Festiwal Filmów Górskich w Lądku-Zdroju w drugiej połowie września zawsze jest dla nas okazją, by nie tylko pooglądać filmy i uczestniczyć w spotkaniach z ludźmi gór, ale także żeby przenieść się w prawdziwe góry - tym razem wybraliśmy Góry Złote.
Pogoda dopisała. Góry Złote mieniły się w promieniach słońca, prawdziwego kruszcu jednak nie znaleźliśmy. Za to ile historii podczas 16-kilometrowej wędrówki poruszyliśmy! O kurierach Solidarności, spotkaniu Havla z Kuroniem, przyczynach wybuchu I wojny światowej, Austro-Węgrach i Prusach, ziemiach odzyskanych itd, itd, a to wszystko tylko z tej przyczyny, że wędrowaliśmy sobie granicą polsko-czeską przeskakując raz na jedną, raz na drugą stronę.
Z Nowego Gierałtowa wbiliśmy się na szlak czerwony odbijający z mało uczęszczanej drogi asfaltowej. Łagodne podejście z tablicami edukacyjnymi kompleksu leśnego wiedzie do Przełęczy Gierałtowskiej. W pewnym momencie znaki porzucają wygodną drogę szutrową i odbijają w prawo w wąską ścieżkę leśną. Można ten moment przegapić (tak jak nam się to przydarzyło), gdyż nic skrętu nie sygnalizuje. A warto do przełęczy dotrzeć, bo przepiękne stamtąd widoki na stronę czeską. Ławeczka zachęca do kompletacji, a tablice poinformują o historii i przyrodzie okolicznych gór. Wiódł tędy kiedyś mocno uczęszczany szlak kupiecki, obecnie zupełnie zapomniany.
Dalej już cały czas będziemy trzymać się zalesionego grzbietu z zarośniętym kamiennym wałem - zastanawialiśmy się, czy to pozostałość dawnej granicy prusko-austriackiej, czy też znak nowszych czasów. Polaków jednak nie posądzaliśmy o taką gorliwość zaznaczania swoich posiadłości. Mijamy kilka kulminacji i mimo że wysokości nie są imponujące, to jednak na podejściach można się zmęczyć: Siwa Kopa 790 m, Czartowiec 944 m, Pośrednia 924 m, Łupkowa 946 m. Czesi wszystkie nazwy szczytów (w swojej wersji językowej) oznaczyli tabliczkami. Po polskiej stronie ograniczono się jedynie do namalowania znaków zielonych (tym szlakiem wędrujemy) oraz przyczepienia symboli trasy przyjaźni polsko-czeskiej, która tędy też wiedzie. To na granicy spotykali się działacze opozycji.
Ponieważ czas nas nieco goni, dni bowiem jesienią są znacznie krótsze, a dzieci też mają swoje ograniczenia jeśli idzie o ilość kilometrów, postanawiamy trasę skrócić i z przełęczy Peklo zejść bezpośrednio do Bielic. Na Kowadło 989 m, do którego nie dotarliśmy, a które byłoby najwyższym szczytem tego dnia, przyjdzie jeszcze pora. Z drugiej strony prowadzi na niego króciutki szlak w porównaniu do tego, co pokonaliśmy. W przyszłości planujemy więc podjechanie pod początek szlaku samochodem i spacer na szczyt w ramach kolejnego pobytu w Lądku Zdroju. A ponieważ wizyty podczas festiwalu niezwykle miło tu wspominamy będzie ich na pewno jeszcze wiele.
Mniej miło będzie nam się natomiast kojarzyć droga powrotna do samochodu. Przyjemnie się wędrowało w górach, natomiast po zejściu do Bielic okazało się, że trasę powrotną asfaltem musimy pokonać pieszo. Droga była tak mało uczęszczana, że przeliczyliśmy się z możliwością złapania stopa. Ostatecznie wyszło nam więc 16 kilometrów trasy, która miała być szybkim wypadem w góry pomiędzy oglądaniem filmów.

Nie dość nam jednak było gór i w niedzielę wcześnie rano wybieram się z koleżanką na trening biegowy bezpośrednio z Lądka - Zdroju.
Wycieczki biegowe to 2 w 1: motywacja do treningu na wyjeździe (to nic, że trzeba wstać o 6 rano!), a jednocześnie możliwość pozwiedzania okolicy.
Dzięki bieganiu można zobaczyć wiele więcej miejsc w krótszym czasie, także takich wcześniej nie znanych. Mimo wielu pobytów w Lądku - Zdroju (aż trudno zliczyć) do XIV - wiecznych ruin zamku Karpień na szczycie Karpiaka (782 m n.p.m.) trafiłam po raz pierwszy. Dalej poruszamy się znowu szlakiem zielonym. Gdyby starczyło nam czasu i sił dotarłybyśmy do Przełęczy Gierałtowskiej tym razem od drugiej strony. Po 10 km zarządziłyśmy jednak odwrót. By urozmaicić sobie nieco widoki, powrót zaplanowałyśmy przez jak zwykle fascynujące Skały Lądeckie (modyfikacja już przy samym Lądku - Zdroju). Na śniadaniu zameldowałyśmy się po 20 km przed 10.00 rano.
W Lądku – Zdroju zawsze mamy dylematy, czy zaliczać kolejne punkty programu imprezy, czy zwiedzać okolicę lub zdecydować się na wędrówkę w górach. To bardzo ciekawy rejon, do którego jak przyjeżdżamy mamy wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w innym świecie, a na pewno na końcu naszego. Tu trzeba dotrzeć specjalnie, nigdy nie jest po drodze, a dziwną energię związaną z zadziwiającą historią tych miejsc, szczególnie tę powojenną, można wyczuć niemal namacalnie. Tym razem udało się pochodzić po Górach Złotych, co następnym razem?

Nasze dzieci na wycieczki chodzą zawsze ubrane w odzież Regatta. Marka ma bardzo duży wybór odzieży outdoorowej dla dzieci i do tego w przyjaznych cenach!
(kg)

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
