Przez trzy kraje Skandynawii

Kolejne wakacje i znowu lądujemy w Skandynawii. Zauroczył nas ten rejon. I wcale nie wystraszyliśmy się niskich temperatur w zeszłym roku w Finlandii oraz wiatrów na północnym – wschodzie Norwegii. Tym razem nasze wakacyjne szlaki wiodły bardziej południowymi krainami Skandynawii, nie zapuszczaliśmy się zbytnio na północ – to sobie zostawiamy na następne lato. Celem dla dzieci był Legoland w Danii, a jechaliśmy do niego przez Szwecję i Norwegię.

Karlskrona

Wyruszamy z Gdańska do Karlskrony promem. Kilka dni spędzamy w tym przepięknym mieście wpisanym na listę UNESCO z przyjazną atmosferą. Jest to ciekawe miasteczko (ok. 35 tys. mieszkańców) położone na wyspach. Dzięki uprzejmości gospodarzy z couchsurfingu mamy dach nad głową. Fajnie się biegało w pobliskim lasku wzdłuż brzegu morza. Ścieżka wiodła szlakiem Vamoleden – całość ma kilkanaście kilometrów i dzięki niej możemy zapoznać się ze specyfiką archipelagu karlskrońskiego. Jednego dnia, Dan, gospodarz, zabrał nas na pobliską plażę – może i woda dla Szwedów była ciepła, dla nas nie.

Szlak Vamoleden i klimat archipelagu karlskrońskiego. Fot. Kamila Gruszka



Ciekawe dla dzieci okazało się Muzeum Morskie. Nawet nie wchodziliśmy do środka, bo dosyć atrakcji znaleźliśmy na zewnątrz – okręty, które można eksplorować do woli i hangary z eksponatami. Na wyspę prowadzi Most Westchnień, gdyż kiedyś do tego miejsca panny mogły odprowadzać swoich wojskowych absztyfikantów – dalej wstęp mieli tylko żołnierze stacjonujących tam jednostek marynarki wojennej.

Muzeum Morskie w Karlskronie. Fot. Kamila Gruszka



Polecamy skansen Vamo. Wstęp jest bezpłatny, a można na jego terenie zapoznać się z typowym budownictwem szwedzkim. Jest plac zabaw i mini zoo. Zagraliśmy w gigantyczne szachy i chińczyka – pola wymalowano na ziemi. Świetne miejsce na pospacerowanie lub spędzenie leniwego popołudnia.

W centrum mieści się ogromny rynek z pomnikiem Karola XI - „krzywogębego”, jak go nazwał Nils Holgersson w „Cudownej podróży”. Ponoć król, założyciel miasta, zszedł z pomnika i zaczął go gonić. Nils schował się pod kapeluszem staregoRosenboma, gdzie wrzuca się datki dla ubogich.

Statua Rosenboma przy kościele Admiralicji w Karlskronie. Fot. Kamila Gruszka


Statua Rosenboma znajduje się przy kościele Admiralicji z XVII w, jednego z największych drewnianych kościołów Szwecji. W pobliżu jest też mała figurka Nilsa, który pędzi w kierunku schronienia. Innym ciekawym pomnikiem jest pomnik rybaczki upamiętniający czasy, gdy żony rybaków przypływały z wysp do miasta sprzedawać ryby. Stoi na targu rybnym na nabrzeżu, gdzie w pobliżu znajduje się przystań promów wycieczkowych.

Figurka Nilsa Holgerssona. Fot. Kamila Gruszka



Dużo czasu spędziliśmy w muzeum regionu Blekinge, którego głównym miastem jest Karlskrona. Oprócz standardowej wystawy dotyczącej historii i zwyczajów regionu mamy tu też sporo atrakcji dla dzieci w postaci placu zabaw „Mielizna Hrabiego”. Stoją tu domki rybackie, cumuje łódź, a najlepszym zajęciem jest łowienie drewnianych ryb. W pobliżu znajduje się pałac hrabiego Wachtmeistera z barokowym ogrodem i 8-metrowymi cisami, które pamiętają czasy budowy pałacu (XVIII w).

Jeśli mamy ochotę na podziwianie widoków głównej wyspy Karlskrony - Trosso, trzeba się udać na wzgórze Bryggarberget, gdzie znajduje się punkt widokowy. Miejsce to jest zwane wzgórzem browarników, ponieważ w pobliżu mieścił się dawny browar. Ścieżką zakochanych można dotrzeć pod wieżę ciśnień.

A najładniej jest w dzielnicy Bjorkholmen (Brzozowe wzgórze). Dawniej mieszkali tu biedni robotnicy stoczniowi, którzy do budowy swych domów używali drewna wyniesionego nielegalnie ze stoczni. Obecnie jest to snobistyczna dzielnica niezwykle kolorowych drewnianych domków z przełomu XVIII i XIX w.

Dzielnica Bjorkholmen w Karlskronie. Fot. Kamila Gruszka


Uciec z miasta można na Przylądek Torhamn do rezerwatu nad morzem będącego rajem dla ornitologów. Odbywa się tu swobodny wypas zwierząt, by wyjadały trawy – trzeba uważać, gdzie stawia się nogi i pamiętać o zamknięciu bramek, by zwierzęta nie udały się na dłuższy spacer niż to przewidzieli ich właściciele. Teren otwarty jest dla odwiedzających, choć kilka razy do roku odbywają się tu ćwiczenia wojskowe i rezerwat zamienia się w poligon wojskowy.

Olandia

Lubię odwiedzać wyspy. Różnią się zazwyczaj od reszty kraju, do którego należą. Tworzą zamkniętą całość, której granice wyznacza linia brzegowa. Życie na nich toczy się innym rytmem, powoli. Wjazd na jedną z nich może być w zasadzie osobną podróżą...


Olandia jest mniejszą z dwóch słynnych wysp Szwecji (druga to Gotlandia) i łatwiej osiągalną, bo prowadzi na nią bezpłatny most, podczas gdy na Gotlandię możemy dostać się jedynie promem. Przed wyjazdem Dan zachwalał nam północną część: „Najlepiej od razu tam się skierujcie. Znajdziecie tam zdecydowanie więcej atrakcji. Wyspa w tej części jest ładniejsza, nie taka monotonna jak na południu.” Gdy wracam jednak wspomnieniami do czasu spędzonego na Olandii, przed oczami widzę nie zatłoczoną turystami północ, a krajobraz wpisanej na listę UNESCO Stora Alvaret, z wiatrakami, zacisznymi plażami, z mnóstwem ptaków koczujących na brzegu w oczekiwaniu na sygnał do lotu i fokami wystawiającymi głowy z wody na nasze powitanie. To tam ma się wrażenie, że czas się zatrzymał.


Zanim odkryliśmy tereny poniżej Kalmar (miejscowość przy wjeździe na wyspę), pojechaliśmy zgodnie z sugestią naszych szwedzkich znajomych na północ.
W drodze na najdalej wysunięty na północ kraniec wyspy nad morzem znajdował się rezerwat przyrody z charakterystycznymi wapiennymi „płytami Neptuna” wzdłuż brzegu zamiast piaszczystej plaży. Na łąkach nadmorskich w pobliżu odkryliśmy groby wikingów. Było to nasze pierwsze tak bliskie zetknięcie z tego typu kurhanami.

 

Wśród grobów Wikingów. Fot. Kamila Gruszka

 


Kolejnym punktem programu była latarnia Långe Erik, można się do niej dostać przechodząc przez most i groblę. Zamiast podziwiania widoków z góry, wybraliśmy spacer dookoła małej wysepki. Ścieżka biegła wzdłuż budynków gospodarczych przynależnych do latarni aż na odludną część wysepki po północnej stronie, gdzie znajdowało się pole z niezliczoną ilością kamiennych kopczyków. W czasie gdy my wypoczywaliśmy, dzieci zajęły się budowaniem swoich kamiennych budowli.

 

Långe Erik czyli Wysoki Eryk na północnym krańcu Olandii. Fot. Kamila Gruszka


Spacer przez trollowy las okazał się chyba najciekawszym miejscem na północy wyspy. Wiodą przez niego oznaczone szlaki. My wybraliśmy najdłuższy, dzięki czemu mieliśmy okazję zapoznać się z najszerszym spektrum atrakcji ukrytych w lesie. Wzdłuż lasu ciągnął się kamienny mur zwany królewskim, prawdopodobnie odgradzał teren do polowań, gdzie zaganiano zwierzęta, a następnie celowano do nich z kamiennego podwyższenia. Sporą atrakcją okazał się wrak żaglowca masztowego, który osiadł na brzegu w trakcie zimowej nocy na początku XX wieku. Załoga ewakuowała się i zdołała dotrzeć w szalupie ratunkowej do lądu, a następnie udało jej się przedostać do pobliskiej miejscowości. Statek wpadł na brzeg i został na nim na pamiątkę tych wydarzeń. Trasa została poprowadzona obok ogromnego drzewa trolli, jednego z najstarszych dębów na całej wyspie.

 

Najstarszy dąb w trollowym lesie. Fot. Kamila Gruszka

 

 

Ma ponoć 900 lat i był używany kiedyś jako punkt orientacyjny. Tallarna to z kolei miejsce wyjątkowo narażone na podmuchy wiatru. Drzewa iglaste próbowały przystosować się do takich warunków – gałęzie miały powyginane we wszelkich kierunkach. W tym miejscu można było uwierzyć, że znaleźliśmy się lesie trolli. W lesie kryły się nie tylko trolle, ale także miejsca pochówku wikingów z X wieku. Można je było rozpoznać po usypanych wzgórkach z kamieni.

 

W miejscowości Skäftekärr w okresie letnim odbywa się niemal codziennie impreza podobna do pikniku archeologicznego w Biskupinie. Znajduje się tu rekonstrukcja wioski z epoki żelaza z chałupą zbudowaną z kamieni i krytą słomą. Byliśmy poza sezonem i na imprezę się nie załapaliśmy, mieliśmy za to możliwość swobodnego powłóczenia się po całym terenie zagrody i okolicy.

 

Skansen w Skäftekärr. Fot. Kamila Gruszka


Kolejne dziwne zjawisko przyrodnicze na naszej trasie to Byrums raukar, czyli wybrzeże klifowe o nietypowym kształcie: z morza wyrastają wapienne kolumny, jakby zastygłe po szaleństwie w jakimś wyjątkowo zakręconym wirze. Na tych skałach opalają się ludzie, pływają w ich pobliżu w morzu i można zrobić sobie wzdłuż brzegu bardzo interesujący spacer krajoznawczy.

 

Nietypowa plaża - Byrums raukar. Fot. Kamila Gruszka

 

W miejscowości Äleklinta na zachodnim wybrzeżu wyspy znajduje się wysoki na 15 m klif Landborgen. Najlepiej podziwiać go z dołu, od strony plaży, bo od góry nic nie widać. Nas jednak bardziej zachwyciły pomalowane na bordowo wiatraki, których było sporo w tej miejscowości. Wyglądały na zamieszkane! Äleklinta sprawiała wrażenie sielskiej i urokliwej miejscowości wypoczynkowej.

 

Wiatraki mieszkalne w Äleklinta. Fot. Kamila Gruszka

 


Przy bocznej drodze do Edelsude jest miejsce, gdzie można obserwować foki. Nad morze dociera się przedzierając przez podmokłe łąki i wysokie trawy. Nie trzeba się martwić, że się zgubimy, bo pośród zarośli nad wodę zaprowadzą nas ścieżki wydeptane przez wielu innych obserwatorów fok i ptactwa, którzy przybywają w to miejsce z lunetami i aparatami. Nie mieliśmy specjalistycznego sprzętu, ale mieliśmy wrażenie, że to, co widzieliśmy z bardzo daleka za pomocą lornetki oraz olbrzymiego zoomu w aparacie, było parą fok, wypoczywających na skałach.


To już południe wyspy. Po drodze mijaliśmy różne ciekawe miejsca: wiatraki, kamienne kręgi czy muzea. Zatrzymaliśmy się przy murze Karola, który miał za zadanie zapobiegać rozbieganiu się jeleni po wyspie, by król mógł na nie polować na swoich terenach łowieckich. Znajdowaliśmy się już na stepie Stora Alvaret, wapiennej równinie z bardzo nikłą roślinnością, przypominającą nam Laponię. Ponoć zdarza się tu zjawisko fatamorgany! Można wędrować po tym terenie wpisanym na listę UNESCO wyznaczonymi szlakami. Żałowaliśmy, że nie trafiliśmy tu w pierwszej kolejności.


Najciekawszy w tej części wyspy okazał się jednak rezerwat Ottenby, znajdujący się na najbardziej wysuniętym na południe krańcu Olandii. Rezerwaty mają to do siebie, że chronią ciekawy przyrodniczo i zazwyczaj zachwycający krajobrazowo teren. Tu było płasko, trawiaście i tylko pozornie nudno, bo soczysto zieloną monotonię urozmaicały białe punkciki pasących się tam owiec. Poszczególne pastwiska chroniły kamienne murki. Gdzieniegdzie było widać stare kamienne chaty.

 

Stare chaty w rezerwacie Ottenby. Fot. Kamila Gruszka

 


Samochodem dojechaliśmy na parking pod latarnię – najwyższą w kraju zwaną „Wysokim Janem”. Przy latarni znajduje się muzeum, udostępniane zwiedzającym bezpłatnie. Wystawa dotyczy różnych gatunków ptaków występujących w Szwecji. Bo miejsce to jest jednocześnie centrum ornitologicznym i wszędzie naokoło spotykaliśmy ludzi wyposażonych w ogromne lunety. Udostępniane są też one bezpłatnie przypadkowym osobom. Nawet dzieci mogą wspiąć się na krzesełka i z nich skorzystać, by zobaczyć ptaki brodzące w wodzie czy foki na kamieniach. Fantastycznie wszystko widać i już rozumiemy, dlaczego wszyscy przyjeżdżają tutaj zafascynowani w zasadzie w jednym celu.

 

Obserwacja ptaków i fok. Fot. Kamila Gruszka


Niedaleko miejscowości Klinta mijamy skupisko prehistorycznych grobowców zaznaczonych kamieniami. Ponoć przez tysiąc lat było to miejsce używane jako miejsce pochówku od czasów starożytnych aż do Wikingów. Częściowo dostępne dla zwiedzających, ciągnie się ponad 2 km.

 

Tajemnicze kamienne kręgi na Olandii. Fot. Kamila Gruszka

 

 

To ostatnie miejsce, które zwiedzamy w Olandii. Następnie czeka nas długi przejazd przez Szwecję aż nad jezioro Wener, gdzie jesteśmy umówieni na spotkanie z naszymi znajomymi, z którymi odbędziemy dalszą część podróży.

Nad jeziorem Werner

Na wyspie Fagelo nad jeziorem Werner miało się znajdować polecone nam dobre miejsce na nocleg. Wcześniej dojechali tam znajomi, więc znaliśmy dokładne koordynaty GPS i wskazówki dojazdu. Nie jestem jednak pewna czy potrafiłabym komuś wyjaśnić, jak tam trafić, a może nawet szkoda by było uczynić to miejsce zbyt popularnym. Spędziliśmy tam jeden cały leniwy dzień, urozmaicony jedynie wycieczkami biegowymi po okolicy i pływaniem w kajaku. Większość czasu przesiedzieliśmy wygodnie na rozkładanych krzesłach na skarpie, skąd mieliśmy widok na kąpiące się w jeziorze dzieci, które w wodzie przesiedziały kilka godzin. Piękna piaszczysta plaża, płytkie dno zatoczki oraz ciepła woda sprzyjały zabawom. Lenimy się do granic możliwości.

 

Nad jeziorem Werner. Fot. Kamila Gruszka



Norwegia

Norwegia stanowiła główny cel naszego wyjazdu. Jej północno-zachodni kawałek poznaliśmy już wcześniej, teraz postanowiliśmy skupić się na przejechaniu samochodem najbardziej widokowych tras Norwegii, głównie na południu. Na trasie albo jedzie się tunelami, albo przeprawia promami, albo porusza po bardzo widokowych drogach z możliwością podziwiania fiordów z jednej strony i gór z drugiej. Zazwyczaj wspinamy się ostro pod górę lub zjeżdżamy w dół. Pomiędzy robimy przystanki na przełęczach lub płaskowyżach – to mniej więcej tak jakbyśmy samochodem wjechali w sam środek Tatr lub Alp: wysokość może niezbyt imponująca, ale za to dookoła ośnieżone szczyty, lodowce, wodospady, jeziora i szlaki, na które chciałoby się od razu wyruszyć. Ktoś powiedział, że Norwegia jest bardzo niebezpiecznym krajem dla kierowców, bo trudno skupić się na drodze - głowa sama obraca się we wszystkie strony. To święta prawda!

 

Przez płaskowyż Hardangervidda. Fot. Kamila Gruszka



Pierwszy dzień to przejazd przez niezbyt ciekawe rejony w okolicy stolicy. Omijamy Oslo przedostając się dalej Oslofjordtunnelen. Dopiero drugiego dnia dostajemy się na płaskowyż Hardangervidda. Zatrzymujemy się co chwilę na trasie dla widoków i fotograficznych plenerów. Nie wiemy wtedy jeszcze, że tak naprawdę rejon ten jest jednym z mniej ciekawych na naszej trasie, a już i tak zachwyca. Zatrzymujemy się na parkingu hotelowym, za wjazd na który musimy uiścić opłatę i skąd prowadzi ścieżka na punkt widokowy na wodospad Voringfossen. Wtedy jeszcze nie wiemy, że takich wodospadów na naszej trasie będzie całe mnóstwo – podziwianych bez żadnych opłat, a może i bardziej imponujących.

 

Widoki na płaskowyż Hardangervidda. Fot. Kamila Gruszka



Mamy wrażenie, że w Norwegii trochę trudniej niż w Finlandii czy Szwecji znaleźć zaciszne miejsce na rozbicie namiotu. Więcej tu skał, a mniej trawiastych i płaskich przestrzeni. W okolicy miejscowości Eidfjord jedziemy trasą starym tunelem na punkt widokowy Kjeasen. Obowiązuje tu ruch wahadłowy, a sam tunel jest teoretycznie nieczynny po zmroku. Jako jeden z niewielu chyba w Norwegii jest nieoświetlony, niezabezpieczony betonowymi blokami, ale dzięki temu przejazd nim dostarcza wielu emocji. Jeden z ciekawszych i chyba z najbardziej klimatycznych tuneli wykutych w skale. Jedyne płaskie miejsce, gdzie mogliśmy się rozbić, znajdowało się u jego wylotu. Rano staliśmy się atrakcją turystyczną dla autobusu niemieckich emerytów, nie przejmowaliśmy się jednak tym myjąc zęby tuż przy drodze. Wycieczki przyjeżdżają tam podziwiać widoki na Eidfjorden – z góry nieziemskie! Codziennie mogli sobie na fiord patrzeć mieszkańcy pobliskiej farmy. Jeszcze w XX wieku jedyną możliwością dostania się na nią była piesza wędrówka. Trumny zmarłych mieszkańców spuszczano na linach...

 

Widoki na fiordy z Kjeasen. Fot. Kamila Gruszka



Podczas leniwego dnia spędzonego w miejscowości Eidfjord ustalamy precyzyjny plan na kolejne dni. Tyle że gdy dojeżdżamy do Gudvangen okazuje się, że wydostać się z niej nie można tunelem, którym planowaliśmy wyjechać – był wypadek i jest zamknięty. Mogliśmy cofnąć się, nadrabiając mnóstwo kilometrów lub wybrać przejazd promem. Tym razem nie byłaby to krótka przeprawa i pochłonęłaby sporą część naszego budżetu przeznaczonego na wyjazd. Ale przecież po to przyjeżdża się do Norwegii, żeby podziwiać fiordy, tym razem postanowiliśmy zrobić to z poziomu wody. Tym bardziej, że znajdowaliśmy się nad Naerofjorden, najwęższym fjordem Norwegii wpisanym na listę UNESCO. Z promu mogliśmy widzieć nie tylko wąskie ściany skalne, ale też nasze kolejne miejsce noclegowe w miejscowości Bakka, jedno z ciekawszych - na rybackiej przystani. Co prawda ryb nie udało się złowić, ale mogliśmy sobie posiedzieć przy stolikach z widokami na fiord, na którym unosiły się szare mgły. Pogoda nam się niestety zepsuła.

 

Nocleg w miejscowości Bakka. Fot. Kamila Gruszka



Udało nam się trafić – w sumie dość przypadkowo, bo oznaczenie na mapie było mylące – na tzw. drogi historyczne (wzdłuż drogi E16). Niesamowita przejażdżka malowniczymi skalnymi trasami i tunelami z przystankiem przy drewnianym kościele w Borgund.

 

Najlepiej zachowany kościół klepkowy z XI wieku. Fot. Kamila Gruszka

 

 

Ale tego dnia najważniejszy był przejazd Laerdalstunnelen, tunelem o długości 25 km, najdłuższym nie tylko w Norwegii, chyba też w Europie. W drugą stronę prowadzi droga Aurlandsvangen z Aurland do Leardal przez tzw. przełęcz śnieżną, gdzie jeszcze w czerwcu po obu stronach na wysokości 1306 m n.p.m. leżały kilkumetrowe zaspy śniegu. My śniegu nie doświadczyliśmy, ale wąska droga prowadząca ostro w górę, z przeszkodami w postaci owiec i uczestniczących w zawodach triathlionistów, zjeżdżających w zawrotnym tempie w dół, to wystarczająca atrakcja.

 

24,5 km przez Laerdalstunnelen. Fot. Kamila Gruszka



Mieliśmy plany dostania się na lodowiec Jostedalen, pokrzyżowała je pogoda. Ponoć to normalne, że w Norwegii można spodziewać się deszczu. O skali niech świadczy fakt, że granice naszej wytrzymałości zostały przekroczone, gdy okazało się, że obudziliśmy się w kałuży wody. Po raz pierwszy w naszej karierze podróżniczej przemokła nam podłoga namiotu. Nie pozostało nam nic innego, jak wrzucić mokre namioty do samochodu i ruszyć w kierunku Jotunheimen, najwyższych gór Norwegii, przez które tylko przejechaliśmy, zatrzymując się jedynie na krótką chwilę, by pooddychać ostrym górskim powietrzem i rozprostować nogi.

 

Przepiękne widoki po drodze - w środku gór. Fot. Kamila Gruszka

 

 

Na kilka kolejnych dni naszą bazą została miejscowość Geiranger, jedna z najładniejszych na naszej trasie. Wielkimi wycieczkowymi promami przypływają tu turyści, czekają na nich na lądzie podstawione autobusy, którymi udają się na zwiedzanie atrakcji.

 

Geirangerfjord na liście UNESCO - jeden z bardziej malowniczych. Fot. Kamila Gruszka

 

Tym razem zdecydowaliśmy się na wynajem domku i przeczekanie najgorszej pogody na kwaterze z widokiem na fiord i przedszkole norweskie, gdzie dzieci – w przeciwieństwie do nas - mimo deszczu cały czas przebywają na dworze.

 

Miejscowość Geiranger. Fot. Kamila Gruszka

 

 

Udało się nam jednak zrobić wycieczkę w okolicy do wodospadu szlakiem układanym przez szerpów nepalskich oraz na punkt widokowy na Geirangerfjord.

 

Wycieczki w okolicy Geiranger. Fot. Kamila Gruszka


Z malowniczych tras widokowych zostawiliśmy sobie na koniec Drogę Orłów oraz słynną Drogę Trolli. Gdy patrzy się na tę ostatnią z góry faktycznie robi wrażenie ilością ostrych zakrętów, ale przejazd nią, szczerze mówiąc, należy do jednych z bardziej komfortowych – jest szeroka i łatwo się na niej minąć samochodem. Zaliczaliśmy w Norwegii już takie, na których by się minąć, musieliśmy się cofać, uważając nie tylko na zakręty, ale także na stromiznę i przepaście.

 

Drabina Trolli - ponoć 11 zakrętów w dół, my naliczyliśmy mniej! Fot. Kamila Gruszka



Nocleg w Parku Rondane to nasze pożegnanie z Norwegią. Zupełnie nieplanowanie w drodze z powrotem na południe Norwegii. Wjeżdżamy na przepiękny płaskowyż, gdzie wynajmujemy za - nawet jak na warunki polskie - śmieszne pieniądze apartament z dwoma łazienkami, zmywarką w kuchni, przeszklonym tarasem i sauną! Robimy pożegnalną imprezę, bo następnego dnia nasza rodzina jedzie na prom do Danii, a znajomi wracają do Polski.

Legoland

Dla dzieci to właściwy cel wycieczki. Ciekawe kiedy dojdą do tego, że do planowanych dla nich atrakcji wakacyjnych jakoś zawsze jedziemy dziwnie okrężną drogą. Tym razem aż trzy tygodnie zajął nam dojazd do Billund, a do domu naszych rodziców udało nam się dojechać stamtąd w pół dnia.
Po południu tuż przed zamknięciem Legolandu można na jego teren wejść za darmo. Co prawda nie wszystkie atrakcje działają, ale można się tam przejść planując trasę na następny dzień lub obejrzeć statyczne budowle.
Ale to kolejnego dnia miało miejsce właściwe szaleństwo: bitwy wodne, kręte trasy kolejek, emocjonujące przejażdżki tunelami, strzelaniny, spadanie w dół rozpędzonym pontonem, karuzele, wahadła i wiele wiele więcej. Dzieci miały wejściówki dla członków klubu Lego. Bilet musieliśmy kupić tylko dla siebie. Warto było! – to twierdzimy nawet my, rodzice.

 

Właściwy cel wycieczki - wizyta w Legolandzie. Fot. Kamila Gruszka



Podsumowanie

Może trochę pobieżnie i jakby przejazdem zobaczyliśmy tego lata wiele miejsc, ale nie da się ukryć, że wspomnień zostało z nami dużo - właśnie dzięki temu, że tak wiele mogliśmy zobaczyć, choć może nie dogłębnie. Wycieczki samochodowe mają zupełnie inny charakter niż piesze czy rowerowe, ale też mają swoje zalety. Wydaje mi się, że idealnie taka forma zwiedzania sprawdza się w Norwegii, gdzie właściwie cały czas ma się przed oczami piękne widoki i nie trzeba daleko zbaczać z trasy, by miejsca zapierające dech w piersiach zobaczyć. Z kolei Szwecja zostawiła w nas duży niedosyt – planujemy jedną z kolejnych wypraw na północ, do szwedzkiej części Laponii. A co do Danii, to dopiero musimy dojrzeć do podróży krajoznawczej do tego kraju, najpewniej na rowerze i myślę, że trzeba będzie dobrze doczytać, które miejsca na taką wyprawę rowerową będą najbardziej atrakcyjne.

 

Zaproszenie do następnej podróży? Fot. Kamila Gruszka

 


Skandynawia uchodzi za bardzo drogi rejon, ale można zmieścić się w całkiem sensownym budżecie, jeśli stosuje się pewne patenty. Korzystając z prawa dostępu można nocować za darmo niemal w każdym miejscu pod namiotem, w miastach warto korzystać z uprzejmości gospodarzy z systemu couchsurfing. Jedzenie gotowaliśmy sami na butli turystycznej tradycyjnego typu (oszczędność wydatków na kartusze!), kupionej w Castoramie. Z zakupów w sklepie zrezygnowaliśmy, jak raz zapłaciliśmy 15 zł za butelkę wody - wszystkie zapasy przywieźliśmy ze sobą (wcześniej przygotowane mięso w słoikach, warzywa w puszkach, makarony, ryż, kasze). Dobrym patentem jest jedzenie liofilizowane, którego cena jednostkowa jest może spora (ok. 20-30 zł w zależności od porcji), ale i tak zdecydowanie niższa niż obiad w norweskiej restauracji. Sporym wydatkiem są opłaty za prom, a naprawdę trudno przejechać Norwegię nie trafiając na jakąś przeprawę, opłatę trzeba także wnieść za niektóre tunele oraz drogi. Nie musimy się jednak o to zawczasu martwić, bo rachunek otrzymuje się do domu.

Całość 3-tygodniowej podróży na całą naszą rodzinę kosztowała nas nieco ponad 6 tys. zł.



Wyjazd miał miejsce w sierpniu 2013 roku.



 
Autor: Kamila Gruszka

Jest dziennikarką, podróżniczką i pilotką wycieczek. Publikuje w prasie podróżniczej, o tematyce górskiej i rowerowej oraz serwisach internetowych. Prowadzi blog www.barswiat.pl, gdzie promuje aktywną turystykę rodzinną. Współpracuje z firmami z branży outdoor. Organizuje pokazy podróżnicze.
Odwiedziła już prawie wszystkie kraje w Europie, podróżowała po Azji, była w Ameryce Północnej i Afryce, ale niezmiennie fascynuje ją szeroko pojęty „Wschód”. Jako pilotka specjalizuje się w wyjazdach do Gruzji, Armenii i Iranu.


 O nas

"Bar Świat" to strona dla osób zainteresowanych wyjazdami różnorakimi, ale najczęściej związanymi z byciem blisko natury i aktywnym spędzaniem czasu. Lubimy rower, góry i nocowanie pod namiotem, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że znajdą tu wiele inspiracji wszyscy, którzy czują, że świat jest ich domem, albo choć "barem", gdy dom zamykamy na klucz i ruszamy przed siebie.

 
Ostatnio dodane

Alpe Adria to według wielu najpiękniejszy szlak rowerowy w Europie. Nominalnie 411 km jazdy przez Alpy nad Adriatyk.

Dwudniowa wycieczka do Berlina jako odskocznia od obżarstwa świątecznego u rodziny? Bardzo dobry pomysł! Tylko 4 godziny drogi autostradą i meldujemy się w stolicy Niemiec.

Muranska Planina to nasze najnowsze odkrycie na Słowacji. Góry tutaj przypominają nieco polską Jurę z wapiennymi skałkami, tylko skala jest zdecydowanie większa!

Zamiast pędzić do przodu, ledwie rzucając okiem na kolejne atrakcje na trasie, można zatrzymać się na dłużej i wycisnąć, ile się da z miejsca, w którym się jest, przemierzając okolicę pieszo. Polecam takie rozwiązanie!

Blisko przyrody możemy poczuć się na wyspie Viðey, położonej zaledwie ok. 1 km na północ od Reykjaviku. Z przystani Skarfabakka płynie się tam promem dosłownie kilka minut

...
...
...
...