List z Tybetu

Wśród pamiątek z podróży po Azji odkryłam list pisany do Darka z Tybetu. W erze smsów, maili i telefonicznych połączeń internetowych rzecz bezcenna. Materialny ślad myśli, obserwacji, życia w Tybecie. Warto go chyba tu przytoczyć...



LIST Z TYBETU...

Zupełnie jakoś nie potrafię zabrać się do listu do Ciebie. Tyle już razy zaczynałam, planowałam... Muszę jednak wykorzystać ten ostatnie dni lenistwa nad jeziorem. 17 września Jurek będzie w Polsce, wtedy ten list wyśle, żeby przyszedł przed moim przyjazdem.



2. września 2002 r.


Jesteśmy teraz nad świętym jeziorem Nam-co na północ od Lhasy. Jezioro ogromne, jak morze i tak jak morze – słone. Ale nie aż tak bardzo, by nie używać wody do gotowania. Herbaty nie słodzimy, dla odmiany pijemy ją z naturalnym dodatkiem soli. Nasze dwa namioty stoją tuż nad brzegiem. Miejsce to znane jest z bardzo zimnej pogody. I faktycznie, już po południu ubieramy się w polary, kurtki, spodnie przeciwdeszczowe, czapki i rękawice. Jednak jeszcze w południe opalamy się nago.



3. września 2002 r.

Jurek i Ewa poszli na spacer, a ja piszę w namiocie. Gdzieś w oddali grzmi. Jak zwykle tutaj. Codziennie mamy tu w Tybecie lato, jesień i zimę. W nocy bardzo mocno padało, a przedwczoraj wiało tak, że myślałam, że namiot nam zdmuchnie. Rano okazało się, że w górach spadł śnieg. Zapomniałam dodać, że namiot stoi tuż nad brzegiem wody, ale z widokiem na góry po drugiej stronie jeziora. Czasem zza chmur wyłania się nawet główny szczyt masywu – jakiś siedmiotysięcznik. Piękny. Dookoła szczytu inne pomniejsze górki, zapewne ponadpięciotysięczne. Samo jezioro znajduje się na wysokości 4700 m.


Pierwszego dnia po spędzonej tu nocy miałam ambicję wspiąć się na jakąś pomniejszą górkę, wydawałoby się tak bliską, odległą o jakąś godzinę dogi. Było to złudzenie! Do końca krótszego brzegu jeziora szłam trzy godziny, a do podnóża gór cztery. Tego dnia starczyło tylko czasu na powrót. Spaceru nie żałuję, bo po drodze spotkałam mieszkańców tej pięknej nadjeziornej i śródgórskiej krainy – nomadów tybetańskich. Nad jeziorem rozstawiają swoje namioty i pasą stada: jaki, owce, kozy. Co jakiś czas któryś przejedzie obok na koniu. Różne są ich reakcje na zakłócających odwieczny porządek ich krainy (Nam-co jest od paru lat, niestety, bardzo turystycznym miejscem, m. in. dzięki filmowi "Siedem lat w Tybecie"; wędrował tędy do Lhasy Heinrich Harrer).


Reakcje Tybetańczyków to: handel – chcą przehandlować procę tybetańską, używaną do przeganiania jaków, kawałki sznurków z wełny jaka, domagają się pieniędzy za zrobienie zdjęć; gniew – rzucają kamieniami; gościnność – mały chłopiec, który zaprasza mnie do namiotu na czarkę herbaty z masłem i odgania psy, bym mogła spokojnie przejść.

Generalnie zauważam, że tutaj, w pobliżu jeziora, ludzie – Tybetańczycy są mniej otwarci, a bardziej surowi i gniewni. Spotkaliśmy już mnóstwo Tybetańczyków i ich reakcje były zupełnie inne. Zachowanie tych tutaj tłumaczę najazdem turystów, szczególnie Japończyków. Właśnie japońska wycieczka rozstawiła pięć namiotów obok nas. Mnóstwo tu ludzi przyjeżdżających z Lhasy wynajętymi jeepami.

Po tygodniu spędzonym w Lhasie, włóczeniu się po Barkhor (główny plac Lhasy z mnóstwem tybetańskich pielgrzymów), wycieczkach na lhaskie wzgórza i zwiedzaniu okolicznych klasztorów, po korach (rytualne okrążenie) wokół świętych zabudowań ruszyliśmy wreszcie na podbój Tybetu.

Busikiem z Lhasy dojechaliśmy do Tsurpu, siedziby Karmapy, trzeciej po Dalajlamie i Panczenlamie najbardziej poważanej w Tybecie osobie. Właśnie nie wiemy do końca, jak wyjaśnić tajemnicę ostatniego z Karmapów, bo mamy dane sprzed paru lat. Wydaje mi się, że jest ich dwóch, jeden prawdziwy, tybetański, i drugi, uznawany przez Chińczyków. Jeden zwiał w grudniu 1999 roku przez Himalaje do Indii, któryś powinien siedzieć w Tsurpu i udzielać audiencji o pierwszej po południu. No, ale tam nikogo nie ma i jakoś nikt nie potrafi wyjaśnić, dlaczego. Który zwiał, a który powinien być w Tsurpu? Gdzie jest Karmapa?!

Nam bardzo podobało się to, że wbrew Chińczykom, wbrew ich okupacji tego kraju, wbrew wszelkim ograniczeniom poruszania się po Tybecie, my bez żadnych problemów rozbiliśmy się nad rzeką z widokiem na klasztor. Spędziliśmy tam dwie noce dla aklimatyzacji. Lhasa leży na wysokości 3600 m, a Tsurpu już na 4500 m n.p.m. W trakcie tych dwóch dni przychodzili do nas okoliczni mieszkańcy i mnisi, my odwiedzaliśmy klasztor i wioskę. Zrobiłam rytualną korę z przystojnym mnichem i staruszkiem obracającym młynkiem. Oni mówili mi nazwy różnych przedmiotów po tybetańsku, ja im po polsku.

Po dwóch dniach tam spędzonych ruszyliśmy dalej w góry. Jurek wynajął tybetańskiego przewodnika i jaka, na którego załadowaliśmy bagaż. Jeszcze nigdy nie wędrowało mi się tak dobrze i swobodnie po górach. Przeszkodą była jedynie wysokość, ale ja specjalnie, szczerze mówiąc, jej nie odczułam. Po raz kolejny przekonuję się, że w jakiś dziwny sposób jestem na wysokość uodporniona. Oczywiście muszę się aklimatyzować, ale przebiega to w moim przypadku bardzo szybko. Gorzej było z Ewą. Najpierw spędziliśmy ze względu na nią jedną noc dłużej w Laten, miejscu naszego pierwszego postoju (ok. 5000 m n.p.m.), a potem nam prawie Ewa padła w czasie przejścia przez przełęcz na 5300 m n.p.m. Na szczęście, potem było już tylko niżej, więc wszystko dobrze się skończyło.

Nie pisałam Ci jeszcze o naszym jaczku, który dźwigał trzy ciężkie plecaki. Chyba to była jaczyca, bo bez rogów i mniejsza. Raz nasz przewodnik, Pupo, podmienił się z jedną Tybetanką na pół dnia, no i ona wypuściła sznurek z ręki i jak nam zwiał w góry. Jurek puścił się za nim w pościg razem z Tybetanką i moim bambusowym kijem. Dopadli go na drugiej stronie góry. Wtedy mój kij bambusowy, wieziony jeszcze z Chin i doskonale służący mi jako kijek teleskopowy, został połamany na tyłku jaka. Nieodżałowana strata.

Pupo musiał zostać w namiocie nomadki, by przyrządzić głowę jaka, którą do tej pory nosił w worku. Uznał pewnie, że jeden dzień dłużej i się zepsuje. Przeciął ją na pół, oddzielając górną szczękę od dolnej. Wyraźnie widzieliśmy jęzor i zęby. Przy nosie miał nawet resztki sierści.

W Laten nocowaliśmy w obrębie zabudowań gospodarskich Pupo. Mieszkaliśmy wśród pół-nomadów. Pół-, bo wypasają oni swoje stada, wypędzając je tylko na dzień, by wieczorem sprowadzić z powrotem. Mieszkają w domach zbudowanych z kamieni o bardzo charakterystycznym kształcie – trapezu z flagami modlitewnymi w rogach na dachu. Kupiliśmy od tych Tybetańczyków najpyszniejsze na świecie mleko jaka, a Tybetanka specjalnie na nasze zamówienie upiekła placki. A potem to zrobiliśmy się punktem medycznym, bo najpierw przyszła babka po lekarstwa na brzuch i wymioty, następnie facet chciał coś na grzybicę stóp. Według Tybetańczyków byliśmy skarbnicą wszystkiego.

Prawdziwi nomadzi żyją w namiotach z dziurą w dachu, przez którą ulatuje dym rozpalony na środku z kup jaków. Przemieszczają się z tymi namiotami i swoimi stadami. Na następnym postoju, w Bartso odkryliśmy taki namiot w pobliżu rzeki, choć wieczorem jeszcze go nie było. Byliśmy u nich w środku. Siedmiu wspaniałych, z których czterech przynajmniej wyrabiało wełnę z sierści jaka. Mężczyźni! Poza tym nie wiem, dlaczego w Europie używa się do tego tak skomplikowanych urządzeń jak kołowrotek. Oni mieli tylko kawał patyka. Bardziej zaawansowani korzystali z nacięć na tym kawałku drewna. Wtedy wełenka wychodzi cieńsza i bardziej zbita.


Ci mężczyźni wciągali też tabakę. Wiozę Ci do spróbowania tybetańską tabakę i gwarantuję, że po jej zażyciu puścisz dym uszami. Tybetańczycy wypuszczają dym ustami. Spróbowałam tego specyfiku. Jak ją wciągnęłam przez lewą dziurkę, to mnie tak odrzuciło, jakby bomba wybuchła obok, poczułam jak biegnie kanałami do czoła i zakręca za uchem. Na początku nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia. Potem mi minęło, ale zaczęły się inne reakcje: kręcenie w głowie, nieskoordynowane ruchy, atak śmiechu i wrażenie, jak po dobrym upaleniu.

Właśnie przyszedł Tybetańczyk, usiadł u wejścia do namiotu i obserwuje. Na początku mieliśmy cierpliwość zajmowania się nimi, niejako oprowadzaliśmy ich po naszym domu, czyli namiocie z bałaganem na zewnątrz, teraz trochę ich zaniedbujemy, bo musielibyśmy robić to bez przerwy, nie mając czasu na nasze sprawy.

Tybetańczycy przychodzą w pobliże naszych namiotów i są wszystkiego ciekawi: oglądają karimatę, maszynkę do gotowania, menażki. Trzy mniszki z Dorjeling wybebeszyły moją kosmetyczkę do dna. Musiałam im tłumaczyć, do czego służą tampony, patyczki do uszu, waciki, które używam do mleczka kosmetycznego. Zazwyczaj odbywa się rytuał oglądania zdjęć z przewodnika lub naszej książki o Tybecie. Tybetańczycy wskazują otwartą dłonią na obrazki (nie palcem) i powtarzają słowo w słowo to, co mówimy, nawet jeżeli wtrącimy polskie słowa. Nauczyliśmy się, że trzeba zachowywać się normalnie, gdy oni przysiadają na ziemi i nas obserwują. Ewa zrobiła mi zdjęcie, jak się myję tylko w majtkach w strumieniu, a jedna mniszka siedzi w kucki obok mnie i się patrzy. Ta sama mniszka wydębiła ode mnie majtki po dwóch dniach noszenia! I tak miałam je wyrzucić, a że chciała, to jej dałam. W zamian umyła mi menażki, które też od dwóch dni nosiłam brudne w plecaku.

Tybetańczykowi podałam książkę o Tybecie. Ogląda.


        
4. września 2002 r., jeszcze Nam-co

Właśnie zajadam tsampę na śniadanie, podstawowe pożywienie Tybetańczyków, mąka wymieszana z masłem. Kupiłam ją wczoraj. Można niewiele zjeść na raz, taka jest zapychająca. Najlepsze są jednak jogurty z mleka jaka. Niestety, załapałam się na nie tylko w pierwszym dniu pobytu nad Nam-co. Od trzech dni ich już nie ma.
Tuż nad nami pod skałami, obok klasztoru (klasztor w jaskini, tylko zewnętrzna fasada dobudowana), są trzy restauracje. Ewa i Jurek chodzą do nich namiętnie, ja im towarzyszę i czasem na coś się skuszę, choć moje sumienie globtrotera się burzy. Mam jeszcze zupki chińskie w plecaku (prawdziwe z Chin), a ja zajadam się oberżynami i to w tak drogim i turystycznym miejscu. Ale jedną, najmniej uczęszczaną, knajpkę mamy zaprzyjaźnioną. Tą, w której był jogurt w pierwszy wieczór, ale tak to specjalnie nic nie mają. Za to zaraz jak wchodzimy pani robi nam cały czajniczek herbaty jaśminowej i przez wieczór ją sobie sączymy. Rozdaje nam też cukierki, a my zamawiamy prażone orzeszki, które po jednym wyjadamy z talerza pałeczkami. Najważniejsze jest to, że jest tam ciepło (piecyk na środku pomieszczenia) i dobre światło (można nawet pisać). Jurek kupuje Lhasa Beer i rozlewa do trzech szklaneczek. Darku, jest to najlepsze piwo, jakie piłam! Cały czas mnie kusi, żeby jedno zapakować do plecaka i Ci przywieźć, ale musiałabym je wozić jeszcze przynajmniej przez cztery tygodnie. Nie wiem, czy dam radę, a poza tym mam już wiele rzeczy, które wiozę jeszcze do Pekinu.

 

Restauracje i cała infrastruktura turystyczna znajduje się niedaleko skał. Po jednej stronie jeziora góry, po drugiej skały. W tych skałach, w jaskiniach mieszkało kiedyś mnóstwo pustelników, ale ich Chińczycy przepędzili. Widziałam może jednego mnicha.
    
Tabakę próbowałam w kolejnym miejscu naszego postoju. W raju na ziemi, w Dorjeling. Jakie to było piękne miejsce! Po górach, śniegu, deszczu, zimnie i kamieniach nagle przed nami odkryła się w dole zielona dolina tonąca w słońcu, z mniszkami piorącymi w strumieniu.

 

Cudowna pogoda, my rozbici nad rzeką, mniszki schodzą się na nas popatrzeć i przyjeżdża piękny Kama na koniu – mój imiennik. Musisz mi wybaczyć tę moją platoniczną miłość tybetańską. Nie potrafię się oprzeć nomadom z Khamu w warkoczach wokół głowy i czerwonej opasce wplecionej we włosy. Tybetańczycy z Khamu są wielcy i potężni. Kama nie był z Khamu, był niższy ode mnie o głowę, ale też miał warkocz i przepaskę. Tak naprawdę przypominał Ciebie. Bardzo młody, lat 21, ale bardzo obrotny palacz papierosów. Nasze drogi dziwnie się splatały. On nas miał prowadzić na początku przez góry. Tylko że my zostaliśmy jedną noc dłużej w Tsurpu, a on wyruszył wcześniej. W każdym razie spotykamy się znowu w Dorjeling. Był nawet u mnie w namiocie. Nie wiem, jakby to się skończyło, gdyby nie przyszedł z kolegą. To właśnie on dał mi do spróbowania tybetańską tabakę. Kama znał nawet kilka słów po angielsku, więc jakoś mogliśmy się dogadać. Ale z Tybetańczykami, którzy mówią tylko po tybetańsku (nasz przewodnik) też się rozumiemy.

Piękny dzień został zakończony wizytą w klasztorze. Mniszki wprowadziły nas do sali, w której odbywały się modły. Było zupełnie ciemno, paliła się tylko jedna lampka maślana i z ciemności dobywały się głosy. Baliśmy się ruszyć. Trzy szalone mniszki, poznane przez nas już wcześniej, zaprowadziły nas dalej po ciemku. Cały czas się śmiały i częstowały słonecznikiem.

A rano okazało się, że do raju wkroczyło wojsko chińskie i urządziło sobie w pobliżu poligon. Rano zaczęły przejeżdżać drogę za strumieniem ciężarówki. Mniszki nie kazały nam się tam patrzeć. Już dzień wcześniej na migi próbowały nam pokazać, żeby nie robić zdjęć, bo ktoś patrzy przez lornetki i w kajdankach zaprowadzi nas do Lhasy. Zrozumieliśmy, o co chodzi. Przez wojsko nie mogliśmy iść zaplanowaną trasą, tylko okrężna była dostępna. Wystąpił problem z przewodnikiem (rozstanie z Kamą), więc wynajęliśmy na dalszą drogę pojazd kosmiczny, czyli traktor tybetański.

Kiedyś, jak Ewa źle się czuła, Pupo, bardzo staranne na papierze wyrysował coś, co wtedy w środku gór, zinterpretowaliśmy jako UFO. Okazało się, że on proponował nam wynajęcie traktora! Pojazd ten zamiast kierownicy ma wajchy i przyczepę, w której idealnie mieszczą się plecaki, my i autostopowicze tybetańscy, jeżeli takowi się znajdą na drodze. Traktorem jechaliśmy do Jangpaczen-gompa, czyli klasztoru. Potem następnym do Jangpaczen-miasteczka.

Po raju w Dorjeling, wędrówce po niemal dziewiczych górach, Jangpaczen zrobiło na nas przygnębiające wrażenie. W Tybecie otoczonym górami nagle wyrastają jakieś fabryki, wieże wiertnicze, kominy. Oczywiście wszystko chińskie. Nie mogliśmy jakoś przestawić się z życia nomadów na tak nagły industrial.

Tylko że właśnie w tej miejscowości Chińczyk, nauczyciel, zaprosił nas do swego domu na nocleg. Za darmo. I jeszcze kupił nam całą reklamówkę pyzowych bułek, które tu jedzą. Świat nie jest nigdy czarno-biały.

Rano złapaliśmy busik z Jangpaczen do Damxung, a potem stopa z Damxung do Nam-co. Sześćdziesiąt kilometrów przez przełęcze, góry i hale.

    
Tego samego dnia, godz. 12.30.

Zwinęliśmy już namioty, zjedliśmy śniadanie i teraz czekamy na transport. Mnóstwo tu jeepów z japońskimi wycieczkami, ale te przeważnie nie mają miejsc. Znalazłyśmy z Ewą ciężarówkę, która przyjechała tu z zaopatrzeniem i jeżeli dobrze się dogadałyśmy na migi, to o 14.00 jedziemy na pace.

Najbardziej podoba mi się to, że kpimy sobie z chińskiego zakazu indywidualnego poruszania się po Tybecie. Jedziemy, dokąd chcemy, jak chcemy i rozbijamy namioty, gdzie nam się podoba. Jak na razie jest to możliwe w okręgu Lhasa, nie wiadomo, co będzie, jak zachce nam się pojechać na przykład do Szigatse.


    
13. września 2002 r.

Dareńku, nie zdążyłam nic dopisać, a list muszę oddać Jurkowi. Jesteśmy teraz w Szigatse, a daliśmy radę też dotrzeć do Gjance i po drodze spaliśmy w wiosce Szalu z klasztorem. Wszystko bez pozwoleń.



Pozdrawiam, całuję.

Kamila

 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...