GRUZJA: Co Bóg zostawił sobie na starość?

Do Gruzji jeździ się po przygodę dla zaawansowanych, wchodzi na Kazbek, wspina na Uszbę, wędruje podczas wielodniowego trekkingu ze Stepancminda do Omalo. Ale można inaczej. Z dziećmi, rodzinnie, w licznym gronie znajomych i bez specjalistycznego sprzętu.

Ten kraj ma wszystko: wysokie góry i głębokie doliny, ośnieżone szczyty i łagodne wzgórza, szerokie koryta leniwie płynących rzek i rwące potoki. Dodajmy do tego zielone gęste lasy i step, palmy nad morzem i suchą roślinność na terenach niemal pustynnych, liczne jeziora i wybrzeże nadmorskie, lodowce i klimat subtropikalny, a także kaniony, jaskinie i wulkany. Ten tak różnorodny krajobrazowo niewielki fragment Ziemi to kawałek, który Pan Bóg zostawił sobie na starość. Trafił się Gruzinom.

Gdy opowiadają oni legendę o powstaniu Gruzji, podkreślają, że ze wszystkich narodów otrzymali najpiękniejszą krainę. Trudno się z nimi nie zgodzić. I mimo że znajdziemy tu niemal każdy typ krajobrazu, dominują jednak góry. Chyba dlatego właśnie Gruzja tak zachwyca. I nawet przy okazji zwykłej wycieczki turystycznej można sobie zaplanować kilka wędrówek. Takie dwa w jednym dla tych, którzy próbuję znaleźć kompromis między byciem podróżnikiem a górołazem. Albo muszą pogodzić plany i zainteresowania swoje oraz reszty ekipy.

Gotowi na eksplorację pięknej Gruzji? Zaczynamy!

WZGÓRZA PONAD TBILISI

Zwiedzanie Gruzji zazwyczaj zaczyna się od Tbilisi. Kusi piękna starówka, zachwycają kolorowe domy z drewnianymi balkonami. Duże wrażenie robią mury miejskie, zapraszają do siebie łaźnie siarkowe. Po uliczkach stolicy można włóczyć się bez końca. Ulica Rustawelego, liczne muzea, cerkwie, kościoły, synagoga, meczet, ogród botaniczny, rzeka Kura, Most Pokoju, twierdza, targ staroci – jest tu co robić i zobaczyć. I koniecznie trzeba też zarezerwować sobie czas na spacer wzgórzami, które otaczają Tbilisi. Wtedy na miasto można spojrzeć z zupełnie innej perspektywy.

Zaczynamy od Mtacminda, najwyższego (727 m n.p.m.) i najbardziej rozpoznawalnego wzgórza stolicy z charakterystyczną wieżą telewizyjną i kołem młyńskim. Na szczycie usytuowane są park zabaw i wypoczynku, minizoo oraz restauracja z punktem widokowym. Gruzini wieczorami przyjeżdżają tu imprezować.

Mimo tak rozrywkowego charakteru, Mtacminda nazywana jest Świętą Górą. Dlaczego? Otóż w VI wieku, w pieczarze na jej zboczu zamieszkał świątobliwy mnich – święty Dawid, który przybył tu z misją krzewienia chrześcijaństwa. Choć tę religię uznano za państwową już w 337 roku (Gruzja uczyniła to jako drugi po Armenii kraj na świecie!), to jednak wśród ludu nadal silne były wierzenia pogańskie. Ojciec Dawid miał więc ręce pełne roboty. Obecnie w miejscu jego pustelni znajduje się cerkiew z klasztorem. Na terenie kompleksu wyrosła także ważna dla Gruzinów nekropolia – Panteon Pisarzy i Osób Publicznych. Pochowani są tu poeci, pisarze i politycy. Większość nazwisk nic nam nie powie, poza tym napisy na grobach są po gruzińsku, ale warto zapamiętać, że spoczywa tu między innymi Zwiad Gamsachurdia, pierwszy prezydent niepodległej Gruzji (zresztą dość kontrowersyjny) oraz Ketewan Geladze – matka Stalina, która zmarła w 1937 roku. Może nie wszyscy wiedzą, więc warto wspomnieć, że Stalin był Gruzinem urodzonym w mieście Gori. Jego rodzina na czas nauki w seminarium duchownym (tak! Stalin miał być duchownym) przeniosła się do Tbilisi.

 



Ponieważ wycieczki, które proponuję, są łatwe i przyjemne, więc na Mtacmindę wjedziemy funikularem, czyli kolejką szynową, podobną do tej, jaka kursuje na naszą Gubałówkę. Pewnie znajdą się tacy, którzy będą woleli autobusem albo taksówką, ale według mnie wjazd kolejką jest atrakcją samą w sobie. Ambitnym piechurom szczerze odradzam wchodzenie na Mtacminda od samego dołu – droga jest zawiła i mało przyjemna.

Jak zatem najłatwiej znaleźć dolną stację kolejki? Z centrum, z ulicy Rustawelego, przy budynku parlamentu, poprowadzą nas drogowskazy. W zasadzie tu już zaczyna się nasza wędrówka, bo im dalej od brzegów rzeki, tym coraz bardziej musimy się wspinać. Kolejka ma trzy przystanki: początkowy, pośredni i końcowy. Kupując bilet warto zaznaczyć, że chcemy skorzystać z możliwości zatrzymania się na pośrednim, bo dzięki temu odwiedzimy opisany przeze mnie wcześniej klasztor Mama Dawiti wraz z panteonem ważnych osobistości.

MATKA GRUZJA

Po wyjściu z wagonika na stacji końcowej mamy dwie możliwości: albo spędzić nieco czasu na górze, albo od razu udać się na wędrówkę. Okolica zdecydowanie jest przyjemniejsza, gdy porzucimy część rozrywkową Świętej Góry, a zamiast tego zagłębimy się w las. Aby trafić na właściwą ścieżkę, musimy skręcić od razu w lewo, w kierunku parkingu, na który dojeżdżają taksówki i autobusy. Lawirujemy pomiędzy pojazdami, nie zmieniając kierunku i już jesteśmy na właściwym szlaku. Mimo braku drogowskazów, trasa jest przygotowana i trudno zabłądzić. Pierwsza część jest zdecydowanie bardziej dzika. Miasto znika z widoku i mamy wrażenie, jakbyśmy się znaleźli w prawdziwych górach! Bo jesteśmy! Tbilisi położone w dolinie rzeki Kury otaczają pasma Kaukazu Małego. W okolicy zachowała się na tyle unikalna przyroda, że już w 1974 roku postanowiono utworzyć tu Tbiliski Park Narodowy.

Ostatecznie ścieżka wyprowadza nas w pobliże pomnika Matki Gruzji. Podobne stawiano w czasach sowieckich w różnych republikach Związku Radzieckiego. Jest więc Matka Armenia, Matka Ukraina… Każda z nich miała wyrażać cechy narodowe. Gruzińska matrona ma w jednej ręce miecz – na wrogów, którzy zarówno w przeszłości, jak i obecnie (rok 2008 i wojna z Rosją), zagrażali i zagrażają Gruzji. A w drugiej ręce trzyma czarę z winem dla przyjaciół. Bo Gruzini to jeden z najbardziej przyjaźnie nastawionych do przybyszów narodów, jakie znam.

 



Spacer wzgórzami daje nam możliwość obejrzenia Matki Gruzji z bliska. Z centrum widzimy ją jedynie z oddali. Tak samo jak twierdzę Narikała, której początki datuje się na IV wiek. Wielokrotnie przebudowywana, została ostatecznie zniszczona przez trzęsienie ziemi i wybuch w prochowni w XIX wieku. Malownicze ruiny wznoszą się na wzgórzu, do którego docieramy na koniec naszej wycieczki. Większość turystów wjeżdża tu nowoczesną kolejką linową z Parku Europejskiego. Lepiej jednak wybrać zejście zamiast kolejki, bo dzięki temu mamy okazję przejścia przez najładniejszą dzielnicę Tbilisi – Abanotubani. Odnowione domy wznoszące się jedne ponad drugimi są inspiracją dla malarzy i… producentów pamiątek. Motyw kolorowych zabudowań często występuje na magnesach.

Pokonanie wzgórz właśnie w tym kierunku – od Mtacmindy do twierdzy Narikała, z wjazdem koleją linowo-terenową oraz zejściem na nogach do centrum – wydaje się wariantem najbardziej optymalnym. Całość zajmie od trzech do czterech godzin, oczywiście w zależności od tego, ile czasu przeznaczymy na zwiedzanie panteonu i twierdzy.

UCIECZKA DO DAWID GAREDŻA

Pamiętacie mnicha Dawida? Legenda głosi, że w czasach, gdy nauczał w Tbilisi, pewna kobieta oskarżyła go to, że jest ojcem jej dziecka.
- Jeśli jestem ojcem, urodzi się dziecko. Ale jeśli nie, urodzisz kamień! - odpowiedział zbulwersowany Dawid. Jak łatwo się domyślić, ta druga wersja okazała się prawdziwa.

Na pamiątkę tych zdarzeń postawiono kościół Kaszweti („rodząca kamień”), a zniechęcony Dawid udał się w miejsce odosobnienia daleko od Tbilisi. Wędrował na południowy-wschód wraz z uczniami Dodo i Lukiane. Okolica z zielonej zrobiła się szarobrązowa, po horyzont ciągnęły się stepy, zniknęły osiedla. Kto chciałby tu zamieszkać? Tylko pustelnicy. Spali więc w jaskini, żywili się mlekiem oswojonej sarny, korzystali ze źródła, które do dzisiaj nosi nazwę „Łzy Dawida”. W takich warunkach powstał jeden z największych kompleksów klasztornych w Gruzji – Dawid Garedża, położony obecnie na pograniczu Gruzji i Azerbejdżanu. Lata jego świetności przypadły na  czas od XI do XIII wieku, kiedy obejmował kilka ośrodków położonych w górskim terenie na przestrzeni około 20 kilometrów. Dość powiedzieć, że gdy na początku XVII wieku ten kompleks najechał szach perski Abass, wybił aż sześć tysięcy mnichów.

Dotarcie tutaj z Tbilisi nie jest łatwe. Droga dla samochodów osobowych i autokarów (na ostatnim odcinku po wertepach) prowadzi jedynie do klasztoru Ławra, założonego przez Dawida. Pierwsza pieczara, w której zamieszkał, oznaczona jest białym krzyżem, a w kościele znajduje się jego grób. Aby dotrzeć do innych, trzeba się przesiąść do auta z napędem na cztery koła albo iść pieszo.

Tak też robimy. Po zwiedzeniu Ławry wspinamy się na górę Udabno (878 m n.p.m.). Tam czekają nas groty z freskami z XIII wieku. Zanim tam dotrzemy, porządnie się zmęczymy. Spore nachylenie stoku i nierówna ścieżka (na pewnym odcinku mocno eksponowana), do tego wyślizgane podłoże i ostrzeżenia o jadowitych żmijach oraz upał, jaki panuje w tym półpustynnym terenie, mogą wiele osób zniechęcić. Zdecydowanie jednak nie warto poddawać się na starcie. W zamian otrzymujemy  bowiem 2,5-godzinną wędrówkę z zachwycającymi widokami, które zapamiętamy jako jedne z najpiękniejszych z całego naszego pobytu w Gruzji.

 



Rozpoczynamy przy kamiennym budynku dawnego sklepu klasztornego (wejście ze ścieżki powyżej parkingu). Ponad nami widzimy wieżę strażniczą klasztoru Ławra – tam musimy dotrzeć i zdecydować, w którą stronę dalej się udamy. Trasa tworzy pętlę i moim zdaniem lepiej wędrować odwrotnie niż wskazówki zegara. W pierwszej kolejności skręcamy więc w prawo – ten wariant jest orientacyjnie łatwiejszy. Ścieżka początkowo jest dość stroma, dopóki nie dojdziemy do metalowych barierek, które wyznaczają dalszą drogę. Jeśli będziemy się ich trzymać, na pewno nie zabłądzimy. Po trzech kwadransach od startu docieramy na grzbiet, z którego widzimy już Azerbejdżan. Dajemy sobie chwilę na zachwyty nad widokami, ale pamiętamy, że naszym celem są mnisie pieczary. One zrobią na nas jeszcze większe wrażenie.

By do nich dotrzeć, trzeba teraz zejść nieco w dół i kierować się w lewo. Idąc zboczem z przepastnymi widokami z jednej strony, zwracamy uwagę na to, co mamy po lewej ręce. Bo właśnie tam kryją się zabudowania dawnego klasztoru i cele mnichów. Skały w wielu miejscach w wyniku wietrzenia oberwały się i dotarcie do niektórych jaskiń jest utrudnione, ale przynajmniej cztery z najładniejszymi malowidłami mamy okazję zobaczyć.

Od kapliczki, przy której zazwyczaj spotkamy gruzińskich pograniczników, zaczyna się zejście. W dół nie znaczy łatwiej. Miejscami ścieżka jest stroma i mocno wyżłobiona. Dodatkowo trzeba uważać, żeby nie poślizgnąć się na piaszczystych odcinkach. W drodze powrotnej możemy za to wspiąć się do źródła, z którego korzystał święty Dawid z uczniami. Do dzisiaj służy mnichom zamieszkującym Ławrę. Wejście do jaskini jest zabezpieczone porządnymi drzwiami i nie dostaniemy się do środka. Ale frajda z wejścia po schodkach w skale niezapomniana.

Obiektywnie oceniając, trasa nie jest łatwa. Ja jednak co sezon przeprowadzam nią dziesiątki osób. Jako przewodnik wycieczek po Gruzji gorąco namawiam każdego na tę wędrówkę. Idą młodzi, starzy i nawet ci, którzy całe życie nie ruszają się zza biurka i sprzed telewizora.
- Widoki zachwycają i satysfakcja ogromna – przyznają zgodnie na końcu przygody.

WODOSPAD ZAMIAST KLASZTORU

Jakie jest marzenie każdej osoby przybywającej do Gruzji, która kocha góry? Oczywiście zobaczyć Kaukaz Wysoki! Najłatwiej to zrobić jadąc Gruzińską Drogą Wojenną z Tbilisi do Kazbegi, które od 2006 roku nazywa się Stepancminda, ale i tak wszyscy mówią o Kazbegi.

Wysiadając na głównym placu, przy sprzyjającej pogodzie zobaczymy z lewej strony wybudowany na wzgórzu XIV-wieczny klasztor Cminda Sameba, a za nim ośnieżony Kazbek (5037 m n.p.m.). Widok pocztówkowy i znany miłośnikom gór i Gruzji. Niemal każdy chciałby się tam natychmiast przenieść. Nic łatwiejszego. Niedawno położono tam ostatnie metry asfaltu. Samochodem osobowym wjedziemy pod sam kościół. A mnie żal… Żal wysiłku, który musieliśmy wykonać, gdy po raz pierwszy trafiliśmy w to miejsce w 2003 roku. Wtedy doszliśmy tu z plecakami, by dalej wędrować do bazy pod Kazbekiem. Przy Cminda Sameba wypadał nam nocleg. Niestety, to magiczne miejsce to już przeszłość. Dlatego nie będę polecać wycieczki pieszej z Kazbegi do kościoła Świętej Trójcy. Zabiorę Was do wodospadu Gweleti.

 



Startujemy z wioski o tej samej nazwie, kilka kilometrów za Kazbegi. Skalne ściany po obu stronach Gruzińskiej Drogi Wojennej zwężają się tu, tworząc słynny Wąwóz Darialski, zwany gruzińskimi Termopilami. Z jednej strona pozwala to na obronę przed obcymi wojskami przybywającymi z północy, a z drugiej – to właśnie tędy wojska miały szansę dostać się na drugą stronę Kaukazu Wysokiego.

Zbaczamy z drogi, która prowadzi dalej do granicy. Już tutaj możemy zacząć wędrówkę, choć jeśli dysponujemy autem z napędem na cztery koła, podjedziemy dalej szutrową drogą. To da nam szansę sprawdzenia na własnej pupie, na czym polega „kaukaski masaż”, bo wytrzęsie nas niemiłosiernie. Ale od mostu poprowadzi do celu prawdziwie górska ścieżka, dostępna tylko dla pieszych.

To jeden z nielicznych oznakowanych szlaków na Kaukazie. Ślady farby przypominają oznaczenia znane z naszych polskich gór. Mimo że coraz częściej w Gruzji w turystycznych rejonach górskich spotyka się tablice, na których podawane są informacje z czasami przejścia lub liczbą kilometrów, nadal najczęściej stosowanym sposobem na oznaczanie szlaków są kopczyki kamieni. Każdy powinien dołożyć swój.

Do wodospadu Gweleti prowadzi wąska kamienista ścieżka. Wzdłuż niej rosną dorodne egzemplarze barszczu Sosnowskiego, a więc rośliny, która w Polsce uchodzi za niebezpieczną. Gdybyśmy tak wielkie liście barszczu zobaczyli w polskich górach, z pewnością wpadlibyśmy w panikę. Na Kaukazie nikt jednak nie zwraca na nie uwagi.

 



Mniej ambitni piechurzy mogą zakończyć wędrówkę już po półgodzinie, gdy wodospad ukaże się w całej okazałości. 35-metrowa kaskada jest szczególnie imponująca na wiosnę i po obfitych opadach. Ale to nie koniec atrakcji! Ostatnia wspinaczka na skalną półkę i już możemy cieszyć się kroplami wody, które spadają nam na twarz. Latem na tę wędrówkę warto zapakować do plecaka nie tylko górskie wyposażenie, ale także strój kąpielowy. Można się zanurzyć w wodzie u podnóża kaskady, co sprawia frajdę w szczególnie upalne dni.

Wracamy tą samą drogą, mijając liczne grupy turystów – Kazbegi to popularny cel dla wielu. O ile jednak przy Cminda Sameba w sezonie letnim są ich prawdziwe tłumy, o tyle w takich miejscach jak wodospad Gweleti, Dolina Sno czy Truso nadal jest ich mniej.

NA PACE, GRZBIECIE KONIA I PIESZO

Swanetia to górska kraina, którą warto sobie zostawić na koniec puzzlowej układanki z gruzińskich krajobrazów. Piękne, choć zapewne mniej znane są też Chewsuretia, Racza, Tuszetia, ale – jak to mówią moi znajomi gruzińscy wspinacze – Swanetia to Swanetia. Bo oprócz gór, ma też wartości dodane. Spotkamy bowiem Swanów i zobaczymy ich kamienne wieże.

Gdyby nie jeżdżące tu wszechobecne auta oraz powstające w szybkim tempie hotele i pensjonaty, można by pomyśleć, że przenieśliśmy się w zamierzchłe czasy średniowiecza. Wtedy w razie niebezpieczeństwa Swanowie chronili się w swoich wieżach i odpierali najazdy wrogów. Zresztą jeszcze do niedawna przybysze z zewnątrz nie byli tu mile widziani. Napadano na obcych, wymuszano haracze, rozboje były na porządku dziennym. Dopiero po rewolucji róż w 2004 roku nowy prezydent, Micheil Saakaszwili wprowadził porządek, a Swani doszli do wniosku, że więcej można na turystach zarobić goszcząc ich w swoich domach niż napadając na nich. Dzięki temu dostępny stał się dla nas jeden z najpiękniejszych zakątków Gruzji z wysokimi ośnieżonymi szczytami, zielonymi dolinami, wolno przechadzającymi się świniami i pasącymi krowami, przemieszczającymi się na koniach Swanami, starymi wioskami i cerkwiami pełnymi cennych ikon.

Możliwości wycieczek jest tu sporo – zarówno z Mestii, stolicy regionu, jak i z Uszguli, najbardziej znanej w Swanetii wioski. Moją ulubioną jest wędrówka pod Szcharę, najwyższy szczyt Gruzji (5193 m n.p.m.). W jej kierunku prowadzi szeroka zielona dolina, latem dodatkowo przepięknie ukwiecona. Dochodzimy nią pod lodowiec, majestatycznie spływający z ogromnej ściany Bezingi, której najwyższą kulminacją jest wschodni wierzchołek Szchary. Wypływa z niego rzeka lodowcowa, którą uznaje się za początek Enguri – rzeki towarzyszącej nam w przejeździe do Swanetii od miasta Zugdidi.

 



Teoretycznie z centrum Uszguli do lodowca można dojść w pięć godzin – taki czas przejścia podany jest na drogowskazie. Być może udałoby się nawet szybciej, tylko na przeszkodzie stają nam różne rzeczki, które suchą stopą trudno przejść. Jak je zatem pokonać? Można na koniu – wypożyczenie koników oferują mieszkańcy Uszguli, albo na pace tzw. gruzowika.
- Eta wiezdiechod, wojennaja maszina – kierowca zachwala swoje auto, które przypomina nieco jakiś prototyp czołgu.
Wiezdiechod może i wszędzie wjedzie, tylko nie zawsze chce odpalić. Jeden z pomocników kręci na zewnątrz korbą, a drugi próbuje odpalić wehikuł ze stacyjki, wykorzystując do tego… gwóźdź. Gdybyśmy zdecydowali się na marsz od początku doliny, nie przeżylibyśmy takiej przygody. Na szczęście docieramy do miejsca, gdzie samochody dalej nie wjadą.

 

Teraz czeka nas już tylko wędrówka, zajmująca około półtorej godziny, i dochodzimy do czoła lodowca. Mimo że wycieczka nie jest wymagająca kondycyjnie, mamy szansę osiągnąć wysokość 2500 metrów n.p.m., czyli znaleźć się na wysokości takiej jak Rysy! Co nas czeka? Spacer najpierw szerokim traktem, potem skręt w wąską dróżkę wzdłuż rzeki, stąpanie po kamieniach naniesionych przez wodę, a następnie bezwzględny zachwyt majestatem gór. Wyraźnie widoczne są moreny boczne lodowca i jego jęzor, do tego morena czołowa pokryta szarymi drobnymi kamieniami oraz miejsce, skąd wypływa rzeka lodowcowa. I oczywiście Mur Bezingi i Szchara w całej okazałości. Odwrót zarządzamy tą samą drogą, na szczyt tym razem nie idziemy…

 



Moje propozycje wycieczek to takie wędrówki przy okazji zwiedzania Gruzji. Nie wymagające specjalnej kondycji, niedługie, ale dające sporo satysfakcji i zapewniające dużo wrażeń. Dla tych, którzy lubią przyrodę i aktywny wypoczynek, zamiast leżenia na plaży. I dla tych, co z różnych względów z wejścia na Kazbek muszą zrezygnować, ale chcą na pięciotysięczniki chociaż popatrzeć.

INFORMACJE PRAKTYCZNE (dane na 2019 rok)

DOJAZD
Do Gruzji tanie loty oferuje Wizzair (do Kutaisi) oraz LOT (do Tbilisi). Ceny poza sezonem letnim zaczynają się od 200 zł.
W samej Gruzji bardzo dobrze rozwinięty jest transport publiczny i prywatny. Do większości miejsc dotrzemy rejsowymi marszrutkami (minibusami). Można także wynająć auto 4x4, również z kierowcą. Swoje usługi oferują liczni taksówkarze.

Jak dojechać w opisane w tekście rejony?

Dawid Garedża – codziennie o godz. 10.45 z Placu Wolności w Tbilisi (od strony skweru Puszkina) odjeżdża Gareji Line. Koszt 25 GEL (lari) od osoby w obie strony. Na miejscu na zwiedzanie mamy około trzech godzin, a w drodze powrotnej autobus zatrzymuje się w Udabno, w restauracji prowadzonej przez Polaków.

Kazbegi i wodospad Gweleti – do Kazbegi odjeżdżają marszrutki z dworca Didube w Tbilisi. Dalszy transport można wynająć, wysiadając na głównym placu. Stoi tam mnóstwo właścicieli aut 4x4. Do Gweleti wynajem samochodu Mitsubishi Delica to 110 GEL (łącznie z wjazdem pod Cminda Sameba).

Uszguli – najpierw musimy się dostać do Mestii (marszrutki z większości większych miast w Gruzji), a następnie dopytywać o transport do Uszguli (zdarzają się rejsowe marszrutki lub w wypadku większej grupy można wynająć auto z kierowcą), trzeba i warto się mocno targować! Zazwyczaj za całą marszrutkę liczą 250 GEL. Dodatkowo transport pod lodowiec 150 GEL.

NOCLEGI
Oferta noclegowa w Gruzji jest bardzo szeroka: od luksusowych hoteli poprzez hostele po rodzinne pensjonaty i prywatne kwatery. W górach można nocować pod namiotem.

MAPY
Niestety nie ma dobrych map trekkingowych Gruzji. Można skorzystać z „Georgian Caucasus. Ushba, Shkhara, Kazbek. Trekking map”, wyd. TerraQuest lub „Georgia. Caucasus Mountains”, wyd. TerraQuest. Mapy trekkingowe poszczególnych regionów oferuje wyd. GeoLand.
Mapy lepiej kupić przed wyjazdem. Na miejscu są nikłe szanse, że coś dostaniemy. Mimo że informacje turystyczne są dobrze zaopatrzone, szczegółowych map rejonów górskich nie oferują.
Polecam również przewodnik Gruzja wyd. ExpressMap.

 

Artykuł ukazał się w magazynie turystyki górskiej "npm", nr 1 (214), styczeń 2019.

 



 
 
 
 
 
 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Przedstawiam pomysł na jednodniową objazdową wycieczkę w okolicach Borów Tucholskich.

Do Borów Tucholskich przyjechaliśmy skuszeni opisami szlaku rowerowego „kaszubska marszruta”. Na miejscu okazało się, że „kaszubska marszruta” nieco odbiega od naszych wyobrażeń w głowach, ale...

Szlak prowadzi jak po sznurku przez miejscowości uzdrowiskowe i do poszczególnych zdrojów oraz ujęć wody mineralnej

Rowerowy Szlak Orlich Gniazd liczy 190 km. Prowadzi od Częstochowy do Krakowa w bardzo malowniczym terenie.

Na Cergową (716 m n.p.m.) można dotrzeć z czterech stron świata. Na jej szczycie krzyżują się bowiem szlaki..

...
...
...
...