Drzwi otworzył nam elf w czerwonej czapeczce i gestem zaprosił do środka. Znaleźliśmy się w ciemnym pomieszczeniu. Droga wiodła labiryntem korytarzy. Pamiętam schody, ogromny mechanizm zegara i uczucie, że znalazłam się jak Alicja w krainie czarów lub po drugiej stronie lustra. Na końcu tej wędrówki weszliśmy do jasno oświetlonego pokoju, w którym siedział... najprawdziwszy Święty Mikołaj urzędujący w swoim gabinecie w Rovaniemi na kole podbiegunowym.
Przepytał nas dokładnie: skąd przyjechaliśmy, z jakiego jesteśmy miasta, dzieci musiały się przyznać, ile mają lat. Święty Mikołaj okazał się doskonale zorientowany w geografii naszego kraju – wiedział, gdzie leży Kraków. „Dzień dobry!”, „Dziękuję!”, „Proszę!” - popisywał się też znajomością kilku polskich słów. Na koniec zwrócił się pół po polsku, pół po angielsku do dzieci z przesłaniem: „Say „Hello” to Smok!” Mieliśmy przez chwilę wątpliwości, czy chodzi o smog, który zalega nad Krakowem, ale uznaliśmy, że chyba jednak ma na myśli Smoka stojącego na skale przy Wawelu.

Od wizyty w Finlandii minęły ponad dwa lata. 6 grudnia 2014 roku ku naszemu zaskoczeniu Święty Mikołaj odwiedził nas w Niepołomicach. „Ho, ho, ho” - usłyszeliśmy pod drzwiami. Wpakował się do domu i rozsiadł na sofie, narzekając, że renifery mu uciekły. „To, kochane dzieci, powiedzcie, co robiłyście od czasu, gdy się ostatni raz widzieliśmy?” - zapytał. Dzieci grzecznie zdały relację z sytuacji w szkole, pochwaliły się swoimi zainteresowaniami, pośpiewały piosenki, opowiedziały wierszyki. „Ale nieźle ten Mikołaj się podszkolił z języka polskiego przez dwa lata, prawda?” - komentowały później. Już prawie wyciągał prezenty z worka, gdy nagle coś sobie przypomniał: „Ale czy pozdrowiliście ode mnie Smoka Wawelskiego?” Dzieciom miny zrzedły, wystraszyły się, że nie dostaną podarków, nawet rodzicom zrobiło się głupio, bo faktycznie – dwa lata minęły, a my w tym czasie nie mieliśmy okazji być pod Wawelem, od którego dzieli nas zaledwie 20 km. Byliśmy w Belgii, Szwecji, Danii, Norwegii, na Sycylii, nawet w Kanadzie, a na Zamku Królewskim w Krakowie – wstyd się przyznać – nie. Postanowiliśmy to nadrobić w miniony weekend i nie tylko pozdrowić Smoka, ale także odbyć spacer po historii Krakowa.
Zaczęliśmy od Kościoła Mariackiego i opowieści o ołtarzu Wita Stwosza, na którym zostali przedstawieni mieszczanie krakowscy tak dokładnie, że na podstawie ich rysów twarzy i po postawie można obecnie rozpoznać choroby, na które chorowali. Po działających na wyobraźnię opowieściach o żółtej ciżemce znalezionej współcześnie za ołtarzem postanowiliśmy przy najbliższej okazji wypożyczyć z biblioteki książkę autorstwa Antoniny Domańskiej o Wawrzusiu, chłopcu, który został uczniem Wita Stwosza. Dzieci doskonale znają legendę o dwóch rywalizujących ze sobą braciach, którzy budowali wieże kościoła. Wydaje im się całkiem prawdopodobna, bo przecież dlaczego są takie nierówne? Hejnał z wieży strażniczej wbrew temu, co sądzi większość Polaków mieszkających poza Krakowem, nie jest grany jedynie w południe, rozlega się z wieży co godzinę. Dlaczego się nagle urywa? Każde dziecko wie, że strzała przebiła szyję hejnalisty trąbiącego na alarm podczas najazdu Tatarów.
W sezonie zimowym bez kolejki dostaniemy się na ekspozycję w podziemiach rynku (wejście przy Sukiennicach). By ją docenić warto skorzystać z usługi przewodnika, który oprowadzi i opowie o historii targów, które odbywały się na rynku. Śmieci gromadziło się mnóstwo, a ponieważ nie było ich wtedy jak wywozić, zasypywano je piaskiem – obecny poziom rynku jest przez to o kilka metrów wyższy niż w średniowieczu! Żeby się o tym przekonać warto zejść pod ziemię, jednak musimy przyznać szczerze, że wystawa nie jest do końca przygotowana do samodzielnego zwiedzania i mimo że okrzyknięto ją wydarzeniem wystawienniczym podczas otwarcia, nas nieco rozczarowała.
Tradycje kupieckie, związane z rynkiem od początku jego istnienia, są kontynuowane we współcześnie pięknie odnowionych Sukiennicach – pamiątki kupują głównie zagraniczni turyści, ale warto przejść się środkiem, by wnętrze obejrzeć. Wypatrujcie noża, którym zawistny brat zabił tego, który wybudował wyższą wieżę kościoła. Potem nękany wyrzutami sumienia ugodził się nim sam i rzucił na bruk rynku z wieży.
Na zewnątrz spotkamy panią sprzedającą gliniane koguciki. Pamiętam ją jeszcze z czasów, gdy przyjeżdżałam do Krakowa jako dziecko. Przemieszcza się ze swoim mobilnym kramem po całym rynku, ale bywa tam często. By kogucik wydawał dźwięki, trzeba go napełnić wodą i mocno dmuchać w otwór. Świetna pamiątka, o wiele lepsza i bardziej autentyczna niż te sprzedawane w Sukiennicach.
Zatrzymaliśmy się obok jednego z najstarszych kościołów w Krakowie – św. Wojciecha. Ponoć stał w tym miejscu jeszcze zanim wytyczono rynek. Świetnie widać tu różnicę poziomów między obecną płytą rynku, a tym, jak musiało wyglądać otoczenie kościoła w czasach, gdy powstał (obecne mury pochodzą z XI/XII) – różnica to ponad 2 metry! W podziemiach można oglądać wystawę archeologiczną, ale jakoś nigdy jeszcze nie udało nam się tak trafić, by była otwarta.
Ulica Grodzka była świadkiem triumfalnych przejazdów możnych, korowodów królewskich, bogatych orszaków. Droga Królewska, której jest częścią, zaczyna się przy Barbakanie, następnie wiedzie ulicą Floriańską po drugiej stronie rynku i kieruje się Grodzką w stronę Wawelu. Na jej początku znajduje się słynna restauracja „Wierzynek”. Data widniejąca nad drzwiami - „1364” upamiętnia zjazd monarchów europejskich za czasów Kazimierza Wielkiego goszczonych przez krakowską radę miejską i Mikołaja Wierzynka. Ponoć wcale w tym miejscu nie miało miejsca wystawne przyjęcie, które trwało 21 dni, ale tradycja została. Wierzynkowi nadano przywilej przyjmowania króla i jego gości, co uważa się za początek historii restauracji. Nasze dzieci szczególnie chętnie słuchają historii związanych z królem Kazimierzem, ponieważ jest patronem ich szkoły.
Przez Grodzką przemknęliśmy szybko, ale nie doszliśmy nią do końca, tylko skręciliśmy w naszą ulubioną uliczkę – Kanoniczą, która - mamy wrażenie – najbardziej klimatem przypomina średniowieczny Kraków. Mnóstwo tu zabytkowych domów, z którymi związanych jest wiele historii, oraz muzeów, na których zwiedzanie trzeba by przeznaczyć kilka dni. Niedawno otwarte (2007 r.) to Muzeum Sztuki Dawnej Polski i Sztuki Cerkiewnej w Pałacu biskupa Erazma Ciołka, z kolei Muzeum Archidiecezjalne posiada dużą kolekcję pamiątek po papieżu Janie Pawle II. Często wracamy myślami do wizyty w Galerii Sztuki Ukraińskiej. Mało kto wie, że wnętrze kamienicy, w której mieści się restauracja ukraińska, kryje coś więcej. O galerię dopytywaliśmy w sklepie, bo trudno nam było znaleźć do niej wejście. Sprzedawczyni ze sklepu wykonała telefon i za chwilę pojawiła się pani pełniąca tego dnia w galerii dyżur. Otworzyła drzwi i znaleźliśmy się pośród zbiorów ikon i innych przedmiotów związanych z kulturą ukraińską sami, bez innych zwiedzających, jedynie z przewodniczką z kluczem. Chętnie wróciłabym tam jeszcze raz, ale tego dnia głównym celem był Wawel i smok.
Mniej więcej w połowie ulicy Kanoniczej, przy Placu Wita Stworza otwiera się przestrzeń z widokiem na dwa kościoły: śś Piotra i Pawła oraz św. Andrzeja. O tym ostatnim uczyłam się w szkole, że jest wspaniałym, w doskonałym stanie zachowanym przykładem budowli w stylu romańskim. Do dzieciaków bardziej przemawiały opowieści o jej obronnym charakterze – ponoć historycznie potwierdzona została obrona w jego murach mieszczan krakowskich przed Tatarami. Bryła drugiego kościoła jest imponująca, aczkolwiek zawsze sądziłam, że nie do końca wpasowuje się w otoczenie – wybudowany został w stylu barokowym, a my poruszaliśmy się od rynku głównie w epoce średniowiecza.

Gdy stojąc przodem w stronę kościołów, odwrócimy głowę w prawo, u wylotu ulicy Kanoniczej dostrzeżemy już nasz cel: mury Wawelu. Pierwotnie chcieliśmy zwiedzić komnaty oraz zbrojownię i skarbiec wawelski, wykorzystując czas bez tłumów turystów, którzy nawiedzają Kraków jak tylko robi się cieplej i nie odpuszczają aż do jesieni. Niestety, okazało się, że w niedzielę, czyli wtedy kiedy większość normalnych ludzi ma czas, by przestać myśleć o pracy i porządkach w domu, a skupić się na kulturze i sztuce, ekspozycje w okresie zimowym są nieczynne! Wydaje mi się to wielkim niedopatrzeniem. Podobnie jest z większością muzeów państwowych – otwarte są tylko do wczesnych godzin popołudniowych i nigdy nie zdążamy się wyrobić z odwiedzinami w weekendy. Tym razem zatem zostało nam tylko przywitanie się z królami pochowanymi w Katedrze Wawelskiej. Najwięcej czasu spędziliśmy przy Kazimierzu Wielkim, który „zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną.” Podniosły nastrój panujący w katedrze udzielił się dzieciom, szczególnie gdy wyjaśniliśmy im, że w jej wnętrzu odbywały się koronacje, chrzciny i pogrzeby królów. Na pewno przy następnej okazji odwiedzimy też wielkich Polaków pochowanych w krypcie oraz Dzwon Zygmunta.

„Cześć, Smoku! Pozdrawia cię Mikołaj” - po dwóch latach udało nam się spełnić prośbę Santa i misja została wypełniona. Po czym dzieci mogły zająć się w spokoju bieganiem za gołębiami... Mam tylko cichą nadzieję, że opowiadane przez nas historie w ich głowach zostaną.
(kg)

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
