Marzenia o obszarach nieskażonych cywilizacją i myśl o zdobyciu Elbrusu (5642 m n.p.m.) zadecydowały o wybraniu gór Kaukazu jako celu naszej wyprawy. Leżący między Morzem Czarnym a Morzem Kaspijskim, na terenie trzech państw: Rosji, Gruzji i Armenii, obszar jest jednym z najbardziej niebezpiecznych regionów w tej części świata. Wiadomości o zamieszkach w Czeczeni, częstych porwaniach obcokrajowców, a nawet autobusów z konwojów, nie zniechęciły nas jednak do wyjazdu.
Przygotowania
Zaczęliśmy od zbierania informacji. Ściągaliśmy je z Internetu, nawiązywaliśmy kontakt z tymi, którzy byli tam wcześniej. Po zebraniu ekipy, zaczęliśmy załatwiać urzędowe formalności. Nasze papiery opatrzone były wieloma pieczątkami – robiło to duże wrażenie. Kompletowaliśmy sprzęt i odzież, która skutecznie chroniłaby przed chłodem i wilgocią. Pomyśleliśmy także o suchym prowiancie, by na miejscu zaopatrywać się tylko w chleb. Zabraliśmy ze sobą wszystko, co lekkie, pożywne i co można przygotować w warunkach polowych.
Podróż
Istnieją różne warianty podróży. Można na przykład skorzystać z połączenia do Mineralnych Wód i stamtąd dostać się do Nalczika – stolicy Kabardyno-Bałkarii, jednej z autonomicznych republik na Kaukazie. Ekonomicznym rozwiązaniem jest też podróż polskim pociągiem do Terespola, gdzie przekracza się granicę i w Brześciu kupuje bilety na dalszą drogę. Koniecznie wcześniej należy zarezerwować sobie miejscówki, gdyż w Rosji czeka się na taki luksus nawet kilka dni. Ważne jest to, że bilety, odpowiednio droższe dla obcokrajowców sprzedaje się imiennie, po okazaniu paszportu. Odważni mogą próbować dogadać się z tzw. prowadnikiem, czyli konduktorem przydzielonym do każdego wagonu.
My wyruszyliśmy z Poznania pociągiem bezpośrednio do Rostowa nad Donem. Choć wsiadaliśmy wieczorem i tak było strasznie duszno i gorąco, na dodatek okazało się, że w całym wagonie można otworzyć jedno okno, a klimatyzację włączano okazyjnie. Nie przejmowaliśmy się zbytnio tymi niedogodnościami, bardziej przerażała nas perspektywa spędzenia 60 godzin w pociągu. Uprzyjemnialiśmy sobie podróż, wyskakując na każdej stacji i kupując np. "pirożki", czyli ciasto z kapustą lub ziemniakami w środku albo arbuzy, melony, śliwki.
W Rostowie przesiadaliśmy się na pociąg do Nalczika. Jechaliśmy w "płackarcie", tzn pociągu z miejscami do spania, ale bez przedziałów. Było tam jeszcze bardziej gorąco, nie działała klimatyzacja, okna się nie otwierały, a w powietrzu unosił się odór spoconych ciał i brudnych skarpetek. Mimo to polecam każdemu taką "przejażdżkę". Stłoczeni na tak niewielkiej przestrzeni, zawieraliśmy ciekawe znajomości i poznawaliśmy prawdziwe życie Rosjan i Rosji.
Rzeczywistość rosyjska
Mogliśmy zobaczyć też w trakcie kilkugodzinnych postojów w Miczurińsku czy Rostowie. Jest to kraj pełen kontrastów: obok pięknych willi i ekskluzywnych dzielnic, rozwalające się domy i nędza. Na ulicach, placach, dworcach wciąż straszą portrety Lenina i czerwone gwiazdy.
W Nalcziku, w jednostce wojskowej, załatwiliśmy zezwolenie na poruszanie się w obszarze przygranicznym, znajdowaliśmy się bowiem niedaleko Gruzji. Nalczik był ostatnim etapem przed spotkaniem z górami. Do wsi Elbrus, w środku gór, dostaliśmy się wynajętym spod dworca busem. Wysiedliśmy u wylotu doliny Adyl-su i rozpoczęliśmy aklimatyzację, czyli powolne zdobywanie wysokości. Najpierw postanowiliśmy dotrzeć do lodowca Szelda. Rozbiliśmy biwak przy kamieniu z napisem "kaniec jazyka lednika", choć do jęzora lodowca trzeba było iść jeszcze godzinę. Warunki noclegowe w dolinach Kaukazu nie są zupełnie podobne do tych w Tatrach – biwakować można wszędzie. Można także przenocować w tzw. "alpłagierach", czyli specjalnych obozach dla alpinistów. Niestety, im wyżej, tym trudniej rozbić namiot na skałach przy wiejącym silnie wietrze. Nasz namiot przymocowaliśmy kamieniami, a linki przywiązaliśmy do skał. Tak rozbijaliśmy się pod Elbrusem. Obok stało legowisko Rosjan – połatany kawałkami folii namiot. "Nie zdujet was, nie zdujet" – powtarzali nam, a my, patrząc na ich siedzibę, wierzyliśmy w to mocno.
Lodowiec Szelda
Nie był to typowy lodowiec, gdyż lód pokrywał tylko jego czoło, a morena wierzchnia była kamienista, tak że trudno było się przez nią przedrzeć. Nie podchodziliśmy też zbyt blisko czoła lodowca, spod którego wypływał strumień, z góry bowiem ciągle spadały kamienie. Odcinająca się od reszty skał morena boczna, z fantastycznymi wodospadami, pokazywała dawną wielkość lodowca. Kusząco prezentował się też Mur Szeldy, czyli góry zamykające dolinę. Niestety, nie starczyło nam sił, by do niego dotrzeć. Z żalem porzucaliśmy to piękne miejsce, by przenieść się do doliny Irik. Zauroczyła nas ona ogromnymi zielonymi przestrzeniami, halami wypasu. Nasze obozowisko często odwiedzały owce, bo "irik" w miejscowym języku oznacza owcę.
Poznaliśmy tam wielu pasterzy, ludzi bardzo przyjaźnie nastawionych do turystów. Opuszczają oni swoje rodziny na cztery miesiące i przenoszą się wraz ze stadem w góry. Żywią się mięsem baranim i tym, co od czasu do czasu dowiozą im krewni. Mieszkają w skleconych z kamieni lepiankach z pozawieszanymi kawałami szmat, chroniącymi przed wiatrem. Sprzedają swoje produkty, np. mleko i "ajran" - odpowiednik naszego kefiru. Bardzo nam pomogli, gdy próbowaliśmy dotrzeć do Przełęczy Irik Czat. Nie było to takie proste, zwłaszcza że na Kaukazie nie ma oznaczonych szlaków. Zdarzają się kopczyki kamieni poustawiane wzdłuż ścieżki, ale są słabo widoczne i często niszczone przez zwierzęta i wiatr. Bez dobrej mapy nie sposób poruszać się po tym rejonie. Co więcej, nie można kupić jej na miejscu, bo map po prostu nie ma, albo są mało czytelne. Nam wprost cudem udało się zdobyć tuż przed wyjazdem kserokopię mapy angielskiej z przewodnika Lonely Planet. Pasterz jednak wskazał nam drogę najbardziej precyzyjnie: "Kak barany idut" i tak poszliśmy. Jego rada okazała się wyjątkowo przydatna, gdyż wyjście z doliny zagradzał wodospad. Właśnie barany znalazły ścieżkę między skałami i dzięki temu mogliśmy iść dalej.
Elbrus
Zdobywanie Elbrusu rozpoczęliśmy ze wsi Terskoł. Dostaliśmy się tam autobusem. Pierwszy obóz rozbiliśmy na wysokości 3500 m n.p.m. przy białej kopule obserwatorium astronomicznego. Było coraz zimniej. Kolacje i śniadania przygotowywaliśmy opatuleni w polary, kurtki, czapki i rękawiczki. Następnego dnia nocowaliśmy już w schronisku "Priut 11", choć groziło nam spędzenie nocy w rozwalających się, opuszczonych budynkach Bazy Lodowej, bo po drodze załamała się pogoda – zrobiło się szaro i zaczęło siąpić. Straciliśmy z pola widzenia schronisko. Po godzinie rozpogodziło się jednak na tyle, że mogliśmy pokonać pole lodowe, dzielące nas od upragnionego celu. Wreszcie poczuliśmy się jak prawdziwi alpiniści. Omijaliśmy zdradliwe szczeliny, wyciągaliśmy nogi z głębokiego śniegu.
Aż trzy dni czekaliśmy na idealne warunki do zdobycia Elbrusa. Dopiero wtedy piękny zachód słońca wywróżył pogodę na dzień następny. Wstaliśmy wcześnie, a mimo to byliśmy ostatnimi, którzy wyruszyli ze schroniska. Okazało się bowiem, że woda wypływająca z rury koło schroniska po prostu zamarzła, a musieliśmy przecież ugotować sobie pożywne śniadanie. Wspomogli nas, jak zwykle sympatyczni Rosjanie, którzy pamiętali o zapasach.
Założyliśmy raki, wzięliśmy czekany i ruszyliśmy w górę. Wtedy to byliśmy świadkami wspaniałego zjawiska – zobaczyliśmy cień wierzchołka Elbrusa na niebie. Bez większych przeszkód udało nam się dotrzeć do przełęczy między wschodnim i zachodnim wierzchołkiem. 21 lipca 198 roku o godzinie 13.30 stanęłam na zachodnim szczycie Elbrusa. Było to niesamowite przeżycie.
Tekst: Kamila Balbus - Gruszka
Zdjęcia: Krzysztof Niklaus
Artykuł ukazał się w "Informatorze Turystycznym", nr 5 / 1999 r..
Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
