Odwołany lot, zepsuty samolot, zgubiony bagaż...

Odwołany lot, zepsuty samolot, zagubiony bagaż, bomba na lotnisku – to motywy koszmarów sennych, które męczą wielu w noc poprzedzającą wyjazd. Czy to jednak możliwe, żeby zdarzyły się naprawdę i to... podczas jednej podróży? Tak. Poznajcie historię, która może przydarzyć się każdemu.

Nasze plany na wakacje zakładały eksplorację drugiego na świecie pod względem powierzchni kraju – Kanady. Miały być ogromne przestrzenie, wędrówki po pustych górskich szlakach, obcowanie z dziką przyrodą i liczne spotkania ze zwierzętami. I były. Dorzuciliśmy do tego wyprawę w kanu po jeziorze, a w wiosce Odanak spotkaliśmy ich - prawdziwych Indian, mieszkających już nie w wigwamach, ale w normalnych murowanych domach, tyle że z totemami przed wejściem. Nie da się jednak ukryć, że początek tej wspaniałej podróży był koszmarem, całkowicie nie do przewidzenia czy uwierzenia. Żaden element tej historii nie jest zmyślony. Przeczytajcie.

Dziewięć miesięcy wcześniej...

Bilety na samolot kupiliśmy z dziewięciomiesięcznym wyprzedzeniem. To była naprawdę dobra okazja na wakacyjne miesiące: do Montrealu za 1200 zł od osoby. Ceniony przewoźnik. Nic, że z Budapesztu (z południa Polski do stolicy Węgier jest przecież niewiele dalej niż do Warszawy; regularnie kursują autobusy, można też utrafić tanie loty), nic, że z przesiadką w Stambule. Za taką cenę nie można wymagać, by loty były doskonale skomunikowane.

Do podręcznego plecaka spakowaliśmy maty i letnie śpiwory – noc na lotnisku, nawet z dziećmi, nie będzie dla nas wyzwaniem. Jesteśmy przyzwyczajeni do spania w różnych warunkach, a dzieci od maleńkości przywykły do tego, że nie zawsze zasypiały w swoich łóżeczkach. By im i nam było raźniej, namówiliśmy na wyjazd znajomych – rodzinę w czteroosobowym składzie.

Etap: Budapeszt, dzień 1

Do Budapesztu trafiliśmy późnym wieczorem na noc przed wylotem. Następnego dnia spacery po zabytkowej Budzie, odpoczynek na Wzgórzu Zamkowym, podziwianie Dunaju z Baszty Rybackiej - nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności zwiedzenia stolicy Węgier. Na lotnisko trafiliśmy więc nieco na ostatnią chwilę – o 18.30 (samolot miał startować o 20.00).

Podbiegamy do stanowisk odprawy, a tam... pustki. Czyżby wszystkich już obsłużono? - Drodzy Państwo, wasz samolot został odwołany. Musicie udać się do biura waszej linii, by załatwić wszystkie formalności – informuje nas obsługa lotniska. To tam przeniósł się tłum pasażerów. Dołączamy.

Maty przydają się więc już w Budapeszcie, bo w lotniskowej hali urządzamy piknik, czekając na swoją kolej. Co nam zaproponują? Czy zdążymy na lot do Montrealu ze Stambułu następnego dnia? Czy zorganizują dla nas jakiś nocleg i posiłek? Odpowiedzi na te pytania uzyskamy kilka godzin później.

 

Dopiero o 23.00 z biletami przebukowanymi na 9.00 rano wsiedliśmy do autobusu, który powiózł nas ciemną nocą do tajemniczego hotelu „Meriot”, jak jego nazwę wymawiali Węgrzy. Wysadzono nas przed przepięknie oświetlonym budynkiem z odnowioną elewacją. Do transportu bagażu zorganizowano wózki, jakie do tej pory widzieliśmy jedynie na filmach... To był prawdziwy pięciogwiazdkowy Marriott, zlokalizowany w samym centrum! Ostatecznie więc zamiast koczowania przez całą noc na lotnisku w Stambule, wyspaliśmy się wygodnie w najlepszym hotelu w mieście.

Oprócz dwuosobowych pokoi z przepięknym widokiem na oświetlony Dunaj, zapewniono nam także kolację w hotelowym barze – przewoźnik pokrywał rachunek do 7 tys. forintów na osobę (ok. 100 zł). Niestety restauracja była już nieczynna i nie mieliśmy szans na ciepły posiłek, ale przekąski w rodzaju samosów oraz sałatka z rukoli z dodatkiem gruszek, sera i orzechów całkowicie nas satysfakcjonowały. Wieczór zakończyliśmy pokaźną porcją lodów i drinkiem Mojito...

 

Pełna wersja artykułu do przeczytania tutaj:

 

http://podroze.gazeta.pl/podroze/7,114158,19511882,odwolany-lot-zepsuty-samolot-zgubiony-bagaz-bomba-na-lotnisku.html

 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...