„Kto nie widział Kachetii, ten nie zna Gruzji”- to zdanie zasłyszane od Gruzinów cały czas tkwiło w mojej głowie. Do Gruzji przyjechałam pierwszy raz 13 lat temu, od 3 lat bywam tam regularnie dwa razy do roku, znam wszystkie najważniejsze miejsca i zabytki, oprowadzam po nich jako pilot i przewodnik moich turystów, ale w Kachetii jeszcze nie byłam (jedynie w Dawid Garedża, ale to zupełnie inne krajobrazy). Nie mieliśmy jej w programie, a mnie trudno było się wyrwać tam samodzielnie. Musiałam cały czas być z grupą...
A może pobawię się w tym roku w pilota-rezydenta? - pomysł wydawał się w swej istocie genialny. Moje biuro wysyłało do Gruzji dwie grupy pod rząd, a zakończenie jednej wycieczki i początek drugiej dzieliło kilka dni. Gdybym nie wracała do Polski, zyskałabym dodatkowy czas na to, o czym marzyłam od dawna: powłóczenie się jak za dawnych lat po Gruzji. Kilka tygodni przed wyjazdem oświeciło nas z mężem, że wykorzystując czas, kiedy dzieci będą na kolonii, on może do mnie dojechać. Wreszcie miałby okazję zobaczyć, jak Gruzja zmieniła się na przestrzeni kilkunastu lat. Plan doskonały!
- Kachetia to najbardziej urodzajny kawałek Gruzji. Zobaczcie, ile tu drzew owocowych, rosną brzoskwinie, morele, kapusta. Nie tylko winogrono! – Gudża, rodowity Kachetyjczyk, bez przerwy opowiadał o pięknie i historii Kachetii. - Kachetia przez długi czas była niezależnym księstwem. Koniecznie musicie zobaczyć pałac królewski w Gremi! - lista miejsc „must see” bez przerwy wydłuża się, ale nas bardziej niepokoiło to, że nasz kierowca w opowieściach mocno pomagał sobie rękoma. Gestykulował niemal cały czas, nie trzymając kierownicy!
- Jak ty dajesz radę tak jechać? - dopytywaliśmy. - Przecież trzymam kierownicę kolanem – padła tym razem krótka odpowiedź.
Na Gudżę natknęliśmy się zaraz po wyjściu ze stacji metra Isani w Tbilisi. Stamtąd miały odjeżdżać marszrutki do Kachetii. Nie zdołaliśmy jednak do nich dotrzeć. Od razu zdominował nas swoim gadaniem. - Jadę taksówką do Sighnaghi. W barze czeka już jeden Niemiec z koleżanką z Gruzji. Możecie dołączyć za jedyne 10 lari od osoby i za półtorej godziny będziemy na miejscu – propozycja była kusząca, tym bardziej że cena nie należała do wygórowanych. Zbliżona była do tych, które płaci się za busa.

Gudża nad jeziorem Ilja (nazwanym na cześć pisarza Czawczawadze, pochodzącego z tych okolic)
Nie żałowaliśmy. Gudża okazał się nie tylko dobrym kierowcą, ale też wspaniałym przewodnikiem. Zatrzymywał się w malowniczych miejscach, zwracał uwagę na ciekawostki, podjechał specjalnie z nami do klasztoru Bodbe, gdzie znajduje się grób świętej Nino, która przyczyniła się do przyjęcia chrześcijaństwa przez króla iberyjskiego Miriana już w 337 roku. Na koniec wysadził pod hotelem znajomego, niedaleko głównego placu w Sighnaghi. - Jeśli tylko macie ochotę, mogę przyjechać po was jutro i zabrać na winny tour po Kachetii. Pojedziemy też do Nekresi, Gremi i Telawi, a potem odwiozę was do Tbilisi – zaproponował, a my na tę propozycję ochoczo przystaliśmy. Czuliśmy się zaopiekowani i prowadzeni przez los. Już dawno nauczyłam się, że w Gruzji nie ma sensu kombinować. Lepiej otworzyć się na to, co nam się przydarza. Tym bardziej jeśli czujemy, że mamy do czynienia z dobrym człowiekiem.

Sighnaghi - jedno z piękniejszych miast Gruzji
Znaleźliśmy się w Sighnaghi, uchodzącym za najpiękniejsze miasto Gruzji. Z czystym sumieniem potwierdzamy te obiegowe opinie. Położone na wzgórzach, otoczone jest murami obronnymi, a starówka w ostatnim czasie została mocno odnowiona, czyniąc z Sighnaghi atrakcję turystyczną. Mimo tego tłumów turystów wcale tam nie doświadczyliśmy. Po kamiennych umocnieniach spacerowaliśmy sami. Właśnie tego mi brakowało w moich wyjazdach do Gruzji – włóczęgi, gdzie oczy poniosą i samodzielnych odkryć. Cmentarz za dawną bramą wjazdową do miasta, winna aleja z różnymi odmianami winorośli, opisanymi na tabliczkach, czy spacer uliczką z bawiącymi się na drodze wesołymi dzieciakami z dala od turystycznego centrum – wędrowaliśmy bez planu, ale i tak za każdym zakrętem kryły się nowe niespodzianki, czy chociażby przepiękne widoki na Dolinę Alazani. Jest ogromna! Ma 160 kilometrów długości i ok. 30 km szerokości.

Widoki na Dolinę Alazani
- Popatrz, tu zapraszają do muzeum etnograficznego - odkryliśmy prywatne zbiory przy restauracji na wzgórzu: instrumenty muzyczne, stroje gruzińskie, różne domowe sprzęty oraz obrazy Pirosmaniego. Te ostatnie można także obejrzeć w muzeum w centrum miasta, choć nie ma w zbiorach typowych dla tego malarza prac przedstawiających ucztujących za stołem Gruzinów. Pirosmani urodził się w Kachetii, ale wkrótce wyjechał do Tbilisi, gdzie przymierał głodem. Malował za chleb, wino i farby. Uchodził za odmieńca, a zarówno jego biografia, jak i malarstwo mocno przypominają naszego Nikifora Krynickiego.
Myśleliśmy, że romantyczna kolacja przy winie saperawi w klimatycznej rodzinnej knajpce zakończy ten leniwy, acz pełen atrakcji dzień. Myliliśmy się srodze. Do pokoju hotelowego nie mieliśmy szans dotrzeć, gdy na drodze stanął właściciel z dzbanem kachetyjskiego wina. To tu, w Kachetii, uprawia się najwięcej odmian winorośli i wino uchodzi za najlepsze w całej Gruzji, a piciu towarzyszy cały rytuał – z wnoszeniem toastów przez tamadę, stukaniem kieliszkami i siedzeniem za zastawionym stołem. Tego dnia świętowaliśmy fakt, że... po prostu byliśmy gośćmi. Razem z nami ucztowała para gruzińska z Bolnisi. Przyjechali specjalnie do „miasta zakochanych”, jak nazywane jest Sighnaghi, by wziąć tutaj ślub. To wcale nierzadki zwyczaj.

W Sighnaghi - mieście zakochanych
Wieczór przeciągnął się długo za długo, ale od picia z Gruzinami trudno się wywinąć. W każdym razie rano Gudża przyjechał dużo za wcześnie, wyłamując się całkowicie z gruzińskiej tradycji spóźniania się. Chyba za dużo pracuje z turystami. To co my mieliśmy dzisiaj w planach? Degustację win w winnicach? Darek stanowczo wyłamał się z tego punktu programu, potwierdzając jednocześnie, że Gruzja przez 13 lat nic a nic się nie zmieniła. Pije się tak samo :)
Piwniczkę winną w Numisi odwiedziliśmy w pierwszej kolejności. Była skrzyżowaniem „marani”, miejsca, gdzie produkuje się tradycyjne gruzińskie wino, z rupieciarnią, w której nagromadzono różne sprzęty z dalekiej i niedalekiej przeszłości - bardzo urokliwą z serdecznymi gospodarzami (zwiedzanie za jedyne 3 lari). Winiarnia Khareba to już winnica z prawdziwego zdarzenia. Możliwość obejrzenia najdłuższych ponoć w Gruzji korytarzy, ciągnących się przez kilka kilometrów w głąb w wzgórza, to wydatek 7 lari. JSC Corporation Kindzmarauli zwiedza się za darmo, płatna jest jedynie degustacja (4 wina za 8 lari). Kindzmarauli to mój ulubiony rodzaj wina, ponoć także Stalina :). Czerwone, półsłodkie. Wytwarza się je z winorośli, które rosną jedynie w okolicach miasta Kwareli. Proces produkcji jest europejski, jak uświadomili nas oprowadzający, czyli używa się samego soku, który fermentuje w obniżonej temperaturze. Natomiast tradycyjna metoda gruzińska została wpisana na listę UNESCO i zastrzeżona jest tylko dla tego kraju. Owoce w całości (ze skórkami i pestkami) umieszcza się w glinianych naczyniach („kwewri”), wkopanych w ziemię w piwnicach. Początkowe 2-3 tygodnie to mieszanie, by odpowiednio wino napowietrzyć. Po tym czasie wszystko zaczyna opadać na dno, a na wierzchu zostaje samo wino, które jeszcze kilka miesięcy leżakuje. Na bazie resztek pozostałych po produkcji wina robi się czaczę, czyli gruzińską wódkę.

Winny tour po Kachetii
Po kolejnej degustacji nieco już zaczęło mi się kręcić w głowie, a Darek nie wydobrzał jeszcze po wczorajszym piciu, więc kolejne punkty programu pamiętamy trochę jak przez mgłę: Nekresi, wspaniałe położony na wzgórzu monastyr czy Gremi, kachetyjską forteczkę z imponującą przekrzywioną wieżą i ciekawą ekspozycją w środku (m.in. ubikacja króla). W Telawi dominującą budowlą jest twierdza Batoniscyche z pomnikiem króla Herakliusza II na placu przed, a najważniejszym drzewem ponad 900-letni platan (ciekawe ile osób musiałoby się skrzyknąć, by go objąć). Na teren twierdzy wejście było zamknięte z powodu remontu, a nasza trójka (Kamila, Darek i Gudża) była zdecydowanie niewystarczająca do oplecenia własnymi ramionami ogromnego okazu, więc czas w tej kachetyjskiej stolicy spędziliśmy głównie na konsumowaniu pierożków chinkali w najlepszym w okolicy – według zapewnień Gudży – lokalu podającym to danie. Po tylu pobytach w Gruzji mam umiejętność spożywania palcami tych pierożków z mięsem i wysysania pysznego rosołku ze środka – nie chwaląc się – perfekcyjnie opanowaną.

Monastyr Nekresi
Droga powrotna to kilkadziesiąt kilometrów malowniczej trasy przez góry, prosto do Tbilisi. W ten sposób zatoczyliśmy krąg przez kachetyjską urodzajną ziemię. To była nie tylko podróż w przestrzeni, ale także w czasie, poprzez historię i kulturę nieco odmienną – mam wrażenie - od reszty Gruzji. Prawda więc, co mówili Gruzini: kto nie zna Kachetii, ten nie zna Gruzji. A przynajmniej nie całą Gruzję.
Co zostanie w pamięci? Śmiejące się oczy naszego gospodarza i łagodny wzrok Gudży – tak, zdecydowanie charakter mają Kachetyjczycy bardzo pogodny, oraz wspaniałe krajobrazy z widokami na szczyty Kaukazu Wysokiego widoczne po drugiej stronie ogromnej Doliny Alazani, ciągnącej się aż po granicę z Azerbejdżanem. I ta zieleń upraw po obu stronach drogi, szerokie koryta rzek, jeziora z kąpieliskami – to kolejny element układanki do krainy, którą Bóg zostawił sobie na starość (znacie legendę o powstaniu Gruzji? jeśli nie, wygooglujcie). Zdecydowanie warto było tu przyjechać, by się przekonać, że jest kawałek Gruzji ze wspaniałymi zabytkami, który wciąż czeka na odkrycie przez przyjeżdżających do Gruzji Polaków.
Nasza trasa w Kachetii
Dzień 1:
Przejazd Tbilisi – Sighnaghi.
Klasztor Bodbe: cerkiew z grobem św. Nino (z prawej strony wewnątrz), nowy kościół oraz przepiękne tereny zielone z kwiatami, można dojść do źródełka (ok. 20 min).
Sighnaghi: plac Herakliusza II z fontanną, Muzeum Etnograficzne z galerią Pirosmaniego, wiata widokowa przy muzeum na Dolinę Alazani i miasteczko, domy kachetyjskie o pięknej architekturze, spacer wzdłuż murów obronnych twierdzy oraz częściowo w niektórych odcinkach na murach fortyfikacji, bramy i baszty, małe prywatne muzeum ze zbiorami etnograficznymi, cerkiew św. Stefana przy twierdzy oraz cerkiew św. Jerzego w miasteczku.
Dzień 2:
Winny tour po Kachetii: piwniczka winną w Numisi, winiarnia Khareba z tunelem, JSC Corporation Kindzmarauli, marani Shaloshwili koło Kwareli.
Jezioro Ilja k. Kwareli (to jest dostępne dla zwykłych turystów, inne są zarezerwowane dla wybrańców).
Klasztor Nekresi na wzgórzu (od parkingu dojazd marszrutką lub pieszo): przepiękne widoki, cerkiew z VI w. (!) i kilka innych, klasztorna piwnica winna.
Gremi: pałac królewski w wieży fortecznej z muzeum, cerkiew z XVI w., odbudowane zabudowania przy szlaku kupieckim
Telawi: twierdza Batoniscyche, pomnik Herakliusza II, ładna zabudowa miasteczka, 900-letni platan
Powrót do Tbilisi trasą przez góry Gombori z przełęczą na wys. 1839 m n.p.m.
Wyjazd miał miejsce w lipcu 2016 r.

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
