Nasze najlepsze wakacje to te namiotowe, gdy przemieszczamy się samochodem przed siebie, nocujemy, gdzie nam się spodoba (najczęściej na dziko), gotujemy sami sobie jedzenie na turystycznej kuchni i spędzamy czas w przyrodzie, wędrując po parkach narodowych. Od czasu do czasu mamy jednak ochotę na nieco inny rodzaj wypoczynku: w wynajętym domu, w wygodnym łóżku, z wszelkimi udogodnieniami w postaci kuchni, łazienki i pralki oraz najczęściej wspaniałym ogrodem lub tarasem, gdzie możemy jadać śniadania na świeżym powietrzu i z przepięknymi widokami na góry, morze lub ocean. Decydujemy się na taki wariant noclegu wtedy, gdy lecimy gdzieś w Europę tanimi liniami lotniczymi i bagaż musimy ograniczyć do minimum. Na sprzęt biwakowy wtedy nie ma miejsca, a z opcji noclegowych pozostają do wyboru: hostele, kwatery, ewentualnie mobile home'y na kempingach. Możliwe jest także nocowanie u gospodarzy w systemie couchsurfing czy workaway, ale tu sprawa się komplikuje, gdy chcemy całą rodziną spędzić u kogoś tydzień.
W takim przypadkach wybieramy tzw. „domy wakacyjne”, bo właśnie w nich mamy namiastkę swobody, którą tak lubimy na wyjazdach. I to jest chyba najważniejszy atut, większy nawet niż wygodne łóżko :) Oferty domów starannie przeglądamy przed wyjazdem, korzystając z takich stron jak Novasol.pl, gdzie w jednym miejscu zgromadzone są propozycje z całej Europy. Opisy są po polsku, do tego mamy sporo zdjęć, szczegółowe informacje podpowiedzą nam, ile mamy do plaży, czy do dyspozycji będziemy mieli internet, garaż, basen etc. Co ciekawe, ceny wynajęcia całego domu z wszelkimi takimi udogodnieniami nie są wcale wyższe w przeliczeniu na osobę niż nocleg w hostelu. Oczywiście różnią się w zależności od sezonu. My korzystamy z usług Novasolu przeważnie na wiosnę, czyli w okresie „low season”. Po wyborze oferty podpisuje się umowę, która gwarantuje nam, że wszystkie opisane na stronie atrakcje będą dostępne po przyjeździe (w razie czego możemy wątpliwości możemy wyjaśniać na polskiej infolinii). Różnica między rezerwacją kwater na serwisach takich jak booking.com jest taka, że płatności dokonujemy przed wyjazdem, na miejscu jedynie uiszczając (w niektórych tylko przypadkach) opłaty za zużycie prądu lub końcowe sprzątanie. Wszelkie informacje co do dodatkowych płatności są zawarte w opisach domów. Po przyjeździe o umówionej godzinie dostajemy klucz od właściciela i już możemy cieszyć się wypoczynkiem w warunkach, w jakich mieszkają i spędzają urlopy lokalsi.
Przeglądając oferty Novasol można wyłapać prawdziwe perełki, takie jak nasz dom na wzgórzu w gaju oliwnym z basenem na Półwyspie Chalcydyckim w Grecji czy nasze ostatnie odkrycie – Beach House w Madalena nad Oceanem Atlantyckim niedaleko Porto w Portugalii.
Ten ostatni to dom na dwie rodziny z czterema sypialniami, tylomaż łazienkami, salonem, kuchnią, garażem i ogrodem, w którym można zjeść śniadanie pod palmami. Luksusy? Nie, zwyczajny wypoczynek za rozsądną cenę w przyjaznym otoczeniu. To, co nas zauroczyło, to odległość do plaży, dodajmy – plaży, która uchodzi w okolicy Porto za najpiękniejszą. Wystarczyło bowiem uchylić furtkę na tyłach ogrodu, by przenieść się w świat złocistego piasku, uderzających o brzeg fal, słońca pieszczącego swoimi promieniami spragnionych ciepła Słowian z dalekiej północy i szumu wiatru przyjemnego dla ucha.
Spędziliśmy tam tydzień. Każdy dzień wyglądał mniej więcej tak samo: leniwy poranek dla rodziców, którzy nie spieszyli się ze wstaniem z łóżka, następnie nieśpieszne przygotowywanie śniadania. W tym czasie nasze dzieci już dawno ubrane spędzały czas na plaży. To był ich żywioł. Zakładały swoją bazę co rusz w innym miejscu, bo poprzednią zmywały fale przypływu. W ten sposób uczyły się oceanu. Wędrowały po plaży w poszukiwaniu muszelek i materiałów do budowy: kawałków drewna, kijów, lokalizowały dogodnie położone grupy skał. Nie bardzo kontrolowaliśmy, jak chodzą ubrani, a oni najczęściej biegali bez butów. Musieli przeskakiwać płynącą w pobliżu niewielką rzeczkę, co dostarczało im kolejnych emocji. Niechętnie przybywali na śniadanie, bo przecież tyle ciekawych rzeczy dzieje się tuż za płotem. Wykorzystywały maksymalnie czas, kiedy biegaliśmy w ramach porannego treningu lub przed wyjazdami na zwiedzanie okolicznych miejscowości. Właściwie najszczęśliwsze byłyby, gdyby mogły spędzić na plaży całe siedem dni.
Dla nas rodziców wspaniałe było to, że nie musieliśmy ich pilnować. Oczywiście było to możliwe z powodu ich już dość odpowiedzialnego wieku (czwórka dzieci od 8 do 11 lat), ale też faktu, że plażę mieli pod nosem. Wystarczyło uchylić skobel furtki, przez którą sami wybiegali na ich tymczasowy plac zabaw. Nie musieliśmy ich nigdzie zaprowadzać, a żeby ich kontrolować, wystarczyło wychylić głowę za płot i rozejrzeć się dookoła.
Wzdłuż plaży prowadziła kładka, która zachęcała do spacerów. Można było nią dotrzeć do licznych barów i restauracji usytuowanych przy plażach. Gdybyśmy ruszyli nią w lewo, po 3 kilometrach doszlibyśmy do pięknie położonego na skale kościółka tuż nad oceanem. W prawo znajdował się rezerwat ujścia rzeki Douro chroniony m.in. ze względu na siedliska ptaków. Idąc dalej, dotarlibyśmy do samego Porto. Cały szlak kładkowy chronił roślinność wydm, która rosła na piasku w pewnym oddaleniu od oceanu. Bliżej królowały fale, które - gdy pogoda nam się zepsuła - potrafiły sięgać naprawdę daleko w głąb lądu. Na kładkach można było wędrować z psami, ale zejście z nimi na plażę było zabronione. Ciągle spotykaliśmy na nich spacerowiczów i całe mnóstwo biegaczy – poprowadzony nimi był oficjalny szlak biegowy z zaznaczonymi kilometrami. Rowerzyści mieli osobną trasę – po specjalnej nawierzchni w pobliżu drogi biegnącej przez nadmorskie miejscowości. Gdyby więc ktoś ograniczył się tylko do pobytu w Madalenie i tak miałby co robić. Atutem miejsca było też to, że w pobliżu znajdowały się dwa większe sklepy, w których można było zrobić zakupy – Lidl i jakiś lokalnej sieci.
Z Madaleny szybko można było dostać się na autostradę, która wyprowadzała nas albo na południe do Lizbony, albo bardziej na północ, np. do Bragi lub wschód – równolegle do doliny rzeki Douro. Robiliśmy stamtąd także szybkie wypady do Porto, ale to już temat na kolejne wpisy o naszej podróży do Portugalii.
(kg)

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
