IV Krakowski Festiwal Górski – zaglądając za kurtynę...

Od kilku już lat na początku grudnia zostaje wprawiona w ruch wielka machina organizacyjna Krakowskiego Festiwalu Górskiego. Tradycyjnie dzieje się dużo – relacje z festiwalu można spotkać na wielu stronach wspinaczkowych, opinie poznać na forach, o wydarzeniach i nagrodzonych filmach przeczytać w górskich czasopismach. Czasami warto też wyjść poza formułę prasowej relacji. Dla wielu z nas równie interesujące jest poznanie drugiej strony medalu: nie tylko uśmiechniętych konferansjerów, ale i zabieganych organizatorów. Dla niektórych uczestników to właśnie kuluary były najważniejszą sceną tej imprezy.

„Zeszły rok zakończył się jak zwykle, czyli największą w kraju imprezą towarzyską tylko dla niepoznaki nazywaną Krakowskim Festiwalem Górskim. Nie bardzo wiem, skąd ta nazwa, bo co prawda faktycznie filmów, slajdów, prezentacji i co tam jeszcze pokazują, jest sporo, ale przecież ludziska zjeżdżają z całej Polski wcale nie po to, żeby przez trzy bite dni wiercić się na krzesłach przed ekranem. A przynajmniej nie tylko po to. Większość osób, z którymi rozmawiałem, znajomych i nieznajomych, przyjeżdża tutaj w celach głównie towarzyskich. To znaczy, filmy i owszem, obejrzą, Piotrom P. i M. i Kindze B. przyklasną, na warsztaty wstąpią. Ale i tak głównym celem są kuluary. To tam bije serce festiwalu. Tam można spotkać znajomych, których się nie widziało sto lat, powspominać góry, ściany, wyciągi, trudności. Pośmiać się z anegdot, umówić na wspinanie, rzucić pomysł wyprawy... A czasu w kuluarach zawsze brakuje. Nie porozmawiało się ze wszystkimi i tak długo jak by się chciało, nie omówiło wszystkich ważnych i mało ważnych spraw. Można by zaryzykować twierdzenie, że festiwal byłby jeszcze lepszy, gdyby organizatorzy całkowicie wycofali z programu filmy, pokazy i warsztaty. I zostawili wyłącznie kuluary. Być może byłby to już wtedy Festiwal Doskonały” – twierdzi Waldek Niemiec, wierny uczestnik imprezy.

Aby festiwal był tak przyjemnym wydarzeniem, w przygotowaniach uczestniczy cały sztab. A tworzą go członkowie TKN Wagabunda, redaktorzy portalu wspinanie.pl oraz magazynu GÓRY. Każdy ma swoją działkę, za którą jest odpowiedzialny: od przygotowania sali do seryjnej produkcji kanapek. Prezes „Wagabundy”, Michał Matrejek, wydelegowany do kontaktowania się z władzami Uczelni (festiwal odbywa się na terenie Akademii Ekonomicznej w Krakowie), tak opisuje swoje obowiązki: „Przez cały okres festiwalu napisałem 35 pisemek do różnych działów na Uczelni, przykładowo: pismo o zawieszenie zajęć, udostępnienie obsługi z działu aparatury, pismo o elektryka, o przedłużenie czasu pracy szatniarek, o udostępnienie termosów, krzeseł, rzutników, kabli i wiele wiele innych. Było np. pismo o zgodę na wejście na dach pawilonu sportowego.”

Rzadko który z odwiedzających festiwal w piątkowe popołudnie gości uświadamiał sobie, że ci mili i uśmiechnięci bileterzy i kasjerzy, ubrani w jednakowe ufundowane przez sponsora polary, mają za sobą całonocną tytaniczną walkę ze sprzętem, banerami, ekranem, rozkładanymi trybunami, stoiskami targowymi, wykładzinami, krzesłami, ścianką wspinaczkową, różnego rodzaju stelażami i rzutnikiem. „Nie obeszło się bez kłopotów, musieliśmy negocjować rozłożenie bocznych trybun w celu usprawnienia wyjść ewakuacyjnych, wygląd stoisk wystawowych również zmieniał się w czasie – wspomina jeden z nich.

Festiwal przyciąga wielu ludzi związanych z górami i ze wspinaniem. Zaproszeni goście to gwiazdy wspinaczkowej sceny polskiej i światowej. Pokazują swoje slajdy, filmy, prowadzą prelekcje. Skądinąd wiem, że czują się bardzo komfortowo na festiwalu w Krakowie. W czym tkwi tajemnica? „Każdy z członków 'Wagabundy' ma przydzielonego zaproszonego gościa, prelegenta, którym zajmuje się od A do Z. Nawiązuje kontakt, organizuje odbiór z dworca, dba przez cały czas, czy czegoś mu nie potrzeba” – zdradza mi Łukasz Kręglicki. Trzeba też zadbać o nocleg. W sytuacjach awaryjnych szybka wymiana maili, telefonów czy SMS-ów może zakończyć się kolacją i nocą spędzoną z gwiazdą w naszym własnym domu...!

O najważniejszych zagranicznych gości dba się ze szczególną troską, im spanie na podłodze nie grozi, choć sami przyzwyczajeni są do niewygód podczas wielu godzin spędzonych w ścianie. Dodo Kopold: „W Himalajach nie szukam przygody na klasycznych drogach, gdzie wręcz potykasz się o setki ludzi, nie szukam jej nawet na drogach, które robiono już kilka razy. Chcę odnaleźć ją tam, gdzie inni przegrali, na szczytach, które mają już swoje nazwy. Nowa linia to niczym podróż bez mapy, to jak pytajnik na końcu zdania.” Ueli Steck: „Są wielkie ściany, na których solista jest szybszy niż zespół. To mnie właśnie interesuje – sytuacje, w których wspinając się samotnie, jestem bardziej efektywny niż dwójka wspinaczy.” I jeszcze rozbrajające stwierdzenie blisko 80-kilogramowego Klema Loskota: „Kiedy jestem w ruchu, jestem lekki jak piórko.” Stojąc na scenie błyszczą, intrygują, inspirują. Podziwiamy, zazdrościmy i... traktujemy ten blichtr z dystansem. W kuluarach to bowiem pełen młodzieńczej werwy Dodo, skromny Ueli i zarażajacy pasją Klem.

Piotr Drożdż, naczelny GÓR, wykrętnie odpowiada na wszelkie pytania dotyczące sposobów zapraszania gości. Najwyraźnie organizatorzy mają swoje tajemnice i pewnie niespodzianki na przyszły rok w zanadrzu. Nie wątpimy, że pod tym względem festiwal będzie ewoluował jedynie ku jeszcze większej ich liczbie i znaczeniu, czego dowodzą kolejne odsłony.

Festiwalowi towarzyszą różne imprezy poboczne, warsztaty, wykłady, konkursy. Co roku organizowane są kursy pierwszej pomocy, w ramach propagowania idei „Bezpieczne Tatry”, tematyki poruszanej przez ratowników TOPR i strażników Tatrzańskiego Parku Narodowego. „W tym roku gościliśmy dzieci z podstawówki. Bywały dziewczynki 6-7-letnie, które miały problemy z poradzeniem sobie z fantomem, musiały niemal skakać po nim, by wykonać masaż serca” – mówią studenci Collegium Medicum z Koła Ratownictwa Medycznego. Oprócz standardowych kursów dostarczają mocnych przeżyć poprzez efektowne pokazy „prawdziwej” działalności ratowników medycznych. Krew się leje, a do pomocy angażowani są przypadkowi gapie.

Tegorocznym przebojem okazały się zajęcia lawinowe, prowadzone przez Waldka Niemca: „Przez organizatorów festiwalu zostałem zobowiązany do przygotowania warsztatów na temat lawin. Jeszcze nie tak dawno kwestie lawinowe były bardzo proste. Jeżeli w zimie góra zbliżała się do ciebie, a nie byłeś Mahometem, to należało natychmiast uciekać, bo to była lawina. Ale czasy się zmieniają, świat idzie do przodu, wiedza na temat lawin również. Ponieważ mój przyjaciel Tomek Nodzyński zajmuje się tym tematem w IMiGW (czasem nawet zjedzie z jakąś lawiną, w celach naukowych oczywiście), zaprosiłem go do współpracy. Temat nie był porywający (nomen omen), toteż nie spodziewaliśmy się przesadnej frekwencji. Trochę znajomych (przez grzeczność), moje dzieci, kilku byłych kursantów i parę osób z korytarza nudzących się w oczekiwaniu na filmy. Nawet mieliśmy zrezygnować z mikrofonu, bo do kilku pierwszych rzędów zawsze się dokrzyczymy. A tu niespodzianka! Grubo przed rozpoczęciem warsztatów sala zaczęła się zapełniać, a nam – rzednąć miny. Miało być swojsko i kameralnie, a zrobiło się poważnie...” Oszacowano, że warsztaty poświęcone lawinom zgromadziły niebagatelną liczbę ponad 300 uczestników!

Nasza półtoraroczna Dominika przy stoisku sklepu 8a.pl.
To zdjęcie znalazło się w magazynie GÓRY przy relacji z festiwalu.
Fot. Łukasz Kręglicki



Wystawcy prześcigali się inwencją, by przyciągnąć do swoich stoisk na mini targach branżowych: ogłoszono konkurs na hasło reklamowe Alpinusa, do obejrzenia kolekcji Hannaha zachęcał wynajęty na tę okazję zawodowy mim, do stoiska Marabuta ciągnęli zapoznani „copywriterzy”, wymyślający nazwę dla tegorocznej nowości.

Sami wystawcy zdawali się traktować poważne zadanie reprezentowania macierzystej firmy raczej z przymrużeniem oka. „Fajnie jest się wystawiać na festiwalu, bo nie ma tu presji na wynik biznesowy. Dobrze jest mieć swoje stoisko blisko wejścia na salę, dokąd jest bardzo przyjemnie uciekać wykorzystując każdą dogodną okazję."

W tej sytuacji i w takim natłoku atrakcji prezentowane filmy odchodzą na dalszy plan. Ale przecież i one są na festiwalu ważne. „Przez kilka miesięcy przed festiwalem zachęcamy autorów polskich filmów górskich (reklamami lub osobiście) do zgłaszania filmów do konkursu KFG. Dopiero gdy mija termin zgłoszeń, siadamy do ich oglądania i oceniania. Wiodącym tematem większości filmów, jakie do nas napływają, są wyprawy górskie i wspinaczkowe, skałkowe eskapady, ale o tym, że kryteria są dość luźne i nie ograniczają się one tylko do wspinaczki, świadczą chociażby nagradzane na KFG filmy – zeszłoroczny triumfator Praszczur (paragliding) czy z IV KFG – The Line (slackline, II nagroda) oraz Mountbike 2006 (rowery górskie, wyróżnienie)” – opowiada Piotr Turkot, dyrektor artystyczny festiwalu.

Wydaje się, że filmów pojawia się coraz więcej i selekcja jest ostrzejsza, gdyż części z nich nie zakwalifikowano do konkursu (nie zrezygnowano jednak całkowicie z ich pokazywania - choć nie na głównej sali i nie w najlepszym czasie). „Poziom przysyłanych do nas dzieł jest bardzo różny i powiem szczerze, że z oceną filmów mamy nie lada kłopoty... Staramy się znaleźć w kwalifikowanych do konkursu obrazach ciekawą, umiejętnie pokazaną i opowiedzianą historię, spełniającą jeszcze podstawowe, formalne, wymagania rzemiosła filmowego. Gdy nasze wymagania stają się niedościgłym ideałem, zaczynamy obniżać poprzeczkę doszukując się pojedynczych elementów składających się na przyzwoity film – pomysł na scenariusz, dobre zdjęcia krajobrazu górskiego, umiejętny, wykluczający dłużyzny montaż, dowcipne dialogi lub komentarz, atmosferę filmu itp... Niestety, ciężko mi to mówić, zderzenie polskich produkcji z tym, co oferuje światowa górska kinematografia (którą mamy szansę oglądać dzięki filmom z Banff) jest bardzo dotkliwe. Mamy jednak nadzieję, że takie imprezy jak KFG ze swoją bardzo wymagającą publicznością, będą mobilizowały naszych filmowców do tworzenia nowych i wartościowych dzieł.”

IV Krakowski Festiwal Górski pozostaje już tylko bardzo ciepłym wspomnieniem. Tegoroczny, chyba po raz pierwszy od początku swego istnienia, obył się bez większych przykrych niespodzianek – nie pękał niespodziewanie basenik jednego z wystawców wypełniony wodą, nie brakło prądu w najbardziej ekscytującym momencie filmu, obyło się bez specjalnych opóźnień. Dyrektor festiwalu, Rafał Ziobro mógł go podsumować: „Jeszcze nigdy na KFG ta cała machina, którą stworzyliśmy, nie zafunkcjonowała tak dobrze.”

Tekst: Kamila Gruszka

Zdjęcia: Łukasz Kręglicki i Piotr Drożdż


Relacja ukazała się w magazynie "GÓRY", nr 2 (153) luty 2007 r.




 
 Autorzy haseł reklamowych popuszczali wodze fantazji... Fot. Piotr Drożdż
 Mim Hannaha. Fot. Łukasz Kręglicki
 Pokazy ratownictwa. Fot. Łukasz Kręglicki
 Obowiązkowy bilet i pieczątka. Fot. Łukasz Kręglicki
 Nagroda Alpinusa dla osobowości festiwalu. Fot. Łukasz Kręglicki
 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami głównie z dziećmi, niskobudżetowymi, najczęściej związanymi z nocowaniem pod namiotem, gotowaniem sobie samemu jedzenia, byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Mamy nadzieję, że rodziny znajdą tu wiele inspiracji, a może i inni, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Na Cergową (716 m n.p.m.) można dotrzeć z czterech stron świata. Na jej szczycie krzyżują się bowiem szlaki..

Podczas wędrówki na Grzywacką Górę błota doświadczyłam mnóstwo, ale za to widoki były bardzo rozległe.

Najpiękniejsze były położone po obu stronach zbiorniki wodne – niebieskie oczka wśród żółtości uschniętych traw nieskoszonej łąki...

Od zawsze wszyscy znajomi straszyli wymagającym podejściem na Lackową, mało ciekawym szlakiem w lesie i brakiem widoków...

Gdzie szukać przestrzeni na wycieczki z naszymi pupilami, jeśli większość terenów górskich objęta jest w Polsce ochroną? Znaleźliśmy raj na Słowacji.

...
...
...
...