kronika rodzinna
2017-01-24
IRLANDIA: Hop on-Hop off bus czyli Dublin z wysokości double-deckera

Całkiem jeszcze niedawno autobusy w stylu sightseeing tours czy też elektryczne meleksy obwożące turystów po największych atrakcjach w mieście omijałam szerokim łukiem, a na korzystających z nich patrzyłam z pobłażaniem.

Po pierwsze, wydawało mi się, że do proponowanych w ofercie zabytków i atrakcji można łatwo dotrzeć pieszo lub w inny samodzielny sposób, po drugie, propozycja taka wydawała mi się za droga, po trzecie, taki sposób zwiedzania uznawałam za niegodny „prawdziwego podróżnika” :)

Dlaczego hop on-hop off bus?
Cóż, po ostatnim wyjeździe do Irlandii muszę przyznać, że w pewnych okolicznościach taki sightseeing tour wydaje się jedynym rozsądnym wyjściem. Jak już wspominałam w innych tekstach o Irlandii, do Dublina trafiłam z dwójką dzieci, dosłownie na kilka dni, bez samochodu, z założeniem, że chcemy spędzić w mieście jak najmniej czasu, a skupić się głównie na atrakcjach przyrodniczych okolicy. Ostatecznie więc na pokazanie dzieciom Dublina został mi jeden dzień. Jak go zaplanować? Skupić się na jednym obszarze, wybranych miejscach czy też spróbować jednak ogarnąć całość? Przyznam szczerze, że miałam wielką ochotę dotrzeć do kilku miejsc, których nie znałam z pierwszego mojego pobytu w Dublinie, ale leżały one zdecydowanie poza ścisłym centrum i zasięgiem nóg moich dzieci. Zresztą już w pierwszy wieczór okazało się, że na spacery po mieście niespecjalnie mają ochotę (choć podczas wędrówki po klifach nad Zatoką Dublińską były w stanie bez marudzenia zrobić ponad 6 km – taki paradoks maluchów, które wolą naturę). Zorientowanie się w systemie komunikacji miejskiej w jeden dzień wydawało mi się też niewykonalne, więc żeby najlepiej wypełnić cały dzień w Dublinie, najsensowniejszą opcją pozostawał... hop on-hop off bus.

Hop on-hop off bus – co to takiego?
Niby oczywista oczywistość, ale co to właściwie jest ten „hop on-hop off bus”? To autobus objeżdżający najważniejsze atrakcje miasta, który ma strategicznie rozplanowaną trasę i przystanki – tak, by można było wysiąść w najciekawszych miejscach i łatwo oraz szybko wrócić do kolejnego autobusu, który wkrótce powinien nadjechać. Według rozkładu nie powinniśmy czekać dłużej niż 15 minut. Podczas jazdy mamy możliwość wysłuchania informacji o mijanych miejscach. W Dublinie w rolę przewodnika wcielał się kierowca (po angielsku). Niektóre kursy zapewniały audio-guide'y w różnych językach (przy wejściu dostawało się słuchawki i podpinało do portów zlokalizowanych przy siedzeniach, z instrukcji wynikało, który numerek wybrać, by opowieść potoczyła się w wybranym przez nas języku). Bilet można kupić na jeden dzień, dwa, a w przypadku niektórych operatorów - nawet trzy. Oczywiście najkorzystniejsza cenowo była opcja najdłuższa. I jeśli ktoś faktycznie chce zaliczać po kolei wszystkie atrakcje, to jest to chyba najlepsze rozwiązanie. W jeden dzień niewiele tak naprawdę zobaczymy. Zabraknie nam na to czasu. Zwiedzenie każdego obiektu zabiera nam go sporo, do tego oczekiwanie na przystanku, mimo że teoretycznie niedługie, też całą imprezę wydłuża. Opcja jednodniowa jest zatem według mnie najkorzystniejsza w przypadku, gdy chcemy objechać całe miasto, a lepiej poznać jedynie kilka wybranych obiektów. Ci, którzy mają zamiar zaliczyć ich znacznie więcej, powinni zdecydować się na dłuższy wariant.
Jeśli chodzi o ceny, to wycieczki takie okazują się nie być wcale takie drogie: już za 10 euro możemy sobie jeździć po mieście do woli przez 24 godziny (choć w rzeczywistości kursy są od rana do zmroku). Dzieci przejazdy mają za darmo.

 

Tego pana mijaliśmy kilkakrotnie podczas jazdy autobusem po Dublinie - Oscar Wilde.



Jaką firmę wybrać?
Jeśli uznamy, że hop on-hop off bus to dobra opcja na zwiedzanie miasta, trzeba jeszcze podjąć decyzję, jakiego operatora wybrać. Ceny w zasadzie są podobne, trasy też, oferta różni się jedynie niuansami, np. tym, co dodatkowo daje nam wykupienie biletu (zniżki lub wręcz darmowe wejścia do różnych obiektów, piesze wycieczki z przewodnikiem, napoje w cenie). I na nie właśnie warto zwrócić uwagę. W biurach informacji turystycznej, w recepcjach hosteli i w różnych innych punktach dostaniemy ulotki dotyczące tego typu wycieczek z wyszczególnionymi bonusami. Poza tym przy przystankach w strategicznych punktach będą nas próbowali namówić na zakup biletu naganiacze z poszczególnych firm (zresztą bardzo uprzejmi i nienachalni). Na pewno więc na jakieś oferty hop on-hop off bus natrafimy. Ja zastanawiałam się nad trzema (nie jestem pewna, czy one wyczerpują ogół możliwości):
1. zielony Dublin Sightseeing, www.dublinsightseeing.ie
2. czerwony City Sightseeing Dublin, www.citysightseeingdublin.ie
3. żółty CityScape, www.cityscapetours.ie
Z tego najlepszą cenę miał ostatni – 10 euro (specjalna oferta, chyba na zimę, pozostałe 19 euro za 24 h), ale numer 1 jako jedyny oferował audio-guide'a po polsku. Wybór był więc – ze względu na dzieci – oczywisty. Zanim wsiądziemy do autobusu, trzeba też zwrócić uwagę, które kursy mają opcję z audio-guidem (nie wszystkie!). Gdy w autobusie jest komentarz na żywo, porty z nagranym przewodnikiem nie działają.

Dublin z wysokości double-deckera
Nie mam zamiaru w tym miejscu pisać kompleksowego przewodnika o atrakcjach Dublina, ale o kilku chciałabym wspomnieć. Zwracając uwagę na ilość wysiadających i wsiadających osób, największą atrakcją Dublina wydaje się być bezapelacyjnie browar Guinnessa. Rozległość browaru i ilość przynależących do niego ceglastych budynków naprawdę robi wrażenie! W drugiej kolejności popularnością cieszą się muzeum whiskey w dawnej destylarni Jamesona oraz nowa czynna gorzelnia otwarta po ponad 100 latach w Dublinie - „Spirit of Dublin”, należąca do Teeling Whiskey Company.
Sporo osób wysiadało także przy muzeach: muzeum sztuki użytkowej, zlokalizowanym w barakach Collinsa oraz muzeach historii naturalnej i archeologicznym przy Merrion Street. My sami także zajrzeliśmy do tych dwóch ostatnich. Warto wspomnieć, że wszystkie one są filiami instytucji, która nazywa się National Museum of Ireland i są udostępniane za darmo. Niestety są to muzea w dawnym stylu - z pamiątkami poukładanymi w gablotach i w niewielkim stopniu z ekspozycja multimedialną.

 


Muzeum archeologiczne ewidentnie dzieciaki wynudziło, choć w przypadku muzeum przyrodniczego oglądały każdą gablotę z zaciekawieniem. Eksponatami były tu niemal wyłącznie wypchane zwierzęta: na parterze znajdowała się fauna Irlandii, na piętrze mieliśmy do czynienia z egzotyką. Nawet na mnie zrobiło wrażenie nagromadzenie w jednym miejscu tylu najróżnorodniejszych rodzajów zwierząt: ryb, ptaków, ssaków... To muzeum pozostaje niemal niezmienione od czasu otwarcia, czyli 1857 roku! Irlandczycy śmieją się, że samo to muzeum mogłoby być muzeum stylu muzealnego z XIX wieku.

 


Zwierzaki w Dublinie zobaczyliśmy także na żywo, gdy autobus przejeżdżał przez Phoenix Park, największy chyba w Dublinie teren zielony. Jest nawet jednym z największych parków w Europie. Zamieszkuje go stado danieli – dawniej był to obszar wykorzystywany do polowań. Niektóre ze zwierząt są na tyle przyzwyczajone do widoku ludzi, że podchodzą bez lęku. Taką właśnie scenę zobaczyliśmy w parku, gdy przejeżdżaliśmy tamtędy pierwszym porannym kursem autobusu. Niestety po południu stadko rozpierzchło się już i pochowało w bardziej niedostępne rejony (park ma powierzchnię 707 hektarów).
Na pewno muszę wrócić jeszcze do słynnego więzienia Kilmainham Gaol, oddalonego dość mocno od centrum. Długa kolejka pod muzeum więziennym świadczy o tym, na ile jest to ciekawa atrakcja. Kręcono tu sceny z filmów: W imię ojca, Michael Collins i Święci z Bostonu.

 

Christ Chirch Cathedral

 


Co jeszcze zobaczyliśmy z wysokości double-deckera? Oczywiście dubliński zamek oraz najważniejsze kościoły: Christ Chirch Cathedral i St. Patrick's Cathedral, najstarszą uczelnię Trynity College i parki - Merrion Square i St. Stephen's Green. Do dzielnicy Temple Bar musieliśmy dojść pieszo. By odwiedzić słynną Molly Malone również, ale wszystkie te miejsca były w zasięgu krótkiego spaceru z przystanków autobusu hop on-hop off bus. Z perspektywy czasu patrząc, była to najlepsza opcja w naszym przypadku na zagospodarowanie tego jednego dnia w Dublinie, zwłaszcza niezbyt ciepłą, zimową porą.

 

(kg)

 
 
 
 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...