Kanada kojarzy się z górami i ogromnymi dziewiczymi połaciami lasów. Ale prawdę mówiąc, takie krajobrazy znajdziemy raczej w jej zachodniej części. Wschód z kolei uchodzi za teren nizinny. Nie znaczy to jednak, że nie znajdziemy tu ciekawych przyrodniczo terenów górskich. Ot, choćby gór o indiańskiej nazwie Chic-Choc.
Tego lata eksplorowaliśmy parki narodowe wschodniej Kanady. Kupione z dużym wyprzedzeniem bilety lotnicze pozwoliły nam za cenę zaledwie 1200 zł za osobę przenieść się na kontynent północnoamerykański, gdzie kontynuujemy rodzinne wędrówki, podobnie jak to miało miejsce podczas naszych wakacyjnych wypadów po Europie. Lądujemy więc w Montrealu ze ściśle określonym celem: poznać jak najwięcej walorów przyrodniczych i poszukać gór na terenie Quebecu. Obszar poszukiwań ograniczamy do tej francuskojęzycznej prowincji Kanady, mając świadomość, że poznanie całego kraju czy przemieszczenie się w kierunku najpiękniejszych obszarów Gór Skalistych nie będzie możliwe podczas trzytygodniowego wyjazdu, choćby z tego względu, że Kanada jest tak duża, jak mniej więcej Europa (licząc od Uralu). Wynajętym samochodem pokonujemy zatem kilometry, przemieszczając się pomiędzy quebeckimi terenami chronionymi: Park national d'Oka, Parc national de la Jacques-Cartier i Parc national des Grands-Jardins. Na sam koniec trafiliśmy do Parc national de la Gaspésie, który wydaje nam się najciekawszy.
Gdzie nocować?
Nasz pierwszy cel to centrum informacyjne parku, które znajdziemy przy wejściu na szlak na Mont Albert (dojeżdża się ok. 30 km drogą 299, odbijającą w Sainte-Anne-des-Monts od trasy wiodącej wzdłuż wybrzeża). Wjeżdżając na teren jakiegoś parku, zawsze warto do takiego ośrodka udać się w pierwszej kolejności, gdyż zostaniemy tam zaopatrzeni w bezpłatne informatory i mapy. Jeśli chcemy nocować na terenie parku – a istnieje taka możliwość w schronach i domkach oraz na polach namiotowych o różnym standardzie – zostaniemy poinstruowani, gdzie mamy jechać, i dostaniemy stosowne zezwolenia, a także uiścimy opłatę za nocleg. Pamiętajcie, że w parkach zawiadywanych przez Sepaq (na terenie Quebecu) nie ma możliwości bezpłatnego nocowania poza obszarami do tego wyznaczonymi. Tym razem wybieramy kemping położony kilkadziesiąt kilometrów od parku narodowego w miejscowości Les Machins, skąd chcemy dojeżdżać na swoje wycieczki. Wolimy taki wariant, gdyż kempingi parkowe oferują dość spartański standard i dodatkowo wymagają opłaty za prysznic. Problemem jest też zaopatrzenie, bo choć w sklepiku można dostać podstawowe produkty, to jednak są one kilkakrotnie droższe niż w normalnym sklepie.
Szukamy łosia
Wreszcie ruszamy na szlak. Pierwszego dnia trafiamy do parku dość późno, więc nie decydujemy się na ambitne tury. Pracowniczka informacji poleca nam dwa krótkie szlaki, w sam raz na zapoznanie się walorami przyrodniczymi Parc national de la Gaspésie.
Pierwszy to 4,5-kilometrowa pętla wiodąca na Mont Ernest-Laforce (820 m n.p.m.) i z powrotem. Do początku szlaku dojeżdża się mniej więcej siedem kilometrów drogą nr 16, odbijającą od drogi nr 299, która przebiega niedaleko centrum informacyjnego. Zostawiamy samochód na parkingu i ruszamy.
Już po pierwszych metrach czujemy się jak w naszych polskich Bieszczadach: wspinamy się łagodnymi zielonymi wzgórzami, przez które ciągnie się dobrze przygotowana ścieżka, prowadząca początkowo pośród niewysokich drzew. Wszystko wygląda trochę tak, jakby tutejsze lasy uległy częściowo spaleniu i dopiero teraz powoli się odradzały. Im wyżej jesteśmy, tym piękniejsze odsłaniają się widoki. Na górze postawiono platformę widokową, z której możemy obserwować okoliczne szczyty. Ich nazwy podpowiadają nam tabliczki umiejscowione dookoła. Bardziej jednak od widoków intryguje nas to, co dzieje się na górze. Stoi tam kilka osób w skupieniu słuchających wykładu strażnika parku. Mężczyzna po francusku ostrzega:.
- Znajdujemy się w sercu królestwa łosi. To teren, gdzie najczęściej na terenie parku Gaspésie można je spotkać. Pamiętajcie, proszę, że nie można tych zwierząt niepokoić, gdy zobaczymy je przy szlaku.
Z wielką nadzieją schodzimy zatem ze szczytu i uważnie wypatrujemy łosi wśród drzew. Co jakiś czas napotykamy tabliczki informujące, że można je tu spotkać. Widzieliśmy te tablice już wcześniej, ale dopiero teraz wiemy, co naprawdę oznaczają i dlaczego w tych miejscach się znajdują. Są umieszczone dokładnie przy wąskich ścieżkach przecinających naszą drogę – szlakach ich wędrówek. Niestety nie dane nam jest tego dnia je zobaczyć. Może nie byliśmy zbyt cierpliwi, a może nie potrafiliśmy rozpoznać oznak ich obecności.
Droga powrotna mija nam szybko. Mimo że szlak oznaczony jest w trzystopniowej skali trudności jako średnio zaawansowany, wydaje się łatwy. Jedyna jego trudność to to, że w pierwszej połowie biegł pod górę, ale wtedy ten niewielki dyskomfort wynagradzały nam widoki. W dół idzie się w terenie bardziej zalesionym i może mniej ciekawym, ale za to tym razem poświęcamy się wypatrywaniu łosi i nawet nie wiemy, kiedy jesteśmy z powrotem przy parkingu. Całość zajęła nam około 2,5 godziny.
Kąpiel w nagrodę
Prawdę mówiąc, czujemy się nie do końca usatysfakcjonowani tą marszrutą i w rezultacie decydujemy się na jeszcze jedną trasę poleconą przez pracowniczkę parku. Tym razem będzie to łatwy szlak nad Jezioro Amerykanów (franc. Lac aux Américains), uważane za najpiękniejsze w całym Parku Gaspésie. Samochodem przemieszczamy się kilka kilometrów w stronę kolejnego parkingu. Dojście nad jezioro zajmuje nam 40 minut. Gdy wreszcie docieramy do jego brzegów, musimy przyznać, że choć jest ładnie położone, to urodą nie może mierzyć się z naszym Morskim Okiem. Akwen z trzech stron jest otoczony stromymi zboczami, które schodzą prosto do jeziora, a w miejscu, gdzie teren jest bardziej płaski, postawiono drewniany podest z ławkami. Można na nich usiąść i kontemplować widoki. Niestety, nie trafiamy na idealną do tego ciszę, bo razem z nami zebrało się kilka grup turystów, którzy na dodatek postanawiają zażyć w jeziorze kąpieli. Tak, tak, można się tu nie tylko wykąpać, a nawet... łowić ryby. Podobnie w Kanadzie nie ma problemów ze zbieraniem owoców leśnych czy grzybów rosnących przy szlakach. Trzeba się tylko przygotować na zaniepokojone pytania tutejszych wędrowców, którzy będą dopytywać, czy jesteśmy pewni, że nie są one trujące. No cóż, Kanadyjczycy ze wschodu jagody i grzyby kupują raczej w sklepie.
Jak się wkrótce przekonamy na tutejszych szlakach warto mieć ze sobą strój kąpielowy, bo śródleśne jeziora to wcale nie rzadkość. Nasze dzieci są przeszczęśliwe, że dzień udaje zakończyć się kąpielą. Nie przeszkadzała im nawet niezbyt wysoka temperatura wody – choć trzeba przyznać, że zdecydowanie bardziej przyjazna niż w naszych górskich jeziorach.
Na parking wracamy po własnych śladach – łącznie do przejścia mamy tu zaledwie 2,6 kilometra, co powinno zająć nie więcej niż 1,5 godziny. Ale chyba każdy piechur, który wybiera ten szlak, spędza na nim znacznie więcej czasu: czy to ze względu na kąpiel, czy też podziwianie widoków. Szczególnie popołudnia są tu malownicze i warto zarezerwować sobie dodatkowe pół godziny na odpoczynek. W końcu jesteśmy na wakacjach!
Karibu odpuszczamy
Następnego ranka zastanawiamy się, co dalej? Ambicje mamy spore: kusi nas przede wszystkim najwyższy szczyt Qubecu - Mont Jacques Cartier. I choć jego wysokość bezwzględna nie jest może zbyt imponująca (to 1270 m n.p.m.), jednak trzeba mieć świadomość, że osiąga się ją niemal od poziomu morza.
- Zdobycie tego szczytu byłoby wspaniałym uwieńczeniem całej wycieczki po tej kanadyjskiej prowincji – mówię do męża.
Okazuje się jednak, że ruch turystyczny w tym rejonie jest limitowany. Wędrowanie po szlaku dozwolone jest jedynie w godzinach od 10.00 rano do 16.00 i to tylko od 24 czerwca do 30 września. Jesteśmy tu o właściwej porze roku, ale nieco obawiamy się, czy z naszymi pociechami wyrobimy się w czasie przeznaczonym na wędrówkę. No i dochodzi jeszcze jeden szczegół, który nas zniechęca. Otóż początkowa faza zdobywania szczytu to... obowiązkowa podwózka płatnym autobusem. Dla naszej rodziny to wydatek rzędu 18,50 do nawet 45,25 CAD w zależności od tego, z którego miejsca, zabrałby nas autobus. I nawet moglibyśmy przecierpieć fakt, że trzeba za to zapłacić, ale przecież przyjechaliśmy do Kanady w poszukiwaniu dzikich i niezamieszkanych terenów, a nie żeby szczyt zdobywać szczyty w tłumie wycieczkowiczów! Rozumiemy jednak, dlaczego wprowadzono takie ograniczenia. Otóż jednym z powodów, dla których Parc national de la Gaspésie w ogóle istnieje, jest ochrona karibu, reniferów będących ostatnimi reprezentantami tego gatunku na południe od Rzeki św. Wawrzyńca. W 2013 roku naliczono ich tutaj jedynie 91 sztuk, sytuacja nie jest więc wesoła. Karibu wyglądem przypominają swoich skandynawskich kolegów, ale są podobno zdecydowanie bardziej od nich płochliwe. Ponieważ w ostatnich latach podczas wakacji mieliśmy możliwość obserwowania reniferów w dużej obfitości w Skandynawii, z czystym sumieniem decydujemy się odpuścić wycieczkę na Mont Jacques Cartier zostawiamy kanadyjskie karibu w spokoju. Niech się mnożą obficie!
Łosie i łososie
Nadal jednak nie wiemy, gdzie się wybrać na wędrówkę. Tylko dwa szlaki na terenie parku są oznaczone jako supertrudne: jeden prowadzący na Mont Richardson (1180 m n.p.m.) oraz drugi na Mont Albert (1151 m n.p.m.). Pętla wiodąca przez ten ostatni to najdłuższa z wszystkich tutejszych tras – liczy 17, 4 km i zaplanowano ją na 6-8 godzin.
- Tylko czy aby zdążymy? - zastanawiamy się.
Czas na szybką naradę i ocenę sytuacji. Od początku pobytu w Kanadzie nie ma dnia, żebyśmy gdzieś nie spacerowali po kilka kilometrów. Nawet jeśli nie chodziliśmy w góry, to odbywaliśmy przechadzki wzdłuż wybrzeża czy w mieście. Znamy możliwości naszych dzieci, poza tym z dużym dystansem podchodzimy do oznaczeń trudności szlaków stosowanych w tutejszych informatorach. Reakcje samych Kanadyjczyków spotykanych na ścieżkach, zachwycających się kondycją naszych dzieci, przekonują, że to, co dla nas jest spacerem, oni traktują w nieco innych kategoriach. Decyzja zostaje więc ostatecznie podjęta – idziemy! Oto cel godny naszej ferajny i choć ambitny, to do osiągnięcia!
Tego dnia musimy wstać wcześnie rano, by mieć przed sobą cały dzień na wędrówkę. Tym bardziej, że do miejsca startu z naszego kempingu dojeżdżamy aż 70 kilometrów. Szlak na Mont Albert rusza spod budynku centrum informacyjnego. Początkowo wiedzie wzdłuż Rzeki Sainte-Anne. Już na samym początku robimy przystanek, by zapoznać się z ciekawostkami przyrodniczymi dotyczącymi kolejnego mieszkańca tych terenów – łososia. W Rzece Sainte-Anne łososie składają ikrę, a małe rybki żyją w niej przez pierwsze trzy lata. Następnie podejmują wędrówkę w kierunku oceanu i docierają nawet w okolice Grenlandii! Jednak na zawsze zapamiętują zapach „swojej” rzeki i gdy nadchodzi czas na tarło, wracają w to miejsce, pokonując nawet 2000 kilometrów pod prąd, by wydać na świat potomstwo. Najbardziej wzruszające jest to, że po złożeniu ikry łososie, które przebyły taki szmat drogi, umierają. Nas czeka znacznie krótsza droga, z finałem - mamy nadzieję - nie tak tragicznym.
Szlak wznosi się dość mocno w górę. Zaczynamy żmudne podchodzenie wąską ścieżką w lesie po kamieniach i nierównościach. Tylko w niektórych miejscach przerywnikiem monotonnej wędrówki są przejścia przez mostki, w innych z kolei trasę zabezpieczono kładkami. Obok jednej z nich zauważamy wyraźne ślady łosia odciśnięte w błocie. Widać, że zapadał się dość głęboko, ale chyba też wolał taką nawierzchnię niż wygodną drewnianą kładkę obok, bo na niej żadnych błotnych placków nie ma. Po raz pierwszy widzę tak wyraźny dowód egzystencji tego zwierzęcia w Kanadzie, więc skrupulatnie zaczynam prowadzić dokumentację fotograficzną. W tym czasie reszta towarzystwa oddala się ode mnie, a ja zostaję sam na sam ze śladami i... z łosiem. Nagle bowiem w ciszy, jaka zaległa, słyszę szelest w pobliżu ścieżki. Intensywnie wpatruję się w gęste zarośla i pomiędzy gałęziami dostrzegam zad zwierzęcia, najwyraźniej tego samego, które chwilę temu wędrowało naszym szlakiem. Jest bardzo blisko, choć niestety niewidoczne w całej okazałości. Nie interesuje się ani mną, ani resztą towarzystwa, które po chwili do mnie dołącza, więc po cichu oddalamy się, żeby nie przeszkadzać mu w jedzeniu śniadania.
Zielone morze i pustynia
Nawet my – rodzice - zaczynamy już mieć dość lasu. Pięć kilometrów nieustannie pod górę bez żadnych widoków to za dużo dla nas wszystkich. Przy szlaku pojawiają się tabliczki z liczbą przebytych kilometrów, ale mamy wrażenie, że odległość zbyt wolno zostaje za nami. Wreszcie niebo zaczyna prześwitywać między czubkami drzew, a po kilkuset kolejnych metrach wychodzimy na otwarty teren i widzimy pod nami niezwykłe... morze! Faluje jak prawdziwe, ale jest zielone, bo składa się z lasów ciągnących się aż po horyzont. To niebywałe, że wystarczy oddalić się zaledwie 30 kilometrów od miasteczek leżących wzdłuż wybrzeża, by przenieść się w świat niemal bezkresnej przyrody. W parkach narodowych, które odwiedzamy w Kanadzie, dla ruchu turystycznego przeznaczona jest niewielka część terenów, reszta służy ochronie zwierząt i roślin. Nawet góra Mont Albert nie jest dostępna w całości. Szlak prowadzi przez jej niższy wierzchołek - Albert Nord (o wysokości 1088 m n.p.m.), a południowy (Albert Sud;1154 m n.p.m.) znajduje się już na terenie ściśle chronionym.
Gdy wychodzimy z lasu, w dzieci wstępują niebywałe moce i w kilkanaście minut meldujemy się na szczycie. Czas na pamiątkowe zdjęcie przy tabliczce z nazwą szczytu oraz wysokością, a potem na zasłużony wypoczynek. Każdy znajdzie tu przestrzeń dla siebie. Nie musimy się cisnąć jak na szczycie Giewontu, wręcz przeciwnie. Jest miejsce na ławki z platformami zabezpieczającymi przed wiatrem, schron wykorzystywany najczęściej zimą, a nawet budynek toalety! Delektujemy się słońcem na wierzchołku i korzystamy z możliwości wygodnego spożycia posiłku.
Nie rozsiadamy się jednak na długo, bo za nami dopiero jedna trzecia drogi. Zejście ze szczytu prowadzi ścieżką podobną do tej, którą tu weszliśmy – ale tylko przez kilka metrów. Potem otwiera się przed nami przestrzeń jak na pustyni: aż po horyzont ciągnie się płaski teren o kolorze pomarańczowego piasku. To jednak nie piasek, tylko sucha trawa i porosty, obrastające niekiedy bagnisty teren dookoła nas. Musimy korzystać z drewnianych podestów, bo po obu stronach widzimy ciemne błoto ze stojącą wodą. Im bliżej jednak platformy widokowej na końcu płaskowyżu, tym więcej zieleni i drzew. Pojawiają się też całe połacie kamieni.
Z drewnianego rusztowania podziwiamy zapierające dech w piersiach widoki na dolinę, nagle bowiem teren obniża się i spada stromymi przepaściami w dół.
- Zupełnie jak na amerykańskich filmach. Wreszcie czuję, że jestem w górach - dzielę się wrażeniami z rodziną.
Stoimy zachwyceni przestrzenią i majestatem gór, dopóki nie pojawia się obok nas grupa turystów. Okazuje się, że szlak wiedzie na dno doliny i my także musimy się tam jakoś dostać. A sprawa nie jest prosta, bo trzeba kluczyć pośród ogromnych głazów. Skakanie z kamienia na kamień na początku jest nawet zabawne, ale że odbywa się w palącym słońcu, a wody zostało nam jedynie na dnie butelki, powoli z tyłu głowy pojawia się delikatny lęk, co dalej. Szukamy możliwości schronienia się w cieniu, ale jest go niewiele. Na szczęście w pobliżu słyszymy dźwięk spadającej wody. Ufff! Po chwili odnajdujemy coś na kształt mocno wysuszonego wodospadu, jednak z ilością wody wystarczającą na nabranie jej do butelek. Głęboko oddychamy i ruszamy dalej.
Kolejny łoś
Po długim, prawie dwugodzinnym zejściu teren się wypłaszcza, choć nadal towarzyszą nam kamienie. Idziemy teraz wzdłuż rzeki, którą początkowo obserwujemy z góry, by ostatecznie zejść na jej brzeg i przedostać się mostem na jej drugą stroną. Od tego momentu jest już naprawdę łatwo. Kolejnym przystankiem na trasie jest schron La Serpentine służący także turystom przemierzającym szlak przez całe Appalachy. Międzynarodowy Szlak Appalachów wiedzie przez wschodnie Stany Zjednoczone i łączy się z podobnym w Kanadzie. To już mocno ambitna tura, której na razie nie mamy w planach, bo jej długość wynosi łącznie prawie 4000 kilometrów! Nam od schronu do parkingu pozostało na szczęście jedynie sześć kilometrów, więc pozwalamy sobie na dłuższy postój. Wiszące nisko nad horyzontem słońce przypomina, że wcale nie mamy zbyt wiele czasu. Rezygnujemy więc z przejścia zaledwie 1,5-kilometrowej odnogi na Mont Olivine (670 m n.p.m), bo w obie strony dałoby to nam aż trzy nadprogramowe kilometry. Nie zatrzymujemy się też nad Jeziorem Diabelskim, a w punkcie widokowym na Chute du Diable, skąd możemy obserwować wodospad, jesteśmy bardzo krótko.
Nagle nasze dzieci dostają przyspieszenia i już prawie dochodzimy do parkingu, gdy... stop! Kolejny łoś na szlaku! Tym razem widzimy go bardzo wyraźnie - nie tylko jego zadek, ale i poroże. Przyłapujemy go w czasie kolacji, gdy obgryza gałązki z drzew. Razem z nami obserwuje go spory tłumek turystów. Widać, że i dla Kanadyjczyków jest to spora atrakcja.
Na parking docieramy o 19.15. Całość trasy zajęła nam tylko godzinę dłużej niż czas przewidziany według przewodnika. To naprawdę spory sukces naszych dzieciaków, które dzielnie i bez marudzenia pokonywały cały szlak. No ale jeśli na trasie spotykamy takie ciekawostki, jak wodospady, jeziorka, kładki, mostki i wspaniałe widoki, a dodatkowo łosie i jarząbki, uciekające nam spod nóg, to naprawdę nie można się nudzić!
Bóg wiatru nam nie sprzyja
Wędrówka na Mont Albert jest moim zdaniem najciekawszą z odbytych przez nas we wschodniej Kanadzie, ale moje marzenie o wyjeździe do tego kraju nie zaczęło się od gór, tylko od wypraw indiańskim kanu opisywanych w książce Józefa Starskiego „Kanada – kraj bobra i klonowego liścia”. Na sam koniec wyjazdu postanawiamy zatem wyruszyć na zwiedzanie Parc national de la Gaspésie w kanu, by spojrzeć na góry z innej perspektywy. Nad jeziorem Cascapédia, podobnie jak w wielu innych parkach, funkcjonuje wypożyczalnia sprzętu wodnego. Dostępne są nie tylko kanu, ale i kajaki, zwykłe łódki wiosłowe oraz coraz modniejsze tzw. paddle boards, czyli deski z wiosłami, na których płynie się, próbując utrzymać równowagę na stojąco. My postanowiliśmy wsiąść do kanu (choć nie zbudowanego jak niegdyś z kory brzozowej) i popływać po jeziorze wzorem dawnych wojażerów, wyruszających na spotkanie Indian, z którymi prowadzili handel wymienny. Trochę nie sprzyjał nam bóg wiatru, bo bardzo mocno wzmógł fale, i nasze pływanie musieliśmy ograniczyć do zacisznej zatoczki, ale i tak mogliśmy poczuć się jak dawni odkrywcy, którzy w ten sposób docierali do niedostępnych terenów obecnej Kanady.
Informacje praktyczne
Dojazd
Najwięcej najtańszych lotów do wschodniej Kanady jest z Polski do Montrealu (przynajmniej z jedną przesiadką). Ceny zaczynają się od 2200 zł (poza sezonem) do 3700 zł (miesiące wakacyjne). Loty oferują linie Lufthansa, Air France, Swiss, British Airways. Za loty na zachodnie wybrzeże lub już nawet do Ottawy trzeba zapłacić znacznie więcej! Nam udało się zarezerwować bilet z Budapesztu przez Istambuł do Montrealu za 1200 zł na osobę na osiem miesięcy przed wylotem (linie Turkish Airlines). Okazji można szukać na stronach loter.pl, mlecznepodroze.pl, empiktravel.pl, lowcylotow.pl. Warto wykupić ubezpieczenie na wypadek rezygnacji z wykupionego biletu lotniczego. Na miejscu poruszaliśmy się wynajętym samochodem, zarezerwowanym jeszcze w Polsce (http://www.carhire.com lub http://www.budget.com). Cena za trzy tygodnie - 4000-5000. zł w zależności od wielkości samochodu.
Trasę najlepiej zaplanować wcześniej, mając na uwadze, że odległości w Kanadzie pomiędzy poszczególnymi atrakcjami są ogromne! Przemieszczając się bardzo oszczędnie po prowincji Quebec, przejechaliśmy ponad 3000 km.
Zasady ruchu drogowego mogą zdziwić kierowców, np. niemal na wszystkich skrzyżowaniach obowiązują znaki „stop” dla wszystkich samochodów nadjeżdżających z każdej strony. Pierwszeństwo ma ten, kto podjechał pierwszy. Znak „stop” ma w Quebecu francuski napis „arrêt”.
Noclegi
Ceny noclegów w hotelach, hostelach i na kwaterach B&B są znacznie droższe niż w Polsce. Dość trudno jest też znaleźć w Quebecu nocleg na dziko. Spaliśmy na kempingach, gdzie ceny zaczynały się od 15 CAD (dolar kanadyjski) za całą naszą rodzinę (1 CAD = 3 PLN). Kempingi w parkach mają ceny wyższe, a standard jest niższy.
Gîte du Mont-Albert i kemping du Mont-Albert
Parc National de la Gaspesie
2001, route du Parc,
Sainte Anne des Monts,
Quebec G4V 2E4
Tel. : 418 763-2288
mtalbert@sepaq.com
http://www.sepaq.com
Camping aux pignons verts
218 Bellevue Est
Les Mechins
Québec G0J 1T0
tel. +1 418-729-3423
http://www.campingauxpignonsverts.com/
Parki narodowe Kanady
Wstępy do parków są płatne. Opłatę w niektórych uiszcza się już przy wjeździe samochodem na ich teren, w innych, jak np. w Gaspésie, samodzielnie wrzuca się pieniądze do skrzynki przy wejściu na szlak. Za każdy dzień pobytu na rodzinę musimy zapłacić 15 CAD dziennie. Warto wykupić kartę Sepaq, która jest ważna 12 miesięcy – upoważnia ona do bezpłatnego poruszania się na terenie parków, 10-proc.zniżek w sklepikach parkowych oraz dwóch bezpłatnych noclegów na kempingu na terenie parku. Obowiązuje jedynie na terenie prowincji Quebec. Stałe opłaty są na wypożyczenie sprzętu wodnego: kanu na 4 godziny kosztuje 31 CAD. Więcej informacji o parkach znajdziemy na stronie http://www.sepaq.com
Wyżywienie
Na kempingach w parkach będziemy proszeni o nietrzymanie jedzenia w namiocie. Najlepiej schować je do samochodu, by nie przyciągnąć misiów czy innych zwierząt. Pamiętajmy o zamknięciu szyb w samochodzie. Najtańsze zakupy zrobimy w sieci sklepów dyskontowych Maxi – ceny porównywalne do polskich, w przeciwieństwie do innych sklepów sieciowych, typu Metro i Iga. Należy pamiętać, że wszystkie ceny są podawane bez podatków obowiązujących w Kanadzie i – dodatkowo – w Quebecu.
Język
Najlepiej porozumiemy się w Quebecu po francusku. Wiele informacji podaje się tylko w tym języku, warto więc na wyprawę wziąć osobę, która nim włada. Może się zdarzyć, że nawet pracownicy parku będą słabo mówić po angielsku.
Mapy i przewodniki
Przewodniki: „Kanada. Zielony przewodnik” (wyd. Michelin i Bezdroża, 2010) i Carla Zimmerman
„Canada” (wyd. Lonely Planet, 2014).
Mapa: „Kanada Ost”, 1:1 900 000, wyd. World Maping Project.
Najczęściej korzystaliśmy z bezpłatnych informatorów i mapek dostępnych w siedzibach parków.
Koszt wyjazdu
Całkowity koszt trzytygodniowego wyjazdu z przelotem, dojazdami, wynajmem samochodu, noclegami, jedzeniem to 15 000 na 4-osobową rodzinę.
Autorka tekstu: Kamila Gruszka
Artykuł ukazał się w numerze sierpniowym "npm", nr 8 (173), sierpień 2015 r.


Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
