Marzenie o Kanadzie rozpoczęło się od książki o eksplorowaniu przestrzeni tego kraju w indiańskim kanu i kajaku. W głowie zostały obrazy dzikich, niezamieszkanych terenów, bycia blisko przyrody i niczym nieograniczonej wolności. Do tego dochodziły informacje o miejscu przyjaznym do zamieszkania, pełnym dobrobytu kraju oraz magia znanego festiwalu górskiego, odbywającego się w sercu Gór Skalistych w Banff. Mimo to wyjazdu do Kanady nie planowaliśmy, tylko że... pewnego dnia pojawiła się okazyjna pula biletów do Montrealu za 1200 zł na osobę. Zarezerwowałam je, a dopiero potem zaczęliśmy zastanawiać się z mężem, czy faktycznie chcemy tam pojechać. Stanęło na tym, że tak.
Kanada to drugie co do powierzchni państwo świata. Obszar kraju to jak nasza cała Europa, a mieszkańców tylko 30 mln, mniej niż w Polsce. Najbardziej zaludniony jest pas wdłuż rzeki Św. Wawrzyńca, nad którą Francuzi założyli jako jedne z pierwszych dwa miasta: Montreal i Quebec (oczywiście wcześniej istniały tam osady indiańskie). Plany początkowo mieliśmy ambitne – dojechać do Zatoki Hudsona, albo przynajmniej na Nową Funlandię, no ostatecznie do Nowej Szkocji. Szybko zaczęliśmy je weryfikować, gdy google maps zaczęło nam podpowiadać ilość kilometrów do przebycia. To co wydało się niewielką odległością w stosunku do całego obszaru Kanady, okazywało się mniej więcej dystansem jak z Warszawy do Madrytu. Na miejscu ostatecznie postanowiliśmy ograniczyć się do niewielkiego obszaru francuskojęzycznej prowincji Quebec.
Podstawowe założenie zrealizowaliśmy: odwiedziliśmy kilka parków narodowych, śpiąc albo na ich terenie albo w pobliżu pod namiotem. Tam dużo chodziliśmy, co dawało okazję do zachwytu nad pięknem przyrody oraz spotkań z różnymi zwierzętami żyjącymi na terenie Kanady. Na szczęście niedźwiedzie trzymały się od nas z daleka, a Kanadyjczycy z politowaniem kiwali głowami. Jak to boicie się niedźwiedzi? Przecież o tej porze roku wcale nie są głodne! - zdaje się, że byliśmy dla nich z naszymi obawami takim samym dziwnym zjawiskiem, jak jakiś obcokrajowiec, który bałby się wejść do lasu w Polsce, bo mieszkają w nim dziki. Obserwowaliśmy łosie obgryzające gałęzie drzew tuż przy szlaku, w obozie odwiedzał nas skunks, a jedzenie musieliśmy chować przed szopami, dzieci uganiały się za wiewiórkami: rudymi, szarymi, białymi oraz w paski. Tak jak to sobie wymarzyłam, pływaliśmy kanu po jeziorze.
W rzece Św. Wawrzyńca można spotkać różne rodzaje waleni. I my je widzieliśmy: małe portowe morświny, unikatowe w tym miejscu, normalnie występujące tylko w wodach arktycznych, białuchy, a gdzieś na horyzoncie fontannę wypuszczał płetwal błękitny.
Na sam koniec zupełnie przypadkowo trafiliśmy do rezerwatu Indian, zupełnie nie cepeliowej wioski Odanak, w której mieszkają potomkowie Abenaków. Kiedyś w wigwamach, obecnie w normalnych domach, ale z totemami przed wejściem. Dzieci aż podskakiwały z ekscytacji, gdy okazało się, że będziemy mogli nieco podejrzeć ich współczesne życie – raczej nie jest zbyt wesołe.
Polecieliśmy do Kanady, a wylądowaliśmy w Quebecu. To hasło przewodnie naszego wyjazdu. Francuskojęzyczna część jest zupełnie inna niż reszta kraju. Mieszkańcy bardzo tę odrębność podkreślają. Przed domami powiewają niebieskie flagi z lilijkami, symbolem z dawnych, jeszcze królewskich czasów. Manifestację patriotyzmu w postaci czerwonego klonowego liścia na białym tle rzadziej się spotyka.
Pozostał niedosyt. Quebec jest dość gęsto zaludniony, a trochę inaczej wyobrażaliśmy sobie Kanadę. Cóż zawsze jest coś, co powoduje, że do już raz odwiedzonego kraju chce się wrócić. Myślę, że my kiedyś wrócimy, ale do zachodniej części Kanady.
Wyjazd miał miejsce w sierpniu 2014 roku.

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
