kronika rodzinna
2015-09-27
POLSKA: Od zmierzchu do świtu po Beskidzie Wyspowym

Słońce zaszło o 18.59. Dokładnie wtedy około 150 osób wystartowało w marszu upamiętniającym generała Nila i jego działania w czasie wojny w Beskidzie Wyspowym. Wśród nich byłam też ja - namówiona przez kolegę, weterana tychże zawodów, który uczestniczył w nich od pierwszej edycji. W tym roku odbyła się czwarta.

 

Czy biegania lub nawet maszerowania nocą po górach trzeba się bać? Ja odczuwałam lęk. Kilka lat wcześniej zrezygnowałam z innych zawodów, bo start zapowiedziano na 3 w nocy. Nie miałam wtedy obycia sprzętowego, jeśli chodzi o bieganie z czołówką, bałam się samotności na trasie, tego, że zabłądzę, zgubię szlak, napotkam jakieś zwierzęta. Z tych samych względów przerażeniem napawały mnie starty w długich biegach – tzw. ultra, dla których typowe są starty nocne. Na razie jeszcze nie brałam ich pod uwagę w zbyt bliskiej odległości czasowej, ale wiedziałam, że obrana przeze mnie ścieżka biegowa kiedyś do nich doprowadzi. Owszem, nieraz chodziłam nocą po górach, nawet wysokich. Ruszaliśmy w nocy na zdobywanie szczytów: Piku Lenina, Elbrusa, Kazbeka. Wtedy jednak zawsze ktoś był obok mnie, a bieganie to jednak sport indywidualny. No chyba, że biegnie się w Biegu Rzeźnika – wtedy odległość między partnerami nie może być większa niż 100 metrów.

 

W Niepołomicach biegamy razem, w grupie biegowej, do której każdy wnosi swoje pomysły, energię i motywuje innych do rzeczy, na które nie wpadłoby się samemu. Pewnego więc dnia namówieni przez Marcina ruszyliśmy niewielką grupką w góry na nocny trening na trasie Kamiennik-Kudłacze-Myślenice. Były to mniej więcej te same okolice, którędy przebiega trasa marszu Śladami Generała Nila. Muszę przyznać, że trening ten był dla mnie kamieniem milowym, jeśli chodzi o moje bieganie. Okazało się bowiem, iż bieganie nocne ma bez wątpienia swoje zalety. W zasięgu światła mamy tylko mały fragment szlaku przed sobą, więc do naszej świadomości nie docierają myśli o tym, jakie góry są do pokonania przed nami. Nie skupiamy się na przewyższeniach, tylko na najbliższym kroku. Trzeba je stawiać bardzo uważnie! Na drodze czyhają na nas przecież kamienie, korzenie, błoto i kałuże, które w wyniku braku dobrej widoczności wszystkie nabierają odcieni szarości zlewających się tak naprawdę w mało wyraźne szczegóły. Ale da się biec! A czas i kilometry zdecydowanie szybciej płyną, jeśli nie myślimy o tym, jak nam ciężko, a raczej pilnujemy, by nie poślizgnąć się i nie zrobić sobie krzywdy. Jesteśmy bardziej ze sobą. Nasze myśli nie rozpraszają się na otoczenie: obrazy dookoła i dźwięki. Skupiamy się tylko na tym wycinku rzeczywistości, który jest nam dostępny: na nas, naszych stopach i kawałku drogi przed nami. Nawet nasi towarzysze nikną, choć wcale nie muszą być daleko przed nami lub za nami. Widać tylko przytłumione światło czołówki, chociaż i ono chowa się często za zakrętami. Bieganie nocne to naturalna medytacja w ruchu.

 

Po tym treningu uznałam przebiegnięcie biegu Nila za możliwe. Co więcej, bieganie nocne spodobało mi się. 10 września 2015 roku zameldowałam się więc na starcie w ośrodku pod Kamiennikiem, doskonale mi znanym. Tam była baza Biegu Mustanga, a także wielokrotnie ruszaliśmy stamtąd na treningi górskie naszej ekipy.

Bieg Nila ma charakter kameralny. W tym roku na liście było zaledwie 160 osób. Startowaliśmy w nocy z czwartku na piątek, więc nietypowo jak na zawody. Zazwyczaj odbywają się one w weekendy - nie każdy może pozwolić sobie na urwanie dwóch dni pracy. Data jednak nie jest wybrana przypadkowo. Następnego dnia w jednostce wojskowej, która jest organizatorem biegu, odbywają się uroczystości ku czci generała Nila. Dekoracja zwycięzców jest jednym z jej elementów. Nie sądziłam, że ja także stanę się ich częścią. Od początku tak twierdził Marek, który zna doskonale specyfikę biegu. „Tu mnóstwo ludzi po prostu idzie na trasie. To nie są biegacze, tylko grupy paramilitarne. Jeśli tylko trochę pobiegniesz, masz szansę na pudło” - przekonywał cały czas. Faktycznie większość ludzi na starcie melduje się z dużymi plecakami, typowo trekkingowymi kijami, obuta w wysokie buty. Ale jest też spora grupa biegaczy i kilka profesjonalnie wyglądających biegaczek. Z numerem 1 poproszona jest do pierwszego szeregu dziewczyna, która triumfowała w tym biegu dwa lata z rzędu. Ja do pierwszego rzędu się nie pcham, ale trzymam się z przodu. Marek instruuje: „Musisz szybko wystartować, bo na początku jest wąskie gardło i potem się nie przepchasz. Jest dość mocno pod górę, ale tylko kawałek. Mocne podejście jest dalej, na Lubogoszcz, a najgorsze pod Szczebel.”

 

Znam Szczebel doskonale. Wybraliśmy się kiedyś tam na „łatwą” wycieczkę z dziećmi. Wyjście było zorganizowane w ramach akcji „Odkryj Beskid Wyspowy”. Wydawało nam się dobrym pomysłem, jeśli chodzi o motywacyjne aspekty wędrówki dla naszych dzieci, żeby wyruszyć z większą grupką osób. Na szczycie przewidziane były atrakcje: konkursy, poczęstunek, występy zespołów. Szybko jednak okazało się, że tempo Dominiki, której ta wędrówka była jedną z pierwszych bez nosidła, jest zdecydowanie wolniejsze niż reszty towarzystwa. Z Jędrkiem nie mieliśmy wtedy problemów, bo wygodnie wędrował na plecach taty. Trasa okazała się być mocno wymagająca pod względem kąta nachylenia ścieżki. Przed szczytem tempo nam drastycznie spadło... Na grilla się nie załapaliśmy, występy się skończyły, a w konkursie nikt z nas nie miał ochoty wystąpić. Wypiliśmy tylko herbatę z termosu, zjedliśmy kanapki i zaczęliśmy gonić resztę towarzystwa, która zaczęła już wcześniej schodzić. Zdołali pięknie wyślizgać zabłocony szlak, przygotowując nam niemal idealną zjeżdżalnię w dół. Równowagę na śliskiej nawierzchni o prawie pionowym nachyleniu próbowaliśmy utrzymać chwytając się rozpaczliwie gałęzi drzew i obejmując ich pnie. Taki jest właśnie Beskid Wyspowy - wcale nie łatwy do chodzenia.

 

Na biegu Nila mieliśmy biec w odwrotnym kierunku – tam, gdzie podczas wycieczki z dziećmi podchodziliśmy, teraz zbiegałam, a zejście musiałam pokonać pod górę. Biec się tam nie dało. Zawczasu więc wyciągnęłam kije i pięłam się krok za krokiem po zboczu. Podobnie było z podejściem pod Lubogoszcz, z tym że ono było zdecydowanie krótsze. Niestety, wyśniony na jawie zbieg ze Szczebla okazał się jeszcze gorszy niż podejście. By nie nadwyrężać kolan musiałam ponownie wspomóc się kijkami chwilę wcześniej zapakowanymi do plecaka. Natomiast ostatni kilkunastokilometrowy odcinek to była bajka. Psychicznie przygotował mnie na niego Marek: „Nie jest tam stromo, ale teren cały czas lekko wznosi się w górę, od czasu do czasu zdarzają się krótkie zbiegi. Będzie ci się tam dłużyć.” Tak nastawiona truchtałam tam, gdzie się dało i szybko podchodziłam, gdzie wbieganie nie miało sensu. Faktycznie dłużyło się, ale tylko odrobinę. Na ostatnich kilometrach dorwałam towarzysza, z którym razem wpadliśmy na metę. Już wcześniej wiedziałam, że biegnę pierwsza wśród kobiet. Irminę, dziewczynę nr 1, minęłam na podejściu pod Szczebel. Wcześniej udało mi się ją wyprzedzić przed Lubogoszczą, ale wzięła mnie na zbiegu. Myślałam, że dorwie mnie za szczytem Szczebla, bo bałam się szarżować w dół. Tak się nie stało, ale doświadczenie podpowiadało mi, że często jakieś dziewczyny wyprzedzały mnie tuż przed metą. Postanowiłam więc nadrabiać na podejściach, na których czułam się bardzo dobrze. Metoda okazała się na tyle skuteczna, że na mecie zameldowałam się z prawie godzinną przewagą nad drugą. I z ogromną satysfakcja, bo był to bieg zrobiony na luzie (choć z pełną mobilizacją), przemyślany taktycznie (dzięki Marek za wskazówki!), z idealnym rozłożeniem sił, bez kryzysów. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że kumam, o co chodzi w bieganiu po górach. Nie musiałam biec aż do świtu. Mój czas to 7 godzin 40 minut na trasie około 50 km po górach. Najszybsi panowie już po 5 godzinach zameldowali się na mecie.

 

Podziwianie gór nocą ma swoje uroki. Choć czasu na spoglądanie w rozgwieżdżone niebo nie ma zbyt wiele nawet podczas biegu na dystansie 50 kilometrów. Marsz od zmierzchu do świtu śladami generała Nila okazał się dla mnie jednym z ciekawszych doświadczeń biegowych. Przeżycia związane z dekoracją w jednostce to osobna kwestia... :)

 

Kamila Gruszka

 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...