Kinga Baranowska: pierwsza Polka na Dhaulagiri i Manaslu

Na Dhaulagiri i Manaslu byłaś pierwszą Polką. Czy właśnie brak kobiecego wejścia polskiej alpinistki zadecydował o tym, że po Dhaulagiri pojechałaś na Manaslu? Czy planujesz także Kanczendzongę, która obecnie, jako jedyny ośmiotysięcznik, czeka na pierwsze wejście Polki?

Chciałam pojechać na Manaslu lub Shisha Pangmę. Jesień nie jest w ogóle najlepszą porą na Himalaje, jest trudniej, często opóźnia się monsun, więc też nie ma zbyt dużego wyboru, jeśli chodzi o góry wysokie. Kandzendzonga była i jest w moich planach, bo to piękna i ambitna góra.
 
Manaslu to twój piąty ośmiotysięcznik. Czy masz jakiś konkretny plan na góry wysokie? Może jest nim zdobycie wszystkich ośmiotysięczników?

Moim planem jest wybieranie tych gór, które w jakiś sposób są mi bliskie i dla mnie osobiście ważne, z którymi się „zaprzyjaźniam”. Ciężko mi w tym momencie mówić o całej Koronie – jak już będę bliżej połowy, to dam znać.
Wyprawy na ośmiotysięczniki są bardzo trudne, wymagają sporo zaangażowania. Na razie nie chcę zapeszać. Mam plan na najbliższe lata i chcę go jak najlepiej realizować.

Na wyprawie na Dhaulagiri byłaś razem z Kasią Skłodowską. Tworzyłyście „women team”. Czy idea wypraw kobiecych jest ci bliska, czy lepiej wspina ci się w górach z mężczyznami?

To był dobry team. Nie wiem czy lepszy, czy gorszy niż w przypadku zespołu mieszanego, bo to wszystko i tak zależy od charakteru człowieka, a nie od płci. Mam nadzieję, że jeszcze pojadę z Kasią w góry wysokie. Dobrze nam się razem wspinało i żałuję, że nie mogła ze mną pojechać na Manaslu. Niestety, nie pozwoliła jej na to praca zawodowa. Ale już planujemy następne góry…

Na Dhaulagiri dwukrotnie zdarzyło ci się ratować innych. Najpierw, gdy Artur Hajzer dostał obrzęku mózgu, a potem wspomagałaś w zejściu Hiszpana i Argentyńczyka. Tym razem udało się pomóc, ale czy zastanawiałaś się, jak byś postąpiła, gdyby trzeba było wybierać między ratowaniem siebie i innych. W górach wysokich takie sytuacje przecież nie są rzadkie...

Nie traktuję tego w kategorii „wyczynu”, tylko czegoś normalnego. Ja też mogę kiedyś potrzebować pomocy w górach i ktoś może będzie mnie wspierał. Chyba o to chodzi w naszym środowisku: żeby się razem wspinać i pomagać sobie nawzajem.
Wybory, o które mnie pytasz, są zawsze trudne. Nie chcę teoretyzować tu, na nizinach, jakim będę bohaterem. To nie ma sensu. Niech czyny świadczą za nas samych. I niech każdy ze spokojem może powiedzieć sobie samemu, że zrobił wszystko, co było w jego mocy, by pomóc innym.

Czy odczuwałaś brak aklimatyzacji, wspinając się na Manaslu. Atak szczytowy miał miejsce po krótkim czasie działalności wysokogórskiej...

Na szczęście nie, inaczej nie zdecydowałabym się na atak szczytowy. W warunkach komfortowych, a takie niestety bywają rzadko w górach wysokich, dobrze jest przed atakiem szczytowym spędzić więcej niż jedną noc na wysokości ok. 7 tys. metrów. My nie mieliśmy tego komfortu i musieliśmy zdecydować, co robimy: czy wspinamy się na 8 tys., czy też nie podejmujemy w ogóle takiej próby. Nie mieliśmy więcej dni dobrej pogody, musieliśmy wybierać. Trzeba było podjąć szybką decyzję, co w tych warunkach nie jest łatwe. Mój kolega mawia: „szybki alpinista to bezpieczny alpinista”. I niestety jest w tym dużo prawdy. Wszyscy dobrze się czuliśmy po tej jednej nocy na 6800 m w obozie drugim. Oczywiście nie łudźmy się – nie ma dobrego spania na tej wysokości, ja również kiepsko tam spałam. Mimo to byliśmy w dobrej kondycji psychicznej i fizycznej, dość szybko się poruszaliśmy, nikt nie chorował. Stąd decyzja o ataku.

Rozmawiała: Kamila Gruszka


Rozmowa ukazała się w GÓRACH, nr 11 (174) listopad 2008 r.


 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...