Ponoć istnieje termin „turystyka maratonowa”. Ludzie jeżdżą po świecie biegać w różnych ciekawych miejscach i przy okazji zwiedzają okolicę. My jak na razie byliśmy na jednym zagranicznym wyjeździe – na maratonie w Dreźnie, ale często odwiedzamy polskie rejony w związku ze startami. Najczęściej też nasza „turystyka biegowa” wiąże się z górami, które przemierzamy nie jako turyści plecakowi, tylko biegacze.
W ostatni weekend zawitaliśmy do Zawoi, by wziąć udział w Biegu Śnieżnej Pantery na zboczach Babiej Góry. Zabraliśmy dzieci, by pokazać im nowo powstałe Centrum Górskie „Korona Ziemi”. Dla dzieciaków przygotowano specjalny program, by nie nudziły się, jak rodzice będą biegać, więc spędziły dzień pełen atrakcji. Było na przykład zwiedzanie Muzeum Przyrodniczego z oprowadzaniem po ekspozycji dotyczącej Babiogórskiego Parku Narodowego. Wiesz mamo, że jest taka góra, co się nazywa Diablak? Dlatego taka nazwa, że tam były zloty czarownic! - sprzedaje nam sensację Dominika. - I jest jeszcze góra, która się nazywa Gówniak – podśmiechują się dzieci. - Bo tam wypasano owce i pełno było ich gówienek! - tego nawet ja nie wiedziałam. Żałuję, że nie mogłam z nimi uczestniczyć w tej pouczającej lekcji, bo z ich relacji wynikało, że była bardzo ciekawa.
Przy Centrum Górskim odbywają się spacery w „koronie drzew”. Ta atrakcja niestety też nas – rodziców - ominęła. E, to łatwe było. Nawet nie mieliśmy uprzęży ubranych i nie musieliśmy się przepinać – wyczuwam nutę rozczarowania w głosie dzieci. Przyzwyczajeni do innego rodzaju parków liniowych, czego innego się spodziewali. Babcia potwierdza jednak, że chyba nie było do końca nieciekawie, bo co prawda były poprowadzone bezpieczne mostki w gałęziach drzew, ale pięły się wysoko, coraz wyżej...
Już wspólnie zwiedziliśmy ekspozycję nowego muzeum górskiego. Chyba z rok, półtora temu odbyło się spotkanie, na którym informowano o planach stworzenia takiego centrum i zapytywano nas o pomysły na archiwizowanie materiałów związanych z osiągnięciami Polaków w górach. Szczerze mówiąc, nawet mimo zapewnień o inwestorze i zainteresowaniu gminy Zawoja tym tematem, nie wierzyłam, że plany budowy centrum się powiodą. A tu proszę, parę tygodni temu dostaliśmy informację o jego otwarciu. Z wielką ciekawością wchodziłam do pierwszej sali. Faktycznie, było sporo pamiątek po wielkich himalaistach: buty Zawady, sprzęt Wandy Rutkiewicz, kamienie zniesione ze szczytu Aconcagua przez Martynę Wojciechowską. Jedna wielka sala zajęta była przez makiety gór wchodzących w skład korony ziemi, czyli najwyższych szczytów wszystkich kontynentów. Zostały skrótowo opisane, a dodatkowo ciekawostki dotyczące historii eksploracji opowiadał przewodnik. Małe wystawki dotyczyły najszybszego zdobycia Manaslu przez Andrzeja Bargiela i zjazdu z niego na nartach, historii i sprzętu GOPR dawniej i dziś, spoglądali na nas z portretów znani ludzie gór: Wielicki, Urubko, Pasaban. Widać jednak, że to dopiero początek drogi tego muzeum, że jeszcze wiele pracy i pomysłów przed dyrekcją i inwestorami.
Centrum Górskie "Korona Ziemi". Fot. Kamila Gruszka
Ale zanim mogliśmy już wysuszeni i w ciepełku oglądać wystawę, pokonaliśmy 25 kilometrów biegnąc w górach, w których zima jeszcze nie odpuściła i nie poskąpiła nam śniegu. Co prawda docierały do nas wcześniej informacje o świeżych opadach, ale nie sądziliśmy, że będzie go aż tyle. Już dojeżdżając późnym wieczorem poprzedniego dnia, musieliśmy uznać wyższość zimy i samochód potulnie zaparkowaliśmy nieco poniżej kwatery, bo nie dał rady podjechać pod ośnieżoną górkę. Po górach już wcześniej sporo biegaliśmy, ale pierwszy raz zdarzyło się to nam zimą i zastanawiam się, czy zostaniemy fanami tego typu biegania. Nie wiem, co było gorsze, czy mozolne podchodzenie po śladach poprzedników pod Markowe Szczawiny, czy trawersowanie zboczy Babiej Góry, co prawda po płaskim, ale w kopnych śniegu czy zbieganie w dół tam, gdzie wydawało się już, że się dało, ale wiązało się to z podnoszeniem wysoko nóg, by wyciągnąć je z głębokiego śniegu. Dobrze że nasz trener katuje nas ćwiczeniami na mięśnie podudzi. Były jeszcze momenty, gdy śnieg był ubity, ścieżka niby fajna, ale wtedy kostki się wykrzywiały, tak że łatwo było o skręcenie nogi. Trzeba było być po trosze rączą łanią, zgrabnie podskakującą na śniegu, baletnicą uważnie i z gracją stawiającą stopy na paluszkach i śnieżną panterą, z mocą prącą do przodu. 25 kilometrów w takich warunkach pokonaliśmy – Darek w 3 godziny 10 minut, ja w 3 godziny 30 minut. Podsumowując, było wspaniale pobiegać, ale z następnymi biegami po górach czekamy na wiosnę.
Medale za bieg. Fot. Kamila Gruszka
Dzieci zimą były zachwycone. Poznajdowały sobie górki do wspinania i pola śnieżne do tarzania. Nie straszne im były mokre skarpety i przemoczone buty. W sobotę nieco śniegu nawet dosypało, w niedzielę za to wyszło piękne słoneczko i zaczął on topnieć. Chyba więc było to definitywne pożegnanie z zimą, której w tym roku w wyjątkowej obfitości doświadczyliśmy, głównie właśnie dzięki wyjazdom w rejony górskie, gdzie zima utrzymuje się dłużej i pada obficiej.
(kg)

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
