Monika i Paweł Hadam
Podróżnicy, fotografowie-amatorzy. Paweł pracuje jako informatyk, a Monika jest tłumaczem. Podróżują prywatnie lub służbowo. Od czasu jak urodziły im się dzieci, także towarzyszą im w podróżach.
Monika i Paweł oraz Marysia i Jaś byli gośćmi pierwszego spotkania z cyklu „Podróże małe i duże” w Małopolskim Centrum Dźwięku i Słowa. Opowiadali o rodzinnej podróży do Chin, która miała miejsce na przełomie lipca i sierpnia 2013 r.
Kamila Gruszka: Co przyciągnęło Was na tyle do „państwa środka”, że postanowiliście tam pojechać?
Paweł Hadam: Ciekawiło nas, jak wygląda kraj, który obecnie jest tak ważny dla gospodarki niemal całego świata. Ciągnęło nas tam przeczucie, że Chiny zaczynają rządzić światem. Chcieliśmy dowiedzieć się, z czego to wynika. Wiedzieliśmy też, że to kraj z bogatą historią, a nas interesowały zabytki i spodziewaliśmy się ich tam wiele zobaczyć.
Rodzinna podróż do Chin nie była Waszym pierwszym spotkaniem z tym krajem...
P:H.: Pierwszy raz do Chin pojechaliśmy sami wiele lat temu. Zaczęliśmy podróż od Kantonu i skierowaliśmy się na zachód w stronę Tybetu. Wtedy ciągnęło nas do Chin mniej cywilizowanych, nie interesowały nas miasta i przemysł, a bardziej tradycje i życie zwykłych ludzi.
Czy możecie opowiedzieć więcej o tej podróży? Nie mieliśmy okazji usłyszeć o niej na pokazie...
Monika Hadam: Zaraz po wylądowaniu w Kantonie pojechaliśmy do Yangshuo, miasteczka, które przyciąga głównie młodych ludzi z plecakami. Można tam jeździć na rowerach, wspinać się po górach, urządzać piesze wędrówki. Najciekawsza była przyroda: skałki wapienne, porośnięte roślinnością. Wszystko bardzo malownicze. Teren wzdłuż rzeki jest płaski, więc jeździliśmy tam na rowerach, oglądając tę piękne górki i otoczenie: pola ryżowe czy bananowce.
Potem pojechaliśmy do Kunmingu, stolicy prowincji Junnan. Położony jest na wysokości prawie 2 tys. m n.p.m. i o ile wcześniej było bardzo gorąco i wilgotno, to w Kunmingu zrobiło się rześko i przyjemnie. Jest to duże miasto, ale bardzo ładne, ze świątyniami otoczonymi dużymi parkami.
P:H.: Z Kunmingu przemieściliśmy się do Lijiang, małego zabytkowego miasteczka wpisanego na listę UNESCO. Stara część miasta jako jedyna ocalała podczas trzęsienia ziemi. Uznano, że warto chronić tak wyjątkową architekturę. Budynki i alejki wyremontowano i obecnie wygląda jak miasto idealne, wręcz słodkie, cukierkowe. Jest mnóstwo hotelików. W kanałach pływają złote rybki, a wieczorem kupuje się łódeczki z lampionami, które potem puszcza się na wodzie. Całe te rzeczki są nimi pokryte.
M:H.: Odwiedziliśmy też doktora Ho. Mieszka w małej wiosce, gdzie jest zaledwie kilka uliczek. Ma swoją klinikę, która wygląda tak, jakbyśmy znaleźli się w skansenie. On wtedy miał chyba z 90 lat. Kaligrafował wszystko powoli...
P:H.: To znany na całym świecie chiński lekarz, który przez całe życie pracował w wielkich klinikach, gdzie leczył białaczkę, nowotwory. Wywodzi się z tradycji chińskiej, ale studiował też medycynę zachodnią. Leczy chińskimi ziołami, które zbiera po okolicznych wzgórzach.
M:H.: Każdy może do niego przyjechać. Za leczenie nie bierze pieniędzy. Od razu nam powiedział, że żyje z prowizji od taksówkarzy, którzy mu dowożą klientów. Miał całą masę zdjęć pacjentów, których przyjmował. Pokazał nam jedno ze słowami: „To są znani europejscy aktorzy”. A to byli członkowie grupy Monty Pythona, co nas bardzo rozśmieszyło. Dał nam ziółka na wzmocnienie zawinięte w gazetę. Wybrał je z jednego z pojemników, w których je chował.
P:H.: Dojechaliśmy wtedy niemal do samej granicy tybetańskiej. Wysokość dawała się we znaki. Jak zwiedzaliśmy tybetański klasztor, dostawaliśmy zadyszki, idąc po schodach. Chińczycy radzili sobie, wdychając tlen w sprayu.
M.H.: Duże wrażenie zrobił na nas ten klasztor. Czuliśmy się, jakbyśmy odwiedzali kogoś w domu. Widzieliśmy, że w jednym pomieszczeniu się modlą, w innym jedzą, w kolejnym młodzi chłopcy ubrani w mnisie szaty uczą się. Część dla turystów nie była w ogóle oddzielona od prywatnych pomieszczeń, można było swobodnie poruszać się po całym kompleksie.
Czy jak drugi raz jechaliście do Chin, już z dziećmi, mieliście wszystko wcześniej zaplanowane? Chyba zgodzicie się ze mną, że z dziećmi podróżuje się inaczej, trzeba przewidzieć z góry wiele rzeczy.
P:H.: Nie widzieliśmy specjalnych różnic. No może poza tym, że teraz zaplanowaliśmy ile dni w którym mieście spędzimy. W poprzedniej podróży mieliśmy jedynie z grubsza nakreśloną trasę, a dopiero na miejscu zastanawialiśmy się, ile czasu w danym miejscu zabawimy. No i tym razem hotele zarezerwowaliśmy przez internet z Polski.
M.H.: Oprócz Pingyao! Akurat w tej miejscowości wiedzieliśmy, że będziemy w stanie przejść się po centrum i wybrać taki hotel, który nam odpowiada, czego nie wyobrażaliśmy sobie w wielkim mieście. Zajechaliśmy więc na dworzec i weszliśmy do pierwszego lepszego kiosku, by kupić mapę.
Pani obsługująca zainteresowała się, czy mamy załatwiony nocleg, wspomniała coś o taksówce, która może nas zawieźć do centrum. Zgodziliśmy się z niej skorzystać. Okazało się, że to ona wyszła ze sklepiku, zamknęła go i nas tam zawiozła. Chińczycy są bardzo przedsiębiorczy i jak widzą turystę, to zaraz mają z nim jakiś interes do ubicia. Tam wszystko można załatwić, a wszyscy są chętni do pomocy.
P:H.: Bilety chcieliśmy kupić wcześniej przez internet, ale okazało się, że za taką rezerwację jest dość duża opłata dodatkowa, a nawet gdybym kupił bilety on line, to i tak musiałbym w Pekinie pojechać po nie na dworzec. Teraz chyba zrobiłbym tak, że zarezerwowałbym pierwsze połączenie, bo jak przyjechaliśmy, okazało się, że bilety na najbliższy pociąg były już wysprzedane. Ale miało to też swoje dobre strony. Przeważnie jeździliśmy z nocy ze względu na oszczędność czasu i pieniędzy, bo nie musieliśmy wtedy wydawać na hotele. Całą drogę przesypialiśmy. A w tej pierwszej podróży mieliśmy okazję zintegrować się ze współpasażerami.
Cała nasza trasa drugiej podróży po Chinach liczyła jakieś 3,5 tys. km, w przeliczeniu - cztery noce w pociągach. Po drodze zwiedziliśmy Pekin, potem Pingyao, gdzie powstawały pierwsze banki, to tam cesarstwo trzymało swoje oszczędności, następnie Xi'an z terakotową armią i Szanghaj na wybrzeżu. Kółeczko zamknęliśmy w Pekinie, skąd mieliśmy samolot.
Sporo podczas Waszego pokazu opowiadaliście o tym, co jedliście. Jakie były Wasze ulubione dania?
M.H.: Jedzenie to była jedna z najlepszych rzeczy w Chinach! Wszystko nam bardzo smakowało, również dzieciom. Najfajniejsze były zupy. Można było dostać gotową zupę z makaronem i różnymi dodatkami w środku, albo przyrządzić sobie samemu. Siadało się przy stole z palnikiem w środku. Na stole pojawiało się mnóstwo półmisków z warzywami, grzybami, różnymi przyprawami, a nawet surowymi jajkami, które wrzucało się do zupy i one się ścinały. To była zawsze wielka frajda dla dzieciaków takie samodzielnie przygotowane dania. One same wrzucały produkty, a potem wyjmowały do miseczki to, co im się podobało.
P:H.: Na straganach można było kupić skorpiony, robaki, szczury, spod lady sprzedawano mięso z psa...
M.H.: Można też było iść do kuchni i pokazać warzywa na półkach, które chciało się, żeby znalazły się w zupie.
Czy w Chinach można odnaleźć jeszcze starą kulturę chińską? Czy raczej przedsiębiorczy Chińczycy uczynili ze swego kraju skansen dla turystów? Martwi mnie też to, że stare Chiny giną pod naporem szkła i betonu, typowego dla nowego oblicza tego kraju.
P.H.: Wystarczy wyjechać za Pingyao. Tam są Chiny prawdziwie, oddzielone od świata dla turystów.
M.H.: Ale również w miejskich parkach widać życie prawdziwych Chińczyków: jedni tańczą, inni ćwiczą, grają w karty.
P.H.: Mają tam kamienne stoliki z siedziskami dookoła, gdzie czterech panów gra, a trzydziestu im kibicuje. Gdy my postanowiliśmy zagrać w parku w „Piotrusia”, dookoła też od razu ustawili się ludzie, którzy podziwiali naszą grę. Aczkolwiek nikt nie chciał się przyłączyć.
Wrócicie jeszcze do Chin?
P.H.: W zasadzie można żartobliwie powiedzieć, że pojechaliśmy do Chin, bo chcieliśmy zobaczyć Szanghaj, zanim się tam przeprowadzimy. Test wypadł pozytywnie, więc kto wie?
Rozmawiała: Kamila Gruszka
Wywiad ukazał się w Magazynie „Gazety Niepołomickiej” w numerze styczniowo-lutowym (01-02/242) 2014 r.

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.
Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.
Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.
Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!
Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!
Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut
