pogoda.
Wszyscy oprócz Darka i mnie zeszli ostatecznie na dół. My trwaliśmy. Istniało prawdopodobieństwo, że spotkamy się dopiero w Polsce. Wszystko zależało od tego, jak długo będziemy czekać pod Kazbekiem na pogodę i jaką obierzemy trasę podróży po Gruzji.
12 sierpnia 2003 r., METEOSTANCJA
Cały dzień odpoczywaliśmy. Oprócz wiatru tym razem wyjście uniemożliwiły także chmury. Nie padało jednak. Co więcej w ciągu dnia się wypogodziło. Siedzieliśmy przez chwilę przed schroniskiem w słońcu. Każdy dzień wyglądał podobnie. Pół dnia schodziło nam na ugotowanie śniadania, a zaraz potem obiadu. Nie nudziliśmy się więc specjalnie w dzień odpoczynku. Skawol zostawił nam jedną maszynkę, która najlepiej działała na denaturat. Niestety, tego specyfiku nie znaleźliśmy w Gruzji. Z powodzeniem zastępował go spirytus, który tutaj był niemal tak samo tani. My zaopatrzyliśmy się głównie w tzw. suchoj spirit, tj. tabletki nasączone alkoholem, które jednak były beznadziejne. Zawsze ich schodziło kilka, zanim ugotowaliśmy menażkę wody. Nad ryżem spędzaliśmy więcej niż godzinę. Co więcej, tabletki te wydzielały specyficzny smród, więc musieliśmy ewakuować się z całym ustrojstwem do zacisznego, ale za to chłodnego pomieszczenia przy wejściu do schroniska z widokiem przez wybitą szybę na spowity chmurami Kazbek. Tam spędzaliśmy codziennie kilka godzin, by to, co ugotowaliśmy, zjeść w ciągu pięciu minut w ogólnodostępnej, wypełnionej ludźmi do granic wytrzymałości jadalni, będącej jednocześnie pomieszczeniem socjalnym do gry w karty i spotkań towarzyskich.
Po południu czytaliśmy w namiocie z coraz większą nadzieją na wyjście następnego dnia. Uspokoił się wiatr, na niebie ani jednej chmurki. Ale taką nadzieję mieliśmy każdego wieczoru. I każdej nocy okazywało się, że wiatr jest gorszy niż dnia poprzedniego.
13 sierpnia 2003 r., METEOSTANCJA
Po pięknej pogodzie ani śladu. Chmury tuż pod namiotem. Rozpogodziło się na chwilę, ale Kazbeka przez cały dzień nie było widać. Instruktorzy alpiniady mimo wszystko wyszli, by wytyczyć trasę marszu dla wszystkich na dzień następny. My siedzieliśmy głównie w namiocie, nie licząc kilkugodzinnego gotowania w schronisku.
Rozmawialiśmy z Krzyśkiem, który wraz z grupą mojego znajomego o ksywce Trabant podróżował po Gruzji. Tamci wracali właśnie przez Turcję do Polski, natomiast Krzysiek przedłużył wizę i znalazł się ponownie pod Kazbekiem ze względu na alpiniadę. Żal chyba mu się nas zrobiło, gdy patrzył na nasze racje żywieniowe, więc przyniósł nam puszkę makreli w sosie pomidorowym. Wieczorem doniósł jeszcze chleb.
Mieliśmy w związku z tym uroczystą kolację w namiocie. Na gazecie postawiliśmy konserwę i widelcem wyciągaliśmy ociekające sosem kawałki ryby. Jak dotychczas był to dla mnie najpyszniejszy posiłek w Gruzji. Celebrowaliśmy tę ucztę także z innego powodu. Leżąc bezczynnie w namiocie, gadaliśmy o głupotach, no i stało się – zaręczyliśmy się. Chyba sprowokowałam to jakimś pytaniem i zamiast odpowiedzi Darek nałożył mi na palec pierścionek zaręczynowy, który trzymał przez całą podróż w pudełku w kształcie serduszka w kieszeni na piersi. Ten uroczysty moment miał nastąpić na szczycie, ale wejście na Kazbek odwlekało się.
14 sierpnia 2003 r., NIEUDANY ATAK SZCZYTOWY
To był strasznie dołujący dzień. Wreszcie rano wyszliśmy na atak szczytowy. Pogoda mimo chmur dnia poprzedniego była znośna. Świecił księżyc w pełni i o 2.00 w nocy było w miarę jasno. Miał to być dzień wejścia wszystkich uczestników alpiniady. W schronisku złapaliśmy ostatnią grupę. Zrobiliśmy sobie sos do ryżu ugotowanego na wszelki wypadek kilka dni wcześniej. Każdego dnia czekał na to, by mógł być zjedzony. Wreszcie przyszła jego kolej. Nie daliśmy mu jednak rady... Odezwała się w nas choroba zwana „ryżozą”. Wtedy doświadczyliśmy niesamowitej życzliwości Gruzinów. Najpierw poczęstowali nas herbatą, potem mlekiem skondensowanym w puszce, na koniec czekoladą. Był jeszcze chleb z masłem. Mimo niezjedzonego ryżu brzuchy mieliśmy pełne.
Po nas wychodziła jedynie ekipa Niemców śpiących, tak jak my, w namiocie. Dołączyliśmy do nich i razem goniliśmy uczestników alpiniady. W oddali widzieliśmy światełka czołówek i ciemne gąsienice ludzi połączonych linami. Wymijaliśmy ich potem po kolei przy przejściu przez lodowiec i plateau. Szli bardzo wolno, a my czuliśmy się, jakbyśmy wybrali się na spacer. Praktycznie cały czas, nawet przy podejściach, rozmawialiśmy. Nie ma to jak dobra aklimatyzacja.
Gdy zrobiło się jasno, wyszło na jaw, że idziemy nie wpięci w linę. Najbardziej nam się dostało od starego dziadka z brodą i w gruzińskiej czapie, który zamiast czekana czy kijków do podpierania używał długiego kija zakończonego szpikulcem. Później dowiedzieliśmy się, że w przeciwieństwie do reszty przewodników pochodzących z Tbilisi, on był z tych okolic. Prawdziwy kaukaski góral spod Kazbeka.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Mimo wcześniejszych nieprzyjemnych słów wypowiedzianych pod naszym adresem, obserwując później nasze poczynania na lodowcu i skoki przez szczeliny, przy okazji kolejnego odpoczynku już w drodze powrotnej wykrzyknął z uznaniem „Wot, mołodcy” i poczęstował gruzińską wódką - czaczą, wypalającą gardło.
Tymczasem jednak doszliśmy do miejsca, w którym zarządzono postój. Tam organizatorzy zaczęli czekanami wyłupywać bloki lodowe i urządzać prowizoryczne igloo dla ochrony przed wiatrem. Rozstawiono nawet namiot.
Większość ten czas wykorzystywała na posiłek. „Innostrancy” indywidualnie konsumowali swoje osobiste zapasy. Gruzini natomiast podchodzili jeden do drugiego, pytając „A co masz? A to dobre? A ja mam to...”, częstując się nawzajem czym popadnie. W ten sposób zamiast snickersów i mleka w tubce zjedliśmy jeszcze czekoladę, cukierki i energetycznego batona z ziarnami.
Ostatecznie zarządzono odwrót. Zrobiło się bardzo zimno, wiał silny wiatr i do tego nic nie było widać. Żal, że nie zdobyliśmy Kazbeka i nie przypieczętowaliśmy naszych zaręczyn, ale tak naprawdę cieszyłam się, że wreszcie zejdziemy w doliny. Nic nawet nie jedząc, zwinęliśmy szybko namiot z zamiarem jak najszybszej ucieczki z tego miejsca. Jakoś nie przewidzieliśmy, że mgła rozwieszona nad lodowcem dokładnie w miejscu, gdzie szuka się z niego wyjścia do zielonej doliny, pokrzyżuje nam plany. Prawie trzy godziny spędziliśmy na morenie bocznej, nie widząc przed sobą nic. Mgła zamiast się rozwiać, przybywała jeszcze gęstsza z kolejnymi podmuchami z dołu. Ponieważ od czasu do czasu odsłaniało się jedynie schronisko na wzgórzu, uznaliśmy odwrót w tę stronę za rozsądniejszy. Nici więc z uroczystej zaręczynowej kolacji w Kazbegi. Żegnajcie kababi i chinkali! Wróciliśmy pod meteostancję, by ponownie rozbić namiot w pobliżu schroniska.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
15 sierpnia 2003 r., KAZBEGI
Rano Darek obudził mnie, mówiąc, żebym wyjrzała przed namiot. Myślałam, że chodzi o to, że jest piękna pogoda i można żałować, że nie próbowaliśmy atakować szczytu. Miał na myśli coś innego. Przed wejściem leżał śnieg...
Miałam wrażenie, że Kazbek nas więzi. Siedzieliśmy w namiocie, słuchając odgłosów burzy i stukania drobin śnieżnych uderzających o tropik. Było jeszcze gorzej niż dnia poprzedniego. Cały lodowiec był zasnuty mgłą, a z namiotu nie było widać nawet schroniska. Twardo jednak postanowiliśmy schodzić. Udało nam się znaleźć ekipę, która akurat wybierała się na dół. „Bogaty tatuś z córunią i jej chłopakiem oraz wynajętym przewodnikiem” – pomyślałam, gdy ich zobaczyłam odstrzelonych w markowe ciuchy i zaopatrzonych w drogi zachodni sprzęt. Tylko ich przewodnik o twarzy zniszczonej wiatrem w wysłużonej kurtce i nie nadzwyczajnych butach budził mój szacunek. Prowadzeni przez niego przeszliśmy lodowiec w całkowitej mgle. Niezbędne okazało się tym razem założenie raków, bo lód był bardzo zmrożony i strach budziły zasypane śniegiem szczeliny.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Na końcu lodowca zatrzymaliśmy się na chwilę, by odpocząć, poczekać na „młodych” i wtedy... wyszło szydło z worka. Gdy usłyszeli, że jesteśmy z Polski, „przewodnik” stwierdził: „A, z Polski? Ja mam kolegę z Polski. Piotrek z Łodzi. Pustelnik się nazywa.” Przyznam szczerze, że trochę nas zamurowało, choć wtedy jeszcze nie zaczęliśmy podejrzewać, że mamy do czynienia z czołówką gruzińskich himalaistów. Nasz „przewodnik” miał na koncie prawie wszystkie ośmiotysięczniki, Benoi - „narzeczony” - Koronę Ziemi, a dziewczyna była pierwszą gruzińską zdobywczynią Ama Dablam. Nasz „sponsor” natomiast kiedyś się z nimi wspinał, teraz jednak większość czasu spędzał za biurkiem. Widać to było po jego wydatnym brzuszku.
Z lodowca weszliśmy wreszcie na stały ląd. Nie mogłam przestać zachwycać się kępkami trawy wyrastającymi tu i ówdzie. Niewiele było tej zieleni, ale jakże cieszyła oczy. Droga do kościółka zajęła nam prawie pięć godzin. Było bardzo ślisko i mokro, i co rusz przewracaliśmy się na błotnistej ścieżce. Dużo czasu schodziło nam też na czekaniu na grubego „sponsora”. Brzuszek niestety przeszkadzał mu dość znacząco w chodzeniu.
Od Cminda Sameba szliśmy sami. Oni wybrali jakieś skróty i zniknęli nam z oczu. Wydawało się, że idziemy wieczność. Chyba trafiliśmy na inną, dłuższą drogę z przeznaczeniem dla samochodów. Zniecierpliwieni wreszcie tą trasą zaczęliśmy przedzierać się przez czyjeś ogródki i cmentarz gruziński. Trochę zdezorientowani wyszliśmy wreszcie na drogę w wiosce Gergeti. Na szczęście pamiętałam, że idąc pod górę przechodziliśmy przez opuszczony dom niczym pod arkadami. Dom stał jak poprzednio i faktycznie zaraz za nim droga prowadziła prosto do Kazbegi.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Przy płocie siedziała grupa młodych Gruzinów, którzy przywitali nas machnięciem ręki. „Odkuda wy?” (Skąd jesteście?) - padło tradycyjne pytanie. „Iz Polszy” (Z Polski). „A, my znajem” (Wiemy, wiemy...) - przypomnieli sobie, że grupa Polaków schodziła z góry trzy dni temu. „Eta naszi druzja byli. My ostalis cztoby probować podnimatcsa na wierszinu. No pogoda nie horoszaja” (To nasi przyjaciele. My zostaliśmy, żeby próbować atakować szczyt. Ale pogoda niefajna) - wyjaśnialiśmy. „Da... Tam diesiat ciełowiek poteriało” (Wiemy. Tam 10 ludzi zaginęło) - byliśmy zaskoczeni ich wiedzą.
Grupa dziesięciu osób faktycznie zgubiła się w czasie wspólnej próby wejścia na Kazbek. Zamiast wrócić do schroniska, zeszli na drugą stronę góry do jakiejś wioski. Na początku nie wiadomo było, co się z nimi stało i na ratunek wyruszyła grupa przewodników gruzińskich. Okazało się jednak, że ostatecznie bezpiecznie zostali zakwaterowani w Kazbegi.
Przed mostem dogonił nas „sponsor” swoim samochodem, który świadczył o tym, że facet naprawdę musiał mieć dużo kasy. Ostatni odcinek drogi pokonaliśmy w luksusowych warunkach, przyjmując zaproszenie na przejażdżkę terenowym jeepem. Aż strach było zahaczyć tapicerkę czekanem czy rakiem przyczepionym do plecaka.
W Kazbegi były dwa hotele. Wielki i okazały nowo wybudowany „Stephantsminda” i mały niepozorny, nazwany po prostu „Hotel”. W pierwszym bardzo nieprzyjemna obsługa poinformowała nas, że doba w ich przybytku kosztuje 60 lari od osoby, czyli jakieś 120 zł. Oferowali wszystko na zachodnim poziomie, była więc: ciepła woda, elektryczność, telewizor. Gdy zapytałam o najtańszy pokój, zeszli z ceną do 40 lari. To dla nas i tak było całkiem sporo.
W drugim hoteliku, ukrytym z boku głównego placu, wynajęliśmy pokój za 10 lari. Do dyspozycji mieliśmy czystą wykrochmaloną pościel, prysznic z ciepłą wodą (zawartość jednego bojlera starczała na kąpiel dla dwóch osób i zrobienie dużego prania), toaletę (całkiem przyzwoitą) i wrzątek (o który prosiło się panią z recepcji). W hotelu był też barek, ale chyba rzadko ktokolwiek z niego korzystał. Wszyscy byli bardzo usłużni, pokazywali pokoje, otworzyli nam drzwi, gdy wróciliśmy w nocy, nie mieli nic przeciwko obwieszeniu krat okna różnokolorowymi mokrymi ciuchami.
W tym samym czasie gdy pytałam w obu miejscach o noclegi, próbowałam także kupić trochę owoców i warzyw na straganie. Problem polegał na tym, że miałam wrażenie, iż dla nas - obcokrajowców - Gruzini mają inne ceny. Wydawało mi się, że nasz „sponsor”, który cały czas tkwił w swoim ekstra samochodzie, czekając na przewodnika, powinien orientować się w temacie. On jednak miał bardzo zdziwioną minę, gdy zapytałam go o cenę za kilogram pomidorów. „Pracownicy mi wszystko kupują” - usłyszałam w odpowiedzi. Zaraz jednak wykonał kilka telefonów i już było wiadomo. Był bardzo dumny ze mnie, gdy udało mi się kupić warzywa w miarę dobrej cenie. Gestem wskazał, bym wsiadła do samochodu. Podjechaliśmy dosłownie 20 metrów prosto pod stoisko z owocami. Zakupił dla siebie ogromnego arbuza, ale zjadł tylko kawałek, a resztę zostawił nam. Był to bardzo miły gest.
Darek pilnował plecaków. Gdy biegałam z jednego końca placu na drugi, zaprzyjaźnił się ze Słoweńcem, którego widzieliśmy wcześniej pod Kazbekiem. Razem zdążyli wypić już dwa piwa! Geri - tak miał na imię Słoweniec - bardzo zwracał na siebie uwagę. Na głowie miał irokeza z włosów pofarbowanych na trzy kolory, jak się później okazało - barwy flagi słoweńskiej. Nie mówił dobrze ani po angielsku, ani po rosyjsku, jednak wszystko doskonale rozumiał. Gdy nie potrafił czegoś wyrazić słowami, zdenerwowany tupał nogami. W połowie rozmowy ze Szwajcarem zorientował się, że przecież jest w stanie doskonale mu wszystko wytłumaczyć po niemiecku – był to jedyny język obcy, jaki znał.
Umówiliśmy się z nim i jego koleżanką na kolację. Polecali miłą lokalną restaurację, gdzie chyba rzadko zaglądali obcokrajowcy. W Kazbegi była też druga – w wypasionym hotelu, ale znając ceny za noclegi, woleliśmy nie ryzykować kupowania tam jedzenia.
Po gorącym odświeżającym prysznicu byliśmy gotowi na świętowanie przy suto zastawionym stole. Ponieważ w pewnym momencie zgasło światło, mieliśmy prawdziwą zaręczynową kolację przy świecach.
16 sierpnia 2003 r., KAZBEGI – DOLINA SNO
Uczyliśmy się jeść jak Gruzini: na śniadanie chleb gruziński z pomidorem, na obiad arbuz z chlebem. Trzeba było wykorzystać wczorajszy prezent. Włóczyliśmy się po Kazbegi, załatwiając niezbędne sprawunki. Trochę czasu zeszło nam na poszukiwaniu spirytusu. W żadnym sklepie nie słyszeli, gdzie by można kupić taki specyfik. Odesłali nas do apteki, tam jednak dostaliśmy jedynie spirytus salicylowy. Wpadliśmy jednak na pomysł, by poprosić o pomoc stojących na skwerku obywateli, których na oko oceniliśmy na takich, którzy lubią sobie wypić. Był to strzał w dziesiątkę. Jeden z nich powiedział, że nam spirytus załatwi. „A pasuda u was jest?” (Naczynie macie?) - zapytał niskim głosem. „Jest” - Darek popędził do hotelu po plastikową półtoralitrową butelkę. „Skolko wam nada?” (Ile potrzebujecie?) - chciał wiedzieć. „Litr. Skolko eta budiet” - jeden litr, by nam wystarczył, woleliśmy jednak być pewni, ile to nas wyniesie przed transakcją. „Ja wam eto podariu” - oznajmił, że to będzie prezent dla nas i zniknął z naczyniem.
Czekaliśmy dłuższy czas przed hotelem, aż zatrzymał się obok samochód. Otworzyła się przyciemniona szyba. Przez nią kierowca wystawił rękę z naszym nabytkiem, oświadczając: „Eto cistij spirit. Diewianosto wosem gradusow” (To czysty spirytus, 98 %) - nie pozostało nam nic innego, jak ten prezent przyjąć.
Druga część przedpołudnia zeszła nam na szukaniu mapy dotyczącej rejonu Kazbeka, która miała być dostępna w Kazbegi w niejakim „ekocentri”. Podążając za wskazówkami różnych osób, zwiedziliśmy całą górną część wioski. Odkryliśmy między innymi Muzeum Alpinizmu, o którym nie wspominał żaden przewodnik. W środku znaleźliśmy mnóstwo starych fotografii przedstawiających pierwszych zdobywców góry, a także makietę Kazbeka i sprzęt wspinaczkowy z dawnych czasów. Jednak najbardziej interesujące było to, że w muzeum nocowała dziesiątka chłopaków, którzy się pogubili na Kazbeku. Z ich ust mogliśmy wreszcie usłyszeć dokładną wersję wydarzeń.
Spacerując po Kazbegi, zaczynaliśmy mieć wrażenie, że wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą. Nigdy nie przypuszczaliśmy przecież, że spotkamy chłopców, których historię znaliśmy z zupełnie innych źródeł.
Na kolejnym zakręcie ktoś zatrzymał obok nas samochód. „Hej, rebiata, kak wy?” (Hej, co tam u was?) - zaskoczyło nas pytanie. „Choroszo. A wy?” (Dobrze, a ty?) - w odpowiedzi staraliśmy się także być uprzejmi, choć nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, z kim mamy do czynienia. „Ja obok was w czerwonej pałatce spał” - dodał ten człowiek wyjaśniająco, widząc nasze niepewne miny. „Aha...” - jak przez mgłę sobie przypomnieliśmy. „Wy z Niemcami byliście?”- upewniliśmy się, bo opatuleni w ciepłe górskie ciuchy ludzie wyglądają zupełnie inaczej niż bez.
Mieliśmy wrażenie, że w Gruzji większą uwagę zwraca się na drugiego człowieka, przez co zapamiętuje się spotykane osoby. My mijaliśmy ludzi, nie zauważając ich, nie zapamiętując ich twarzy, nie znając ich historii. Na koniec spotkany przez nas człowiek zapytał: „A może wam czego trzeba?” Gdybyśmy wtedy wiedzieli, ile czasu i wysiłku nam zejdzie na szukanie „ekocentrum” i mapy Kazbeka, poprosilibyśmy go o podwiezienie do tego miejsca. Każdy bowiem napotkany człowiek mówił coś innego. Niespecjalnie pomocne okazały się wskazówki Szwajcara i pewnego pijanego Gruzina, który chciał, żebyśmy z nim najpierw wypili, zanim gdziekolwiek pójdziemy. Ostatecznie udało się odnaleźć ładny biały dwupiętrowy dom z zielonymi okiennicami. Działkę otaczało metalowe ogrodzenie. Z daleka dostrzegłam obrazek pandy - symbolu organizacji zajmującej się ochroną środowiska, więc raczej byłam pewna, że dobrze trafiliśmy. Nikogo nie dostrzegliśmy na podwórku, nie było też dzwonka. Wdarliśmy się więc przez furtkę na cudzy teren. W budynku zastaliśmy kobietę, która bez dyrektora nie była w stanie podjąć żadnej decyzji. O pozwolenie sprzedania map dzwoniła do niego na komórkę. Pozwolił. Wynikł jednak problem z zapłaceniem. Mieliśmy tylko 50-larowy banknot, a mapa kosztowała 5 lari. Kobieta nie miała jak rozmienić. Wreszcie ona i dyrektor (telefonicznie) machnęli ręką i oddali nam mapę za darmo.
Spakowaliśmy się i wynieśliśmy z hotelu, urządzając tymczasową bazę w restauracji nieopodal. Już wcześniej mieliśmy wrażenie, że właścicielka zawyża ceny. Tym razem byliśmy pewni. Ze śmiertelną powagą wynosiła po posiłku zeszyt i każdemu klientowi pokazywała wyliczenia, tyle że tylko cyfry wyglądały znajomo, reszta zapisana była literami gruzińskimi.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Gdy czekaliśmy na zamówione przez nas chaczapuri, postanowiłam udać się na zwiedzanie Kazbegi. Idąc ulicą od głównego placu w kierunku mostu, knajpkę miało się po prawej stronie. Informował o niej znaczek filiżanki oraz skrzyżowanego noża i widelca. Niedaleko znajdował się mały ryneczek, gdzie można było kupić owoce. Przejście przez niego prowadziło do ulicy Stalina ze sklepikami, a także muzeum Aleksandra Kazbegi. Obok stał pięknie ozdobiony kościół z dwoma dzwonnicami i grobowcami w pobliżu. Do muzeum weszłam za darmo. Co prawda pani siedząca na ławce przed budynkiem przybiegła do mnie i wskazała kartkę z ceną: 50 tetri, ja jednak nadal miałam tylko 50 lari. Ponieważ nie miała wydać, wpuściła mnie bez płacenia. W pomieszczeniach na dole można było obejrzeć wystawę poświęconą pisarzowi, Aleksandrowi Kazbegi. Wieś została nazwana na cześć innego Kazbegiego, który bronił przejścia na Gruzińskiej Drodze Wojennej. Niestety wszystkie napisy były po gruzińsku i niewiele się o tych postaciach dowiedziałam. Na piętrze pokoje urządzono w dawnym stylu. Mogłam podziwiać meble malowane w kwiatki, kropki i inne białe wzorki na ciemnym tle drewna. Stały różne podnóżki, skrzynie, łóżko. Bardzo podobały mi się dywany w różnych odcieniach koloru niebieskiego z wkomponowanymi wypukłymi kwiatami, sprawiające wrażenie, jakby w pokoju rozpostarła się jakaś łąka.
Wreszcie przyszedł czas, by ruszyć się poza Kazbegi. Czekaliśmy w miejscu, z którego miały odjeżdżać marszrutki w kierunku Tbilisi. Z czasem tłumek ludzi zaczął rzednąć, aż wreszcie zostaliśmy tylko my, a autobus nie nadjeżdżał. Postanowiliśmy nie liczyć na transport publiczny, tylko próbować łapać stopa.
Zatrzymał nam się bardzo sympatyczny gość, który dowiózł nas do Aschoti, czyli zjazdu z Gruzińskiej Drogi Wojennej do doliny Sno. Tam od razu podeszli do nas siedzący pod płotem mieszkańcy. Powiedzieli, żebyśmy nie szli dalej pieszo, tylko zostali z nimi, bo jak podjadą ich znajomi, to oni ich zatrzymają, żebyśmy mogli zabrać się z nimi na stopa. Faktycznie, za chwilę zatrzymało się całkiem spore auto w stylu marszrutki. Kierowca przeprosił, że nie może nas zawieść aż do wsi Dżuta na sam koniec doliny, ale został zaproszony na „pominki” za zmarłego, a za 7 godzin musi już wracać, bo zamkną mu przejście graniczne do Władykawkazu, gdzie pracuje.
Znaleźliśmy się więc w Sno. Nad wsią dominowała całkiem okazała wieża twierdzy, która w dawnych czasach broniła przeprawy przez dolinę. Dziwna wydała nam się ta fortyfikacja, bo nie było widać do niej wejścia. Większością boków przylegała do płotu gospodarstwa i budynków mieszkalnych. Jakieś odważne dzieciaki chciały pozować mi do fotografii, wdrapały się więc na mur, przeciskając przez okno.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Zaraz za wsią udało się nam złapać ciężarówkę, którą przejechaliśmy całkiem spory kawałek. Kierowca specjalnie dla nas nadrobił drogi. Mieszkał we wsi, którą minęliśmy. Zaproponowałnocleg, kusząc winem domowej roboty. Uznaliśmy ten pomysł jednak za nienajlepszy, bo łączyłoby się to z powrotem już przebytą drogą, a nam zależało na jak najszybszym dostaniu się na koniec doliny. Kierowca nie mógł nas zawieźć dalej, gdyż tak ciężka maszyna, jaką dysponował, nie była w stanie podjechać pod przełęcz.
Od mostu zaczęliśmy wędrówkę pieszo. Plecaki nie należały do najlżejszych i drapanie się z nimi pod górę było znacznie trudniejsze niż dojście pod plateau pod Kazbekiem. Wreszcie w oddali ujrzeliśmy zabudowania. Domy przyczepione do zbocza góry piętrzyły się jedne nad drugimi. Żeby dojrzeć gospodynię dojącą krowy, trzeba było mocno zadzierać głowę. Wieśniacy swe pola mieli zlokalizowane na prawie pionowych ścianach, siano dla krów zbierali na każdym skrawku dostępnej wolnej przestrzeni. W dole płynął strumień, a dolinę otaczały zielone wzgórza. Pomiędzy dwoma widać było szarą, pionową ścianę Czauchy.
Gdy przechodziliśmy przez wioskę, z góry zeszło dwóch ludzi ubranych w wojskowe ciuchy. Przedstawili się jako „pogranicznicy”. Zapytali, dokąd idziemy, ile czasu chcemy zostać w dolinie i czy mamy dokumenty. Kazali nam zaczekać. Mieli coś załatwić, by potem „razrieszić” z nami sprawy. Zaczęliśmy przeczuwać problemy. Domyślaliśmy się, że będą chcieli od nas łapówkę.
Czekaliśmy kilkanaście minut, gdy uświadomiliśmy sobie, że nie możemy dłużej. Zaczęło się robić zimno i ciemno, a my musieliśmy znaleźć miejsce na nocleg. Postanowiliśmy się ruszyć. Przeszliśmy jednak tylko kawałek i zdecydowaliśmy, że Darek sam uda się na zwiad. Nie miało sensu chodzenie zbyt daleko z plecakami, gdyż nie wiedzieliśmy, czy za wsią znajdziemy odpowiednie miejsce na rozbicie namiotu. Zostałam więc sama.
Niedługo potem zza zakrętu wyłonił się młodszy z pograniczników. Chyba jednak mieliśmy na nich czekać, bo jak tylko mnie zobaczył, chwycił krótkofalówkę i poinformował starszego o odnalezieniu nas. Próbował uprzejmie zagadywać, zanim dotarł do nas starszy z wojskowych i Darek. Problem polegał na tym, że nie znał ani angielskiego, ani nawet rosyjskiego. Domyśliłam się jednak, że chce wiedzieć, jak mam na imię.
Nie do końca rozumieliśmy sytuację. Wiedzieliśmy, że można w Dżucie spodziewać się pograniczników, a znając władze na Wschodzie, nie spodziewaliśmy się z ich strony niczego dobrego. Na szczęście ci byli przyjaźnie nastawieni. Okazało się, że doskonale znają naszych przyjaciół, którzy biwakowali w Sno trzy dni wcześniej. Na dowód pokazali nam adres Szczepanów w Warszawie i podarowany przez nich scyzoryk.
Zanim doszliśmy na miejsce noclegu (pogranicznicy koniecznie chcieli byśmy nocowali w tym samym miejscu, co nasi znajomi), wiedzieliśmy już wszystko o losach przyjaciół. Byli w dolinie kilka dni, ale niewiele pochodzili, bo nie było pogody. W przeciwieństwie do aury panującej za naszego pobytu. My doskonale mogliśmy widzieć otaczające nas wzgórza. Tyle że w momencie gdy dotarliśmy na miejsce, słońce już dawno zaszło.
Doszliśmy do mostu na rzece. Metalowa kładka dawała możliwość przejścia na drugą stronę strumienia małymi kroczkami, stawiając jedną stopę przy drugiej. Na drugim brzegu odkryliśmy ślady po obozowisku. Zrobiło nam się bardzo smutno. Wyobrażaliśmy sobie, jak ekipa zbiera się wieczorem, jak rozmawiają, razem planują trasę. A my zostaliśmy sami...
Nie do końca. Byli z nami pogranicznicy, którzy mimo że na służbie, przewidzieli przybycie gości i wyciągnęli zza pazuchy „czaczę” - gruzińską wódkę z winogron. Wypiliśmy kilka porcji odmierzanych kubkiem od termosu, wysłuchując przy tym długich toastów. Zdążyło się zrobić zupełnie ciemno. Przy gotowaniu posiłku roztkliwiliśmy się bardzo i postanowiliśmy gonić naszych „druziej”. Na następny dzień zaplanowaliśmy odwrót z doliny.
17 sierpnia 2003 r., DOLINA SNO
Nic nie wyszło z mocnych postanowień poprzedniego wieczora. Po pierwsze, długo spaliśmy, po drugie, rano przyszli „pogranicznicy” - dokładnie w momencie, gdy wyciągnęliśmy wszystkie rzeczy z namiotu, ale nie zdążyliśmy ich jeszcze spakować. Ponownie poczęstowali nas „czaczą”. Myślałam, że wypijemy po symbolicznym kieliszku, ale toastom nie było końca.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Obaj pochodzili ze Swanetii. Opowiadali, że jako ludzie gór, często zostają przydzieleni do służby przygranicznej. Codziennie oddziały wychodzą patrolować okoliczne przełęcze. Bardzo blisko nas było pasmo Inguszecko-Czeczeńskie. Żołnierze mieli rozkaz strzelania, jeżeli ktokolwiek na wezwanie nie podniósłby rąk do góry i nie rzucił broni. Mówili, że często zdarzały się przypadki przejścia przez zieloną granicę.
Po wizycie pograniczników twardo trzymaliśmy się naszego postanowienia powrotu, choć pakowanie szło nam niezdarnie. Ostatecznie Darek zaległ w namiocie, ja trochę później obok niego.
Nie wiadomo kiedy, zrobił się wieczór. Pogranicznicy przyszli sprawdzić nasz stan i chyba stwierdzili, że najlepiej będzie, jak zostawią nas w spokoju. Nie niepokoili nas już później, pozwalając wytrzeźwieć. Nie pozostało nam nic innego, jak położyć się spać i przełożyć wyjazd z doliny na dzień następny.
18 sierpnia 2003 r., ARKUCIA, ACHALCYCHE, SNO, SIONI, ARSZA, GUDAURI, PASANAURI, MCCHETA
Ostatecznie dopiero kolejnego ranka opuściliśmy piękną dolinę. Pogranicznicy przyszli się z nami pożegnać. Przynieśli trzy puszki wojskowej tuszonki w prezencie. Zrezygnowali z wódki, chyba świadomi skutków wczorajszej imprezy integracyjnej. Spokojnie się pakowaliśmy, obserwując jednocześnie życie doliny w dzień powszedni. Niedaleko naszych namiotów matka z córką grabiły ścięte wcześniej siano. Ojciec pracujący kawałek dalej przyszedł do nich na śniadanie. Niemal wszyscy gospodarze wyszli na swoje pola położone na stromych wzgórzach. Bardzo to malowniczo wyglądało, ale praca na pewno była ciężka. Nawet nasi pogranicznicy zamienili kałasznikowy na kosy. Fotografowałam wszystkich tych ludzi i ule - kolorowe domki, stojące przy drodze.
Dolina Sno należy do jednych z piękniejszych miejsc w Gruzji. Sprzyjała nam pogoda w podziwianiu jej uroków, ale też gospodarność ludzi tam mieszkających nasuwała skojarzenia z jakąś arkadią. Kartofle, słoma, krowy, pszczoły, świnie pasące się wolno – czego więcej do szczęścia potrzeba. Do tego piękne góry dookoła.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Wyjeżdżaliśmy stamtąd samochodem wojskowym złapanym na stopa. Znowu mijaliśmy po kolei wszystkie wioski. W Arkuci niedaleko większej Achalcyche zafascynował nas cmentarz na wzgórzu oraz krzyże o niewiadomym znaczeniu namalowane na skałach. W ogródku głowa Stalina przypominała o dawnych czasach. Sno ponownie przywitało nas wieżą twierdzy broniącej kiedyś dostępu do doliny lub wyjścia z niej. Zaraz za wsią podziwialiśmy wyrzeźbione w kamieniu podobizny wielkich poetów gruzińskich, m.in. Rustawelego i Kazbegiego.
Jechaliśmy z Gruzinami, którzy z twarzy wyglądali na największych zabijaków – wysocy, barczyści, dobrze zbudowani. Przed podróżą najpierw jednak przeżegnał się jeden z nich – ten o najbardziej zakazanej mordzie, a inni dopytywali się uprzejmie, czy podoba nam się Gruzja i czy ładne dziewczyny mieszkają w Polsce.
Wojskowi pierwotnie mieli dojechać do ich posterunku w Sno. Wypakowaliśmy już plecaki z samochodu, gdy niespodziewanie dowództwo wydało rozkaz dalszej jazdy do Kazbegi. Nam wystarczyło tylko dojechać do wylotu z doliny.
Nie zdążyliśmy długo postać na Gruzińskiej Drodze Wojennej. Chowałam właśnie aparat po zrobieniu zdjęcia wieży stojącej na skale, gdy tuż obok zatrzymał się autobus. Wsiadała kobieta z dziećmi, więc skorzystaliśmy i my. Kierowca zaczekał, aż dobiegniemy i władujemy się do niego z plecakami. Jechał aż do Tbilisi.
Nieprzyjemne wrażenie zrobił na nas pomocnik kierowcy, gdy wyzwał Darka przy ładowaniu bagażu do luku z boku autobusu: „Co ty śpisz?” - padło pytanie zadane nieprzyjemnym tonem. Udałam się do tego pana celem wyjaśnienia miejsca naszego przystanku i ustalenia ceny za przyjemność jechania z nimi. Na pytanie „Skolko?” (Ile?), pan odpowiedział „Stolko” („Tyle”). Nie wiedziałam, czy potraktować to jako dalszy ciąg nieuprzejmości, czy podejrzewać, że nie będą chcieli od nas pieniędzy.
Droga powrotna Gruzińską Drogą Wojenną przebiegała tym razem u mnie bardziej świadomie, miałam lepszy widok z okien autobusu, niż wcześniej z zapakowanej po dach marszrutki. W Sioni widzieliśmy bazylikę i wieżę obok niej. Przełęcz Krzyżową rozpoznaliśmy bez trudu. Gudauri robiło wrażenie wybudowanym tam ogromnym hotelem, wydającym się być na dosyć wysokim poziomie, biorąc pod uwagę, że miejscowość ta to jeden z nielicznych ośrodków sportów zimowych Gruzji. Drugi to Bakuriani koło Borżomi. Przy drodze siedziały góralki sprzedające gruzińskie czapy z owczej wełny i sery. Zupełnie jak w Zakopanem.
Za Pasanauri zmienił się krajobraz. Wypłaszczyło się i zrobiło bardziej zielono. Przybyło domów i osiedli. Od czasu do czasu mijaliśmy wieże sygnalizacyjne, dzięki którym ostrzegano się wzajemnie o zbliżaniu wrogów, posługując się sygnałami ogniowo-dymnymi.
Dojechaliśmy do skrzyżowania dróg. Na wschód prowadziła droga do Barisacho, stolicy Chewsuretii. Kierowcy autobusu nie tylko nas tam wysadzili i pokazali, jak najlepiej się do tejże drogi dostać, ale jeszcze nie chcieli pieniędzy za podróż przez pół Gruzji.
Droga do Chewsuretii wydawała się być na końcu świata. Samochody jechały nią bardzo rzadko, a prawie żaden nie zatrzymał się, gdy próbowaliśmy je złapać na stopa. Później przejechało obok nas kilka marszrutek i jeden autobus, jednak zapełnione tak, że nie sposób było tam wcisnąć dwójki ludzi z wielkimi plecakami.
Sytuacja przedstawiała się beznadziejnie. Zbliżał się wieczór. Kilka godzin spędziliśmy w palącym słońcu, szukając cienia pod marnym drzewkiem. Nie było szans na złapanie stopa, a możliwości noclegu na rozdrożu ograniczone. Pewnym rozwiązaniem wydawało się złapanie marszrutki w kierunku Tbilisi. W tamtą stronę jeździło ich znacznie więcej i po niecałych dziesięciu minutach pędziliśmy już drogą prowadzącą do stolicy.
Jednakże nie miało sensu dojeżdżanie do samego Tbilisi. Szukanie noclegu w tym mieście wydawało się tak samo beznadziejne, jak na drodze do Barisacho. Większe szanse zdawaliśmy się mieć w Mcchecie. Przy okazji moglibyśmy dokładniej poznać dawną stolicę Gruzji.
Marszrutki w kierunku Tbilisi objeżdżały Mcchetę obwodnicą, musieliśmy więc wysiąść w odpowiednim miejscu i schodami przejść do ulicy biegnącej równoległe, a prowadzącej do miasta. Tam spotkaliśmy grupę Czechów, którzy z Barisacho właśnie wrócili. Co więcej, wędrowali dziesięć dni z Dżuty przez przełęcz do Chewsuretii, wyruszyli do Szatili i niemal osiągnęli Omalo. Zrealizowali plan, który ja bardzo chciałam wprowadzić w życie. Byłoby to możliwe i bardzo ciekawe, gdybyśmy wcześniej nie byli na Kazbeku. Potem mieliśmy dosyć jakichkolwiek gór.
Czesi zdecydowali się zostać na obrzeżach, nas ciągnęło do centrum. Przypadkowym autobusem dojechaliśmy do miejsca postoju marszrutek do Tbilisi. Znowu nikt nie chciał od nas pieniędzy. Mimo to mieliśmy wrażenie, że tego dnia prześladuje nas pech. Okazało się, że marszrutki do Barisacho wcale nie przejeżdżają przez Mcchetę. Omijają ją szerokim łukiem. Moglibyśmy jedynie od rana czekać na obwodnicy, nie wiedząc nawet, o której godzinie bus przyjedzie i czy nie będzie załadowany po sam dach, albo... jechać bezpośrednio z Tbilisi do miejsca przeznaczenia.
Dowiedzieliśmy się, że pierwsza marszrutka z Mcchety do Tbilisi wyjeżdża o 8.20, a według przewodnika autobus do Barisacho z dworca Didube miał być o 10.30. Powinniśmy zdążyć. Postanowiliśmy więc zostać na noc w Mchcecie. Nocleg w hotelu niestety nie wchodził w grę, gdyż jedyny dostępny w tym mieście kosztował 50 $ za noc. Uprzejmy pan podsunął nam pomysł nocowania na polu kempingowym (jak się później okazało opisanym w Lonely Planet). Do parku Teatron, gdzie miało się mieścić, dochodziło się ulicą koło ruin twierdzy. Dysponował on drewnianymi domkami za 10 lari. Zabronione było rozbijanie namiotu ze względu na żmije czy inny rodzaj pełzającego stworzenia jadowitego. Domek całkowicie nas zadowalał. Niedaleko mieliśmy toaletę i kran z wodą na zewnątrz murowanego budynku. Domki z prysznicem kosztowały 25 lari, ale dla nas był to zbędny luksus.
Zostawiliśmy plecaki i poszliśmy w miasto. Nie mieliśmy wiele czasu na zwiedzanie. Robiło się ciemno, a park otaczający kemping nie wyglądał bezpiecznie. Z kościołów zobaczyliśmy tylko Samtarwo. Ludzie modlili się w małej kapliczce i obok grobu matki ich świętego. Kusiło Dżwari na wzgórzu. Ale na wycieczkę w tamtym kierunku trzeba by było zarezerwować kilka godzin. Zostawiliśmy to na następny raz.
Zakupy w sklepie z elektrycznością z agregatu robione niemal po ciemku były owocne. Wszystko było tanie i smaczne: arbuz, chleb, czekolada i cola. Zapadła głęboka noc, zanim się najedliśmy, umyliśmy i położyliśmy spać. Zasnęliśmy w czystej pościeli.
19 sierpnia 2003 r., MCCHETA – TBILISI - CHEWSURETIA: CHARGALA, BARISACHO, KARSZA
Na ulicy naprzeciwko sklepu złapaliśmy autobus do Tbilisi. Na dworcu Didube okazało się jednak, że opisanego w przewodniku połączenia nie ma. Autobus miał być dopiero o 6.00 po południu. Wcześniej mogliśmy wsiąść do marszrutki, ale jadącej tylko do Chargalii. Kierowca twierdził, że dojedziemy tam i zaraz będziemy mieli samochód do Barisacho, bo będzie jechał z nami miejscowy i on nam to załatwi.
Miejscowy był pierwszym spotkanym przez nas Chewsurem i można go było faktycznie określić jako blondyna o niebieskich oczach. Do Chewsuretii chcieliśmy pojechać skuszeni legendą opisaną w starym przewodniku o Kaukazie. Ponoć krainę tę mieli zamieszkiwać jasnowłosy i jasnoocy (w odróżnieniu od reszty Gruzinów) potomkowie rycerzy z Północy, którzy znaleźli tam schronienie po klęsce w Ziemi Świętej. Fakt, że pierwszy napotkany przez nas Chewsur odpowiadał temu opisowi, był kuszący. Jednak kombinacje naganiaczy i niepewność, czy faktycznie na miejsce dojedziemy, skutecznie nas zniechęcały do podróży, a nawet doprowadziły mnie do stanu histerii. Trochę musiałam popłakać, by ostatecznie sobie uświadomić, że do Chewsuretii chcę pojechać i że nie warto zmieniać raz postanowionych planów.
Dostaliśmy miejsca na przodzie obok kierowcy. Reszta gnieździła się z tyłu, po kilka osób na jednym siedzisku. Nie dziwiłam się już wcale, że wczorajsze marszrutki nie zatrzymywały się i nie chciały nas zabierać. Naprawdę nie można było już nikogo wcisnąć do środka. Ludzie, którzy wsiedli w jakiejś wiosce, nie wiem jakim cudem zmieścili się obok nas.
Wysiedliśmy w Chargalii, a właściwie gdzieś na drodze w dolinie i faktycznie za chwilę siedzieliśmy już w samochodzie jadącym do Barisacho. Człowiek z Chewsuretii jakby przewidział to, że jego przyjaciel właśnie będzie wracał autem z Tuszetii, dokąd odwiózł rodzinę na wakacje.
Przywiózł stamtąd wino, jabłka, orzechy laskowe, ser i chleb. Tylko dwa ostatnie produkty były dostępne w Chewsuretii, resztę trzeba było sprowadzać – wyjaśniał nam. Ale jak już posiadało się je w samochodzie, należało się przy drodze zatrzymać i je spożyć. Tak właśnie zrobiliśmy. Wypiliśmy dwie butelki wina, wznosząc toasty za „drużbu”, „Polszę”, Gruzję i za to, żebyśmy jeszcze raz tutaj przyjechali.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Panowie ci - czuliśmy - nie byli jednak aż tak mocno przyjaźnie do nas nastawieni jak reszta napotkanych Gruzinów, choć starożytny obyczaj nakazywał im ugoszczenie nieznajomych postawionych na ich drodze. Przypuszczam, że chcieli od nas wyciągnąć kasę za wynajęcie samochodu na przejazd do Szatili, ufortyfikowanej wioski, której zobaczenie nadałoby sens przyjazdowi do Chewsuretii. To tam właśnie znajdują się kamienne wieże, do których chowali się mieszkańcy wioski przed napaścią. To je właśnie chciałam zobaczyć. Chewsurowie w przeszłości ciągle z kimś toczyli walki, ponieważ był to bardzo bojowy ród górali, teraz jednak wojnę oglądali jedynie w telewizji - ktoś żartował.
Za przejażdżkę do Szatili chcieli od nas 80 lari. Wydawało mi się, że można by tam było dostać się za mniejszą kasę. Gdybyśmy mieli czas, próbowalibyśmy autostopem. Ktoś podpowiadał, że od czasu do czasu w Barisacho ląduje helikopter i można zabrać się na jego pokład za darmo.
Ostatecznie dojechaliśmy z naszymi gospodarzami tylko do Barisacho. Zgodnie z obietnicą naganiacza z Didube mieliśmy faktycznie załatwiony transport do miejsca przeznaczenia, za co byliśmy mu ogromnie wdzięczni. Kazaliśmy zawieźć się do centrum, ale gdy wysiedliśmy z samochodu, nie byliśmu już tak pewni, czy to była dobra decyzja. Główne miasto Chewsuretii prezentowało sobą obraz nędzy i rozpaczy. Świnie taplające się w błocie, budynki wyglądające na nieużywane i ani skrawka zielonej przestrzeni. Wszystko spiętrzone obok siebie, tak że nie mieliśmy szans na rozbicie namiotu. Zaczęliśmy zatem rozpytywać o hotel (w Lonely Palnet wspominano o trzech). Ludzie nie potrafili nam ich wskazać, ktoś polecił jedynie przyszkolny internat, aktualnie jednak w remoncie. Nikt z miejscowych nie kwapił się, by przygarnąć nas na noc. Zainteresował się nami tylko jeden człowiek, który zaprowadził na kawałek równego terenu pod rozbicie namiotu niedaleko wioski, a co najważniejsze w pobliżu przystanku autobusowego. Mieliśmy zamiar niezwłocznie rano na nim się stawić, by uciekać z tego ponurego miejsca.
Chewsuretię uznałabym za najbardziej przygnębiające i brzydkie miejsce Gruzji, gdyby nie wieczorny spacer po deszczu. Za Barisacho widać było zabudowania kolejnej wioski - Karszy, położonej w zupełnie innych okolicznościach przyrody: w rozległej dolinie z mnóstwem zieleni. Wyszło słońce i fotografowałam dzieciaki grające w piłkę, przyjaźnie do mnie nastawione, co tutaj nie było taką oczywistością. A potem doznałam olśnienia, bo zobaczyłam wieże...
Nie był to na pewno przykład typowej dawnej chewsureckiej zabudowy, ale wystarczająco mnie zachwycił. Dla mnie Chewsuretia się dokonała, choć nie wiem nawet, jakie było przeznaczenie tego budynku i czy był na tyle stary, by warto się było nim zachwycać. W jego wnętrzu pasły się kozy. Albo go odnawiano, albo budowano, bo robotnicy pozostawili na miejscu swe narzędzia.
Jeden z wcześniej poznanych chłopców znał pojedyncze słówka po rosyjsku. Pokazując na niedaleki budynek, który wyglądał bardziej na zwykły dom mieszkalny niż oficjalną instytucję, tłumaczył, że jest to muzeum. Okazało się, że mieszka tam z rodziną, a muzeum etnograficzne prowadzi jego mama. Niestety, mimo że doskonale mówiła po rosyjsku, nie dogadałam się z nią wystarczająco, by wnętrza obejrzeć. Chodziło o to, że nie było w domu jej męża, że nie może mnie przyjąć sama, a najlepiej jakbym przyszła z kolegą, wtedy byśmy razem muzeum obejrzeli. Na spacer wybrałam się tylko ja. Bardzo żałuję, że ten kawałek Chewsuretii mnie ominął.
20 sierpnia 2013 r., TBILISI – GORI – ATENIS SIONI
Rano szybko zwinęliśmy namioty i przenieśliśmy się na przystanek. Mieliśmy szczęście, bo wykorzystaliśmy na to chwilową przerwę w deszczu. Gdy dotarliśmy pod daszek, rozpadało się na dobre. Powoli zbierali się ludzie, czekający na autobus - ten sam, który wieczorem przyjechał z Tbilisi, rano jechał z powrotem.
Szybko zapełnił się miejscowymi. Był tak zapchany, że jeśli przestawiłabym stopę o centymetr, to na pewno na kogoś bym nadepnęła, albo wisiałabym z nogą w powietrzu, nie mogąc znaleźć dla niej miejsca. Gdy wydawało mi się, że już nikt więcej nie wejdzie, kierowca dopakował jeszcze nowych, a właściwie sami pasażerowie z wielką determinacją wpychali się do środka.
Dojechaliśmy do Tbilisi i... byliśmy gotowi do dalszej drogi. Znaleźliśmy część dworca Didube, skąd odchodziły autobusy do Gori, kupiliśmy bilet i już 10 minut później ponownie przemierzaliśmy Gruzję. Po raz kolejny mijaliśmy Mcchetę, tym razem tuż za nią skręcając na zachód. Po półtorej godzinie byliśmy na miejscu. Powędrowaliśmy z wielkimi plecakami główną ulicą Gori - Prospektem Stalina do jego muzeum. Był to najbardziej reprezentacyjny budynek, nie licząc siedziby władz miasta i regionu z pomnikiem najbardziej znanego mieszkańca przed wejściem.
W muzeum powitali nas ochroniarze. Mieliśmy wrażenie, że znalazło tu zatrudnienie pół miasta, tylu się kręciło pracowników. Naszą uwagę przykuły schody pokryte dywanami i pnące się w górę. Szybko przebiegliśmy przez sale z wystawkami poświęconymi kolejnym etapom życia Stalina. Podpisy do zdjęć były po gruzińsku i rosyjsku, ale umieszczone tak wysoko, że trzeba by było mieć drabinę, żeby się z nimi dokładnie zapoznać. Wszystko tam było ogromne: okna, sufity, sale. Jeden z pokoi poświęcono upominkom, jakie Stalinowi darowano od różnych narodów. Były dwa ceramiczne podarki z Polski, futro z Moskwy, wyszywany chiński portret Stalina i włoski wypchany gołąbek pokoju. Obok postawiono meble z jego pierwszego moskiewskiego gabinetu. W pomieszczeniu z pośmiertną maską Stalina nastrojowo przygaszono światła. Okrążaliśmy ją w milczeniu, jak to było tam przyjęte. Stalin pisał wiersze. Na tablicy umieszczono kilka przykładów o następujących tytułach: „Gdy świeci księżyc”, „Kiedy gaśnie księżyc”, „Ku księżycu”. Już same tytuły wskazywały, jakiego kalibru była to poezja.
W pewnym momencie dopadła nas przewodniczka i zaczęła nawet całkiem interesująco opowiadać o najbliższej rodzinie Wielkiego Wodza. Pierwszą jego żoną była Gruzinka, która umarła po dwóch latach małżeństwa. Zostawiła syna, który potem zginął w trakcie wojny na froncie niemieckim. Druga żona uważała się za Rosjankę, ale w jej żyłach płynęła krew cygańska. Z nią miał syna, który zginął po śmierci Stalina, gdy zaczęto rewizjonistycznie podchodzić do tak niedawnych czasów. Córka wyjechała z Gruzji i mieszka obecnie w Stanach.
Ostatnim punktem programu zwiedzania był wagon, w którym Stalin podróżował m.in. na konferencje pokojowe do Jałty i Teheranu. Dwa przedziały przeznaczone były dla ochroniarzy i służby, jeden dla prowadnika, była też kuchnia, sypialnia dla wodza i część konferencyjna, pełniąca również funkcje jadalni. Przewodniczka pochwyciła materiał okrywający krzesła i wersalki i pokazała nam obicie mebli.
Budynek muzeum wybudowano od postaw przy domu, w którym urodził się Stalin. Jego rodzina spędziła tam trzy lata. Potem przeniosła się do innego, jeszcze mniejszego i biedniejszego. Żyli w jednym pokoju, drugi należał do właściciela. W piwnicy miał swój warsztat ojciec Stalina – szewc. Domek ten został obudowany dachem wspartym na kolumnach, dla dodatkowej ochrony przed złą pogodą. Postawiono przy nim trzech ochroniarzy. Podobno dom stoi w oryginalnym miejscu, tylko wszystko dookoła wyburzono i zagospodarowano pod park ze ścieżkami, trawnikami i ławeczkami. Później przejeżdżaliśmy za muzeum. Faktycznie teren był niezabudowany, a dopiero dalej zaczynały się rządki domów podobnych do tego, w jakim się urodził. 
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Powędrowaliśmy z powrotem prospektem Stalina na dworzec kolejowy, by złapać pociąg do miejscowości najbliższej Wardzi. Mieliśmy nadzieję na dogonienie tam reszty ekipy. Gdy przechodziliśmy przez ulicę, zatrąbił jakiś samochód. Ktoś wystawił głowę i na nas krzyczał. Wydawało nam się, że idziemy zgodnie z przepisami, nie przejęliśmy się więc tym zbytnio. Ten sam samochód podjechał bliżej nas i zatrzymał się na ulicy nieopodal. Wysiadło z niego dwóch chłopaków. Jeden z nich miał twarz opaloną na ciemny brąz, czerwone place utworzyły się w miejscach, gdzie zeszła mu skóra. To chyba dlatego nie poznaliśmy go od razu. Miszkę spotkaliśmy pod Kazbekiem. Był w grupie górala z Kazbegi i razem schodziliśmy po nieudanym ataku szczytowym. Robiłam mu nawet zdjęcia, bo spodobał mi się jego plecak z przyczepioną maskotką. Wymieniliśmy dosłownie kilka zdań, szliśmy razem może z kilkadziesiąt metrów, a on nas zapamiętał i już zapraszał do swojego samochodu. Razem z kolegą - Aczikiem - oferowali podwiezienie na dworzec, gdzie mogliśmy sprawdzić pociągi. Według rozkładu najbliższy miał odjeżdżać za dwie godziny. „To bardzo mało czasu, żebyśmy pokazali wam wszystkie zabytki w okolicy!” - chłopcy od razu wcielili się w rolę miejscowych przewodników. Zaproponowali, żebyśmy zostali na noc, zjedli coś z nimi, a oni będą mogli pokazać nam okolicę.
Wcześniej wydawało się, że sytuacja jest przygnębiająca. Zostało nam niewiele czasu do końca wyjazdu, jednocześnie mieliśmy poczucie, że zobaczyliśmy mało Gruzji. Bardzo chciałam zobaczyć Uplistiche i Atenis Sioni koło Gori, ale wiedziałam, że bez zorganizowanego transportu jest to mało prawdopodobne. Szczerze mówiąc, od wyprawy do Chewsuretii i prób łapania stopa na skrzyżowaniu do Barisacho wydawało się, że prześladuje nas pech. A jednak okazało się, że dzięki napotkanym chłopakom wszystko jest możliwe. Czas spędzony z nimi, był najlepszym z całego naszego wyjazdu.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Pojechaliśmy do domu Miszki, gdzie mieliśmy okazję dłużej pogadać, w czasie gdy jego mama przygotowywała dla nas jedzenie. Dzień po naszym zejściu do Kazbegi zrobiła się piękna pogoda i na górę weszły jednego dnia 52 osoby. Opalenizna Miszki to efekt działania promieni słonecznych. Opowiadał, że wiatr zupełnie się uspokoił, jak palił na szczycie papierosa, to dym szedł pionowo w górę. Mogliśmy zostać jeden dzień dłużej... Tyle że dzień wcześniej obudziliśmy się przysypani śniegiem, a schodziliśmy do wsi we mgle takiej, że nic nie było widać. Kończyło się nam jedzenie i musielibyśmy żebrać o gaz. Myślę, że nie ma czego żałować. Byliśmy w meteostancji do kresu naszych możliwości. Miszka próbował wejść na Kazbek wcześniej 10 razy... Obydwaj chłopcy należeli do klubu wysokogórskiego w Gori i umówiliśmy się z nimi na wyjazd na Kazbek za rok. 
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Póki co jednak mama Miszki podała na stół - jak stwierdziła - skromny posiłek do przekąszenia. Były ziemniaki z bakłażanami, do tego chleb, jabłka, jajka sadzone, ser, wino. Gruziński stół nigdy nie może być pusty.
Jedliśmy szybko, by jeszcze przed wieczorem zdążyć dojechać do Atenis Sioni, kościoła z VII wieku, ukrytego wśród gór. Chłopcy tłumaczyli nam, że gruzińska historia pełna jest wojen i dlatego mnisi uciekali w góry, budowali tam klasztory, by w miejscach odsłoniętych przed wrogiem dumać nad marnością żywota. Często zdarza się, że przed wędrowcem niespodziewanie wyrasta kościół, choć z daleka w ogóle go nie widać.
Brama na teren przykościelny była zamknięta. Klucz miał kościelny, trzeba go tylko było poszukać. Miszka ściągnął go prosto z sadu, gdzie doglądał swoich winorośli - okolica słynie z bardzo dobrego wina. Kilka krzaczków zasadził też przy kościele. Pięły się nad głowami wchodzących gości.
Kościelny sprawował opiekę nad tym terenem od lat 60., a jego rodzina ponad wiek. Dzięki niemu i chłopcom dowiedzieliśmy się bardzo ciekawych rzeczy na temat kościoła. Ormianie próbowali przypisać sobie jego autorstwo. Znaleziono ormiańskie napisy z XII w., będące podpisami architektów. Tyle że pod nimi odkryto inskrypcje, mówiące o gruzińskim królu, który panował znacznie wcześniej. Mury były pokryte też innymi gruzińskimi napisami, pisanymi jeszcze starym alfabetem. Był też zegar słoneczny. Niestety w czasie naszej wizyty zakryty rusztowaniami, gdyż kościół remontowano.
W środku znajdowały się freski z X wieku. Częściowo zniszczone, wymagały odnowienia. Dwa kamienie z wykutymi wzorami były pozostałościami murku odgradzającego część dostępną dla kobiet od tej wyłącznie dla mężczyzn. Tłumaczono nam, że kobieta staje na podwyższeniu tylko raz - w trakcie ślubu.
Atenis Sioni obok Uplistiche jest jednym z najbardziej znanych miejsc w okolicy Gori. W niejednej relacji czytaliśmy, że turyści je odwiedzili. Miszka jednak twierdzi, że w dolinie, w której mieści się Atenis, takich kościołów jest ponad 300. Znowu poczuliśmy, że do Gruzji musimy powrócić. Jest to kraj o powierzchni o 1/3 mniejszej niż Polska, a zabytków i ciekawych miejsc ma tyle, że roku by nie starczyło, by wszystko zobaczyć.
Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do twierdzy górującej nad Gori. Roztaczał się z niej widok na całe niemal miasto. Po trzęsieniu ziemi w 1920 r. zachowało się niewiele starych budynków, składało się obecnie głównie z bloków. Z twierdzy także zostały tylko ruiny. Cerkwie wyburzono później, w czasach komunistycznych. Miszka twierdził, że działo się tak w całej Gruzji. W Gori ocalał tylko jeden kościół, widoczny dobrze z góry, który uchodził za katolicki. Badania późniejsze wykazały jednak, że pierwotnie był wybudowany jako prawosławny. Taka dygresja... W Gruzji synonimem słowa katolicki jest francuski. Z Francji bowiem przybyli katoliccy misjonarze. W Tbilisi znajduje się katolicki cmentarz, na którym pochowano Dagny, żonę Przybyszewskiego. Żeby tam dotrzeć, trzeba pytać o cmentarz francuski.
Na samym szczycie wzgórza stały pozostałości po metalowej konstrukcji. Zapytaliśmy się naszych wszystkowiedzących przewodników o ich przeznaczenie. „Tutaj znajdował się napis „Sława Stalinu”, widoczny z całego Gori” – opowiadał Miszka. Gdy dowiedziano się o śmierci Stalina, już na drugi dzień rano go zlikwidowano. Pytaliśmy o stosunek Gruzinów do Stalina, o to, że w Gori stoi jego muzeum, a każde miasto posiada ulicę jego imienia. Faktycznie, starsi ludzie, nawet 40 i 50-latkowie, pokolenie ich rodziców, szanuje go za rządy silnej ręki. Był wtedy w Gruzji dobrobyt, przyjeżdżali turyści, a teraz nie ma nic, tylko bieda – tak twierdzą. Dla młodych jest tylko postacią historyczną. Aczik i Miszka uczciwie przyznali, że nie mają wyrobionego o nim żadnego zdania.
Na terenie twierdzy chłopcy pokazali nam na wpół pęknięte wielkie pojemniki ceramiczne na wino. Kawałek dalej ciekawostka – kamień z wyżłobionymi miejscami na dłonie, używany podczas zawodów na podnoszenie ciężarów. Teraz na w pół zakopany w ziemi, czekał na siłacza, który odwróci go do góry nogami i przywróci do właściwej pozycji. Dalej poszliśmy ścieżką kluczącą pomiędzy tarasowo opadającymi w dół murami twierdzy do małej kapliczki cerkiewnej. Dziś nieużywanej i pustej w środku, do połowy zapadniętej w ziemię.
Miszka mieszkał w bloku. Architekturę osiedli gruzińskich mieliśmy już okazję poznać w Tbilisi u Georgija. Mieszkania nie należą do małych. Zazwyczaj trzy, cztery pokoje z osobną toaletą i łazienką oraz przechodnią kuchnią. Często było z niej wejście do czegoś w rodzaju altany, służącej za jadalnię. Wewnątrz mieszkania wyglądały tak samo jak u nas, tylko bardziej skomplikowany był system grzewczo-wodno-kanalizacyjny. Zdarzało się, że brakowało prądu lub ciepłej, albo wody w ogóle. Urok gruzińskich bloków dostrzegało się z zewnątrz. Wyglądały jakby oddano je do użytku niewykończone, bo z murów wystawały metalowe pręty. Było to celowe. W oparciu bowiem o istniejącą konstrukcję Gruzini sami dobudowywali dodatkowe pomieszczenia: werandę, altanę lub pokój mieszkalny. Nierzadkim widokiem przy blokach były plantacje winorośli. Wino to rzecz podstawowa w gruzińskim życiu. Ktoś kiedyś powiedział: „Chleb jest, ser jest, wino jest – wszystko jest”. To bardzo głębokie i piękne zdanie obrazujące charakter i sposób życia Gruzinów. Mają niewiele, ale czego trzeba więcej? Jest na tyle, by samemu się najeść i jeszcze podzielić z gościem. Gdy im zabraknie, ktoś inny ich wesprze.
Gdy wieczorem wreszcie dotarliśmy do domu Miszki, w domu nie było światła. Nie bardzo rozumiejąc o co chodzi, przysłuchiwaliśmy się dyskusji między matką a Miszką i ojcem. Otóż tato nie mógł przeżyć tego, że przyjechali do domu goście, a na stole z powodu braku prądu, nie ma wszystkich narodowych dań gruzińskich. A muszę w tym miejscu wyjaśnić, że oprócz tego, co już jedliśmy po południu, na stole znalazły się jeszcze: dwie miski pierogów z mięsem i talerz z arbuzem. Uczta przeciągała się, a my rozmawialiśmy pijąc wino, oczywiście własnej roboty.
Ojciec Miszki podróżował w młodości i choć nie zdradzał się z tym zbytnio, chyba głównie w celach handlowych. Orientował się w każdym razie doskonale, co i skąd opłacało się przywieźć i dokąd wywieźć. W Gori kręcił mały biznes na bazarze, w domu Miszki więc raczej niczego nie brakowało. Był samochód, telewizor, wieża, magnetowid. Na jedzenie starczało.
Własny interes był jednym ze sposobów na przetrwanie w Gruzji, w której bezrobocie sięgało w czasie naszego pobytu 80%! Mama pracowała w urzędzie. Miszka po finansach mógłby mieć świetny zawód. To takich ludzi przecież potrzebowała i nadal potrzebuje Gruzja. Żeby jednak zdobyć pracę, trzeba najpierw się wkupić - do pracy przyjmowany był ten, kto dał więcej. Więc młodzi wyjeżdżali do Anglii, Moskwy, także Polski. Tam zarabiali pieniądze, żeby po kilku latach wrócić do kraju z gotówką. Żaden z nich nie wyobrażał sobie zostać za granicą na stałe. To nie leży w charakterze Gruzina, dumnego z osiągnięć swojej ojczyzny. Podróżowanie też uważane było za dziwactwo. Taki na przykład Miszka przez ostatni rok w domu był tylko dwa tygodnie. Zjeździł całą Gruzję, choć za granicą nie był. To za drogo. Razem z klubem wysokogórskim w czasie swoich wypraw kręcili filmy. Niedawno złożyli w jedną całość kilkanaście najlepszych kawałków. Oglądając film, czuło się dumę z własnej przyrody, ale też niesamowite poczucie humoru młodych ludzi.
Tej nocy kładliśmy się późno spać. Rozmawialiśmy o górach, wspinaniu, przyjaźni i Gruzji. Dostaliśmy najlepszy w domu pokój - z łożem małżeńskim.
21 sierpnia 2003 r., UPLISTICHE - GORI - WARDZIA
Nie udało nam się wstać tak wcześnie, jak zaplanowaliśmy, ale nie odpuściliśmy sobie zwiedzania Uplistiche - miasta kamiennych pieczar. Jechaliśmy tam wzdłuż pól kukurydzy. Drogą od czasu do czasu przejechał ktoś na wozie zaprzęgniętym w osiołka. Pieczary wyżłobione w skale było widać z daleka. Przejechaliśmy przez most i znaleźliśmy się pod bramą. Tam jednak skrzętni dozorcy pilnowali porządku – trzeba było kupić bilet wstępu. Między nimi a naszymi znajomymi rozgorzała gwałtowna dyskusja. Chłopcy oburzali się, że zaprosili znajomych, bo chcą im pokazać kawałek Gruzji i że za to trzeba płacić. Niemal posądzali ochroniarzy o brak patriotyzmu. Chętnie zapłaciliby za nas, w końcu byliśmy ich gośćmi, ale tamci żądali niebagatelnej sumy 3 $ od osoby. Gruzinowi honor nie pozwalał prosić nas o zapłacenie. W końcu ustalili jakąś symboliczną kwotę, którą Miszka ukradkiem im wręczył.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Warto by było zapłacić i 3 $. Znaleźliśmy się w miejscu datowanym na X w. p.n.e. Chłopcy doskonale spełniali rolę przewodników. Jako dzieci spędzano ich tutaj na wycieczki szkolne. Oglądaliśmy więc kolejne wykute w skale komnaty, zbiorniki na wodę, kamienne balie do wyrobu wina (udeptywano w nich owoce, sok wypływał otworem do innego zbiornika). Jedno pomieszczenie przeznaczone było kiedyś na teatr. W wielu miejscach zachowały motywy z kultury antycznej. Przecież kiedyś na terenie Gruzji istniały dwa starożytne państwa: Iberia i Kolchida. Niestety część ścian pod wpływem wietrzenia zawaliła się, także jedne z najlepiej zachowanych pieczar z wzorami ze starej kultury gruzińskiej. Na szczycie wzgórza stała zapuszczona obecnie murowana cerkiew. Z jej murów wyrastało kiedyś drzewo, teraz ścięte, było przyozdobione kawałkami kolorowych szmatek. Z drugiej strony podobne szmatki porozwieszane były na krzewie obok pieczary. Chłopcy wyjaśniali, że kiedyś - już w czasach pogańskich - okolice miejsc świętych, a później cerkwi uważano za otoczone szczególną mocą. Szmatki oznaczały życzenia, które miały się spełnić przez powieszenie kawałka materiału na gałęzi. Gdy dziewczyny chciały wyjść za mąż, to koniecznie taką szmatkę musiały na gałęzi zawiązać.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Ze wzgórza dojrzeliśmy fragmenty innych zabudowań. Zapytaliśmy o nie naszych przewodników. „A to nic takiego, nie jest stare” – lekceważąco machnął ręką Miszka. „Z którego wieku?” - zapytaliśmy, spodziewając się usłyszeć, że to ruiny z XIX-wieczne lub nawet sprzed kilku lat. Takich opuszczonych domów w Gruzji jest mnóstwo. „Może XV wiek” - wreszcie odpowiedział Misza.
Ta odpowiedź uświadomiła nam, że dla Gruzinów jeżeli coś pochodzi z XV wieku, wcale nie jest godnym uwagi zabytkiem. Chrześcijaństwo przyjęli w IV w. n.e. i z tego czasu pochodzi wiele starych kościołów, z czasów trochę późniejszych twierdze. U nas jeszcze kilka wieków musiało minąć, żeby zaczęło cokolwiek powstawać, co by przetrwało do naszych czasów.
Na koniec zwiedzania chłopcy zaprowadzili nas do jaskini, która z zewnątrz wyglądała bardzo niepozornie, wewnątrz jednak odkrywała się przed patrzącymi bogato udekorowana komnata, tyle że wykuta w skale. Stanęliśmy przy kolumnach i wtedy chłopcy zaczęli śpiewać stare gruzińskie pieśni. Ich głos wspaniale rozchodził się po pomieszczeniu. Było to wydarzenie, które trudno opisać słowami, a co bardzo chwytało za serce i kojarzyło się z Gruzją. Chłopcy przepraszali, że cały urok pieśni nadaje głos pierwszy, którego im brakuje – oni śpiewali głosem drugim i trzecim, ale my i tak ich śpiew uważaliśmy za najpiękniejszy. Jeden z nich dostał się w tym roku na studia do szkoły muzycznej, a większość członków ich klubu alpinistycznego należała do chóru, który upiększał ceremonie kościelne. Śpiewali też sami, dla siebie i przyjaciół. Niedługo mieli nagrać płytę, obiecali nam jeden egzemplarz w prezencie.
Prosto ze skał pojechaliśmy do ich klubu, gdzie Aczik pracował. Siedziba klubu bardzo nas zaskoczyła. Do dyspozycji mieli wiele całkiem sporych pomieszczeń. W pokojach urzędował dyrektor, sekretarka i kilku innych pracowników. Najbardziej podobała nam się reprezentacyjna sala ich biura, stworzona wręcz do klimatycznych imprez. Cała w boazerii z drewnianym stołem pośrodku, przy wejściu stara szafa, na ścianach powieszone drewniane łyżki, kosze z wikliny i inne przedmioty. Na półce leżał róg gotowy do napełnienia winem. Są ponoć też małe kozie różki do wódki, ale i bardzo duże, z których Gruzini w jednym toaście są w stanie wypić 1,5 litra płynu.
Ściany korytarzy zdobiły czarno-białe zdjęcia różnych słynnych miejsc Gruzji. Żałowaliśmy, że nie dotarliśmy do Szatili w Chewsuretii, bo ufortyfikowana wioska zrobiła na nas wrażenie. Humorystyczna mapa Gruzji przedstawiała cechy charakterystyczne każdego regionu i niektórych miast. Faktycznie, w Chewsuretii rezydowali blondyni, którzy obecnie wojnę oglądają w telewizji, choć kiedyś wojowali bezustannie. Swaneci siedzieli w swoich twierdzach. W Kachetii pito wino.
Zaproszono nas na herbatę. Na gruzińskim stole nie mogło zabraknąć jedzenia: było chaczapuri i pierniki. Czuliśmy się głupio, że ciągle czymś jesteśmy częstowani, a niczym się nie rewanżujemy.
Zrobiło się późno. Mieliśmy wyjeżdżać rano, tymczasem było już przed trzecią, gdy zapakowaliśmy się z plecakami do samochodu i zostaliśmy wywiezieni przez chłopaków na obwodnicę. Byliśmy im za to niesamowicie wdzięczni. Bardzo swobodnie i swojsko się w ich towarzystwie czuliśmy. Byliśmy pewni, że zyskaliśmy nowych przyjaciół. Wymiana adresów nie skończy się tylko na samym akcie, tylko będzie za tym stał kontakt w przyszłości.
Zapraszali nas do Gruzji na wspólną wspinaczkę i zwiedzanie ich kraju. Wiedzieliśmy, że nie są to tylko słowa. Od Miszki dostaliśmy najcenniejszy prezent, jaki mogliśmy przywieźć z Gruzji - autentyczne rogi, z których jego rodzina pije wino. My odwdzięczyliśmy się czołówkami. Wiedzieliśmy, że nie stać ich było na ich kupienie, nie mówiąc o tym, że taki sprzęt jest w Gruzji trudno osiągalny. Opowiadali, że po plecaki jeździ się do Wąwozu Pankiskiego, gdzie uchodźcy czeczeńscy sprzedawali sprzęt podarowany im przez Amerykanów.
Tymczasem czekaliśmy na transport w kierunku Wardzi na ruchliwej trasie koło Gori. Informacją i pomocą służyli miejscowi policjanci. Normalnie zajmowali się zatrzymywaniem samochodów z obcymi rejestracjami spoza ich rejonu i wyłudzaniem od kierowców łapówek. Podczas naszego pierwszego pobytu w Gruzji była to rzecz normalna. Na rogatkach miasta ustawione były posterunki. Wyjeżdżający lub wjeżdżający do miasta czasem nawet nie zatrzymywali się przy funkcjonariuszach, tylko zwalniali i wyciągali rękę z gotowym zwitkiem banknotów. Nie raz byliśmy świadkami takich scen. Czasami policjanci byli naprawdę chamscy. Ci nasi wręcz przeciwnie. Gwizdkiem zatrzymywali autobusy czy marszrutki, by dopytać, czy mogą nas zabrać w dalszą podróż. Pierwszy autobus był zapchany bagażami, a osobowy miał przyjechać niedługo. Czekaliśmy chwilę, ale jakoś się nie pojawiał. Wtedy właśnie chłopcy podjęli decyzję. „Wiecie co - powiedział Aczik. - Ja jeszcze nigdy nie byłem w Wardzi. Postanowiliśmy was tam zawieźć.” Nawet nie zdążyliśmy zaprotestować, czy się zdziwić, choć po kilku dniach przebywania z naszymi nowymi przyjaciółmi, a kilkudziesięciu w Gruzji, wiedzieliśmy już mniej więcej, czego możemy się spodziewać po jej mieszkańcach. Próby zapłacenia za benzynę nie zdałyby się na nic. Błyskawicznie wrzucili nasze bagaże z powrotem do bagażnika i już za chwilę siedzieliśmy znowu w samochodzie. Z mapą i przewodnikiem na kolanach jechaliśmy na podbój Gruzji. Chłopcy zabawiali nas opowieściami o historii ich kraju. Wydawało się, że znają każdy zabytek i wszystkie legendy dotyczące mijanych miejsc.
Najbardziej podobało mi się w okolicach Borżomi. Zaczęły się lesiste wzgórza, przed nami otworzyła się piękna dolina. Borżomi to kurort, do którego kiedyś zjeżdżało mnóstwo turystów. W 2003 r. większość hoteli zajęta była przez uchodźców z Abchazji. Mimo to kusił park zdrojowy, a okolice - szczególnie Bakuriani dostępne kolejką wąskotorową - są ponoć bardzo interesujące. My niestety przez miasto tylko przejechaliśmy. Zatrzymaliśmy się jedynie przy przydrożnej knajpce, by spróbować borżomskiego chaczapuri. Było to jedno z najpyszniejszych chaczapuri, jakie jadłam w Gruzji. Smak sera nie był zbyt narzucający się, za to ciągnął się apetycznie. Placki podzielone na cztery części jedliśmy po kawałku. Pychota!
Oprócz chaczapuri słynna jest także borżomska woda. Dostępna w całej Gruzji, pita przez wszystkich, kupowana w najróżniejszych odmianach, pojawia się na stole podczas najważniejszych spotkań na szczeblu prezydenckim.
Za Borżomi krajobraz zmienił się. Zalesione tereny ustąpiły miejsca pustym przestrzeniom. Ponoć gdy toczyły się walki między Gruzją a Turcją, Turcy podpalili lasy, które potem płonęły przez 40 lat. Nikt nie potrafił ugasić pożaru.
Przypuszczam, że gdyby nie chłopcy bardzo trudno byłoby nam się do Wardzi dostać. Wydawało się, że leży na końcu świata zagubiona w górach. Dopiero gdy odkryła się przed nami dolina, dojrzeliśmy w skałach pierwsze pieczary. Dostępu do miasta strzegł zamek. Wardzia była kiedyś zbudowana tak, że z zewnątrz nie można było dostrzec, że w skalnej górze znajdują się wyżłobione korytarze. W czasie wojny chronił się tam cały dwór królewski. Przez długie lata miejsce stało zapomniane. W wyniku trzęsienia ziemi odpadła jedna ściana i dopiero wtedy odkryła się tajemnica średniowiecznego miasta.
Miszka postanowił czekać w samochodzie, by wyspać się przed podróżą powrotną, więc do skalnego miasta wybrał się z nami tylko Aczik. Znowu trzeba było uiścić opłatę za wstęp. Kolejne trzy dolary od osoby. My jednak czuliśmy wsparcie Gruzina, który jako gospodarz nie mógł pozwolić, by ktoś ściągnął z nas tak ogromną kasę. Gdyby był z nami Miszka, jestem przekonana, że on poczuwałby się, żeby zapłacić wynegocjowane 5 lari (2,5 $) za 3 osoby. Aczik nie miał przy sobie pieniędzy, więc nieśmiało zapytał, czy mielibyśmy tyle na zapłacenie za wszystkich. Oczyścicie, że tak!
Od paru lat mnisi zamieszkują jedną z jaskiń. Posiadają nawet elektryczność. Mnichem był kiedyś w Wardzi przyjaciel Aczika. Odstraszył go jednak brak ogrzewania. Spotkani mnisi pamiętali go i chyba dzięki temu udało nam się obejrzeć miejsca, do których zwykli turyści nie docierają.
Mnich, który razem z nami wędrował ścieżką z dołu pod górę, otworzył cerkiew ukrytą wśród skał, w której wnętrzu znajdowały się piękne freski. Oglądaliśmy je w świetle świec. Główna sala świątynna była ponoć kiedyś cała okopcona od ognia wznieconego przez Turków, którzy Wardzię zdobyli. Palili święte księgi. Freski odnowiono bodajże w XVIII w. Za drewnianymi drzwiami tego pomieszczenia znajdowało się ukryte przejście na wyższe kondygnacje. Doszliśmy do świętego źródła, o którym legenda mówiła, że modliła się przy nim królowa Tamara. Powstało, gdy ze ściany pociekły łzy. Przy tunelu wentylacyjnym zbudziliśmy ze snu nietoperza.
Wardzia pozostawiła w nas niezapomniane wrażenia. Żałowaliśmy, że przyjechaliśmy tak późno i nie mieliśmy zbyt dużo czasu na zwiedzanie. Przypuszczam, że dzięki znajomości z Aczikiem mnisi chętnie oprowadziliby nas po niejednym tajemniczym miejscu i opowiedzieli wiele interesujących historii. Wiele pieczar czekało jeszcze na nasze odkrycie. Musieliśmy jednak wracać. Chłopcy rano powinni być w Tbilisi. Przed nimi cała noc jazdy, a przed nami dylemat: zabrać się z nimi i łapać po drodze autobus do Batumi, czy zostać dzień dłużej i dokładnie wyeksplorować jaskinie. Biorąc pod uwagę nikłe możliwości wydostania się z Wardzi transportem publicznym, zdecydowaliśmy się jednak jechać z chłopakami.
Absurd sytuacji polegał na tym, że byliśmy już bardzo blisko morza, gdzie mieliśmy spotkać się z naszą ekipą. Najkrótszą drogą nie jeździły jednak żadne marszrutki. Musieliśmy się wrócić do miejscowości Haszuri, leżącej o ponad połowę drogi do Gori.
Przespaliśmy całą drogę. Chłopacy obudzili nas, proponując dalszą wspólną jazdę do Tbilisi. Była druga w nocy i otrzymali informacje, że nic już o tej porze nie jeździ. Nie miałoby sensu zostanie w nocy w Haszuri, gdyż jadąc do Tbilisi, moglibyśmy się w samochodzie wyspać i tam złapać coś bezpośrednio do Batumi. Wydawało nam się jednak bez sensu wracanie przez pół Gruzji. Baliśmy się, że znowu minęlibyśmy się z ekipą. Wyjechali tuż przed nami z Wardzi, mogliby też zwiać nam znad morza. Zastanawialiśmy się, co robić, jedząc w samochodzie ser i chleb kupiony przez chłopaków, gdy oni niespodziewanie poderwali się z siedzeń. Za nami stanęła marszrutka z napisem „Batumi”!
Szybko załatwili z kierowcą, że możemy się nią zabrać. Przeładowali plecami i już za chwilę jechaliśmy nad morze, trzymając w rękach reklamówkę z jedzeniem, którego nie zdążyliśmy dokończyć, a Miszka nie omieszkał nam go wręczyć.
Mieliśmy olbrzymie wyrzuty sumienia. Przez nas Miszka będzie jechał całą noc, by zdążyć na rano do Tbilisi. Przyjedzie zmęczony, a jeszcze czeka go droga powrotna do Gori. Wszystko zrobił dla nas, nie myśląc o sobie. Nawet przemknęło mi przez myśl, że może żałował, że wybrał się z nami na tak daleką wycieczkę, ale to że pomyślał, by dać nam na drogę chleb i ser rozwiało nasze wątpliwości. Byliśmy im obu niesamowicie wdzięczni za wszystko.
22 sierpnia 2003 r., BUKNARI
W samochodzie siedzieliśmy ściśnięci. Byliśmy pasażerami nadliczbowymi. Dookoła panowała ciemność, za oknem padał deszcz i poważnie martwiliśmy się o nasze bagaże przyczepione na dachu. W ciemnościach dostrzegaliśmy tylko najbliższych sąsiadów. Nie dali nam odpocząć. Od razu jeden z nich zaczął rozmowę. Musieliśmy odpowiadać na kolejne przewidywalne pytania: Skąd jesteśmy? Jak długo w Gruzji? Czy nam się podoba? Nasz sąsiad mieszkał kiedyś w Abchazji. Obecnie koło Zugdidi. Do domu wracał z pracy w Tbilisi na półtora dnia, by pomóc w remoncie. Odkładał z rodziną pieniądze, by kupić kawałek ziemi. Od tego roku studiował. Chciał się uczyć angielskiego i finansów. Myślał o wyjeździe do Anglii. „Na zawsze?” - pytamy. „Nie, absolutnie nie. Tylko żeby zarobić pieniądze i wrócić.” Żaden ze spotkanych Gruzinów nie wyobrażał sobie, by na stałe zostać za granicą. Mimo tego że w ich ojczyźnie ciężko się żyło. Chłopak, z którym rozmawialiśmy, w przeciwieństwie do reszty Gruzinów, był wyjątkowo smutny. Głęboka melancholia wyzierała z jego opowieści o dzieciństwie spędzonym w Abchazji, ciotce, która tam została i wujku, który zginął w walkach o tę część kraju. Oni zawczasu sprzedali mieszkanie, nie wiedząc tak naprawdę, co się wydarzy, jedynie ze względu na pracę mamy. Rodzina ciotki straciła wszystko.
Wszystkie te opowieści usłyszeliśmy przy okazji postoju na trasie podróży. Zostaliśmy zaproszeni na jedzenie do restauracji, oczywiście nasz współtowarzysz nie chciał słyszeć, że moglibyśmy chcieć za siebie zapłacić, czy tym bardziej za jego posiłek.
Wysiadał w Zugdidi. Drugi sąsiad niedługo później. Siedzenia mieliśmy tylko dla siebie. Zasnęliśmy.
Obudziłam się, bo strasznie chciało mi się do toalety, a wydawało się, że zarządzono postój. Faktycznie zatrzymaliśmy się przy sklepie. W jego wnętrzu trwała impreza. Kierowca musiał zrobić sobie przerwę w jeździe i zasnął z głową opartą o stolik. Pasażerowie nie próżnowali. Pili już drugą flaszkę, zagryzając arbuzem. Na mój wyraźny sprzeciw, jeżeli chodzi o picie alkoholu, zaproponowali colę. Bo przecież toasty muszę czymś wznosić. Kilkuminutowe przemowy odbywały się po gruzińsku. Tylko jedna osoba z towarzystwa znała rosyjski - 25-latka z 5-letnim dzieckiem, rozwódka. Zapytała, czy zdarza się w Polsce, że mieszka się razem przed ślubem. „Oczywiście!” - przyznałam. „Więc dobrze jest u was w Polsce” – rozmarzyła się. „Bo w Gruzji kobieta nie ma żadnych praw. Rozwódka jest napiętnowana, gdy zaczyna się z kimś spotykać. Traktowana jest jak prostytutka. Małżeństwa zawierane są raz na zawsze.”
Dziewczyna była bardzo wesoła i doskonale się odnajdywała w swojej roli społecznej. Myślę, że jej córeczka miała szczęśliwe dzieciństwo. Cieszyłam się, że dane mi było poznać także drugą stronę tradycyjnego społeczeństwa, którym się zachwycaliśmy podczas całego naszego pobytu.
W samochodzie zostały tylko dwie osoby: śpiące dziecko i Darek. Gdy się obudził, zobaczył dwóch kompletnie zalanych gości i podśmiechujące się dziewczyny. Był zdziwiony tym, co się wydarzyło i nie miał pojęcia, jak i kiedy to się stało.
Nie przejechaliśmy zbyt wielu kilometrów, gdy zepsuł się samochód. Ostatecznie podstawiono drugą marszrutkę i już bez problemów dotarliśmy do Buknari, gdzie umówiliśmy się na spotkanie z ekipą. 
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Miejsce znaliśmy od chłopaków z Gori. Przez tydzień razem z ekipą z klubu wysokogórskiego biwakowali przy plaży. Aczik wyrysował nam szczegółową mapę dojścia do dobrego miejsca na nocleg i udzielił wskazówek. Niedaleko dzikiego kempingu znajdował się ogólnie dostępny kran, co gwarantowało wodę na posiłki i możliwość umycia. Naszych przyjaciół tam jednak nie znaleźliśmy, mieliśmy nadzieję, że jeszcze dojadą. Rzuciliśmy plecaki i rozglądaliśmy się po okolicy. Brzegiem morza przechadzał się jakiś człowiek z psem. Zapytałam, czy nie widział w pobliżu rozbitych namiotów. „Nie, nikogo nie było. Ale jeśli macie ochotę, zapraszam na herbatę” - powiedział, łagodnie się uśmiechając. Normalnie byłoby nam głupio iść do kogoś ot tak sobie, nie krygując się i nie wymawiając, ale po paru tygodniach pobytu w Gruzji poznaliśmy już trochę zwyczaje panujące w tym kraju. Byliśmy pewni, że jeżeli tam pójdziemy, dostaniemy nie tylko herbatę, ale i śniadanie.
Oprócz chłopaka spotkanego nad morzem, w obozowisku zamieszkiwał jeszcze drugi, który właśnie się podniósł z wyrka urządzonego na ziemi. Obydwoje opowiadali, jak to w nocy przeszła ogromna burza nad morzem i porwała im dach.
Usiedliśmy na ławach przy stole. Na bambusowej konstrukcji wisiał rozpięty nad nami naprawiony prowizorycznie brezent. „Skąd tutaj bambus?” - dziwiliśmy się. „Rośnie w górach. Można go kupić za niewielkie pieniądze” - wyjaśniali. No tak, zapomnieliśmy, że z gór przenieśliśmy się do innej strefy klimatycznej. Przy drodze rosły palmy...
Po niecałej półgodzinie pojawili się pierwsi z ekipy Skawole. Niedługo mieli przyjechać inni, na razie załatwiali transport do Tbilisi, bo biletów na pociąg już nie było. Stamtąd mieli mieć samolot do Polski. Skawole natomiast zamierzali wracać z nami przez Turcję. Za chwilę niemal prosto na plażę wynajętym busem wjechała reszta ekipy.
Ledwo zdążyliśmy rozbić namioty, gdy się rozpadało. Lało tak, że jak zasiedliśmy na zaproszenie naszych gospodarzy pod ich zadaszoną konstrukcją, to nie byliśmy w stanie już się nigdzie ruszyć przez parę godzin. Zaprosili nas wszystkich na herbatę, jak i do rozbicia się przy nich pod pretekstem lepszego terenu. Faktycznie rzeczka, która leniwie płynęła w pobliżu, wystąpiła z brzegów. Dochodząc do namiotów brodziło się po kostki w wodzie. A my przyjechaliśmy się nad morze opalać... 
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Nasi gospodarze nie byli przeciętnymi Gruzinami, jakich w większości do tej pory spotykaliśmy. Niedaleko stał ich terenowy mercedes z niemiecką rejestracją (jeden z nich pracował w Niemczech jako architekt), mieli sporo drogiego sprzętu na bambusowych półeczkach dookoła, w jednym z namiotów stała wieża. Co zupełnie dla Gruzinów nietypowe, opłacali osobę, która dbała dla nich o utylizację odpadków. Większość obywateli Gruzji śmieciami się nie przejmowała. Puszki, papierki czy butelki wyrzucali gdzie popadnie. Wracając z Doliny Sno, nasi znajomi zapytali kierowcę, gdzie mogą wyrzucić worek ze śmieciami, które skrupulatnie zbierali przez cały pobyt. „Zajmę się tym” - obiecał. Przy najbliższej okazji wyrzucił go do rzeki, co ze zgrozą dostrzegli.
Zapytaliśmy drugiego, czy on też pracuje w Niemczech. Nie, on nie. „Dlaczego?” - próbujemy się dowiedzieć. „Bo mi za granicę wyjeżdżać nie wolno” - odpowiedź brzmiała bardzo tajemniczo. „O tym może później przyjdzie czas, by opowiedzieć” - jeszcze bardziej nas zaciekawił. Snuliśmy różne fantastyczne przypuszczenia. Może po prostu ma jakiś wyrok w zawiasach?
Podczas chwilowej przerwy w deszczu na obiad zdążyli się wybrać Marasy i Tymon. Postanowiliśmy do nich dołączyć. Szliśmy właśnie o tym powiedzieć naszym gospodarzom, ale oni zaprosili nas od razu do stołu. Dziwili się, że chcemy się gdziekolwiek wybrać, bo przecież wszystko mają: chaczapuri, pomidory, chleb. „Częstujcie się” - namawiali. Nie czuliśmy się jednak wtedy jeszcze do końca ich gośćmi, tylko intruzami. Za chwilę rozpadało się tak mocno, że nie było szans gdziekolwiek się ruszyć i choć głupio było siedzieć kolejną godzinę na ich głowie, do namiotów wracać również nieprzyjemnie – wszystko naokoło było mokre.
Ten, który nie mógł wyjeżdżać za granicę - Otari, zaproponował nam więc podwiezienie. Mogliśmy przypuszczać, do której knajpy poszli nasi znajomi. Wybór był ograniczony, bo niewiele ich w Buknari było. Pojechaliśmy. Nasz kierowca zapytał się po gruzińsku właścicieli, czy byli tu Polacy. „Byli” - potwierdzili. Chcieliśmy wiedzieć, czy nie chodziło im przypadkiem o Skawoli, którzy jedli tam wcześniej. „Było dwóch chłopaków i dziewczyna. Poszli już” - mieliśmy pewność, że chodzi o naszych zaginionych znajomych. „Ale czy jedli?” - prosiliśmy, żeby Otari dopytał. „A co jedli też chcecie wiedzieć?” - śmiał się. A nam zwyczajnie chodziło o to, by mieć pewność, czy wrócili do obozu, czy dalej czegoś szukają. Jedli, ale my ich pod drodze przecież nie widzieliśmy. Co robić? Wracać? Sami też przecież chcieliśmy coś przegryźć. Gruzin zaproponował, że podwiezie nas w inne miejsce w sąsiedniej wsi.
Jechaliśmy spory kawałek. Skręciliśmy z głównej drogi za drogowskazem informującym o hotelu „Oaza”. Zajechaliśmy do innej Gruzji niż do tej pory znaliśmy... Nad morzem stał okazały ośrodek, składający się z kilku śnieżnobiałych budynków. Goście do dyspozycji mieli basen, restaurację i bar. Trochę nam było nieswojo. Facet nas specjalnie w to miejsce przywiózł, a my byśmy najchętniej stamtąd zwiali, obawiając się wysokich cen.
Menu przekonało nas, że stać nas na jedną potrawę. W wyborze pomogła dziewczyna, którą przyprowadził nasz opiekun. Spędzała tu wakacje. Ojciec jej był Gruzinem, a matka Polką. Od września mieszkali w Polsce. Ona tam się uczyła, bo szkolnictwo w Gruzji - opowiadała - było beznadziejne: brak dyscypliny, wagary, z klasy do klasy przechodziło się za łapówki. Wszyscy i tak dostawali piątki na koniec roku. Zamówiliśmy z Darkiem odżachuri (ziemniaki z mięsem, trochę warzyw) i grzyby z cebulką. Wymieniliśmy się potrawami po połowie. Wszystko było przepyszne, ale żołądek był nadal lekki. Zjadłoby się coś jeszcze. Ze względu jednak na ceny, odłożyliśmy to na później.
Długo przyszło nam czekać na kelnera z rachunkiem. W międzyczasie poznaliśmy znajomych naszego gospodarza. On sam wolał spędzać czas na plaży niż na leżaku nad basenem, choć w hotelu mieszkała jego siostra z rozbrykanym siostrzeńcem i koledzy. Miałam wrażenie, jakby z dumą przedstawiał nas - włóczęgów i brudasów tym wytwornie ubranym panom. Dopiero potem wyjaśniła mam sporo rozmowa z nim. Zrozumieliśmy wiele narodowych zwyczajów i cech charakteru Gruzinów, między innymi najważniejszą ich zasadę, która mówi, że trzeba się zaopiekować niespodziewanym gościem, bo to znaczy, że sam Pan Bóg go zsyła, w przeciwieństwie do tego, którego sami zaprosimy. Ten jest wyłącznie człowieczą zasługą. My zupełnie zaskakująco stanęliśmy na jego drodze.
Kelner wyraźnie nas omijał. Nie chcąc nadużywać cierpliwości i gościnności osoby, która nas tu przywiozła, uprzedziliśmy go, że czekamy tylko na rachunek i możemy jechać. „Ale ja już zapłaciłem” - usłyszeliśmy. Chyba mieliśmy bardzo zdziwione i głupie miny w tym momencie. Owszem, byliśmy przyzwyczajeni do gościnności gruzińskiej, zapraszano nas na jedzenie, za które płacono, ale nigdy w pięć osób i w tak drogim lokalu. Wiedzieliśmy już też, że w przypadku Gruzinów odmowa przyjęcia podarunku może sprawić przykrość...
W drodze powrotnej poprosiliśmy o zatrzymanie się przy sklepie, chcieliśmy kupić coś do jedzenia. „Ile chlebów potrzebujecie?” - w budce-piekarni nasz dobrodziej kupił dwie siatki pieczywa, za które oczywiście nie pozwolił nam zapłacić. „Naprawdę chcecie też kupić pomidory? Po co? Przecież mamy w obozie. Woda? Dobra...” - kupił kilka butelek dla nas. „Chcecie jeszcze colę, fantę? Nie? - zabrał nam siatkę z zakupami, jak swoją własną. On uiścił rachunek. Zgodził się wspaniałomyślnie, żebyśmy kupili piwo, jeśli już tak mocno nalegamy. Chłopacy nabyli 20 butelek. Potem nasz gospodarz chętnie z nich korzystał. Równie chętnie zaciągał się trawką z własnych zapasów. Zrobiło się wesoło, mniej krępująco i atmosfera nastrajała do zwierzeń.
„Skąd pochodzicie? Gdzie mieszkasz? W Tbilisi?” – próbowaliśmy się dowiedzieć. Przyszedł zapowiedziany wcześniej czas zwierzeń. „Nazywam się Bagrationi. Pochodzę z rodu królewskiego. W mojej rodzinie byli święci, władcy i męczennicy - ten, który nie mógł wyjeżdżać z Gruzji, wreszcie rozpoczął obiecaną opowieść. Nie byliśmy do końca pewni, czy Otari sobie z nas żartuje, czy mówi serio. Nazwisko faktycznie kojarzyliśmy, bo byliśmy świeżo po lekturze książki Jagielskiego „Dobre miejsce do umierania”. Pamiętaliśmy, że po odłączeniu Gruzji od byłego Związku Radzieckiego w czasie wojny domowej niektórzy proponowali przywrócenie monarchii, ale prawowici pretendenci do tronu przebywali od wielu już wieków w Hiszpanii i do Gruzji wracać nie chcieli. Czy to możliwe, że poznaliśmy przedstawiciela jakiejś bocznej linii.
„To dlatego nie wypada mi z Gruzji wyjeżdżać” - ciągnął. „Moja rodzina istnieje po to, by żyć i umierać dla kraju” - opowiadał śmiertelnie poważnie, zaciągając się skrętem. Zupełnie inaczej na niego spojrzałam. Przed sobą miałam twarz wcale nie rozczochranego brodatego brzydala, jak go ujrzałam rano, ale postać o szlachetnych rysach i oczach jak z fresków z gruzińskich kościołów z VI wieku.
Impreza przeciągnęła się do nocy. Do obozu dojechały kolejne osoby w odwiedziny. Ustąpiliśmy im miejsca, sami odsypiając poprzednią noc - my spędzoną w marszrutce, a reszta w pociągu nocnym za łapówkę.
23 sierpnia 2003 r., BUKNARI – BATUMI
Rano zgodnie z obietnicą króla - tak zaczęliśmy go nazywać - obudziło nas słońce. W ciągu dnia panował wręcz upał. Postanowiliśmy jechać do słynnego ogrodu botanicznego w Batumi. Tam szczerze mówiąc nie bardzo nam się chciało chodzić. Droga wiodła pod górę i było parno. Ponieważ reszta ekipy miała mało czasu, skróciliśmy wycieczkę botaniczną i skupiliśmy się na centrum Batumi.
Architektura tego miasta była bardzo ciekawa. Zachwycały białe nadmorskie secesyjne kamienice z balkonami. Mniej było domów zniszczonych i porzuconych niż w innych częściach Gruzji. Panował tu dobrobyt.
Udaliśmy się do polecanej przez „króla” i jego przyjaciela knajpki „Złoty kluczyk”. Będąc w Batumi trzeba koniecznie spróbować adżarskiego chaczapuri. Dostaliśmy bułkę z dziurą w środku, miejscem na ser i wbite tam jajko. Rozbełtane pod wpływem ciepłego pieczywa ścina się i wychodzi coś w rodzaju pizzy z jajecznicą. Bardzo smaczne!
Kupiliśmy kilka pamiątek m.in. gliniany dzbanek na wino i płytę z gruzińską muzyką. Spod portu ruszyliśmy marszrutką z powrotem do Buknari. Tam czekał już bus, którym pozostali mieli jechać do Tbilisi. Skawole i my następnego dnia rano ruszaliśmy do domu przez Turcję.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
24 sierpnia 2003 r., SARP - HOPA
Rozpoczęliśmy podróż do Polski. Marszrutka z Placu Tbiliskiego w Batumi zawiozła nas do granicy w Sarpie. Tam wydaliśmy ostatnie gruzińskie pieniądze - nie było kantoru, by je wymienić. Potem żałowaliśmy, bo na granicy za przejście musieliśmy zapłacić: 3 $ za pracę na komputerze :). Niby dali rachunek, ale ta suma nie była na nim uwzględniona. Darek i reszta uspokajali mnie, żebym się nie kłóciła, a ja uważałam, że na sam koniec tak wspaniałego wyjazdu po prostu nas oszukano.
W Turcji, tak samo jak w Gruzji, morze i kamienne plaże. Taksówką pojechaliśmy do najbliższej dużej miejscowości - Hopy. Na dworcu autobusowym znaleźliśmy tanie połączenie ze Stambułem. Autobus miał wyjeżdżać o 10.00 rano dnia następnego. Co robić z noclegiem? Najlepiej byłoby rozbić obozowisko na plaży.
Właściciel biura nieoczekiwanie zaproponował nam podwiezienie nad morze kilkadziesiąt kilometrów za Hopą. Wcześniej, jak twierdził, wybrzeże nie jest ładne. Wypakowaliśmy wszystkie bagaże, ale kierowca nie odjeżdżał. Czekał na nas w prowizorycznej wiacie na palach z ustawionym tam tapczanem i fotelami. Zastanawialiśmy się komu służy i tam właśnie planowaliśmy przenocować. Co do naszego kierowcy mieliśmy podejrzenia, że jako muzułmanin w kraju islamskim znalazł okazję, by popodglądać dziewczyny w strojach kąpielowych. On jednak nieoczekiwanie zaproponował nam nocleg u siebie w biurze. „Sleep in office, no problem!” - oczywiście się zgodziliśmy! Po raz kolejny zapakowaliśmy bagaże do samochodu, następnie znowu je wyciągnęliśmy, by zostawić u niego. Cały dzień spacerowaliśmy po Hopie w tę i z powrotem. Najpierw w poszukiwaniu kantoru, potem knajpy z jedzeniem i sklepu z piwem. Nasz dobroczyńca wszystkie nasze problemy rozwiązywał w mig: „Change money? No problem!”, „Eat? No problem!”, „Tea? No problem!”
25 sierpnia 2003 r., HOPA – DROGA DO STAMBUŁU
Spaliśmy w czwórkę na jednym tapczanie. Mogliśmy się położyć dopiero po zamknięciu biura o 24.00. Otwierano je o 6 rano. Po śniadaniu na kamieniach nad morzem zaczęliśmy podejrzewać, że coś jest nie tak z autobusem. Przyjechał dopiero przed 11.00. Bez napisów firmowych, jak na innych i z wypisanym odręcznie na kartce miejscem przeznaczenia. Za chwilę już wiedzieliśmy, dlaczego był taki tani. Autobusy tureckie słyną z luksusowej obsługi, niemal jak na pokładzie samolotu. My mieliśmy do dyspozycji jedynie wodę i tylko raz podano nam colę lub fantę. Nie było obiecanych przez Skawola ciasteczek.
26 sierpnia 2003 r, STAMBUŁ
Do Stambułu dojechaliśmy dopiero w południe. Wylądowaliśmy na kilkupiętrowym dworcu autobusowym. Mnóstwo autokarów, kilka kondygnacji podziemnego parkingu i biura podróży oferujące przejazdy w różne części świata. Niełatwo było znaleźć jakieś połączenie do Soczi. Jedyny autobus tego dnia odjeżdżał o 15.00. Kosztował więcej niż przypuszczaliśmy, ale się zdecydowaliśmy, by jak najszybciej być w domu. Najpierw nas podwieziono do biura do centrum. Potem musieliśmy jeszcze raz przejechać na inny dworzec.
W międzyczasie popędziliśmy na bazar, by cokolwiek w Stambule zobaczyć. Tam mnóstwo luksusowych stoisk z fajkami wodnymi, ceramiką, herbatą. Gdy sprzedawcy usłyszeli, że mówimy po polsku, zaczęli wykrzykiwać jednym tchem zachęty w naszym ojczystym języku: „Panie skóra, dobra i tania, kup pan skórę. Tu jestem, zapraszam. Tanie skóry.”
Nasz kolejny autobus był nie turecki, tylko rumuński i przez to jeszcze bardziej zdezelowany. Za to obsługa milsza i poczęstunek okazalszy. Co rusz dostawaliśmy: wodę, sok w kartoniku, ciastko, colę. Razem z nami w autobusie było dwunastu Polaków. Stała trasa glotrotterów, więc nic dziwnego. W nocy zatrzymaliśmy się na jedzenie w Bułgarii, następnie przerwa w Bukareszcie i rano Suczawa.
27 sierpnia 2003 r. SUCZAWA – CZERNIOWCE
Nie czekaliśmy nawet 5 minut i już wsiadaliśmy do busa wynajętego na dojazd przez granicę do Czerniowców. Fajnie, że było nas tyle osób, bo koszty się rozłożyły. W pociągu do Lwowa powitaliśmy kolejnych Polaków wracających z wakacyjnych wojaży.
28 sierpnia 2003 r., POLSKA!!!
Tego dnia dojechaliśmy do domu. Gdy człowiek znajduje się we Lwowie, to tak jakby jedną nogą był już w Polsce. Do granicy dojeżdżała nawet marszrutka. My ze względu na ilość osób wzięliśmy busa. Gdybyśmy mieli czekać na granicy w kolejce, do domu dojechalibyśmy dnia następnego. Naokoło sami przemytnicy. Granicę więc sforsowaliśmy przez płot, co zaproponowali nam sami celnicy. Szybko dojechaliśmy do Przemyśla. Stamtąd tylko 4 godziny do Krakowa.
Kamila Balbus - Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
