Słońce przypiekało mocno. Stałam na wzgórzu wystawiona na jego promienie. W dole życie toczyło się leniwie w małej wiosce południowego Maroka. Drogę przebiegł kot, ktoś zmierzał rowerem w kierunku gaju palmowego, osiołek cierpliwie znosił ciężar swojego pana.
Nie byłam sama. Obok mnie tkwił bez słowa mój mały przewodnik, który samozwańczo się nim mianował, widząc mnie wędrującą na spotkanie świątobliwego męża. Na szczycie pagórka stała budowla, która już z dala intrygowała kształtem – mały budynek zwieńczony kopułą. Wnętrze kryło szczątki muzułmańskiego świątobliwego męża, zwanego marabutem. Tak też nazywano te budowle. Chłopczyk bez słowa pokazywał mi resztki twierdzy znajdującej się w pobliżu i kamienny cmentarz – odłupane kawałki skał wbite na sztorc w ziemię.
Wioska znajdowała się z dala od szlaków turystycznych, nie wspominały o niej przewodniki. Znalazłam się tam, bo właśnie dotąd najdalej na południe dojeżdżał autobus. Chłopczyk zupełnie bezinteresownie dołączył do mnie, nie żądając za usługi przewodnickie zapłaty. Jego piękne ciemne oczy wpatrywały się we mnie ciekawie. Z wdzięcznością przyjął ode mnie kilka cukierków.
Dzieci marokańskie ze swoją ciemną karnacją i ogromnymi oczami wygrywałyby zapewne każdy europejski casting na chętnych do reklamy dziecięcej. Ich mamy ubrane w długie suknie i nierzadko zasłaniające szczelnie twarze niechętnie pozwalały się fotografować. Dzieci przeciwnie. Stanowiły wdzięczny temat kompozycyjnych wariacji, choć często kończyło się to wyciągnięciem ręki po zapłatę. Szczególnie w dużych miastach. Sytuacja taka zdarzyła mi się w Marakeszu.
Niemal cały dzień zajęło mi włóczenie się bez celu uliczkami targowymi tzw. sukami. Stanowią labirynt wciągający nieprzygotowanych na to turystów. Atrakcyjne towary we wszystkich możliwych kolorach przyciągają wzrok. Przechodzi się od stoiska z misami do straganu z pantoflami, zostawia na boku materiały i arabskie suknie, drugą rękę wyciągając po srebrne ozdoby. Owoce, przyprawy, dzbanki na marokańską herbatę z miętą – bywa, że jest się częstowanym przez zaradnych kupców tymi wszystkimi specjałami.
Krążąc już dłuższy czas po marakeskich sukach, zastanawiałam się, jak odnajdę drogę wyjścia. Niespodziewanie uliczki zakończyły się placem. Zupełnie przypadkowo udało mi się trafić do zabytkowej części Marakeszu z ciekawymi meczetami (niewiernym wstęp wzbroniony!) oraz medresami – dawnymi szkołami koranicznymi. Młody Marokańczyk przysiadł naprzeciwko wejścia do medresy-muzeum tuż pod napisem po arabsku, powtórzonym niżej łacińskimi literami: MEDERSA BEN YOUSSEF. Może urwał się z zajęć? – pomyślałam mieszając czas przeszły z teraźniejszym. Oświetlało go zachodzące słońce, wydobywając przy tym czerwoną barwę z murów budowli. Cały Marakesz jest czerwony, bo taka jest tu ziemia, z której bierze się budulec do budowy. Dawniej mury budowano z piasku wymieszanego ze słomą. Obecnie metody unowocześniono, ale nowe bloki o zachodzie słońca także płoną purpurą.
Cała scena kusiła, by uwiecznić ją na zdjęciu. Chłopiec patrzący w bok zdawał się nie zauważać moich manewrów z aparatem. To były tylko pozory! Jak tylko pstryknął przycisk, ocknął się ze snu i rozpoczął swoją śpiewkę: one dirham, one dirham, one dirham... Nie dał się przekupić gumą ani cukierkami. Kwoty żądał niewielkiej, jednak podróżując, staram się nie stosować jałmużny wobec lokalnych mieszkańców. W ten sposób czyni się z nich żebraków, wierzących, że biały ma więcej i tylko czeka, by się tym z bliźnim podzielić. Niestety w turystycznych miejscach jest to walka z wiatrakami.
One dirham - tyle kosztowało nas to zdjęcie.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
W wąwozie Todra skalne ściany mają kilkadziesiąt metrów wysokości. Od niedawna miejsce to stało się mekką wspinaczy, od wielu lat przyciągało turystów przyjeżdżających tu na dzień lub dwa. Nad rzeką wyrastają luksusowe hotele, restauracje uatrakcyjniają piknik zmotoryzowanym zamożnym wycieczkowiczom. Pod skałami ciągną się stragany: wielbłądy, fajki wodne, metalowe lampy to atrakcyjne pamiątki z wakacji. Dzieci doskonale wiedzą, że wyjeżdżając w podróż zabiera się ze sobą dużo pieniędzy, co więcej – ma się zamiar je wydać. Chętnie popozuję ci do zdjęcia... za pieniądze – mówił gest chłopczyka, pastuszka. Przepędził właśnie stado kóz przez drogę. Zwierzęta zeszły z gór do wodopoju. Miał rację – w końcu to byli jego podopieczni i fotografowanie ich bez pozwolenia było dużym nietaktem.
W górach było inaczej. Tam wszyscy żyli bliżej natury. W Wysoki Atlas nie tak często zapuszczali się turyści, więc jak już się pojawili, stanowili nie lada atrakcję. Dziewczynki wygodnie podróżujące na osiołku zerkały nieśmiało na nas, wędrujących z wielkimi plecakami. Po co się tak męczą? – zastanawiały się pewnie. Przecież można wygodnie przemieszczać się na ośle... Pokornie schylone głowy kłapouchych zdawały się tej oczywistej prawdzie przytakiwać. Wędrowałam razem z mężem i marokańskim przyjacielem-przewodnikiem w poszukiwaniu berberyjskich wiosek.
Osiołek - podstawowy środek tranpostu w górach.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Zabudowań berberyjskich widzieliśmy dużo. Wśród nich również szkoły, wyróżniające się nowoczesnym kształtem na tle glinianych budowli. Na dachu łopotała marokańska flaga. Tak naprawdę jednak domyślaliśmy się funkcji tychże budynków po odgłosach z nich dochodzących. Ala ma kota, kot ma Alę – wypowiadane chórem marokańskie odpowiedniki pierwszych zdań z elementarza unosiły się wysoko ponad palmy obwieszone daktylami. Podręczniki uczyły ile marokańskich herbat z miętą można zrobić z jednego dzbanka albo ile porcji siana zje osiołek.
Nie wszystkie dzieci szły do szkoły każdego dnia. Syn Berberki, u której zatrzymaliśmy się na posiłek, został w domu, bo musiał pomóc matce. Córki przyniosły herbatę, pieczywo w koszyku i oliwę w miseczce. Maczaliśmy chleb w półmisku, doceniając prosty smak tego skromnego poczęstunku. Wcześniej nad misą umyliśmy ręce wodą laną z dzbanka. Tak każe obyczaj. To mój najstarszy syn i mąż – przewodnik tłumaczył słowa Berberki. Na ścianie wisiały ich portrety. Pracowali w mieście, gdzie mogli zarobić wiele więcej, ona pilnowała gospodarstwa. To moja córeczka – wyciągnęłam zdjęcie Dominiki w rewanżu za opowieść. Kobieta niespodziewanie porwała je i ucałowała kilka razy. Jej oczy szczerze śmiały się do mnie.
W gościnie u Berberów.
Fot. arch. Kamila i Darek Gruszka
Żałowałam, że nie znam francuskiego. Na pewno dowiedziałabym się wiele ciekawych rzeczy od spotykanych na drodze maluchów. Uczyli się oni języka dawnych kolonizatorów od pierwszych lat spędzanych w szkole, dopiero szkolnictwo wyższe wprowadzało naukę angielskiego. To jest okno, tam są drzwi, mam się dobrze – pozornie bezsensowne zdania, wypowiadane przez biegnące za egzotycznymi przybyszami dzieci z górskiej wioski, posiadały głębsze znaczenie: dzieciaki po prostu chciały nawiązać z obcymi kontakt. Wypowiadają zdania, których nauczyły się na pamięć w szkole – tłumaczył ten dziwaczny sposób zaczepki przewodnik. W ich małych główkach tkwiło głębokie przeświadczenie, że każdy obcokrajowiec, przybywający do ich kraju, mówi po francusku. Cierpliwie więc odpowiadałam wszystkim spotykanym przeze mnie na drodze małym Marokańczykom: Bonjour!, Ça va!
Spędziłam pewnego dnia bardzo miłe popołudnie w wiosce otoczonej wypaloną ziemią. Pustynia kojarzy nam się ze złocistym piaskiem, ale w Maroku taki rodzaj zajmuje niewielki procent powierzchni kraju. Raczej dominuje tu kamienna hammada lub po prostu suchy teren bez odrobiny zieleni. W górach jedyną roślinnością były kolczaste drzewa arganiowe, przysmak kóz. Zdeterminowane zwierzęta w poszukiwaniu pożywienia potrafiły wspiąć się na sam ich czubek. W terenie nizinnym, tak jak w wiosce koło Taty, spotykało się palmowe oazy. Siedziałam pod palmą daktylową na zielonej trawie, choć parę kroków dalej palące słońce wysuszało wszystko na wiór. Marokańczycy dbają o żyzne skrawki ziemi i wykorzystują źródła wody do nawodnienia większych obszarów. Domy buduje się obok oaz, by nie marnować życiodajnych terenów. Widziałam więc stamtąd, wznoszącą się na wzgórzu, wioskę do złudzenia przypominającą twierdzę. Budowle wyrastały jedna nad drugą, a mury ciągnęły naokoło. Może dlatego domy wydawały się tak niedostępne, bo na zewnątrz nie posiadały okien? Życie marokańskiego domostwa skupia się na dziedzińcu i to właśnie na wewnętrzny plac zazwyczaj wychodzą otwory okienne. Labirynty uliczek, zaciszne zaułki, schody prowadzące w górę wioski – wszystko to utrwalałam w pamięci cyfrowego aparatu. Czekając na lokalny autobus, który zabrałby mnie w drogę powrotną, z wielką ciekawością przyglądałam się dzieciakom wracającym ze szkoły. One mnie również. Zsiadały z rowerów, porzucały torby i ciągnęły za rękawy przyjaciół, przybliżając się coraz bardziej w moim kierunku. Tym razem nie było w pobliżu nikogo, kto by tłumaczył nasze rozmowy. Pomyślałam, że najlepiej przemówią obrazy. I faktycznie. Zdjęcia oglądane na małym ekraniku aparatu spowodowały niesamowity wybuch radości. To mój dom, to ja tam mieszkam, to droga obok sklepu, to meczet – zdawały się rozpoznawać znajome kąty. Gdy autobus ruszał z przystanku, długo jeszcze machały mi na pożegnanie.
Po raz pierwszy podróżowałam po kraju arabskim. Ciekawiły mnie nowe zwyczaje, z przyjemnością obserwowałam życie codzienne małych wiosek i dużych miast. Wdychałam zapachy i delektowałam smakami. Mimo różnic między kulturą kraju północnoafrykańskiego i europejskiego miałam nieodparte wrażenie, że jest też wiele podobieństw, czy wręcz odnaleźć można sporo uniwersalnych prawd. Dzieci są tak samo ciekawskie i otwarte na nowe doświadczenia w każdym miejscu na świecie. Potrafią się tak samo uśmiechać i wyciągać rękę na przywitanie. Są też bardzo pomysłowe i zaradne, więc jeżeli tylko znajdą sposób, by trochę zarobić, wykorzystują go.
Kamila Gruszka
Za możliwość przetestowania w podróży rewelacyjnych cienkich śpiworów Cocoon chciałabym podziękować firmie Cocon, dystrybutorowi tych produktów w Polsce.
www.cocoon.com.pl
Powyższy tekst ukazał się w czasopismie "Globtroter", nr 18 (19) 2008 (III)

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
