Dachy staniąteckiego klasztoru, które zwykle widzę z okien, toną w mgle. Niebo w idealnym odcieniu szarości. Taka uroda terenów koło Krakowa, że bywają dni, gdy musimy się oddać we władanie smogu. Wzdycham więc z żalem, wspominając jeden z weekendów października, który spędziliśmy całą rodziną w Gorcach. Postanowiliśmy wtedy za namową znajomych wjechać na Turbacz... kolejką.
Nie..., wcale nie powstała na terenie Gorczańskiego Parku Narodowego nowa inwestycja. Postanowiliśmy wykorzystać funkcjonującą już - nie tylko zimą - kolejkę krzesełkową stacji narciarskiej Koninki. Pozwoliło to nam zaoszczędzić trochę czasu i sił w nogach na wspinanie się pod górę z dziećmi szlakiem zielonym na Obidowiec i dalej na Turbacz (1310 m). Poza tym stanowiło dodatkową atrakcję dla najmłodszych uczestników wycieczki. Na górę wjeżdżają pojedyncze krzesełka i dzieci muszą samodzielnie siedzieć zawieszone wysoko nad ziemią, pamiętając o odpowiedzialnym zamknięciu zabezpieczenia przed sobą, a następnie - przy wysiadaniu - o zwolnieniu blokady i wyskoczeniu z cały czas poruszającego się krzesełka. Młodsze dzieci można wziąć na kolana, choć to też ciekawy manewr dla rodziców, którzy dodatkowo jeszcze starają się zmieścić w małym krzesełku z plecakiem. Było ciekawie!
Kolejka rusza z Koninek za Porębą Wielką - należy jechać do końca drogą. Samochód zostawiamy na parkingu, na którym wita nas reklama ośrodka walki z uzależnieniami: „Zapewniamy pełną dyskrecję”. Do kolejki idzie się obok ośrodka. Wyobrażam sobie, jak dyskrecja ta wygląda zimą, gdy parking okupują tłumy narciarzy. Zapowiadał się ładny dzień, więc nawet jesienią dyskrecja była nieco ograniczona - tyle osób wybrało się na gorczańskie szlaki.
Poza sezonem zimowym kolejka jest czynna w godzinach 9-16.00. Kosztuje 12 zł za osobę dorosłą i 10 zł za dziecko. Opłaca się wykupić bilet w obie strony, ale my nie zamierzaliśmy wracać tą samą trasą. Tego dnia zrobiliśmy pętlę z Koninek przez Tobołów, gdzie wjechaliśmy kolejką, następnie już pieszo udaliśmy się na Obidowiec, gdzie porzuciliśmy szlak zielony na rzecz czerwonego, prowadzącego prosto przez szczyt Turbacza do schroniska.
Gorce to moje ulubione góry po drodze w Tatry. W przeciwieństwie do większości szlaków Beskidu Wyspowego, do którego mamy najbliżej, a gdzie głównie wędruje się lasem, mają mnóstwo punktów widokowych, z których nierzadko widać nasze najwyższe polskie góry. Łąki zachęcają do przysiądnięcia na chwilę, choć zazwyczaj te chwile wydłużają się w czasie – tak jest pięknie. Tym razem też cieszymy się piękną pogodą i nie spiesząc się zmierzamy do celu. Dzieci wcale nie trzeba motywować, bo same się nakręcają. Droga na szczyt upłynęła im na zabawie w „heroesy” (kto ma dzieci, ten wie, o co chodzi). „Może ja też bym się pobawiła, to szłoby mi się łatwiej” - komentowała jedna ze starszych turystek, widząc energię naszych pociech wbiegających pod górę.
Przystanek w schronisku na Turbaczu to punkt obowiązkowy. Zupa borowikowa, moskole, żurek, pierogi – wszystko przepyszne i warte polecenia. Ale trzeba jeszcze wrócić. Nie możemy przecież zapomnieć, że jesienią dzień jest znacznie krótszy. Wybieramy szlak niebieski i idziemy przez Halę Turbacz z kapliczką poświęconą Karolowi Wojtyle, który w tym miejscu po raz pierwszy odprawił mszę św. zwrócony przodem do wiernych, zapewne podczas jednej ze swoich wycieczek górskich z młodzieżą. Droga w dół upływa szybko. Nawet nie zauważamy kiedy przemykamy przez Czoło Turbacza (1259 m) i Suchy Groń (1043 m). W pewnym momencie robi się dość stromo i cieszymy się, że nie wybraliśmy tego wariantu na podchodzenie, bo nawet schodzenie jest mało wygodne.
Zaczyna się ściemniać, a my mamy jeszcze trochę do celu. Nieodpowiedzialni rodzice? Nie, to kolejna frajda dla dzieci! Wyciągamy z plecaków czołówki oraz latarki i wędrujemy zaopatrzeni w dobre oświetlenie. Na szczęście żaden zwierz nam na spotkanie nie wyszedł.
Kilkanaście kilometrów w górach na naszych dzieciach nie zrobiło specjalnego wrażenia. Dopisała piękna pogoda i świetne towarzystwo. Szczerze polecam taki wariant wycieczki na Turbacz rodzicom z dziećmi!
(kg)

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
