Serce zostało w...
... Azji. To mój drugi świat, gdzie czuję się jak w domu. Najważniejsze są Himalaje i Tybet, ale też surowe góry Afganistanu i Pakistanu oraz Iran. Uwielbiam także indyjskie klimaty. Również Bhutan i Hunza, to miejsca, gdzie mógłbym zamieszkać na stałe.
Niezapomniany dzień mia miejsce w... w stolicy Kaszmiru, Srinagarze, w 1984 r., gdy z zaprzyjaźnionym Niemcem, Hatto oglądaliśmy unikalne dywany z całej Azji. Znam się nieco na tym, natomiast on jest międzynarodowej klasy ekspertem aukcyjnym w tej branży. Gdy sprzedawcy w sklepie zorientowali się, z jakim specjalistą mają do czynienia, zawieźli nas do największego w Kaszmirze handlarza dywanami. Siedzieliśmy cały dzień w jego prywatnej rezydencji, oglądając kolejne, coraz wspanialsze zabytkowe okazy. Niektóre z nich były takimi unikatami, że najlepsze muzea ich nie mają. A my ucztowaliśmy, siedząc na tych dywanach, jak bohaterowie "Baśni tysiąca i jednej nocy". Dla gospodarza nie miało znaczenia, że nic nie kupimy. Liczyło się to, że ma gości, którzy doceniają jego kolekcję. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby Hatto kiedyś do niego wrócił, aby kupić np. XVIII-wieczny dywan typu Teheran, jeden z czterech na świecie…
Mój ulubiony hotel to... Olthang w Paro w Bhutanie, jeden z najstarszych hoteli w tym kraju. Powstał w 1974 r. dla gości przybyłych na koronację króla Dżigme Singye Łangczuka. Leży na wzgórzu z pięknym widokiem na dolinę, wśród starego lasu sosnowego o powierzchni ok. 28 akrów. Zarówno główny budynek hotelowy, jak i kilkanaście małych domków bungalowów zbudowano w tradycyjnym bhutańskim stylu - z kamieni i pięknie rzeźbionego i polichromowanego drewna. Całe wyposażenie, czyli meble, tkaniny, dywany - to tradycyjne bhutańskie rzemiosło. Ostatnio, niestety, nie mogłem w nim znowu zamieszkać, bo był w remoncie po zmianie właściciela, ale mam nadzieję, że w tym roku będzie znowu co najmniej tak sympatyczny jak dawniej.
Niebo w gębie poczułem w... w małym hoteliku leżącym u stóp starego pałacu władców Hunzy w Karimabadzie w Karakorum. Obiad ugotowany przez kucharza właściciela i podany wszystkim, czyli kilku turystom, przy wielkim wspólnym stole składał się z wielu wspaniałych dań. Były gotowane, duszone i smażone jarzyny, ryż, baranina i kurczak oraz ryby wyłowione z rzeki Hunza. Nie miało dla mnie znaczenia, jak się co nazywało i jakie dokładnie były składniki. Wszystko było genialnie doprawione i zrównoważone. Oprócz tego zawsze miło wspominam kuchnię bhutańską. Lubię też knajpki w Katmandu, gdzie każdy może wybrać coś smacznego z wielu kuchni świata.
Wymarzony cel podróży... Mam trudne do zrealizowania marzenie, by przejść wzdłuż całe Himalaje wysokimi przełęczami - od przełomu Tsangpo na wschodzie aż po Nanga Parbat w Pakistanie. Oprócz tego chciałbym wejść to Sanktuarium Nanda Devi w Himalajach Garhwalu. To jednak jest teraz niemożliwe, bo od dawna jest to ścisły rezerwat. Pragnę też wrócić do Chitralu, górskiej krainy między lodowymi siedmiotysięcznikami Hindukuszu Wysokiego i sześciotysięcznymi szczytami Hinduraju. Ciągnie mnie także do górnego Swatu, gdzie są jeszcze wysokie, boczne doliny, w których nigdy nie było obcokrajowców. Na razie jednak ze względu na bazy Al Kaidy i sytuację polityczną lepiej nie ryzykować. A szkoda, bo kocham ten mało znany górski region zamieszkały przez wspaniałych, gościnnych pakistańskich górali.
Festiwal Ura - widownia na schodach gompy.
Fot. arch. Marek Kalmus
Nigdy więcej nie powrócę do... Staram się nie używać słowa „nigdy”, co najwyżej w kontekście: „Nigdy nie wiadomo…”. Myślę jednak, że raczej nie pojadę do czarnej Afryki. Zupełnie jej nie czuję. Lubię natomiast Maroko, które ma bardzo azjatyckie klimaty. To jedyny kraj poza Azją, który naprawdę mnie kręci.
Na wyprawę zawsze zabieram... aparat fotograficzny. Od ponad 30 lat jest to niezawodna lustrzanka dwuobiektywowa Rolleiflex z 1938 r., na której robię slajdy formatu 6x6. Nigdy mnie nie zawiodła. Od kilku lat używam także aparatu cyfrowego, ale ta technika strasznie demoralizuje - robi się tysiące zdjęć z nastawieniem, że „potem się coś wybierze”. Slajdy 6x6 wymagają namysłu i skupienia się, dzięki czemu większość zdjęć jest od razu dobra.
W Polsce lubię... Kraków oraz Hubę, maleńką podhalańską wioskę leżącą wysoko na południowych stokach Gorców, ze wspaniałym widokiem na Tatry, Pieniny i Jezioro Czorsztyńskie. Dzielę swój czas na mieszkanie w Krakowie i właśnie tam, w starej drewnianej gazdówce. Na Hubie spędzam też wakacje, gdyż tu naprawdę odpoczywam, dużo czytam, a pisanie samo mi przychodzi... Natomiast podróże traktuję jak część codziennego życia, a nie wakacje.
not. Kamila Gruszka
Marek Kalmus – uczestnik około trzydziestu wypraw w góry Turcji, Iranu, Hindukusz, Karakorum, Himalaje i do Tybetu, alpinista i przewodnik tatrzański. Geolog, filozof i dr religioznawstwa, badacz kultury tybetańskiej. Od 20 lat organizuje kursy medycyny chińskiej.
Wywiad z cyklu "Serce zostało w..." ukazał się w "Turystyce", dodatku "Gazety Wyborczej". z dn. 8-9 marca 2008 r.

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
