Po kilku wakacjach spędzonych w Skandynawii, zachciało nam się powrotu do klimatów bałkańskich. Do ciepła, dobrego jedzenia, soczystych owoców, spontanicznego tańca, kolorów i specyficznego rozgardiaszu. Polska, Słowacja, Węgry, Serbia - gdy jechaliśmy przez te kraje bez przerwy padało, dopiero w Macedonii poczuliśmy Bałkany. A Grecja to już w ogóle bajka: temperatury około 30 stopni i ciepłe morze, w którym można się kąpać, nawet w maju. Miało być spokojnie, powolnie i rodzinnie, jak najwięcej czasu chcieliśmy spędzać razem z dziećmi. Przy okazji oczywiście odkrywając ciekawe miejsca w okolicy.
Na nasze leniwe greckie wakacje wybraliśmy Chalkidiki na północy kraju, ze względu na najszybszy dojazd samochodem z Polski. Lubimy podróżowanie autem, dzięki temu mogliśmy zabrać nie tylko różne „niezbędne” drobiazgi, ale również przy okazji babcię. Inną opcją jest lot samolotem z Polski do Salonik. Przemieszczać samochodem na miejscu chcieliśmy się jak najmniej, co najwyżej na plażę, zdecydowaliśmy się więc na opcję stacjonarną - wynajęcie apartamentu przez stronę novasol.pl, która jest bazą domów wakacyjnych w całej Europie. Cena w maju za dobę to mniej niż 50 zł dziennie na osobę!
Nasz dom w Grecji :) Fot. barswiat.pl
Zdecydowaliśmy się na willę Ampelikes koło Kassandrino (do dyspozycji są apartamenty 4-osobowe ok. 50 m kw. oraz jeden 6-os. o pow. 100 m kw.). Po przyjeździe okazało się, że jesteśmy tu sami, bez innych gości, do dyspozycji mamy taras, miejsce na grilla, basen (!) i kawał podwórka z gajem oliwnym na terenie posesji! A wszystko na samym szczycie wzgórza z widokami na morze i Olimp (raz nam się pokazał od rana, widoki na morze były cały czas). Cisza, spokój i wiatr od morza, czyli dokładnie to, o czym marzyliśmy...
Lenistwo przy basenie :) Fot. barswiat.pl
Do tego było to miejsce z duszą i historią. W przeszłości były tu winnice, a tereny należały do mnichów z góry Athos. Obecny dom został wybudowany w 1997 roku. Właściciel jest Niemcem, a co drugi dzień o to, by nic nam nie brakowało, dbał Lefteris, grecki ogrodnik i gospodarz podczas nieobecności właściciela. Na powitanie dostaliśmy talerz pomarańczy i jabłek :)
Chalkidiki to półwysep z trzema odnogami. My znajdowaliśmy się mniej więcej w połowie pierwszej z nich – Kassandry. Przed wyjazdem nasze wyobrażenie o Chalkidiki było takie: Kassandra jest najbardziej turystyczna i imprezowa, Sithonia niezagospodarowana i dzika, a Athos niedostępne ze względu na „republikę mnichów”. Według tych informacji zdawałoby się, że Sithonia powinna nas najbardziej zachwycić, ze względu na walory przyrodnicze. Po pobycie w sercu Kassandry, twierdzimy stanowczo, że jeśli ktoś szuka dzikości i pięknych widoków, to jednak polecamy mu gorąco nasz „palec”, a właściwie szutrową dróżkę biegnącą dokładnie szczytami wzgórz przez środek. Mieszkaliśmy tuż przy tym szlaku, więc nawet nie wychodząc za bramę mogliśmy podziwiać przepiękną scenerię, gdzie morze łączy się z lądem. Teren ten uważany jest za atrakcję turystyczną, choć zupełnie nie opisaną w przewodnikach. Zdarzyło się raz, że ścieżką obok naszego domu przejechały dżipy z turystami.
Wnętrze Kassandry. Fot. barswiat.pl
My przemierzyliśmy ten szlak na własnych nogach, robiąc jeden z piękniejszych treningów biegowych w naszym życiu - 32 km z non stop widokami jak z bajki: morze, gaje oliwne i lasy sosnowe. Tamtędy prowadził też najdogodniejszy szlak dojazdu do najbliższej wioski – Kassandrino (około 4 km), inny był krótszy, ale znacznie bardziej stromy, więc nie polecamy go na przejazd samochodem, chyba że terenowym, jak owe dżipy wiozące turystów na wycieczkę :)

Wycieczki biegowe w okolicy. Fot. barswiat.pl
By poruszać się bocznymi szlakami, warto zaopatrzyć się w dokładną mapę Chalkidiki. Po pierwsze dlatego, że drogi z dala od kurortów morskich są bardzo słabo oznaczone, po drugie z tego względu, że nawet na głównych trasach możemy się spotkać z napisami jedynie w alfabecie greckim. Warto przyswoić sobie pisownię liter, bo zwariujemy widząc na trasie oznaczenia greckie na: Kassandrę, Kassandrię czy Kassandrino. Do tego dołóżcie sobie: Kalandrę, Kallitheę, Kalives, Kriopigi albo Fourka lub Skala Fourkas. Dopiero pod koniec 10-dniowego pobytu tutaj zaczęliśmy się w miarę orientować w terenie. Mapy dostępne są w sklepach z pamiątkami w turystycznych miejscowościach.

Malownicza plaża w Afitos. Fot. barswiat.pl
Codziennie zaliczaliśmy kąpiel w basenie, ale szukaliśmy też zacisznych plaż nad morzem. Przed sezonem w Grecji plaże są prawie puste. Z wodą w morzu bywało różnie, ale w zatokach była całkiem ciepła, więc dzieciaki korzystały z kąpieli w morzu i zabaw na plaży. W tym czasie rodzice byczyli się na leżaku pod parasolem, popijając kawę po grecku. Od czasu do czasu robiliśmy tylko mały spacer w poszukiwaniu muszelek lub urządzaliśmy zabawy w rodzaju rzucania kamieniami do morza. Było też lądowanie żołnierzy w Normandii i bitwy morskie:)

Spacer w poszukiwaniu muszelek. Fot. barswiat.pl
Na pierwszym cyplu możemy zarekomendować plaże w Posidi i Kalandrze na zachodzie oraz Afitos na wschodzie. Miejscowości te są spokojne i przynajmniej przed sezonem przez to bardzo klimatyczne. Spotkamy tu Greków wysiadujących na ławkach w centrum miasteczek oraz wypijemy kawę i zjemy lody w lokalnych kafejkach. Okolice Polychrono, Chianotis i Pefkochori (wschodnie wybrzeże) wydają się już być bardzo turystyczne i masowe.
Z powyższych Afitos jest chyba najładniejszą miejscowością, jaką na Kassandrze odwiedziliśmy. Można pospacerować pośród wielu pięknych kamiennych domów, w których urządzono restauracje, kafejki, galerie czy sklepy z pamiątkami. Nie czuje się jednak nachalności wśród sprzedawców. Wręcz przeciwnie. Z godnością wkomponowują się w dostojeństwo historycznych budynków. W centrum stoi wybudowana z naturalnego kamienia w latach 1858-1859 cerkiew św. Dimitiosa, a z klifu roztacza się przepiękny widok na morze.
Urokliwe miasteczko Afitos. Fot. barswiat.pl
W pobliskiej Kallithei zachowały się ruiny świątyni Zeusa z V-IV w p.n.e. Przed wyjazdem Dominika wiedząc, że wyjeżdżamy do Grecji, sama wypożyczyła sobie w bibliotece książkę o mitach greckich. Wyrecytowała nam więc opowieść o walce Zeusa i innych bogów olimpijskich ze strasznymi Gigantami. Gigantomachia miała miejsce właśnie na Chalkidiki.
Starożytnych ruin jest na Kassandrze więcej, jednak nie są zachowane w zbyt dobrym stanie. Nawet jeśli są zaznaczone na mapie, to – tłumaczyli nam miejscowi – nie warto ich szukać, bo na przykład ukryte są w lesie i trudno je zlokalizować. Fragmenty starożytnego miasta Mendi zobaczymy właściwie niezabezpieczone przy plaży między Kalandra a Moles Kalives. Najwygodniej można do nich dotrzeć poprzez teren hotelu Mendi (drogowskaz w pobliżu Kalandry widoczny z drogi). Pracownicy hotelu nie mają nic przeciwko, że przechodzi się na plażę przez ich teren. Ostrzegają tylko: „Ruiny są raczej rozczarowujące.” A nam się właśnie podobało! To niesamowite uczucie, że takie stare mury można dotknąć, wspiąć się po nich, podziwiać w samotności, a nie w tłumie turystów. Wtedy historia jeszcze mocniej do nas przemawia.
Największą atrakcją z punktu widzenia naszych dzieci było Jezioro Żółwie - Mavrobara. To właściwie staw, niedaleko Polychrono (dojazd od Polychrono lub od drogi Kassandrino-Polychrono, skręt w prawo, kierować się za strzałkami z żółwiem drogą szutrową). Od głównej drogi odbyliśmy całkiem spory kilkukilometrowy spacer w upale i słońcu (potem dopiero Darek podjechał z dzieciakami kawałek autem drogą polną). Warto! W jeziorze zobaczymy dwa gatunki rzadkich żółwi i czerwone rybki. Żółwie pływają lub wygrzewają się na słońcu. Trzeba się zachowywać bardzo cicho, by ich nie spłoszyć.

Jezioro Żółwie - Mavrobara. Fot. barswiat.pl
Na wszelkich wyspach, półwyspach i innych wybrzeżach najbardziej lubimy docierać na ich krańce - te wcinające się w morze. Koniecznie trzeba odwiedzić Agios Nikolaos na końcu pierwszego z „palców” Chalkidiki. Za Paliouri zostawiamy gwar turystycznych miejscowości i mniej uczęszczaną asfaltową drogą kierujemy się na Xina i dalej aż do cerkwi, po południu pięknie oświetlonej zachodzącym słońcem. Widok niezapomniany! Dookoła kwiaty, zapachy i... zwykłe życie rybackiej wioski, choć wydawałoby się, że to miejsce z bajki.

Cerkiew Agios Nikolaos. Fot. barswiat.pl
Z „krańców” polecamy także Kassandra Cape na zachodzie w pobliżu Posidi. Krzyżujące się ścieżki na nadmorskich łąkach doprowadzą nas do latarni morskiej, a to zawsze jest ciekawy cel spacerów z dziećmi. Działająca latarnia niestety jest niedostępna dla zwiedzających. Natomiast warto było odwiedzić to miejsce, by polecić je na ewentualnie noclegi z namiotem. Co prawda oficjalnie biwakowanie w pobliżu plaż jest w Grecji zabronione, ale w okolicy Posidi przymyka się na to oko. Widzieliśmy kilka przyczep kempingowych zaparkowanych w pobliżu. Miejsce jest zaciszne i odludne.
Po eksploracji pierwszej odnogi Chalkidiki przyszedł czas na Sithonię. Według niektórych najładniejszy, najbardziej urokliwy, najmniej turystyczny i dziki z „palców”. Na pewno objechanie Sithonii naokoło to jedna z ciekawszych wycieczek podczas naszego tutaj pobytu. Jest tu najwięcej malowniczych zatoczek.

Malownicze zatoczki Sithonii. Fot. barswiat.pl
Zaleca się poruszanie zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Już na samym początku robimy przystanek na plaży Vourvourou. Skusiły nas widoki na pobliskie wyspy. Plaża, mimo że wąska, była chyba najbardziej piaszczystą z wszystkich przez nas odwiedzonych, a morze w tym miejscu najcieplejsze. Warto byłoby tu spędzić cały dzień, niestety nie mogliśmy sobie na to pozwolić, bo chcieliśmy objechać całą Sithonię dookoła w jeden dzień. Z drogi najbardziej malownicze wydawały się jeszcze plaże w okolicach Sarti, Porto Koufo i Toroni. O Kalamitsi koleżanka pisała: „Jest tam najlepsza plaża, na jakiej byłam, włączając w to Bali i Goa.” Wystarczająca rekomendacja? Dodała jeszcze: „Fajne miejsce z widokiem na górę Athos.” Faktycznie. Ze wschodnich krańców wyspy rozpościerają się niesamowite widoki na Athos o wysokości 2027 m n.p.m. W pobliżu góry, na terenie „trzeciego z palców” mieści się „republika mnichów” i wstęp na nią jest wzbroniony (mimo że Grecja należy do Unii Europejskiej i strefy Schengen). Panowie mogą uzyskać specjalne pozwolenie, ale zakaz obowiązuje bezwzględnie wszelkie istoty płci żeńskiej większe od kur. Można jedynie podziwiać klasztory z poziomu wody. Wycieczki morskie najlepiej wykupić w Ouranoupoli. My poprzestaliśmy na delektowaniu się widokami na świetnie widoczną świętą górę z Sithonii.

Święta góra Athos, 2027 m n.p.m. Fot. barswiat.pl
Po zachodniej stronie, w pobliżu Toroni znajdują się ruiny wczesnochrześcijańskiej świątyni Agios Athanasios i starożytnej fortecy. Dawne budowle mogliśmy podziwiać jedynie zza płotu. Byliśmy za późno. Godziny otwarcia różnych obiektów muzealno-historycznych na Chalkidiki warto sprawdzić wcześniej, ale zazwyczaj są to godziny od 7 do 14.00, więc ci, co lubią długo spać, wiele nie zobaczą.
Ruiny koło Toroni. Fot. barswiat.pl
Objechanie Sithonii, drugiego z „palców” z robionymi po drodze przystankami to wyprawa całodniowa. Było już późno, gdy w drodze powrotnej poprosiłam Darka, żeby zboczył jeszcze do Parthenonas. Po co tu właściwie jedziemy? - pytał, gdy pięliśmy się coraz wyżej i wyżej. Zawierzyłam informacji, że warto tam dotrzeć, choć nie jest to nadmorski kurort, więc nie można było liczyć na malownicze widoki morza i zatok. Gdy już tam dojechaliśmy, przekonaliśmy się, że trzeba tu spędzić choć chwilę i powłóczyć się uliczkami tej ukrytej w górach wioski. Akurat tyle czasu, ile trwa przygotowanie obiadu, zjedzonego potem pod 1000-letnim drzewem oliwnym. Zdecydowanie miejsce godne polecenia! Na Kassandrę docieramy już po ciemku.
Obiad pod 1000-letnią oliwką, Parthenonas. Fot. barswiat.pl
Kolejny dzień przeznaczamy na eksplorację Chalkidiki z dala od morza. Bo Chalkidiki to nie tylko palce!
Koniecznie na wycieczkę z dziećmi trzeba się wybrać do Jaskini Petralona. Ciekawe jest już samo poruszanie się po udostępnionej dla zwiedzających podziemnej trasie, gdzie zobaczymy fantazyjne kształty różnych geologicznych tworów, jak stalagmity i stalaktyty (zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem). Schodzi się na głębokość 40 m pod poziom ziemi. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że odnaleziono w niej czaszkę praczłowieka, najlepiej zachowaną z dotychczas w ogóle odkrytych. Wyobraźcie teraz sobie sytuację, że w okolicach 1960 roku jaskinię odkrywają okoliczni wieśniacy, eksplorują ją przy nikłym świetle i natykają się na czaszkę wkomponowaną w twór skalny. W muzeum zobaczymy makietę jaskini i czaszkę, tak jak wyglądała w momencie jej odkrycia.
Jaskinia Petralona. Fot. barswiat.pl
Punktem obowiązkowym powinno być też zwiedzanie starożytnego miasta Olint (Olynthos), najważniejszego ośrodka Półwyspu Chalcydyckiego w czasach starożytnych. Wykopaliska potwierdzają jego świetność, choć do naszych czasów dotrwały jedynie ruiny, odkryte w l. 20 XX wieku. Miasto zostało zniszczone przez króla Macedonii Filipa II. Od wejścia na teren wykopalisk trzeba iść około 700 m na wzgórze i to niestety był koronny argument pana przy bramie, który nie chciał nas do nich dopuścić, mimo że byliśmy przed czasem zamknięcia tego muzeum pod gołym niebem. Stanowczo twierdził, że 10 minut nie starczy nam na zwiedzenie całości, a nawet szybkie rzucenie okiem na starożytności. Musimy mu więc uwierzyć na słowo, że pozostałości są tak rozległe, że trzeba na nie poświęcić więcej czasu. Następnym razem...
Starożytna Grecja, imperium macedońskie, czasy rzymskie i Bizancjum. Nie ma to, jak uczyć się historii w terenie, naocznie. W szkole wbijano nam do głowy wiadomości o cesarstwie bizantyjskim, ale dopiero po przyjeździe tutaj uświadomiliśmy sobie, że Bizancjum to przecież Grecja! Spotykamy co rusz budowle z tamtych czasów. Za czasów bizantyjskich, niedaleko Olynthos, istniało całe osiedle Mariana, obecnie została jedynie warowna wieża. W szczerym polu - trzeba się do niej wspiąć po zarośniętym wzgórzu. Bizantyjskie budowle zobaczymy też w pobliskiej Nea Fokea i niedaleko Sani.
Ruiny bizantyjskie Mariana. Fot. barswiat.pl
Krętymi drogami przez góry Cholomontas jedzie się do Arnea, najbardziej kolorowego miasteczka, jakie odwiedziliśmy podczas naszego pobytu w Grecji. Miejscowość położona jest na wysokości 590 m n.p.m. (startujemy z poziomu morza!). Na miejscu warto powłóczyć się bez celu - odnajdziemy tutaj wiele budynków z XIX wieku zwanych "archondika" (dworkami). Kilka z nich zajętych jest przez muzea (czynne 9-14.00, w Grecji warto wcześnie wstawać, jeśli chcemy zwiedzić takie obiekty).
Arnea - najbardziej kolorowe miasteczko. Fot. barswiat.pl
To miały być leniwe greckie wakacje. Mieliśmy je spędzić na wypoczynku na tarasie, w pobliżu basenu, ewentualnie na plaży. Tak wyglądały nasze przedpołudnia, ale w miarę upływu dnia nie mogliśmy się oprzeć chęci zwiedzenia tych wszystkich ciekawych miejsc, które na Chalkidiki znajdziemy. Wizyta w Arnea była jedną z ostatnich wycieczek, natomiast spotkanie z Grecją rozpoczęliśmy od Salonik, o czym na sam koniec warto wspomnieć, bo wypad do tego miasta to zaledwie 60 km w jedną stronę. Zwiedzaliśmy Saloniki w drodze na Chalkidiki. Nasze nieprzyzwyczajone wtedy jeszcze do upałów głowy bolały nas od słońca i pojawiła się pierwsza opalenizna po przemierzeniu zabytkowej dzielnicy Kastra i okolic Via Egnatia, obecnie nowoczesnej ulicy, a kiedyś starożytnego traktu biegnącego od wybrzeży Adriatyku aż do Hellespontu. W Salonikach natkniemy się na ruiny rzymskich budowli, bizantyjskie kościoły, tureckie domy, żydowskie nagrobki.
Saloniki. Fot. barswiat.pl
Wszystko dość nieoczekiwanie wkomponowane we współczesną zabudowę miasta. Łuk Galeriusza z III w n.e., słynna Rotunda, jedna z nielicznych zachowanych okrągłych budowli z czasów rzymskich czy Agia Sofia z VIII w., zbudowana na wzór swojej imienniczki z Konstantynopola - trudno zrobić im zdjęcie, by bloki nie wchodziły w kadr... Biała Wieża wybudowana przez Wenecjan to jeden z bardziej charakterystycznych punktów. Warto się przespacerować promenadą wzdłuż morza.
Łuk Galeriusza w Salonikach. Fot. barswiat.pl
Co zapamiętamy z naszej wizyty w Grecji? Oprócz wspomnianych wyżej miejsc i zabytków, także wszechobecne gaje oliwne, kapliczki oraz obfitą roślinność i mnóstwo kwiatów.
Kapliczki, podobnie jak u nas krzyże i maryjki, w Grecji można zobaczyć w wielu miejscach: przy drodze, na czyimś podwórku, w lesie, w górach. Te z Chalkidiki to małe świątynki, w których prawosławnym zwyczajem pozostawiono talerzyk, kubek, jedzenie i napoje dla zmarłych.
Kapliczka na Sithonii. Fot. barswiat.pl
Do Grecji zabraliśmy babcię, miłośniczkę ogrodów, roślin i kwiatów. Gdyby nie ona, zapewne obok wielu roślinek przeszlibyśmy, nie zwracając na nie uwagi lub nie przyglądając się dokładnie. A grecki zielnik był bogaty...
Jaki to kwiat? Fot. barswiat.pl
Najczęściej spotykanym drzewem była oliwka. Gaje oliwne na Chalkidiki były wszędzie! W Parthenonas pod 1000-letnim drzewem oliwnym urządzono restaurację, w której zjedliśmy obiad. Oliwki rosły także na terenie posesji, gdzie mieliśmy wynajęty apartament. To chyba najbardziej charakterystyczny element krajobrazu tego półwyspu.
Gaje oliwne są wszędzie! Fot. barswiat.pl
Jednego tylko żałujemy, że nie mieliśmy okazji spróbować oliwek zrywanych prosto z drzewa. Zawsze jest coś, co powoduje, że myśli się o powrocie do danego miejsca. Może to oliwka, jeśli chodzi o Grecję?
Kronika wyjazdu:
1.05.2015 r.
Wyjeżdżamy po południu przez Słowację w kierunku Węgier, nocleg w Szeged
2. 05. 2015 r.
Szybka pobudka i długi przejazd do Macedonii, nocleg nad jeziorem przy granicy z Grecją. Wreszcie przestaje padać!
3. 05. 2015 r.
Grecja! Zwiedzanie Salonik i dojazd na miejsce do willi Ampelikes koło Kassandrino. Wspaniałe miejsce!
4.05.2015 r.
Rozpoczynamy leniwe greckie wakacje. Śniadanie na tarasie, kąpiel w basenie, wycieczka biegowa rodziców i penetrowanie okolicy na rowerach.
5. 05. 2015 r.
Poznawanie trochę dalszej okolicy już samochodem. Kassandria – jako miejsce, gdzie znajdziemy różne przydatne sklepy, najbliższy Lidl koło Afitos, Afitos – lenistwo na plaży, kawa po grecku, zbieranie muszelek i spacer po miasteczku, obiad. Bardzo przyjazne miejsce!
6.05.2015 r.
Wycieczka nad Jezioro Żółwi. Lody w Polychrono. Objeżdżamy Kassandrę. Spacer do cerkwi Agios Nikolaos na końcu odnogi.
7.05.2015 r.
Poszukiwanie ruin starożytnego miasta Mendi (koło hotelu Mendi). Plaża w Posidi i spacer do latarni. Razem z Grekami odpoczynek na kawie w Kalandra.
8.05.2015 r.
Objechanie Sithoni: plaża Vourvourou, pięknie widoki na zatoki koło Sarti, Porto Koufo i Toroni, spacer do ruin w Toroni, obiad pod 1000-letnią oliwką w Parthenonas.
9.05.2015 r.
Chalkidiki z dala od morza: jaskinia Petralona, miasto Olint (zamknięte), wieża bizantyjska Mariana, góry Cholomontas, miasteczko Arnea.
10.05.2015 r.
32-kilometrowa wycieczka biegowa ścieżkami Kassandry., a potem słodkie lenistwo!
11.05.2015 r.
Miała być wycieczka rowerowa z dziećmi, ale rozpadało się. Jedyny dzień z brzydką pogodą! Poszukiwanie pamiątek w Afitos w deszczu.
12.05.2015 r.
Powrót do domu. Nocleg w Serbii koło Nowego Sadu.
13.05.2015 r.
Jesteśmy w domu dość wcześnie. Udało nam się jeszcze umyć samochód i skosić trawę tego dnia :)
(kg)

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
